Musiałam się udać do lekarza rodzinnego po skierowanie, a że miłość do spania wzięła górę nad rozsądkiem, to na miejsce dotarłam dosyć późno. W poczekalni przede mną były już cztery starsze panie. Jako że przychodnia mała, to dane mi było wysłuchać która więcej dała na tacę, że Nowakowa to za męża dała 300 zł, a Kowalska to w ogóle swojego chyba nie kochała, bo za mszę zapłaciła tylko 50 zł.
W międzyczasie przyszła pani z rejestracji nas przeprosić w imieniu lekarza, bo ten niestety spóźni się dobre 40 minut.
Jakiż lament się zaczął, bo ta nagle się śpieszy, ta umierająca, a tej duszno i że to w ogóle nie do pomyślenia, lekarz to najlepiej żeby 24h na dobę był w przychodni!
Wtem wtrąciła się czwarta pani, która do tej pory siedziała cicho:
- Jakbyście zamiast na tacę dały swoim wnukom na studia, to by nie było problemu z brakiem lekarza!
Wiem, że pani tego nie przeczyta, ale chciałabym podziękować za pozostałe 35 minut ciszy. :)
W te sierpniowe upały jest tak duszno w moim mieszkaniu, że siedząc na sedesie najpierw wycierałem papierem czoło, dopiero potem wiadomą część.
No i raz się pomyliłem...
W pewne wakacje między kolejnymi klasami podstawówki trafiłem do szpitala. Nie pamiętam nawet co dokładnie mi było, ale spędziłem tam ze dwa tygodnie.
Mama przychodziła do mnie codziennie. Pewnego razu przyjechała ciocia z mężem, przywieźli też ze sobą moją babcię. Byli u mnie niecałe 15 minut. Dlaczego? Babcia stwierdziła, że jak już odbębniła swój obowiązek, to nic jej tu nie trzyma i ciocia z wujkiem mają już ją odwieźć, co też bez sprzeciwu zrobili. Zrozumiałbym, gdyby nie chcieli mi przeszkadzać w szpitalu, bo w końcu miałem tam odpoczywać i zdrowieć, ale babcia na głos powiedziała, że jej już się nie chce.
Miałem wtedy jakieś 8 lat i brutalnie dotarło do mnie, że babcia ma ulubione wnuki, a ja jestem tym ostatnim. Udowadnia mi to do dzisiaj. Może to nic specjalnego, ale ja spędzałem noce zastanawiając się co takiego zrobiłem nie tak, że babcia mnie nie kocha.
Nie mam pojęcia od czego zacząć...
Minęło już sporo lat od tego wydarzenia. Zawsze chciałem o tym komuś powiedzieć, ale nigdy nie potrafiłem. Dziwne, że piszę to tutaj, ale chciałbym, żeby ktoś poznał tę krótką historię.
Miałem naście lat, kiedy mój brat popełnił samobójstwo. Powodów mogło być wiele, żaden nie był nigdy potwierdzony. Nie było listu pożegnalnego, jedynie SMS do ojca z przeprosinami...
Zmieniło to moje życie, sposób postrzegania wielu rzeczy, ale przede wszystkim... Gdyby mój brat tamtego wieczoru nie odebrał sobie życia, zrobiłbym to ja, dzień później. Zostałem przy życiu, bo wtedy zrozumiałem, że na nikim nie wywiera to wrażenia, a problemy zostają tak jak były. Że jedna śmierć zwykle niczego nie zmienia. Ta przynajmniej uratowała czyjeś życie.
Moja historia dotyczy szkoły, ambicji i co ważne, kreatywności.
Zawsze byłam ambitna, w szkole zdobywałam najlepsze oceny, świadectwa z paskiem itp. A co za tym idzie i stypendium. Tak bardzo mi to odpowiadało, że nie chciałam odpuścić. Będąc w 2 klasie liceum, na język polski miałam nauczyć się na pamięć wybranego trenu, ale był jeden warunek. Trzeba było umieć 45 wersów. A że język polski był w sumie moją jedyną zmorą, to tego trenu uczyłam się (a raczej starałam się) calutki tydzień. I szczerze powiedziawszy szło mi to tragicznie. Jako że ocena właśnie z tej recytacji miała zaważyć na ocenie z polskiego, a ta na średniej liczonej do paska na świadectwie, to nie mogłam tego zawalić. Zatem w dzień przed dniem ostatecznym (dniem recytacji) wpadłam w panikę i wpadł mi chyba najbardziej szalony pomysł do głowy, jaki miałam okazję wymyślić. Postanowiłam, że nagram się w domu jak recytuję i na lekcji tren powtórzę słuchając go w słuchawce. Więc przystąpiłam do realizacji mojego planu.
Włączając dyktafon zrobiłam na początku moment ciszy, by mieć czas na wyjście na środek. I zaczęłam recytować każdy wers zostawiając pauzy po każdym, by bez problemu powtórzyć usłyszany wers w słuchawce. Gdy się już nagrałam, zaczęłam ćwiczyć w pokoju przed lustrem, w końcu musiało to wyglądać naturalnie. Na następny dzień umyłam włosy, wysuszyłam suszarką, by nabrały objętości (ważnym szczegółem jest fakt, że posiadam włosy do talii). Będąc już w szkole, na przerwie przed polskim, "zamontowałam" sobie słuchawki, czyli kabelek przeciągnęłam pod bluzką na plecach i dyskretnie wsadziłam słuchawkę do ucha.
