#2nxqI

Kiedy byłam mała, rodzice kazali mi bardzo wcześnie kłaść się spać (18, max 18:30). Po jakichś 15-20 minutach mama przychodziła sprawdzić, czy śpię. Jeśli nie spałam lub nie udawałam zbyt dobrze, krzyczała, że odda mnie do domu dziecka i weźmie sobie stamtąd grzeczne dziecko. Jeżeli miała wyjątkowo zły dzień, wyjmowała z szafy torbę i pakowała moje rzeczy. Stawiała ją przy drzwiach i mówiła, że jutro rano mnie tam zawiezie. Rano jak gdyby nigdy nic budziła mnie, robiła śniadanie etc.
Raz zapytałam ją o tę torbę i wyjazd; spojrzała na mnie ze złością i zaczęła krzyczeć, że co ja sobie ubzdurałam, znowu jakieś głupoty wymyślam itp.

Jeżeli dziś poruszam ten temat, wypiera się wszystkiego. Uważa, że sobie to wymyśliłam i nic takiego nie było. Chyba liczyła, że byłam za mała i tego nie zapamiętam. Pamiętam wszystko. 1:0, mamo.

#NgIAt

Kiedy byłam młodsza, niezwykle lubiłam pomagać w szkolnej bibliotece po lekcjach.

Pewnego dnia rozpętała się ogromna burza, a ja zostałam w szkole po lekcjach w nadziei, że może pogoda ulegnie zmianie. Postanowiłam spędzić ten czas w bibliotece. Pani poprosiła, abym odłożyła jedną z książek między półki. Kiedy robiłam to, o co mnie poproszono, usłyszałam przeraźliwy grzmot... Zaczęłam narzekać, że jak to ja do domu wrócę przez tę burzę (wracałam przez las na pieszo), że boję się, aby przez właśnie takie grzmoty coś mi po drodze na głowę nie spadło i w ogóle. Stałam za półkami, a więc nie widziałam bibliotekarki. W pewnym momencie, postanowiłam wyjść spomiędzy półek, bo pani nic nie mówiła.
Siedziała z niezadowoloną miną, patrząc się na mnie niemiło – dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie burza spowodowała grzmot, a był to po prostu jej bąk...

#vhGrk

Moi rodzice są razem już 35 lat. Ostatnio zauważyłam, że nigdy nie mówią sobie po imieniu! Zawsze nazywają się zdrobniale „Słoneczkiem”, „Gamoniem”, „Stokrotką”, „Robaczkiem”, „Misiem”.
Co ciekawsze, kiedy nawet tata coś przeskrobie, mama zawsze z podniesionym tonem mówi do niego: „Misiek, a dlaczego zrobiłeś tak, a nie inaczej?”. Z oczu lecą iskry, ale imię nie pada.
Zapytałam o to kiedyś. Powiedziała, że jak byli młodzi, to zawsze tak do siebie mówili, a przecież wciąż się kochają i nie wie dlaczego miałoby być inaczej. Ot, po prostu weszło im to w nawyk.

Taka drobna rzecz, a jednak cieszy. To fajnie, że prawdziwa miłość naprawdę może istnieć. Zawsze razem jeżdżą na zakupy, co niedziela wspólny spacer z psem, prace w ogródku – tylko we dwoje, gotowanie – we dwoje, a jakże. Kurczę, zazdroszczę im trochę.

#8q68k

Nienawidzę dostawać prezentów. Konkretnie prezentów od mojej matki. Zawsze boję się, że będę musiała udawać zadowoloną, żeby nie zranić jej uczuć i żeby przypadkiem się na mnie nie obraziła, bo przecież się starała. Ale ja widzę, że kupując prezenty dla mnie, kupuje je jak dla siebie, wybiera to, co najtańsze albo, co najgorsze, dostaję coś, co w ogóle mnie nie interesuje, co tylko pokazuje, że ona mnie wcale nie zna.

#lUB5N

Będąc małą dziewczynką, codziennie oglądałam program „Budzik”. Jeden odcinek był o tym, jak można pomagać rodzicom w codziennych czynnościach domowych. Widząc mojego ulubionego kota Budzika czyszczącego naczynia językiem, postanowiłam nie być gorsza. Poprosiłam mamę, żeby dała mi możliwość pozmywania po obiedzie.

