Idę sobie do sklepu i już z daleka go widzę. Lekko wymięty, nieogolony jegomość w utytłanym płaszczu. Tak jak się spodziewałem - facet mnie dopadł i zaczął przemowę, której efektem ma być pisont groszy dorzucone do jabola.
Ciekawą metodę miał tenże pan żul. Zamiast po prostu wcisnąć mi łzawą historię o złych warunkach bytowych, menel powiedział, że chce się napić alpagi i bez ceregieli poprosił mnie o 5 zł.
- To trochę dużo - powiedziałem.
Wtedy pan kloszard odparł:
- Czekej, czekej. Prezesuńciu! Ja pomogę!
...i wyjął z kieszeni 2 zł. No, dobra. Wziąłem monetę i dałem mu całego piątaka.
Gdy wychodziłem ze sklepu dopadł mnie ten sam jegomość. Najprawdopodobniej olbrzymia ilość wypitych przez niego tanich win trwale uszkodziła mu ośrodek mózgu odpowiedzialny za pamięć krótkotrwałą, bo facet jak gdyby nigdy nic sprzedał mi dokładnie tę sama gadkę, co wcześniej i... poprosił o 10 zł.
- Nie, no gościu. Przeginasz! - rzekłem zirytowany.
- Czekej, czekej. Prezesuńciu! Ja pomogę! - odparł menel ukazując swe praktycznie bezzębne dziąsła i... usiłował wcisnąć mi moje 5 zł. Dokładnie tę samą monetę, która dałem mu 5 minut wcześniej.
- No... dobra - powiedziałem robiąc minę idioty i wziąłem piątaka. Następnie sięgnąłem głęboko do kieszeni i położyłem na wyciągniętą przez kloszarda dłoń 2 złote. Dokładnie to samo, które dał mi pięć minut wcześniej.
Straszliwie się zdenerwował i przez dobrych kilkadziesiąt metrów maszerował za mną wyzywając mnie od podłych złodziei. Cóż, to chyba nie był dla niego najlepszy dzień na robienie dochodowych biznesów...
Ostatnio w kawiarni podszedł do mnie bardzo wystylizowany chłopak i poprosił o numer. Zupełnie mi się nie podobał, więc odmówiłam. Wtedy on przestraszony powiedział „przepraszam, myślałem, że jesteś chłopakiem”.
Poszłam ostatnio na rajd po lumpeksach. Nawet nie patrzyłam już, gdzie wchodzę, bo na jednej ulicy jest lumpeks za lumpeksem. Weszłam do kolejnego, ubrania już przebrane, mało co na wieszakach. Kobitki wokół były poubierane w za duże ubrania, dosyć znoszone, więc pomyślałam, że musi tu być bardzo tanio. Rzuciłam kilka kiecek na ladę i dla pewności zapytałam, ile za kilogram, bo nigdzie nie widziałam karteczki. Sprzedawczyni wyjaśniła mi z pogardą, że to nie jest lumpeks, tylko sklep jakiegoś projektanta. Cena jednej bluzki przekraczała całą moją wypłatę.
Mój chłopak nie mógł zrozumieć, co tak niekomfortowego jest w głębokim gardle i dlaczego w ogóle nie mam ochoty tego robić. Żeby mi udowodnić, że to nic strasznego, wsadził sobie w gębę wielkiego dildosa aż po same kule. Więc wyobraźcie sobie kolesia z końcówką czarnego dildo wystającą z gęby i z tym wrednym wyrazem wyrzutu na twarzy, który mówi "glglgulggulgl", co prawdopodobnie ma znaczyć "Widzisz? To nic trudnego!" - od dziś oficjalnie się go boję.
Wakacje u bogatej rodziny cz. 2.
Wakacje u cioci to był ogromny wysiłek fizyczny. Ciotka całymi dniami się uczyła, przerwy robiła jedynie na przyjmowanie pacjentów w gabinecie prywatnym. Zawsze po tych wizytach ciotka przynosiła bardzo duże zwitki pieniędzy, które chowała do specjalnej półki.
