Ostatnio zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie nigdy nie zrobię prawa jazdy.
Panicznie boję się prowadzić, do tego stopnia, że jeśli miałabym wymienić swoje największe lęki, to jazda samochodem byłaby wysoko na liście.
Już sam kurs jest dla mnie czymś abstrakcyjnym, nie mówiąc już o normalnym, użytkowym jeżdżeniu. Fakt prowadzenia samochodu jest po prostu dla mnie przerażający, do tego dochodzi jeszcze świadomość możliwości spowodowania wypadku. Jakiś czas temu, za namową rodziny i znajomych, zapisałam się na kurs. Zrezygnowałam po kilku jazdach, podczas których czułam się fatalnie (do tego stopnia, że po jeździe ledwo byłam w stanie wrócić do domu). Skończyło się to stanami lękowymi i przyczyniło do nawrotu depresji.
Nie przeżyłam nigdy wypadku samochodowego, nie boję się jeździć jako pasażerka (każdego środku transportu, nawet samolotu).
Na szczęście studiuję w mieście, gdzie komunikacja miejska jest dość dobra, do domu rodzinnego jeżdżę autobusem, a dzięki pociągom mogę dotrzeć do każdego większego miasta w Polsce. Na razie nie jest to więc dla mnie dużym problemem, ale obawiam się momentu, w którym dotknie mnie wykluczenie komunikacyjne.
Nie cierpię rodziny narzeczonego. Po prostu ich nie trawię. Na co dzień nie daję tego po sobie poznać, jestem dla nich miła, zawsze pomogę, wysłucham, ale w głębi duszy napawają mnie po prostu wstrętem. Narzeczony także nie podejrzewa, że żywię takie uczucia wobec jego najbliższej rodziny. Ale od początku...
Narzeczony ma dwie siostry, matkę i ojca. I o ile jego tata jest naprawdę spoko, to reszta jest okropna. Zawsze musi być tak, jak one chcą. Dwie siostry nie mają mężów, mieszkają nadal z rodzicami i im się po prostu nudzi. Strasznie obgadują innych, często powodem godzinnego obśmiewania potrafi być to, że np. ktoś źle kroi marchewkę. One robią najlepiej, wszyscy inni źle. Jestem szefem kuchni w jednej z lepszych restauracji w mieście powiatowym, a one potrafią mi powiedzieć, że źle gotuję ziemniaki. Narzeczony zrobił doktorat z farmacji, ogólnie ciężko mu było to osiągnąć, a jeszcze gorzej znaleźć pracę. Całe studia mu nadawały nad głową, że ma sobie odpuścić te studia, jego matka wyrzygiwała w losowych momentach, że powinien jak siostra zostać nauczycielem, a kochana siostra załatwiła mu mega fuchę, czyli pól etatu jako woźny w jej szkole... 80 km od miejsca naszego zamieszkania. Oczywiście jak się obronił, to pierwsze wstawiały z nim zdjęcia na fb z podpisem „MÓJ SYNUŚ/BRAT DOKTOR”, tylko po to, żeby się przed rodziną i sąsiadami pochwalić. W zeszłym roku wcisnęli się do nas na wakacje. Gdy zarezerwowaliśmy sobie wycieczkę, mocno nas podpytywali, gdzie lecimy, a kiedy, a jaki hotel. No i wyszło szydło z wora, jak tydzień później oznajmili, że oni też z nami jadą. Bez pytania...
Słyszałam wielokrotnie, jak mnie obgadują we trzy. Jak kiedyś zwróciłam uwagę teściowej, że taka dorosła, a jak dziecko ludzi obmawia, to był ryk, chwytanie się za serce i pretensje do mnie i do partnera, że my jej nie szanujemy. Ogólnie cyrk. Jak słyszy tylko, że jakiś tam syn koleżanki się ożenił, to od razu gada, że jak tak można syna od matki odciągać, że miejsce dzieci jest przy matce. Naszego związku także nie pochwala, ale wprost nic nie powie, bo wie, że narzeczony by zrobił awanturę. Tylko jego się jeszcze trochę boi, bo wie, że jest niezależny i bez skrupułów się odetnie od niej. Z tym że to nie jest prawda... Coraz bardziej się obawiam, że mój partner jest przez nią zmanipulowany. Co prawda nie zgadza się z nią w 99%, jak się zaczyna do mnie dowalać, to też jej odpowie niemiło, ale jeździmy tam na każde imieniny, urodziny i święta... Na moje pytania, czemu się nie odetnie, wzrusza ramionami i mówi, że matka jest tylko jedna i ona zawsze taka była, więc się przyzwyczaił. A dla mnie to koszmar, jak można tolerować takie osoby.