Gdy zostałam sama w kuchni, wylizałam wszystkie brudne naczynia razem z resztkami. Mama była ze mnie bardzo dumna, a mi robi się niedobrze, jak o tym wspominam.

#SPflp

W szkole prześladowała mnie pewna dziewczyna, Aśka. Nie mam pojęcia dlaczego uwzięła się właśnie na mnie, bo nigdy jej nic nie zrobiłam. Życia nie miałam. Wyśmiewała mnie za wszystko – że nie jestem dobra w sporcie, że mam dobre oceny (ona miała nawet lepsze), że noszę okulary, że mam nowe spodnie (!), bo są rzekomo brzydkie. Wszystko było zawsze ze mną nie tak. Kiedyś wylała mi butelkę wody na głowę. Nie wytrzymałam i zgłosiłam to nauczycielce. Ta kazała nam sobie podać ręce i się pogodzić, bo nie wypada, żeby dziewczyny się tak zachowywały. Potem dodała, że nie chce już nic więcej na ten temat słyszeć. Potem nie miałam życia w szkole jeszcze bardziej. Więcej nauczycielom już nic nie zgłaszałam. Rodzice nie chcieli mnie przenieść do innej szkoły, bo ta była blisko i mogłam chodzić piechotą, a szkoda pieniędzy na dojazdy. Moje problemy z Aśką bagatelizowali. Mówili, że muszę się jakoś z nią dogadać i się jej w końcu znudzi, a w ogóle to przecież nic takiego.

Kiedyś Aśka wepchnęła mnie pod nadjeżdżający samochód. Na szczęście kierowca był ogarnięty i zdążył zahamować. Wyskoczył z auta i się na mnie wydarł, że głupia gówniara sobie żarty robi. Aśka się tylko śmiała. Jak jej z niedowierzaniem wykrzyczałam, że chciała mnie zabić, to roześmiała się jeszcze bardziej i stwierdziła, że jestem wariatką i się sama potknęłam, bo jestem po prostu niezdarą. Nikomu o tym nie powiedziałam, bo bałam się, że mi nikt nie uwierzy, że ona posunęła się aż tak daleko. Szkołę jakoś przetrwałam. W samotności. Nikt nie chciał się ze mną zadawać, bo bali się Aśki i jej grupki przyjaciół. Z tej grupy wszyscy byli dla mnie niemili i mnie traktowali jak gówno, ale nikt mnie nie prześladował tak jak Aśka.

Dziś jestem już dorosła. Ledwo sobie radzę. Boję się komukolwiek zaufać. Wszystkie znajomości mam powierzchowne. Moja samoocena nie istnieje. Rodzice mówią, że nie wiedzą czemu jestem „taka” i pytają, co ze mną nie tak. To nie pomaga. Chodzę do psychologa, ale mam wrażenie, że to mało daje. Tymczasem Aśka ma udane życie. Męża, dwoje zdrowych dzieci, piękny dom, dobrą pracę. Na FB często chwali się wyjazdami zagranicznymi. Ostatnio ją przypadkiem spotkałam. Jakby mnie sparaliżowało. A ona? Była niezwykle miła, aż widać było, że fałszywie. Chwaliła się swoimi dziećmi i pytała, czy pamiętam, jak my się w szkole „przekomarzałyśmy”, bo to było takie zabawne! No ale to stare dzieje i dzieciaki przecież już tak mają...
Wróciłam do domu i ryczałam całe popołudnie. Dlaczego nie umiem poradzić sobie z czymś, co było tak dawno temu? Dlaczego nie umiem normalnie żyć? Dlaczego pozwoliłam, żeby ona wygrała? Dlaczego nadal jestem taka beznadziejna i bezradna jak w szkole? Co ze mną jest nie tak? Nie wiem.

#Stk6l

Wystawianie czegokolwiek w internecie „za darmo” nauczyło mnie tylko jednego – ludzie, którzy chcą czegoś za darmo, nie zasługują na nic.
Wystawiałem całą meblościankę wraz z kanapą, ławą i fotelami za darmo – pod warunkiem, że odbierający umie to rozkręcić i znieść do własnego transportu.

