Jestem starym dziadem 40+. I wstyd się przyznać, ale podobają mi się młodzi chłopcy. Absolutnie nie dzieci, ale tacy dojrzali nastolatkowie. Tacy co to wiem, co oni wyprawiają ze swoimi narządami w zaciszu domowym. Oglądam na różnych legalnych stronach ich poczynania solo i w duetach, triach i kwartetach. Ważne, żeby nie byli owłosieni jak małpy, byli szczupli. Obrzydzają mnie inne gejowskie filmy. Gejem nie jestem. Kobiety działają na mnie bardzo podniecająco. I zawsze są zadowolone ze zbliżeń.
Czy mam „problem”, czy to w miarę normalne?
Jeżeli przychodzę do restauracji i płacę kilkadziesiąt złotych za danie, to oczekuję, że danie rozwali mi podniebienie. Nie płacę za ozdobny talerz z pięknie ułożonymi, przeciętnymi w smaku daniami. W każdej chwili mogę wejść do restauracji, gdzie mają stół szwedzki, wystawę produktów lub do każdej cukierni. Nie płacę za wygląd potrawy. To mogę mieć za darmo, bo nikt nie każe mi kupić, gdy już ją oglądam. Chcę, aby smak mnie rozbroił. Za to płacę, a nie za wygląd pomieszczenia. Najdobitniej skrytykował to Joe Bastianich, krytyk kulinarny i restaurator słowami „Food is not art, but the craft”(tłumaczenie: „Jedzenie to nie sztuka, tylko rzemiosło”). Tymczasem paradoksalnie najbardziej opłaca się stołować w najtańszych barach, bo tam masz zwykłą domową kuchnię za najmniejsze pieniądze. 80% restauracji postawiło sobie za cel, aby mieć wymyślną nazwę potrawy, aby błyszczało w karcie menu. Ich priorytetem jest, aby świetnie wyglądało. Strasznie mnie to irytuje, bo to błędne myślenie. Wchodząc do restauracji, nie zamierzam płacić za piękny wygląd sali, przyjazny uśmiech kelnera, który i tak nie ma pojęcia, czy jagnięcina pasuje do mięty, baranina do słodkiego sosu, a czekolada do jeżyn. W dzisiejszych czasach tanio, łatwo i szybko można przyrządzić w domu smaczne jedzenie. Skoro ktoś się pofatygował do restauracji, to z samej definicji wiadome jest, że przepłaca, jednak skoro już płaci, to chce, aby danie było zniewalające, że sam takiego w domu nie zrobię i w innej restauracji takiego dania nie dostanę, bo takie połączenie smaków tylko u nas. Tak właśnie powinno być! Po wyjściu z restauracji powinieneś czuć, że sam nie byłbyś w stanie tego przyrządzić, że ten smak miażdży i że tu koniecznie wrócisz. Restauracje powinny ze sobą konkurować, dbając o klienta, a ten płacić wysoką cenę za posiłek. Nie zamierzam wbijać więcej do restauracji i bulić siano za byle co. No do jasnej cholery, litości! W restauracjach w większości dania są zrobione od czapy. Takie, bo tak. Byle było nowatorsko – egzotycznie. Mus figowy, puree kokosowe. Co tam, że lipnie smakuje, nikt nawet nie wziął sobie na cel, aby zorientować się, co do siebie pasuje, jakie składniki łączyć. Liczy się tylko zarobek.
Tego chyba jeszcze nie było.
Mam pewne "hobby", o którym nikt nie wie. Otóż prowadzę coś w stylu "kartotek" osób z Anonimowych. Mam tam wypisane wszystko, co wiem o danej osobie - od płci, przez wiek i zawód/szkołę, do ulubionego jedzenia, fobii czy preferencji seksualnych. Niektóre "kartoteki" mają tylko po kilka faktów, inne (zwłaszcza te najbardziej znanych użytkowników) zajmują ponad stronę. Zdziwilibyście się, ile wiem o niektórych z Was. Rodzina, zwierzęta, hobby - zabrzmi to trochę strasznie, ale przede mną nic się nie ukryje. Czasem lubię też zbierać dane i robić wykresy, ile % ludzi lubi daną rzecz/film/czynność/cokolwiek. Mój zbiór liczy sobie już ponad 500 osób (co zajmuje mi 4 zeszyty) i ta liczba nadal rośnie.
Uprzedzając pytania- nie, nie siedzę dniami i nocami na Anonimowych. W wolnych chwilach przeglądam Główną, gdzie wyłapuję informacje. Myślałam też o stworzeniu swego rodzaju spisu treści - nick, zeszyt i strona, na której można go/ją znaleźć, ale zajmę się za to, kiedy będę mieć czas.
