#UZP6Q

Znajomy trafił przez nieszczęśliwy wypadek do więzienia w Emiratach Arabskich. Prawo szariatu jest tak rygorystyczne, że konsulat pomagał mu wymyślić plan ucieczki. Ale nie o tym będzie wyznanie.

Kolega siedział tam z dwoma mężczyznami.
Facet nr 1 został wsadzony do pierdla za pocałunek z dziewczyną w miejscu publicznym. Na rok. Nie był to wyzywający pocałunek, po prostu zwykłe buzi. Ktoś złośliwy podał go policji.
Facet nr 2 skazany na rok za... seks z piaskiem. W dobie myślenia, że Araby mają dziwne fetysze, i to wydaje się być fanaberią typową dla kultury arabskiej. Tylko że oskarżony pochodził z Anglii, a ten "stosunek" to nic innego jak... pompki na piasku. Jednak ktoś złośliwy złożył donos. Prawo nie daje wielkich szanse na wyprowadzenie z błędu wysokiego sądu.

Co ciekawe, za posiadanie alkoholu w jednym z emiratów są z automatu trzy miesiące więzienia. Za przewóz także - wszyscy pasażerowie idą siedzieć, bezwzględnie.

Ot, takie wyznanie pokazujące tę tragicznie śmieszną różnicę kulturową między UAE a Europą.

#4ASe9

Jechałem sobie windą na rekrutację. W windzie były też dwie dziewczyny, które jechały na tę samą rekrutację i wymieniały się informacjami na temat tego, jaki to szef w tej firmie okrutny typ i w ogóle hurr durr. Pod koniec jedna z nich stwierdziła, że gdyby to słyszał, to pewnie by ich nie przyjął. Druga się zaśmiała. Potem ja się zaśmiałem, a potem rzeczywiście ich nie przyjąłem.

#V81Xc

Od 9 lat jestem w związku, 5 lat po ślubie. Doczekaliśmy się cudownego syna, który ma 2 latka, i domu w kredycie. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że jestem kosmicznie nieszczęśliwym człowiekiem, którym rządzi depresja. Jak teraz się nad tym zastanawiam, to chyba już od dobrych kilku lat, lecz dopiero teraz ma ona swój czas nasilenia. Nie zwracałem na to wcześniej większej uwagi, ale wszystko od zawsze było na mojej głowie. Problemy się zaczęły, gdy zacząłem mieć problemy finansowe.

Moja żona zawsze uważała, że to facet musi zapewnić rodzinie byt itd. Może i nie byłoby w tym nic złego, gdyby ona potrafiła się zająć normalnie domem i dzieckiem, a ja bym mógł spokojnie pracować. Od czasu jak tylko zamieszkaliśmy ze sobą, a ja pracowałem po 12h, zawsze był problem, że późno wracam, wieczne pretensje, że jestem 15 min później niż wcześniej potrafiłem wrócić, bo np. było mniej pracy. Kiedy przyszedł na świat nasz syn, sprawa się już pogorszyła ze spokojną pracą. Otworzyłem z kolegą biznes, któremu trzeba było poświęcić czas, lecz ja miałem tylko wieczne pretensje o to, że mnie nie ma w domu. Nastał okres, kiedy wspólnik chciał, abym zajął się biznesem, a żona mnie męczyła, abym był w domu i nie rozumiała, że za coś trzeba żyć. Wszystko starałem się pogodzić, ale jak pewnie wiecie, gówno z tego wyszło. Z czasem biznes popadł w długi, z którymi starałem się zmierzyć nie mówiąc żonie, bo przecież w niej wsparcia bym nie miał. Teraz wyszło wszystko na jaw, a ja jestem podejrzewany o hazard, zdrady itp.