Jestem w młodym wieku, a popadłem w hazard. Zakłady bukmacherskie. Do tego stopnia, że zacząłem pożyczać pieniądze od znajomych na grę oraz na spłatę pożyczek, które zaciągałem na granie. Chwilówki na miesiąc, na raty... Jaki ja głupi byłem i jestem... Nie potrafiłem się opamiętać, zawsze w głowie była myśl, że się odegram. Jak spłacę zadłużenie? Muszę grać! Wszystko doprowadziło teraz do tego, że musiałem wyjechać za granicę, bo w Polsce nie starczyło mi na spłacanie. Rodzina mi pomagała, a ja grałem dalej... I tak to wszystko trwało kilka lat, nie myślę, ile kasy przepuściłem, bo mnie to tylko dołuje. Myślałem o śmierci kilka razy, ale to tylko ucieczka, zostawienie rodziców z długami. Tak nie mogło być. Wszyscy mi pomagali: rodzice, brat, rodzina. Leczyłem się, ale bezskutecznie.
Teraz mam opóźnienia z chwilówkami ze spłatą, kilka dni. Konta do grania pozamykałem dawniej, potem otwierałem nowe, lecz teraz już nie ma bukmachera, w którym bym nie miał zamkniętego konta, dobrowolnie zamknąłem. Dzisiaj zamknąłem w ostatnim, w którym grałem do dnia dzisiejszego, tzn. w którym przegrałem zakład, więc od jutra nie będę miał już żadnego otwartego konta. Wszystkie są pozamykane na zawsze, bez możliwości ponownego otwarcia. Mam nadzieję, że teraz mi się uda, chociaż będzie bardzo trudno.
Wiem, że są to smęty moje, ale nie zwyzywajcie mnie, chciałbym, żebyście trzymali kciuki. Obym się odbił, a nie stoczył dalej. Chciałbym wyjść na prostą, mieć dziewczynę i później rodzinę, bez nałogów. Cieszyć się z życia.
Trzymajcie się.
Ostatnio miałam tak hardkorową sraczkę, że dosłownie bałam się zasnąć, jeśli rozumiecie o co mi chodzi.
Jestem jedyną dziewczyną w klasie. Dostaliśmy kiedyś anonimową ankietę na temat pracy nauczycieli itp. Pytaniem pierwszym była płeć, a drugim klasa.
Ja wam powiem – bardzo anonimowe.
To uczucie, gdy tata się pyta jaka rocznica wypada 20 kwietnia, a ty jako historyk, zgodnie z prawdą odpowiadasz, że urodzin Adolfa Hitlera, tylko po to, by się przekonać, że chodziło mu o rocznicę śmierci prababci...
Lata temu zerwał ze mną chłopak, którego kochałam. Kocham go do dziś, ale przecież nie zmuszę nikogo, żeby chciał ze mną być. Trzeba było to przeboleć i jakoś żyć dalej. Do dziś nie wiem, co się z tym człowiekiem dzieje. Śledzenie jego życiorysu sprawiłoby mi jeszcze większy ból. Po kilku latach od rozstania poznałam faceta, wyszłam za niego za mąż. Nie przeszkadzało mu to, że nadal mam w głowie innego człowieka (chciałam być z nim od początku szczera), pojawiły się dzieci itd.
Kilka dni temu spotkałam się na wino z koleżanką, z którą znam się od wielu lat. Gadamy tak o jej życiu, o moim życiu i nagle słyszę: „Odkąd rozstałaś się z Hubertem, nieraz zastanawiałam się, jak by wyglądało wasze życie, gdybyście nadal byli razem, bo wiesz, on się przyznał, że żałował tego rozstania, ale nie wiedział, jak to naprawić”. Któryś już dzień chodzę jak nieprzytomna i płaczę w poduszkę, przypominając sobie te słowa…
Wielu z nas ma czasem lepsze, czasem gorsze chwile z rodzicami. Ja z moim ojcem nigdy nie miałam jakichś wyśmienitych relacji, ale dogadywaliśmy się całkiem w porządku. Oczywiście patrząc na to, że widywaliśmy się średnio raz w tygodniu (miałam kilka lat, gdy przestaliśmy wspólnie mieszkać). Niestety, kilka lat temu śmiertelnie się na mnie obraził. Nawet nie wiem tak naprawdę za co. Opiszę sytuację, zmieniając nieco wydarzenia, ale pozostawiając sens.
