Studiuję pielęgniarstwo. Pewnego dnia wracałam do domu po najcięższym dniu praktyk, jakie kiedykolwiek odbyłam (wypadek autokaru wycieczkowego). Podeszłam do samochodu zaparkowanego przed szpitalem, gdy nagle ktoś do mnie podbiegł i oblał czymś, co miał w kubku. Zapiekła mnie twarz. Spanikowałam. Myślałam, że to kwas (kiedyś na obozie językowym w Londynie poznałam dziewczynę, którą były chłopak oblał kwasem po szyi i szczęce i od tej pory mam uraz do tego typu sytuacji).
Zawołałam ochronę i uderzyłam napastnika pięścią w nos (rok treningu kickboxingu nie poszedł na marne). On się przewrócił, przybiegła ochrona i go skuli. Byłam w takim szoku, że trzeba było mi podać leki uspokajające.
Okazało się, że ten chłopak był początkującym "pranksterem" i oblał mnie wodą z lodem. Tłumaczył się, że to żart i on to nagrywa na YouTube.
Przez ten żart kolejny miesiąc omijałam szerokim łukiem każdego, kto niósł w ręce kubek z kawą. Więc jeśli jakiś niszowy youtuber będzie się żalił, że pobiła go nieznająca się na żartach piguła, a policja skonfiskowała nagranie i dała mandat, to byłam ja.
Chcę opisać, przestrzec i może uświadomić kierowców. Mianowicie pracuję w chyba w najcięższej pracy pod względem wytrzymałości psychicznej, czyli sprzątam miejsca wypadku. Począwszy od "delikatnych" wypadków, po makabryczne widoki, których żaden człowiek nie powinien widzieć, i właśnie o takim będzie to wyznanie.
Niedaleko naszej bazy był wypadek, blisko, ale nikt z nas nie wiedział co się stało, jedynie się domyślaliśmy. Bez wahania wskoczyliśmy w samochód z całym naszym sprzętem i pojechaliśmy, ale to co tam zauważyliśmy, pomimo mojego 15-letniego doświadczenia mną wstrząsnęło.
Razem z moim kolegą, który dopiero zaczynał (1 rok w pracy), ledwo po wyjściu z samochodu od razu porzygaliśmy się.
Z jednej strony facet około 40 lat, sprawca wypadku, oparty na siedząco o rozbity samochód, trzymał się za głowę i kiwał się, jakby całe życie w psychiatryku spędził. Z drugiej strony najgorszy widok... Matka w szoku i zdesperowana, trzymająca swoje około 5-letnie dziecko na kolanach i... próbująca "ożywić" swoje dziecko poprzez włożenie jego mózgu do zmasakrowanej głowy. Pomimo mojego doświadczenia i nerwów ze stali, w tym momencie jedyne co chciałem zrobić, to własnymi rękoma połamać każdą kość temu facetowi, nawet te najmniejsze, i rozwalić każdy jego organ. Należy się takiemu tylko śmierć. Chciałem sprawić mu taki ból, jaki spowodował tej matce. Niestety nie byłem sam, pozostali dwaj koledzy po fachu, którzy połowę dnia spędzają na siłce, próbowali mnie powstrzymać przed zmasakrowaniem tego faceta.
W pewnym momencie jeden z kolegów zobaczył jeszcze jedno dziecko... Schowane za samochodem, nie mogło chodzić. W wyniku wypadku ten mały chłopczyk został sparaliżowany od pasa w dół. Pomimo młodego wieku (7 lat) cały zapłakany tylko mówił, że chce ratować siostrę, a nie czuje nóg.
Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie mojego gniewu, ale to jeszcze nie apogeum.
Po przyjeździe policji, karetek, okazało się, że kierowca, który spowodował wypadek, miał w powietrzu 3 promile alkoholu. Moja furia sięgnęła zenitu, nikt nie był w stanie mnie powstrzymać, ani dwaj koledzy karki, ani policja.
Zostałem oskarżony o napaść na funkcjonariuszy, którym się oberwało, sprawca częściowo też oberwał, aż w pewnym momencie policja użyła paralizatora na mnie.
