#AXeqd

Sytuacja niedawna: stoję przed przejściem dla pieszych, czekając na zielone światło. Przejście takie miniosiedlowe i ruch raczej okazjonalny, ale skoro światło jest czerwone, to grzecznie czekam. Tymczasem z naprzeciwka jedzie koleś na wózku inwalidzkim, rozgląda się i hyc – przejechał przez pierwszy pas jezdni, na wysepce ponawia obserwację i pokonuje kolejny pas ruchu, dobijając do mojego chodnika. Patrzę więc na niego z oburzeniem pomieszanym z troską i mówię: „No co pan robi, kaleką chce pan zostać?!”.
Na szczęście zrobiło się zielone i mogłam uciec, gdzie pieprz rośnie.

#wx3lW

Mam pewną przypadłość, która wydaje mi się że jest dość niespotykana, choć pewnie do pozazdroszczenia przez wielu rodaków. Mianowicie po tym, gdy wleję w siebie więcej niż kilka dobrych piw lub butelkę mocniejszego trunku, wracam do domu i idę do łóżka, wydawałoby się, zmęczony po ciężkim wieczorze. Normalnie, co nie? No nie do końca, gdyż po kilku (3-4) godzinach budzę się jak nowo narodzony, super wyspany i gotowy do działania na cały dzień.

Jako studentowi, ta przypadłość ratuje mi życie i w moim wypadku mogę szczerze powiedzieć znaną frazę – piwo to moje paliwo :D

#OuO1z

Jako świeżo upieczona licealistka na wymarzonym profilu miałam poważny problem. Nie miałam chłopaka. I bardzo mnie to smuciło. Tak więc pewnego popołudnia postanowiłam podbić rekord dziewczęco-naiwnej głupoty.

Wracałam ze szkoły, gdy nagle moim oczom ukazał się cud chłopak. Idealny! Wysoki, przystojny, typ sportowca i na oko student. Strasznie chciałam zwrócić na siebie jego uwagę, więc uknułam plan. Wysiadłam na tym samym przystanku co on (warto dodać, że o jakieś 5 przystanków za daleko). Szybko go wyprzedziłam i „przypadkiem” upuściłam klucze pod nogi mego wybranka, po czym zadowolona ze słuchawkami w uszach podreptałam przed siebie.

Minęły już 2 lata, a ja nadal nie znalazłam tych kluczy.

#wea1z

Mam 35 lat i nie mam nikogo. Dosłownie. Nigdy nie byłam w związku, moje – mnie się wydawało – przyjaźnie szybko się rozpadały, bo były na zasadzie „aby tej drugiej osobie było lepiej”, chodziło o korzyści, czy to o materialne, czy żebym pomogła. W drugą stronę to niestety nie działało. Tak, dawałam się wykorzystać na każdym polu w rzekomej przyjaźni. Od zawsze miałam wrażenie, że każdemu moje istnienie przeszkadza, czy to w szkole: uczniom i nauczycielom, czy to obcym ludziom w komunikacji miejskiej, czy nawet mojej własnej rodzinie. W pracy również. Wprost mi kilka razy powiedziano: „Nie ma tu dla ciebie miejsca, nikt cię tu nie chce”. Zarówno w odniesieniu do działu, jak i całej firmy (a osobom w podobnej sytuacji do mojej szukano na siłę miejsca, które się ostatecznie znajdywało). Kazano mi pisać wypowiedzenia, aby na świadectwie pracy była adnotacja, że to ja chciałam. I to nawet nie za porozumieniem stron. Po prostu z woli pracownika. Po czym w ciągu dwóch / trzech tygodni na moje miejsce przychodziła osoba, która dostawała pierwszą umowę na 3-6 miesięcy na czas określony, aby później mieć na nieokreślony. A mnie ciągnęli na umowie na czas określony, aby po trzeciej umowie mi mówić wprost, że mnie nie chcą. W pracy wchodziłam do pomieszczenia, bo coś potrzebowałam – wszystkie rozmowy się urywały. Ze mną nawet nie chciano o pogodzie nigdy rozmawiać.

Wydaje mi się, że jestem miła, uczynna, jak ktoś mnie o coś poprosi, to zrobię. W pracy jak trzeba, to siedzę cicho, robię nadgodziny bez gadania (chociaż nadgodziny były płatne, to ja to omijałam i siedziałam, aby nie musiano mi za to płacić), zgłaszałam się do każdej dodatkowej roboty bez oczekiwań finansowych. W godzinach pracy potrafię przesiedzieć przy biurku bez chodzenia do toalety, jedzenia oraz picia cały dzień. Jestem na każde skinienie.