Byłam z nim w sklepie i inni klienci strasznie nabałaganili – pani kasjerka odeszła na chwilę od kasy, żeby po nich posprzątać i musieliśmy nieco poczekać. Ojciec chciał jej zrobić awanturę, ale go zatrzymałam, bo to był mój osiedlowy sklepik i nie chciałam sobie psuć relacji, pani kasjerka zresztą była całkowicie niewinna. Ojciec się na mnie obraził i od tego czasu nie mamy ze sobą zupełnie kontaktu.
Moja mama jest cudowną kobietą, kocham ją nad życie, ale czasem brakuje mi ojca... Nie raz, nie dwa chciałam się z nim pogodzić – pisałam, dzwoniłam, ale wszystko pozostaje bez odpowiedzi z jego strony.
Naprawdę tęsknię i mimo że minęło już kilka lat, nie jestem w stanie zrozumieć. Jest mi przykro.
U nas na osiedlu jest sklep należący do pewnej sieci, co to za logo ma perwersyjnie uśmiechniętego płaza. Odkąd pamiętam, pracuje w nim pani Jadzia. Kobieta jest dość gburowata i posiada tę cechę, która irytuje niejednego klienta – skubana nigdy nie ma drobnych do wydania reszty, więc każde zakupy zakończone są mantrą pt. „Grosik będę winna”.
Wynajęliśmy razem z kumplami lokal od spółdzielni. To fajna, duża sala, gdzie robimy sobie próby, a niekiedy też i całkiem ciężkie imprezy. Jakieś dwa lata temu wpadłem na pomysł, żeby postawić przy drzwiach taki wielki, pękaty, 5-litrowy słoik, do którego każdy będzie wrzucał grosze. Nalepiłem kartkę „Dla pani Jadzi”. W dwa lata słój wypełnił się miedzią i był tak ciężki, że ledwo szło go podnieść. Zadowoleni z siebie jak jasna cholera zataszczyliśmy nasz skarb do sklepu i postawiliśmy go przed nosem pani Jadzi. Ta zerknęła na słój wzrokiem śniętego karpia, a potem rzuciła nam karcące spojrzenie. Tak czy inaczej misja została wykonana – pani Jadzia miała do dyspozycji tysiące cholernych grosików. Nic tylko brać i wydawać resztę!
Tego samego wieczora poszedłem do tegoż sklepu po fajki. Jakże wielkie było moje rozczarowanie, kiedy pani Jadzia zagmerała ręką w kasetce swojej kasy i wydała mi niepełną resztę, mruknąwszy pod nosem „Grosik będę winna”. Czasem mam wrażenie, że one te grosiki po prostu zjadają...
Kilka lat temu latem wybierałem się z rodziną mojej dziewczyny na kilkudniowy rejs żaglówką. Ja i jej tata dostaliśmy za zadanie zrobienie zakupów.
Jako że jej tata jest zwolennikiem zdrowej żywości, więc oczywiście nie mogło zabraknąć świeżych owoców i warzyw. Polecił mi zatem wybranie kilku kalafiorów z takiej dużej skrzyni, ale że na pokładzie miejsca raczej nie ma za dużo, to miałem oderwać wszystkie liście (było ich wyjątkowo dużo). No to zabrałem się z zapałem do roboty, chwyciłem jeden kalafior i zacząłem oskubywać go z liści.
Nagle podchodzi do mnie tata mojej dziewczyny i dusząc się ze śmiechu mówi, że przecież kapustę to on już wziął... Okazało się, że prawie pozbawiłem kapustę wszystkich liści.
Dobrze, że ekspedientki tego nie widziały. Szkoda, że teść nie dał mi o tym zapomnieć do dzisiaj.
Dodaj anonimowe wyznanie