Po jakimś czasie dowiedziałem się, że tego dnia ten facet jechał po coś do domu z knajpy i miał do niej wrócić na świętowanie 18 urodzin córki.
Sąd ostatecznie uznał mnie w momencie napaści na funkcjonariuszy za niepoczytalnego, więc mi się nie oberwało. Koledzy zrozumieli mnie i dalej wykonujemy swoją pracę, a szef po tym zajściu wysłał mnie na urlop.
Apeluję do każdego kierowcy i przyszłego kierowcy. Pijesz = nie jedziesz. Kto wie. Może następnym razem trafi na ciebie.
Właśnie uświadomiłam męża, że cukier puder to nic innego jak najzwyklejszy cukier, tyle tylko, że zmielony.
Ten debil stoi już z 5 minut nad tym mikserem i mieli ten jebany cukier, śmiejąc się jak opętany, no bo "jak to jest możliwe?".
Dzwoniłam po egzorcystę, ale powiedział, że dla niego jest już za późno.
Ja chcę do mamy.
Siedząc teraz wieczorem i słuchając starych kawałków Iron Maiden, przypomniało mi się nagle moje dzieciństwo, oraz to, jak nauczyłam się być cwana.
Otóż wieki temu, jeszcze przed posiadaniem internetu, brata trafiła faza na metalową muzykę - którą przy okazji zaraził i mnie, ówczesną piątoklasistkę. Brak internetu nie przeszkadzał mu absolutnie w zgrywaniu całych albumów na płyty (za pomocą kuzyna i jego magicznej skrzynki zwanej modemem). Wkrótce miał całą kolekcję najróżniejszych wykonawców - Iron Maiden, Guns'n Roses, AC/DC, Black Sabbath, oraz różnych innych zespołów.
Teoretycznie powinnam była być zadowolona, prawda? Kolekcja ulubionych wykonawców w domu do posłuchania, cóż więcej życzyć? Otóż niestety brat wtedy nie był zbyt skłonny do pożyczania swoich rzeczy (co się potem na szczęście zmieniło) i wystarczył tylko malutki ślad używania bez jego wiedzy i burzliwa awantura gotowa. Na początku grzecznie nie dotykałam jego płyt, ale gdy zamiast moich ulubionych kawałków puszczał w kółko akurat te mniej przeze mnie lubiane, stwierdziłam, że dość! Nie będę liczyć na łaskę/niełaskę brata.
Mój młody móżdżek szybko wymyślił, że jeśli mam nie dotykać JEGO płyt... to będę miała WŁASNE. Za skromne kieszonkowe dorobiłam się kolekcji czystych płyt CD. Od mamy pod gwiazdkę dostałam etui na płyty, więc miałam, gdzie je schować. I gdy brat wychodził z domu, zaczynałam wcielać swój plan w życie - szybko podbierałam płyty z jego kolekcji, wkładałam do komputera, zgrywałam je w ukrytym gdzieś w masie folderów specjalnym miejscu (modląc się przy okazji, aby szybciej się kopiowało, zanim wróci), a następnie wypalałam CD z utworami. Po tym wszystkim zapisywałam płyty według własnego szyfru (zazwyczaj były to pierwsze litery z nazw zespołu/albumu, jeszcze pomieszane, na wszelki wypadek), chowałam do etui, etui za łóżkiem i już mogłam delektować się ulubionymi utworami.
Z wideoklipami utworów (które z kolei brat miał na dysku) sprawa wyglądała inaczej. Z jakiegoś powodu tylko na jego koncie na komputerze się odpalały - u mnie filmy nie chciały się odtwarzać i teraz pewnie bym wykombinowała czemu, ale wtedy nie umiałam rozwiązać problemu + brak internetu, więc brak źródła pomocy. Ale i tu udało mi się wymyślić podstęp, jak mogłam oglądać bez jego wiedzy. Otóż niektóre jego gry też działały tylko u niego, więc kiedy wychodził, pytałam się, czy mogę sobie pograć. Kiedy tylko go nie było, szybko minimalizowałam grę i oglądałam w kółko wideoklipy. A gdy usłyszałam brzdęk kluczy do domu, natychmiast wyłączałam wszystko i udawałam, że tylko grałam.