Ja natomiast zajmowałam się dziećmi, gotowałam i sprzątałam. Miałam sporo obowiązków, lekko nie było. Wakacje żadne, chociaż przebywanie w takim dużym, eleganckim domu było przyjemne mimo to. Powstała również u mnie nadzieja, że mój wysiłek będzie wynagrodzony, ponieważ ciocia ciągle mi mówiła, że koniecznie musimy poszukać takiej a takiej torebeczki bo jest szalenie modna u młodych dziewczyn, takiej i takiej bluzki, która gdzieś tam widziała i jest najpiękniejsza na świecie, a mi się należy za pomoc. Chociaż ja tych rzeczy nie widziałam i wcześniej o tym nie marzyłam, jak moja ciocia rozbudzała we mnie te wizje to wprost doczekać się nie mogłam spełnienia obietnic! Albo kiedy pójdziemy na te obiecane atrakcje – jak kino, pizza itp.
Ciocia z wujkiem nie liczyli się z pieniędzmi, wydawali ogromne kwoty, kupowali dzieciom każdą głupotę, nawet za duże pieniądze, ale jakoś mi nic nie kupowali. A bo to ma nie taki kolor, a to za brzydkie, a to nie takie idealne, chociaż coś było piękne i mi się podobało. Ale niegodne było wszystko zakupu. Wakacje się kończyły, a ja jak nic nie dostałam, tak nie dostałam, jak nigdzie nie byłam, tak nie byłam. Ale ciotka wiedziała, że babcia ma ją za ósmy cud świata, nieopisaną dobroć i miłość i z pustymi rękami wrócić nie mogę. Zabrała mnie do takiego namiotu z ciuchami (takie namioty czasem stoją w jakiś miejscowościach turystycznych np. nad morzem) i wybrała mi bluzkę na ramiączkach za 5 zł i jakąś 100% poliestrową spódnicę za 8 zł. Zauważyłam, że ciocia po prostu nie chce żebym miała coś fajnego, albo nie daj boże droższego.
Mimo to wspomniałam cioci, że na spacerach z dziećmi widziałam w księgarni 2 książki, o których tak bardzo marzyłam i ciocia owszem zabrała mnie do tej księgarni, ale przy mnie kupiła swojemu dziecku stos książeczek, a mi tych książek już nie chociaż pokazałam je cioci (książki po 20 zł). I wiecie co? Ukradłam z tej szuflady z pieniędzmi 50 zł i kupiłam te 2 książki, a za resztę ciasteczka, które kiedyś spróbowałam i które były pyszne, a które wujek sam zawsze zjadał. Wróciłam do domu z 2 książkami, na które ukradłam pieniądze, bluzką i spódnica za 13 zł. To były najdziwniejsze wakacje mojego życia. A do kradzieży nigdy nikomu się nie przyznałam. Jako dziecko czasami nie mogłam zasnąć bo bałam się, że pójdę do piekła. Bardzo przeżywałam, że zrobiłam coś bardzo złego.
P.S. Książki po 20 latach nadal stoją u mnie na półce, są częścią większej serii.
W latach 90 byłam wraz z moją najlepszą przyjaciółką dość frywolną nastolatką.
Mają odpowiednio 17 i 18 lat poszłyśmy na pielgrzymkę do Częstochowy z Helu, to było trochę ponad 600km około 20-23 dni w drodze.
Naszym celem nie do końca była Częstochowa a raczej sama droga. Wcześniej dużo słyszałam że podczas pielgrzymki w ciągu dnia śpiewa i modli się by Bóg wybaczył to co dzieje się w nocy na owej pielgrzymce.
Podczas pielgrzymki przespałam się z 7 chłopcami i raz z dziewczyną... Okazało się że te wszystkie plotki to sama prawda i wystarczyło się codziennie ustawić do marszu z innym mężczyzną który akurat się podobał i prawdopodobne że przy najbliższej okazji będzie się parzyć jak króliki było ogromne.