W domu żona była z dzieckiem przez dwa lata, kiedy przez rok ja musiałem ją całkowicie utrzymywać, a nigdy nawet obiadu po pracy nie raczyłem uświadczyć, ona wiecznie zmęczona i nieszczęśliwa, bo ona ma najgorzej siedząc z dzieckiem, a ja mam raj będąc w pracy. O seksie nawet nie wspomnę... Zdarzył się może raz na 3 miesiące, bo ona nie ma ochoty, jest zmęczona itd... Swoje życie prywatne wywaliłem do śmietnika, nie mam kolegów, bo każdy przestał się do mnie odzywać po wiecznych odmowach spotkań. Swój czas po pracy zawsze poświęcałem dziecku, żeby ona miała chwilę dla siebie, aby może odżyła i miała ochotę na seks czy inne przyjemności... Nic z tego nie wyszło, dalej były problemy.
Teraz wszystko się wylało, ja jestem najgorszy, bo doprowadziłem rodzinę do długów, ale nikt nie jest w stanie zrozumieć, że nie miałem żadnego wsparcia ani wolnej głowy do pracy. Jestem załamany i próbowałem już sobie odebrać życie, bo wpoiła mi, że zawodzę wszystkich po kolei, w tym swoje dziecko, które jest dla mnie wszystkim.
Uświadomiłem sobie, że chyba już jej nie kocham i może nigdy nie kochałem.

Nie umiem wyjść z tego gówna. Za dwa dni wizyta u psychiatry, bo chyba sam nie dam sobie rady.
Trzymajcie kciuki... proszę.

#o09yF

Od 4 klasy szkoły podstawowej do 4 klasy technikum zawsze oscylowałem w okolicach średniej 3,5-3,6 (poza 2 klasą gimnazjum). Obecność na lekcjach zawsze bliska 100%. Wszystkie klasy przechodziłem bez żadnych problemów. Fajnie. Tylko że po latach, kiedy próbuję sobie przypomnieć cokolwiek ze szkoły, to nic nie mogę sobie przypomnieć. Dopiero kiedy pewnego dnia zobaczyłem mema, na którym było napisane coś w stylu „I tak minął Ci kolejny dzień, w którym nie wykorzystałeś wzorów skróconego mnożenia”, naszła mnie taka myśl: „Co to były wzory skróconego mnożenia? Bo coś mi się kojarzy”. Aż w końcu zorientowałem się, że uczyli nas na matematyce, że bez tych wzorów nie przeżyjemy w dorosłym życiu. Aha...

Spędziłem w szkole 13 lat i nie wyniosłem z niej nic, mimo że chodziłem do niej i uczyłem się na sprawdziany, by potem nie mieć problemu ze zdaniem z klasy do klasy. I co? Jajco. Nawet niemiecki, którego uczyłem się 10 lat życia od podstawówki aż do końca liceum – nie umiem nic powiedzieć w języku naszych zachodnich sąsiadów. Czytać i mniej więcej liczyć umiałem jeszcze przed podstawówką, z opowiadań rodziców wynika, że mając ok. 3-4 lat. Podstawy poprawnej pisowni znam z czytania różnych artykułów. W sumie ze szkoły nie wyniosłem ABSOLUTNIE NIC. Czas został bezpowrotnie zmarnowany. Jak mnie pytają, co bym zmienił, gdybym cofnął czas, to mówię, że bym dużo wagarował. Ludzie się dziwią, a ja mówię jak jest. Twierdzenia Talesa, Pitagorasa, wielomiany, pojęcia i wzory z chemii, fizyki, biologii i inne pierdoły ze szkoły nie przydały mi się do dzisiaj i nie pamiętam z tego nic. Te trzy pierwsze nazwy aż musiałem sprawdzić w necie na potrzeby tego wyznania, bo tych nawet już kompletnie nie kojarzę.

Mam papier, który świadczy o mojej dojrzałości. Świetnie, tylko co mi z niego? Zresztą co to za definicja dojrzałości? Chodzenie bezmyślnie do szkoły, bo rodzice każą i bezmózgie wykonywanie poleceń nauczycieli, by na końcu napisać z tego test? Moim zdaniem nie. Według naszego kochanego państwa, które tworzy program nauczania, które musimy obowiązkowo odbyć, marnując młodzieńcze lata na tych pierdołach – tak.

Prymusi, którzy w szkołach mieli piątki i coś tam wynieśli z lekcji pewnie napiszą w komentarzu, że jestem po prostu głupi. Ale i Wy, moi drodzy, usiądźcie i pomyślcie, a wielu z was wyciągnie wnioski, że jednak większość uleciała wraz z latami straconymi w zatłoczonej klasie na nauce tych pierdół.