Teraz mając internet, mogę to wszystko obejrzeć kiedy chcę. Ale wciąż płytki z dzieciństwa leżą grzecznie na półce, przypominając o cudownym okresie kombinowania i słuchania zakazanego owocu.
A on do dziś o tym nie wie.
Wigilijna trauma.
Moja rodzina jest duża. Ba! Powiedziałabym nawet, że ogromna. Ze strony mamy - 6 ciotek. No takie czasy, dziadek chciał syna, ale się nie doczekał. Wigilię zawsze organizowaliśmy w dziadkowym domu, bo sto metrów kwadratowych, więc się jakoś mieściliśmy i generalnie centrum miasta, więc każdemu blisko.
Kolacja zjedzona, prezenty otwarte, życzenia złożone, trza iść spać.
W domu były 3 pokoje. Część gości porozjeżdżała się już do domów, druga część została na pierwsze święto. Mi, plus minus sześcioletniemu dzieciakowi, przypadło spanie w "salonie", który jednocześnie był pokojem moich dziadków.
Środek nocy, coś mnie obudziło. Bijcie mnie laciem - nie wiem co, to było 20 lat temu. Choinka ładnie świeci, z ulicy ledwo słychać przejeżdżające z rzadka samochody...
Podniosłam głowę... i pierwsza rzecz, którą zobaczyłam, to był goły zad mojego dziadka.
Bzykać mu się zachciało tę moją nieszczęsną babcię, z pełną świadomością, że na łóżku obok śpię ja i jego najmłodsza córka.
Taka pierwsza gwiazdka z nieba, że ją do dzisiaj pamiętam.
Jestem milionerem, przynajmniej teoretycznie. Od kilku lat gram na symulatorach inwestowania. Taki symulator to giełda w skali 1:1. To samo, tylko że nie wydajesz prawdziwych pieniędzy, a wirtualne. Wszystkie mechaniki, cała gospodarka to wierna kopia. Zarobiłem już w ten sposób po przeliczeniu ok. 2,6 mln z zaledwie 10 tys. początkowych środków. Gram bardzo ryzykownie, inwestuję w nowe technologie, akcje wysokiego ryzyka itp. Biję wszelkie rekordy zysków i jak uważają inni gracze (w większości ambitni uczniowie uczący się podstaw inwestowania lub studenci aspirujący do zajmowania się giełdą po skończeniu studiów) stracę wszystko.
Ja z kolei nie mam żadnego doświadczenia z biznesie. Wmawiam tam wszystkim, że jestem maklerem na Wall Street i zajmuje się tym dla hobby, bo swoje już zarobiłem i teraz pracują dla mnie inni. Po wynikach nikt nie śmie w to wątpić. A jaka jest prawda? Pracuję za średnią pensję jak wszyscy i nie robię nic związanego z moim hobby. Nigdy w życiu nie zainwestowałem nic, nie zarobiłem też na tym ani grosza. Teoretycznie mógłbym to zrobić, ale ryzyko jest ogromne. W końcu to nie stabilna lokata, tylko wywalenie tysięcy w coś, co ma może 1% szans na powodzenie. W symulacji nic mnie nie powstrzymuje od robienia ryzykowniejszych rzeczy, ale tam nie gram naprawdę. Więc siedzę po 8 godzin dziennie w pracy, a po powrocie do domu zmieniam się w rekina biznesu.
To takie anonimowe wyznanie kogoś, kto nigdy nie dorobi się ferrari, willi i nie zostanie królem nowojorskiej czy choćby warszawskiej giełdy.
Kojarzycie może sklep IKEA?
Mają tam takie miejsce dla dzieci nazywane "piekłem w kulkach".
Rodzice zostawiają tam dziecko pod opieką pracownika IKEA i odbierają po zakupach, żeby nie targać ze sobą "gówniaka", który ciągle marudzi.
Ostatnio byłem tam razem z dziewczyną i jej młodą kuzynką (6 lat).
Jak nie lubię dzieci, to tego dzieciaka po prostu uwielbiam, potrafi już czytać i pisać, nawet nie popełniając specjalnie błędów, praktycznie mały geniusz (zła).