Teraz mam ponad 40 lat i czasem z przyjaciółką wspominamy najbardziej szalony pomysł z młodości. Mąż nie wie, nikt nie wie a ja nie żałuję niczego - może poza tym że nie byłam już na kolejnej pielgrzymce.
Zdawałam egzamin na kat. A2. Czekałam na swoją kolej, żeby iść na plac i mimowolnie słyszałam jak rozmawia dwóch facetów czekających na swoje pociechy. Gadka szmatka i zaczęli rozmawiać o swoich przeżyciach:
- Ja kiedyś jechałem rowerem po pijaku i mnie złapali. Miałem zakaz prowadzenia roweru, ale autem mogłem jeździć. Bez sensu. A raz jak w ciężarówce spałem nawalony, to mi wzięli prawko i miałem zatrzymane na 2 lata. Ale nie miałem dużo jakoś 0,54. Musiałem potem znów zdawać.
- No i za którym zdałeś?
- Za drugim.
- A to nie jest tak źle.
- No za pierwszym razem byłem trzeźwy. Za drugim już po przepiciu, to poszło łatwo.
- A to cie nie wyczuli?
- No co ty. Zjadłem tyle czosnku, że koleś w tym aucie nawet nie oddychał.
Komentarz zbędny :)
Jestem w takim momencie swojego życia, że zaczynam zdawać sobie sprawę z wielu rzeczy.
Jeśli miałabym ocenić, jakie miałam dzieciństwo, to nazwałabym je normalnym, szczęśliwym.
Oczywiście wiem, jak wiele błędów nieświadomie popełnili moi rodzice, ale kiedyś takie zachowania były powszechne i nikomu nawet nie przyszło do głowy, że to może dziecku zaszkodzić. Z rodzicami zawsze miałam świetny kontakt, bardzo trudno było mi wyprowadzić się z domu, bo byłam z nimi mocno zżyta. Jednak odkąd urodziła się moja córka, nasze relacje wbrew pozorom uległy ochłodzeniu.
Moi rodzice są tak skupieni na wnuczce, że czasem sprawiają wrażenie, jakby zapomnieli, że mają swoje dzieci. To, że niestety w obecnych czasach wiele wymaga się od matek i jesteśmy poddawane ciągłej krytyce jest bardzo znanym zjawiskiem, ale ja stale doświadczam tego od najbliższych. To ja źle gotuję, karmię, wychowuję itp. itd. A dziecko ma też ojca.
Oboje pracujemy, ale zarówno moi rodzice, jak i teściowa uważają, że to do mnie należy zdecydowana większość obowiązków. Na szczęście mam bardzo fajnego męża, który chce i potrafi zająć się dzieckiem. Dlatego w oczach rodziny jest bohaterem, jeśli przygotuje coś do jedzenia dla dziecka,albo zabierze na plac zabaw.
Z moimi rodzicami mam słaby kontakt, bo ich po prostu nie interesuje już za bardzo, co u mnie słychać. Jak się sama rozgadam, to mnie nie słuchają.
Zostałam wychowana w takim domu, gdzie temat relacji czy miłości był tematem tabu i moja mama interesowała się tylko tym, żebym się nie puszczała i nie zadawała z byle kim.
Z tego też powodu nie chciałam jej się zwierzać, jeśli ktoś złamał mi serce, bo zawsze słyszałam „poszłaś do łóżka przed ślubem i teraz płaczesz, bo ktoś nie uszanował twoich uczuć, nie ma co się temu komuś dziwić”. Teraz mam rodzinę, więc jest tak jak powinno być, więc po co o cokolwiek pytać i po co się czymkolwiek interesować.
To mi tylko dało lekcję, jakich błędów nie popełniać przy swojej córce.
Życzcie mi powodzenia.