Na lekcji, gdy nadeszła moja kolej, niepostrzeżenie włączyłam nagranie, wyskoczyłam szybko na środek, wszystkie włosy przerzuciłam do przodu i gdy tylko usłyszałam siebie w słuchawce, zaczęłam recytować. Mówiłam to w ogromnym stresie z drżącym głosem i wolno ze względu na pauzy w nagraniu, przez co zrobiłam nostalgiczny i pełen rozpaczy nastrój, który posiada właśnie ten tren. Wszyscy pod koniec byli tak poruszeni, że zaczęli klaskać, a nauczycielka oniemiała. Jej komentarz to "Tak grobowego nastroju to chyba nikt jeszcze nie zrobił.. Za co dostajesz dodatkowy punkt". Gdy skończyłam mówić czułam się jakbym wyszła z jakiegoś transu. Siadając do ławki trzęsłam się jak osika.
A skończyło to się tak, że dostałam na koniec 4 z polskiego, średnia podskoczyła do 4.88, dostałam pasek i stypendium. A pieniądze za stypendium przeznaczyłam na egzamin z prawka ;)
Jestem w 11 tygodniu ciąży i już zdarzają mi się zachcianki. O ile pozwolę sobie czasami na łyczka coca-coli albo filiżankę bardzo rozwodnionej kawy, to są rzeczy, których wypicie w ciąży jest dla mnie nie do pomyślenia, cokolwiek ludzie mówią. Chodzi mi oczywiście o alkohol. Słyszałam już rady w stylu: "pół szklanki piwa to nie alkohol" albo "lampka wina do obiadu jeszcze nikomu nie zaszkodzi" i, moje ulubione, "odrobina nalewki miętowej działa cuda na poranne mdłości".
Mniejsza o to. Złote rady mają to do siebie, że można je zignorować, ale przy okazji przypomniała mi się sytuacja z zamierzchłych czasów licealnych.
Trzymałyśmy się we czwórkę, ot, każda popaprana na swój sposób, ale miałyśmy dobre serca, więc z nami trzymała się też dziewczyna, z którą nikt inny trzymać się nie chciał. Jakkolwiek to nie zabrzmi, widać było, że nie jest najbardziej udaną owieczką Pana. Nie można było jej poprawić czy czegokolwiek powiedzieć, bo wpadała zaraz w furię (nie przesadzam). Logiczne myślenie nie było jej mocną stroną, a do tego brak jej było taktu i zrozumienia dla innych. My z czasem nauczyłyśmy się, jak się z nią obchodzić, tak żeby była względnie szczęśliwa.
Tak więc gdy jedna z nas organizowała kameralną 18. z ogniskiem, zaprosiła też i Helgę (żeby jakoś ją roboczo nazwać). Jakoś tak od słowa do słowa zaczęłyśmy rozmawiać o wpływie właśnie alkoholu na dziecko. I w tym momencie Helga wyleciała z tekstem:
- E tam, jak mama chodziła ze mną w ciąży, to piła piwo, kiedy tylko miała ochotę, a przecież jestem normalna.
Na szczęście nie była dostatecznie wrażliwa, żeby zauważyć ciszę, jaką zapadła.
Pracuję jako programista. Zmęczyło mnie przełączanie anonimowych na coś bardziej związanego z pracą, gdy obok przechodzi jakiś przełożony, i od pewnego czasu czytam wyznania z kodu źródłowego strony.
Kilka dni temu zostałem zaproszony na rozmowę z przełożonym. Powiedział mi, że zauważył, że jako jeden z niewielu jestem tak zaangażowany w pracę, bo za każdym razem, gdy zdarzy mu się na mnie spojrzeć, ja pracuję.
Jadę właśnie na wakacje z pieniędzy z ostatniej podwyżki, do której przyczyniły się anonimowe. Dzięki!
Kiedyś odwiedzałam chorego wujka w szpitalu. Nad wejściem do szpitala widniał napis: "Każdego dnia coraz bliżej pogrzeb pacjenta". Myślałam, że to bardzo smutne, że ktoś tak napisał, w dodatku na budynku szpitala.
Ostatnio okazało się, że tak naprawdę napis głosi "Każdego dnia coraz bliżej potrzeb pacjenta".
Pozdrawiam wszystkich ślepców xD
Krótkim słowem wstępu. Mam męża Kubę, dwójkę dzieci i trzydziestkę na karku - jesteśmy szczęśliwą rodziną.
Kilka dni temu leżałam z mężem w łóżku przed snem. Czytałam książkę, on zajmował się czymś na swoim laptopie. Nagle Kuba się rozpłakał, przestraszona zapytałam co się stało. Przez łzy powiedział mi, że grał w Minecrafta i rozpłakał się, ponieważ diamentowy kilof wpadł mu do lawy...
Pierwszy raz widziałam, żeby ten człowiek kiedykolwiek płakał.
Kiedy byłam mała, mój tata przez jakiś czas nie mógł pracować, co wiązało się ze słabszą sytuacją finansową. Mama wtedy powiedziała mi, że przez jakiś czas będziemy mieć mniej pieniędzy. Więc wtedy w mojej małej główce narodził się pewien pomysł. A mianowicie miałam skarbonkę, w której znajdowały się moje oszczędności, czyli drobniaki i trochę grubsze pieniądze. Tak więc przez jakiś czas, dopóki tata nie wrócił do pracy, codziennie wrzucałam mamie do portfela sumy takie jak 5 zł, później były to dziesiątki albo dwudziestki. A wszystko po to, żeby "mamie nie było smutno".
Ot, taka historia z dzieciństwa. :)
PS Mama nadal nie wie.
PPS Nie, nigdy się nie domyśliła. :D
Dodaj anonimowe wyznanie