Przed zakupami wpadłem na pewien pomysł, w którym młoda chętnie postanowiła uczestniczyć.
Na takiej naklejce, którą przykleja się dziecku na pierś, żeby można było rozróżnić kto jest kim, napisałem jej "500+".
Młoda została przeze mnie wyposażona we flamaster i kilka takowych nalepek.
Starannie przepisała "500+" i w trakcie zabawy poprzyklejała nowym znajomym w "Piekle z Kulkami", zabierając te oryginalne z ich imionami.
Wyobraźcie sobie teraz nasze miny, jak po zakupach odebraliśmy młodą, a z głośników dochodzi głos pracownicy IKEA mówiący, "Proszę się zgłosić po 500 plusa...".
Kilka miesięcy temu na moim osiedlu powstała mała budka z pizzą. A że pizza była dobra i miałam blisko, to często tam ucztowałam. Ostatnio także złożyłam wizytę i wzięłam się za konsumowanie mojej margerity.
Idą nowi klienci. Dresy. I to nie te przyjazne, anonimowe. Zamawiają pizzę i niezbędne do ich życia paliwo (czyt. piwo). Przechodzą koło mojego stolika i... jeden gościu zabiera mi kawałek pizzy. Cóż, nie widziałam siebie w konfrontacji z pięcioma Sebkami, a że nie byłam w najlepszym nastroju, kończyłam to co mi zostało na talerzu.
Placek zjedzony, pora się zbierać. Żegnam się ze sprzedawczynią, ale ona każe mi podejść. Podchodzę, a ona daje mi kawałek pizzy. Cóż, miły gest, dziękuję jej bardzo, ale najlepsze było dopiero przede mną. Gdy już odeszłam kawałek, patrzyłam, jak dresy odbierają swój posiłek. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Te, a w tej pizzy kawałka brakuje (niecenzuralne słowa). Gdzie on jest?
- A nie ma...
Wtedy pracowniczka wskazała na mnie (trochę się przeraziłam, bo jeszcze by mnie gonić zaczęli), a ja na ich oczach właśnie skończyłam jeść. Na szczęście dali sobie spokój.
Cóż, nie gustuję w hawajskiej, ale ten ananasowy trójkąt zjadłam ze smakiem.
Ostatnio przyszła do nas dziewczyna mojego kolegi, która jest absolutną przeciwniczką glutenu. Gdy tylko zobaczy białe pieczywo, mąkę, biały makaron, napis ''gluten'' w składzie czegokolwiek, dostaje napadu histerii, no bo jak można coś takiego jeść. Uprzedzam, że nie cierpi ona na celiakię - po prostu chce być ''modna''.
Na swoje kilkumiesięczne koty mówię żartobliwie ''gluty'' albo ''gluteny''. I tak ta koleżanka sobie siedzi, czeka na mojego kumpla i bawi się z jednym z glutów. A że przyszła pora karmienia moich kotów, wołam ich słowami: "Gluteny, do mnie". Dziewczyna spojrzała na mnie piorunującym wzrokiem, jednak co mnie to obchodziło. Apogeum nastało dopiero wtedy, gdy czytałem skład mojej ulubionej przyprawy, gdzie oczywiście napisana była uwaga, że produkt może zawierać GLUTEN! I na nieszczęście chciałem zażartować, zatem podstawiam jednemu z kotów tę przyprawę pod nos i mówię: "Zobacz, jesteś w tej przyprawie!". Po tych słowach koleżanka wstała, zaczęła na mnie wrzeszczeć, że nie szanuję jej światopoglądu, że się z niej wyśmiewam, że specjalnie nazywam tak swoje koty, by zaczęła ten gluten jeść i że pewnie na nią też mówię gluten.
I poszła sobie, gluten jeden.
Czekając dzisiaj na przystanku autobusowym, widziałam, jak mężczyzna siedzi i karmi gołębie.
Niby nic dziwnego, ale po pewnym czasie złapał jednego z ptaków, skręcił mu kark, włożył do torby i uciekł z miejsca zdarzenia.
Moje miasto pozdrawia.
Dodaj anonimowe wyznanie