Mam bardzo dobrych rodziców. Nie mam wątpliwości, że kochają po równo całą naszą trójkę - mnie, moją siostrę i dużo młodszego od nas brata. Kochają, wspierają, troszczą się o nas i o nasze problemy i poszli by za nami w ogień. Ale z jedną rzeczą, którą robili mnie i mojej siostrze nie mogę się pogodzić do tej pory.
Ja i moja siostra naszym zdaniem byłyśmy dla naszych rodziców prawie idealnymi dziećmi - w szkole same piątki i szóstki, wygrywane konkursy, wszyscy nauczyciele nas chwalili i gratulowali naszym rodzicom. Ale wiadomo, jak to dzieci czasem pyskowałyśmy i robiłyśmy histerie, więc trzeba było nas postawić do pionu. Problem tylko jak.
Nie wściekam się o klapsy i stanie w kącie. Tych rzeczy nawet nie pamiętam. Trochę wściekam się o szarpanie nas za włosy, bo to po prostu bolesne i upokarzające. Jednak najbardziej wściekam się o inną karę - wyprowadzanie nas za furtkę.
Kiedy któraś z nas takimi dziecięcymi pyskówkami i wrzaskami wystarczająco zdenerwowała rodziców, oni, wściekli, kazali się nam ubierać do wyjścia, wyciągali nas z domu i przez podwórko do furtki. Potem otwierali furtkę i wypychali nas na zewnątrz, na chodnik, krzycząc, że jak nie umiemy się zachować, to wynocha z domu, mamy iść i nie wracać. Ja i moja siostra rozhisteryzowane i płaczące chciałyśmy wejść z powrotem, no bo jak sobie poradzimy same na ulicy, ale rodzice dalej nas wypychali. Kiedy uznawali, że już dość nas nastraszyli, to mówili, że mamy wracać i się porządnie zachowywać.
Taka sytuacja zdarzyła się co prawda tylko kilka razy. Ostatni raz z moją siostrą w trzeciej klasie podstawówki, po tym jak wykłócała się z rodzicami, że nie chce by monitor komputera był ustawiony daleko od niej, bo w szkole monitory stoją bliżej dzieci. Ale moim zdaniem nasi rodzice z tą karą po prostu przesadzili. Już wolałabym klapsy niż upokorzenie i paniczny strach, że wylądujemy na ulicy.
Minęło wiele lat, mamy młodszego brata, który teraz jest w podstawówce i ma lekką chorobę umysłową. On nie jest w ten sposób karany, prawie w ogóle nie jest karany i mimo to wyrasta na dobre dziecko. Kilka klapsów dostał jak był młodszy. Obecnie rodzice są dla niego wyrozumiali, cierpliwi, tłumaczą mu spokojnie, jak ma się zachowywać, nie oczekują też od niego dobrych ocen, aby na trójkach zdawał. Czemu nie mogli robić tak z nami?
Kiedy trochę czasu temu przypomniałyśmy rodzicom o tym wyprowadzaniu za furtkę najpierw stwierdzili, że to w życiu się nie wydarzyło. Potem powiedzieli, że widocznie na to zasłużyłyśmy. Zasługiwałyśmy na straszenie wyrzuceniem z domu w podstawówce? Mówią też, że ogólnie zasługiwałyśmy na obrywanie od nich i szkoda, że mocniej nie obrywałyśmy, to może byłybyśmy grzeczniejsze. Kocham ich bardzo, ale o to mam żal. Gdyby chociaż za to przeprosili. Ale oni uważają, że zachowali się jak najbardziej prawidłowo.
Przy umywalce upadło mi mydło na podłogę (tak, mydło na podłodze, bardzo śmieszne). Kiedy się po nie schylałem, pieprznąłem głową w umywalkę, a kiedy wstawałem, pieprznąłem się głową w otwarte drzwiczki od szafki nad umywalką. Mało się nie posrałem z bólu, w przeciwieństwie do mojej dziewczyny, która mało się nie posikała ze śmiechu.
Dodaj anonimowe wyznanie