Nie wiem, po co to robię. Sprawia mi to pewnego rodzaju przyjemność. Myślałam też, żeby traktować to jak swego rodzaju "pomagacz", ale trudno byłoby wyszukiwać te wszystkie informacje spośród pierdyliarda nicków.
Morału nie będzie, bo według moich "badań" 98,3 % użytkowników (i to tylko tych zapisanych przeze mnie) ich nie lubi.
Czy to już choroba?
Zacznijmy od tego, że mój tata jest typem człowieka, który zawsze ma czas.
Kilka lat temu wyjeżdżałam na obóz wakacyjny do Bułgarii. O godzinie 7:00 był zaplanowany wyjazd z Katowic. O godzinie 6:55 staliśmy jeszcze przy kasie kupując buty, bo tacie nie podobały się te, które mam na sobie. Na autokar nie zdążyłam. Musieliśmy jechać do kolejnego miasta, z którego odjeżdżała wycieczka. Tym razem się udało.
Siedziałam sobie już spokojnie w autokarze, powoli ruszaliśmy... kiedy przez okno ujrzałam swojego ojca biegnącego za autokarem z wielkim słojem ogórków kiszonych. Już zdążyłam schować się pod fotel, gdy nagle pojazd się zatrzymał i usłyszałam z głośników swoje nazwisko, by zejść do wyjścia i odebrać od taty ogórki. Zostałam zapamiętana do końca obozu.
PS Ogórki przydały się na kaca.
Mieszkamy z siostrą w dwóch różnych miejscach, ale w jednym mieście. Tak się niestety złożyło, że dowiedziałam się pierwsza o śmierci naszego bliskiego członka rodziny. Kiedy obie zapłakane (emocje wzięły górę) weszłyśmy do autobusu i zajęłyśmy miejsce, przytuliłam młodą do siebie. Nie widziałam nic w tym złego. Po chwili zostałyśmy wyzwane od LGBT.
Fajnie...
Wybrałem się z moją dziewczyną - Kaśką, na małe zakupy do galerii, bo pasowałoby odświeżyć trochę garderobę. Kupiliśmy kilka szmatek. Mieliśmy już wracać do mieszkania, ale byliśmy okropnie głodni i nie uśmiechało nam się zapychać pizzą, czy stać z godzinę za garami, więc poszliśmy jeszcze na piętro barowe coś wszamać.
Gdy byliśmy już praktycznie na przystanku tramwajowym, moja dziewczyna zorientowała się, że gdzieś zgubiła telefon. Ja od razu wyciągnąłem swój i dzwonię. Raz, drugi, trzeci. W tym czasie wracaliśmy się do stolika, przy którym jedliśmy. Założyliśmy, że pewnie gdzieś tam jej wypadł.
Za czwartym razem odebrał chłopak w wieku mojej dziewczyny, a 2 lata młodszy ode mnie. Ustaliliśmy, że spotkamy się przy informacji. On czekał już na miejscu, a my za chwilę tam dotarliśmy. Mówił, że chciał zadzwonić prawdopodobnie do mamy Kaśki, ale nie był w stanie telefonu odblokować. Więc czekał i liczył na to, że właścicielka sama się odezwie z czyjegoś numeru.
Chcieliśmy mu dać jakieś znaleźne, bo zasłużył. Mógł równie dobrze telefon chować, wyjąć kartę sim i przeformatować. Ale zachował się w porządku i postanowił go oddać.
Upierał się, że to niepotrzebne. Ale poprosił na chwilę o ten telefon. Kaśka z taką nutą niepewności mu go dała. Ja stałem spięty, na wypadek gdyby jednak chciał uciec.
Wiecie co zrobił? Wyciągnął z plecaka jakiś plik z naklejkami i przykleił jedną na telefon, po czym go oddał i na odchodne rzucił, żeby zrobiła to, co tam pisze. Z Kaśką pomyśleliśmy, że pewnie nakleił jej jakiś uśmiech, czy coś w ten deseń. Byliśmy w szoku po tym, co zobaczyliśmy. Napis brzmiał "Jestem z DKMS, a Ty?"
Zamówiliśmy pakiety. Przyszły w środę, odesłaliśmy jeszcze tego samego dnia.
Gdy piszę to wyznanie, jest wtorek okolice 22.00. A wczoraj popołudniu, tydzień po zamówieniu pakietów, Kaśka dostała telefon z fundacji, że jest biorca na jej szpik. Teraz śpi. Ale w ciągu dnia widziałem, że z jednej strony się trochę boi. Ale jest też w cholernie bojowym nastroju, by komuś pomóc.
A chłopak? Nie mam pojęcia jak się nazywa, ani co robi. Wiem za to jedno. Dla kogoś jest chyba jak anioł stróż, bo pojawił się w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze.