Poszłam do psychiatry, psychologa. Uznali, że wymyślam problemy i żebym zajęła się prawdziwym życiem. Ale ja naprawdę nie wiem, co robię nie tak, że jestem ignorowana. Chciałabym uzyskać pomoc, ale nikt nawet nie chce mi udzielić podpowiedzi, co robię źle.
Jest mi zwyczajnie przykro i czuję się samotna. Mam wrażenie, że już przeżyłam swoje życie i nic mnie już nie czeka. Coraz częściej myślę o śmierci, o tym, żeby ktoś mi wyrządził jakąś krzywdę, bo wtedy wszystkie te osoby, co mnie znają, odetchną z ulgą, bo zwyczajnie ja im wszystkim przeszkadzam cały czas. Nawet specjalistom, u których byłam.

#M4cwe

Moja historia zaczyna się od czegoś, co na pierwszy rzut oka może wydawać się nieistotne, ale jest źródłem mojego największego bólu. Chodzi o niesymetryczną twarz. Nie jest to coś, co mogłabym zmienić czy ukryć. Moja lewa strona twarzy jest bardziej wyraźna, podczas gdy prawa wydaje się być bardziej spłaszczona. To stało się dla mnie barierą nie do przeskoczenia. Wydaje mi się, że przeszkadza mi w znalezieniu partnera, nawet pracy. Ta walka jest tak cholernie trudna i ciężka do zniesienia... Nawet teraz, pisząc ten post, mam łzy w oczach, ponieważ jest mi niezmiernie smutno i ciężko. Czuję, że ludzie patrzą na mnie inaczej, jakby moja twarz definiowała mnie jako osobę. Próbuję zasłaniać twarz włosami, ale czasami to jest niewygodne, więc wkładam opaskę. Wtedy czuję, jak ludzie w sklepie odsuwają się ode mnie. Pewnego razu starsza kobieta zapytała mnie, co mi się stało z twarzą, a potem dodała, że gdyby to była ona, skończyłaby ze sobą. To słowa, które dźwięczą mi w uszach do dziś.
Cierpię z powodu tego, że nikt nie próbuje mnie poznać, tylko ocenia mnie na podstawie mojej twarzy. To jest coś, co sprawia, że moje życie jest trudne i dlatego chciałam to tutaj napisać. Może kiedyś to się zmieni, może kiedyś ludzie przestaną oceniać innych po wyglądzie. A póki co, walczę... każdego dnia.

#XNhSl

Razem z grupą znajomych pojechaliśmy za północną granicę na dwutygodniowy trekking. Mój partner, z którym niezbyt mi się układa, został w Polsce, bo nie lubi takiej formy odpoczynku. W grupie było również kilku facetów, których wcześniej nie znałam, a z jednym z nich złapałam świetny kontakt. Dawno już tak dobrze nie rozmawiało mi się z żadnym mężczyzną. Już na początku znajomości powiedzieliśmy sobie, że mamy partnerów i w formie żartu ustaliśmy, że żadnego romansu nie będzie. Jednak z dnia na dzień sytuacja się zmieniła. Szukaliśmy swoich spojrzeń, które zdecydowanie przestały być koleżeńskie, szukaliśmy chociaż minuty, żeby być sami i wymienić parę zdań (zawsze rozmawialiśmy na „widoku” albo w grupie), zaczęliśmy flirtować. Trzy dni przed końcem wyjazdu wstałam w nocy do toalety i akurat się na niego natknęłam. I wystarczyło spojrzenie. Zaczęliśmy się całować. Trwało to może z minutę, bo obydwoje uświadomiliśmy sobie, że nie możemy zabrnąć za daleko. Uciekliśmy do swoich pokoi. Resztę trekkingu staraliśmy się unikać. Przy pożegnaniu się przytuliliśmy i życzyliśmy sobie powodzenia w życiu. Serce mi pękło.

Minęło klika miesięcy. Dalej jestem ze swoim partnerem. Dalej nam się nie układa, ale mamy wspólne zobowiązania, więc trwamy w tym beznadziejnym związku. A ja dalej tęsknię za moim trekkingowym kolegą i przed snem wyobrażam sobie, co by było „gdyby”. Ale nie mam odwagi tego sprawdzić.

#utz8w

Przytyło mi się. Moja wina – brak ruchu, lenistwo, przekąski. W końcu postanowiłam się za siebie wziąć. Już 6 kg na minusie, więc do ćwiczeń w domu postanowiłam dołożyć basen i biegi. O ile z basenem żadnych problemów nie ma, tak z biegania mam chęć zrezygnować. Biegam trzy razy w tygodniu i co najmniej raz na tydzień słyszę jakże zabawne komentarze typu „o, wieloryb z wody wyszedł”, „łap za drzewo, ziemia się trzęsie!” i pięć innych jakże śmiesznych żarcików. Dodam, że zostało mi do zrzucenia jeszcze tak z 8-9 kg, więc nie mam wymiarów młodej orki. Gdy raz nie wytrzymałam i podeszłam do śmieszka, max 16-17 lat, i go uraczyłam piękną wiązanką, to dostało mi się od przechodzącej kobiety, że czego na dziecku się wyżywam.
No ludzie! Gruba = źle, próbuje schudnąć = też źle.

Thanos miał rację, też najchętniej zdobyłabym rękawicę z wszystkimi kamieniami.
Dodaj anonimowe wyznanie