Ileż telefonów, wiadomości i SMS-ów miałem typu „jak pan rozbierze i zniesie, to wezmę”, „a przywiezie pan? A POSKŁADA potem u mnie?”. Zagotowałem się, już miałem to wynieść wszystko w częściach (uszkodzony kręgosłup, więc w bardzo małych) do kontenera na gabaryty. Ale wtedy wystawiłem to za 200 zł za wszystko, do negocjacji. Po trzech godzinach dzwoni Ukrainka, że ona z mężem już jadą, już są blisko. Po godzinie zajeżdża bliżej nieokreślony model busa, w środku kilkumiesięczne maleństwo  z rodzicami. Facet ledwo łaził, ona ledwo po polsku. Okazało się, że on był ranny na froncie i już nie może służyć w wojsku, więc wyemigrował do żony, która uciekała jeszcze w ciąży.

Do meritum – oddałem im to za darmo. Pomogłem jak mogłem im to znieść do tego busa. Takiej radości dawno nie widziałem.

#TMeBb

Mam marzenie, które z każdą chwilą jest coraz mniej realne. Chciałbym tak bardzo, żeby jeszcze nawet teraz kilku dobrych ekonomistów, profesorów i jeszcze innych wykształconych i niezrzeszonych z żadną partią ludzi przedstawiło swój plan naprawy gospodarki. Chciałbym nie czuć lęku, oglądając wiadomości i nie płakać, że będę musiała wyjechać z miejsca, które kocham, zostawiając swoich bliskich.

#pye9b

Mam narzeczonego. Obydwoje mamy po 30 lat i planujemy ślub. Każdy, kto organizował podobne wydarzenie, wie, że nie jest to tania impreza. Ja byłam przeciwniczką podobnego trwonienia pieniędzy na jeden wieczór, usiłowałam namówić narzeczonego na obiad weselny dla najbliższej rodziny i bliskich przyjaciół, a potem wycieczkę w jakieś egzotyczne miejsce we dwoje. Narzeczony (pomimo jego słabych warunków zatrudnienia w „wymarzonej” firmie) uparł się, że ma być wesele, że nazbieramy jakoś. OK, przestałam na jego propozycję, niech będzie.

W naszym związku zarabiam głównie ja. On ma tylko 1/4 etatu (choć pracuje, jakby był zatrudniony na cały) i do domu przynosi równo 1240 zł miesięcznie. Za samo mieszkanie płacimy 2800, tak dla porównania. Ja zarabiam całkiem OK, ale 80% mojej wypłaty idzie na rachunki, jedzenie, jakieś sprawy bieżące typu urodziny, lekarz, jakieś ubrania. Tak czy siak, bardzo oszczędnie staram się gospodarzyć. Jestem w stanie coś odłożyć, ale to maksymalnie 500-700 zł miesięcznie.

Za rok mamy mieć teoretyczne wesele. Wszyscy w rodzinie pytają się, czy mamy fotografa, czy zespół już zarezerwowaliśmy, że salę by trzeba było ogarnąć… A mi wstyd. Tak strasznie wstyd, bo narzeczony gada, jakby miał co najmniej 100 000 zł na koncie i był w toku planowania, a prawda jest taka, że ledwo na zaliczki byśmy mieli, a żeby włożyć za salę, to już w ogóle można pomarzyć. Ostatnio zwróciłam mu uwagę, że tego wesela raczej nie będzie, więc ma przestać tak gadać. Od słowa do słowa, wyszło, że on myślał, że wesele na 100 osób (mojej rodziny w tym 20%) to będzie kosztować 10 000 maksymalnie. A tymczasem najtańsze szacunki wynoszą ok. 50 000 zł. No nie zarobię na to, a nawet jeśli, to mi szkoda wydać tyle pieniędzy na jeden wieczór.

Ostatnio narzeczony rzucił, że może bym poszukała dodatkowej pracy, aby zarobić na to wesele. Na moje pytanie, dlaczego on nie może, przecież mniej zarabia, był foch, że mu wypominam pieniądze. Ogólnie to praca jego marzeń i jest jakaś tam szansa, że w przyszłości dadzą mu cały etat, ale tych pieniędzy potrzebujemy już dzisiaj.

Wstyd mi strasznie przed rodziną, a najgorzej będzie przyznać się, że żadnego wesela nie będzie, bo nie mamy pieniędzy. Ciągle w głowie mam jego przechwałki, że jaka to sala nie będzie wielka albo że jakiegoś dalekiego wuja też zaprosimy, bo kto nam zabroni. Aż mnie uszy pieką.

Najbardziej to bym chciała uciąć temat ślubu i zapomnieć o nim na dłuższy czas.
Dodaj anonimowe wyznanie