Jako młoda osoba próbuję różnych prac. Najczęściej jest to praca biurowa lub praktyki. Denerwuje mnie, że często osoby pracujące tam od lat, które zaczynały tak samo od zera, zamiast podejść z wyrozumiałością do nowego młodego pracownika, to zarzucają najbardziej zawiłymi sprawami do wykonania, dają rzeczy najtrudniejsze. Wiadomo, że nigdy w życiu nie miało się z czymś takim styczności, a mimo to weź i zrób, jak nawet nie wiadomo od czego zacząć. Nie wiesz czegoś? Zapytasz się o coś, np. współpracownika lub szefa, i mają pretensje, wywracając oczami i robiąc miny – to skąd ja to mam, k..., wiedzieć bez żadnych instrukcji na początku, gdy nigdy nie robiło się danej rzeczy? Gnoją najtrudniejszą pracą, udowadniając, że to oni mają wiedzę, a nie my. Zrobisz coś nie do końca poprawnie – od razu pogardliwe śmiechy lub złość. Zdarzało się, że utrudniali pracę do wykonania, bo niech zobaczy młody, jak to jest i jaką robotę robimy, mimo że takie coś nigdy w danej pracy raczej się nie zdarzy. Była też pewna zadana robota biurowa, w której ktoś wymieszał kilkanaście załączników, wszystkie strony z kilku dokumentów wymieszane jak się tylko da i jeszcze te same dokumenty były powielone kilka razy, stron chyba z 200. Jakby się nie dało po ludzku, bez sztucznie wytworzonego stresu i presji. Pewność siebie siada, a pozytywne nastawienie spada do zera, pojawia się za to brak motywacji i chęci do pracy, zmęczenie. Potem się dziwić, że młodzi popadają w nerwice i inne takie oraz mają lęk przed pracą, jak ktoś zazna takich doświadczeń.
Kiedyś spotkałem się z wieloma pretensjami ze strony samotnych mam, że nie chcę kobiety z bagażem, bo dziecko nie jest przeszkodą itp. Dziś, około 10 lat później, kiedy to ja jestem samotnym tatą, okazuje się, że moje dziecko dla kobiet to jednak przeszkoda, bo nawet samotna mama nie chce samotnego taty. Ot, taka kobieca hipokryzja.
Jestem chrześcijanką biblijną. Zanim jednak nią zostałam, wiele rzeczy Bóg użył, by pokazać mi prawdę.
Jednym z tych sposobów były filmy ewangelizacyjne pod tytułem: „Czy jesteś dobrym człowiekiem” i inne wywiady uliczne.
Niestety, często ludzie źle mnie oceniają. W Polsce, gdy ktoś czyta Biblię, jest brany za Świadka Jehowy albo za księdza. Nie jestem żadną z tych opcji, zresztą... Ani jedna, ani druga nie rozumie, czym jest chrześcijaństwo.
Zanim się nawróciłam, babrałam się okultyzmie, a w oczach Boga byłam wiedźmą.
Poza tym miałam bardzo traumatyczne dzieciństwo, którego do dziś odczuwam skutki.
Wielu rzeczy żałuję, bardzo zgrzeszyłam przeciwko Bogu. Boli mnie też, że już jako osoba nowo narodzona również grzeszę i zamiast świecić osobom ze świata, upadam i bywam zgorszeniem. Wiem natomiast, że zbawiona jestem z łaski przez wiarę i pomimo swoich upadków, zostałam przyjęta do Bożej rodziny i to On mnie podtrzyma, da mi siły i nikt mnie z Jego rąk nie wyrwie. On jest jedyną moją nadzieją. Dodam też, że nie tylko moją, ale każdego.
Wszyscy zgrzeszyliśmy i wszystkim z nas brakuje chwały Bożej, zepsuliśmy się i niestety, ale żyjemy w grzechu.
Wszystkich z nas czeka śmierć – jednych na raka, drugich w wypadku, trzecich na starość. Umieramy przez grzech.
Modlę się o wiele osób i bardzo pragnę, by Pan Bóg otwierał oczy ludziom, że zbawienie od potępienia jest tylko w Jezusie Chrystusie i w Jego idealnej ofierze.
Chciałabym też, by ludzie częściej zadawali sobie pytania, co czeka ich po śmierci.
Przykładamy tyle starań i uwagi na to krótkie i bolesne życie, ale w ogólnie nie myślimy co potem, gdzie to „potem” jest wiecznością.
Kiedy chodziłam do przedszkola, myślałam, że pokazywanie środkowego palca to taki miły gest. Dlatego jadąc autem czy wracając do domu, pokazywałam go przechodniom i uśmiechałam się.
Wielkie było moje zdziwienie, że rodzice zabronili mi go pokazywać, gdy zobaczyli, co na pożegnanie prezentuję pani katechetce.
Dodaj anonimowe wyznanie