#HEssd

Niedawno poznałam sympatycznego faceta. Świetnie nam się rozmawiało i umówiliśmy się na randkę raz, później drugi. Na tym drugim spotkaniu wylądowaliśmy w sypialni. Zorganizował kolację u siebie w domu, sam mnie zachęcał, no i wyszło jak wyszło.
Kiedy chciałam się z nim ponownie umówić przez telefon, powiedział mi wprost, że sprawdza laski do trzech pierwszych randek i jeżeli pójdą się z nim przespać, oznacza to, że są puszczalskie i nie warto na nie tracić czasu...

Brak mi słów, dalej do mnie nie dociera to, co się wydarzyło.

#VXZTZ

Przygarniam co jakiś czas zwierzęta ze złych warunków (jestem z branży wet i wiem, co robię). Są to zwierzęta z patologii, z krótkim lifespanem, często chorujące. Mimo tak okropnej przeszłości, udaje nam się stworzyć tak niesamowite relacje, że nawet z ludźmi tak nie bywa. Są to tak mądre, interaktywne, wydające się rozumieć więcej niż można by założyć stworzenia, że każda sekunda spędzona z nimi daje mi przeogromne szczęście i widzę, że im też. Przez ten krótki czas udaje nam się przeżyć tak wspaniale przygody i stwarzam im najlepsze możliwe warunki. Ale...
Średnio co rok, a nawet pół roku, jakieś zwierzę choruje ciężko i finalnie umiera, najczęściej trzeba pomóc mu odejść. Za każdym razem dostaję epizodu średniej (ciężkiej?) depresji, rekordowo przez 4 tygodnie zdarzyło się żyć na max 500 kcal dziennie – bezsenność, płacz, rozpacz, głęboki żal, koszmary, pustka, myśli samobójcze, poczucie niesprawiedliwości to standard. Problem z najprostszymi czynnościami, jakby trzeba było robić je niosąc 200 kg. Mimo wszystko udaje się zachować pozory „wysokofunkcjonującej” osoby – praca itd. Co tak naprawdę jeszcze bardziej mnie wykańcza.
Czy w takim razie lepiej nie brać do siebie zwierząt? Wiem, że mało kto zapewni im takie warunki i opiekę jak ja. W dodatku uważam, że cierpienie po ich odejściu jest konsekwencją wspaniałej relacji za życia, która dała mi niesamowicie dużo radości i im też. Coś za coś. Gdyby tej relacji nie było, tych wspomnień, to i żalu by nie było. Życie bez takich przyjaciół jest puste wg mnie.
Co ze specjalistą? Prywatnie mnie nie stać. Na NFZ marny skutek, wizyta trwa 15 min, a terapia lekami niedopasowana.
Czasami chciałoby się odejść razem z nimi...

#zna0m

Mieszkam w bloku, mam 32 lata i kiepską, ale za to zdalną pracę w telekomunikacji. W październiku pożegnałam kochanego kotka, w listopadzie dziadka, a w grudniu zaczął się ciężki okres w pracy... Coraz mniej zleceń – niestety pracuję na umowę zlecenie już trzy lata i niestety jest coraz więcej absurdalnych, stresowych sytuacji ze strony kierownictwa. Szukam innej pracy już jakieś dwa lata, uczę się, szkolę i próbuję się przebranżowić, ale jeszcze się nie udało. Od jesieni z tego wszystkiego popłakuję sobie z rana lub z wieczora, różnie.
Wczoraj podczas wizyty w piwnicy po ogórki spotkałam sąsiadkę, mieszkającą piętro niżej. Zwierzyła mi się, że od około pół roku słyszy psa, który płacze, skamla. W naszej klatce jest tylko jeden pies, który mieszka piętro wyżej niż ja. Pytała się, czy może ja nic nie słyszę, w końcu to ja mam bliżej do tego pieska. Odpowiedziałam, że ja nic nie słyszę, i że może sąsiadka z sąsiedniej klatki gdzieś przez ścianę coś słyszy. Pomartwiłyśmy się jeszcze chwilę o zwierzaka, pożyczyłyśmy sobie zdrówka i pożegnałyśmy się.

I teraz zastanawiam się, czy to mnie sąsiadka słyszy, czy serio jakiegoś psa :-(
Dodaj anonimowe wyznanie