#5lHnx

Mieszkałem z bratem i rodzicami do 20 roku życia. Interesowałem się już od najmłodszych lat elektroniką oraz informatyką. Z tej racji już w wieku 12 lat umiałem posługiwać się bardzo dobrze komputerem, a w wieku 14 zacząłem pisać amatorskie programy.

Mój brat natomiast był moim przeciwieństwem. Gorzej się uczył, raczej typ pięści niż słowa, a z komputerem to tylko 8 godzin na gry dziennie. Jednak trzymaliśmy się razem i nie sprzeczaliśmy się. Moi rodzice to osoby, które postawiły sobie natomiast za cel wychować nas w duchu ich dzieciństwa i czasów młodości. Z tego względu technologie były im raczej obce, a pierwszy internet, czy komputer to był dla nich cud i magia. A teraz do rzeczy:

Często obrywało się nam za wszelkiego rodzaju niesubordynacje. Ale nie jako jednostka ale raczej jako duet. Ja coś zepsułem? Oboje mieliśmy karę. Brat coś zepsuł - oboje cierpieliśmy za zły czyn. I tak też kiedy w wieku 14 lat dostęp do komputera i internetu był dla mnie czymś ważnym, bo dzięki niemu się realizowałem, to o tyle dla rodziców był już on grzechem ciężkim. Dlatego też najczęstsze kary od kiedy miałem 14 lat to właśnie brak internetu, czy zakaz włączania komputera. A mogliśmy je dostawać za wszystko: od papierka na podłodze, po źle skoszony trawnik. Tak więc więcej nie miałem niż miałem dostępu do mojego sprzętu.

Kiedy rodzice odłączali internet to mój brat szedł ich przepraszać, błagać, kłócić się - dawał im satysfakcję swoją bezsilnością. Ja natomiast udawałem obojętnego i czytałem wtedy książki o komputerach. Doprowadzało ich to do szału, bo to znaczyło, że ich kary nie działają na mnie, ale przecież nie zabronią mi czytać książek.

Ten stan rzeczy odmienił się kiedy w domu pojawił się nowy router od naszego operatora. Mieliśmy wtedy 2. Jeden starszy, który tylko był i działał (tata nie lubił wyrzucać dobrego sprzętu) - i drugi, z którego ogólnie korzystaliśmy. Niestety przez pierwszy rok tata wprowadził ograniczenie i równo o 22 internet znikał. Drugi router natomiast miał internet ale też i hasło. Ale! Odkryłem, że można do niego podpiąć komputer po kablu i internet jest. Tak oto miałem internet niezależnie od ich widzimisię.

Więc tata założył mi hasło na komputer. Niestety - ustawił takie jak ustawia wszędzie, więc jego odgadnięcie było dla mnie kwestią 5 sekund. Tak toczyliśmy wojnę informatyczną aż w wieku 20 lat dostałem pracę na drugim końcu Polski w wymarzonym zawodzie programisty. Dorobiłem się w parę lat mieszkania i samochodu, utrzymując sporadyczny kontakt z rodzicami. Brat też się od nich wyprowadził i zostali sami. Postanowili mnie odwiedzić. Zaprosiłem ich na tydzień, bo czemu nie? I jak się zemściłem? Ustawiłem blokadę na internet i przez tydzień oni musieli bez niego wytrzymać, a wtedy już byli z nim dobrze obeznani i uzależnieni ;)

#71vMc

Kiedy byłam nowa na anonimowych i dodałam swoje pierwsze wyznanie, chcąc dorzucić pikanterii rozpętałam gównoburzę pod owym wpisem udając, że to nie ja, przy tym obrażając autorkę. Nie wiedziałam tylko, że mój nick podświetli się na niebiesko, a ludzie zaczną myśleć, że mam jakąś chorobę dwubiegunową :D
PS. Pozdrawiam wszystkich uczestniczących w tym syfie.

#CBzTI

Moje okno wychodzi na dosyć ruchliwą drogę, a po drugiej stronie znajduje się również przystanek. Miałam też takiego wielkiego misia, który w tamtych czasach był dumą na całe osiedle.

Mała, około 5-6-letnia ja, usadziłam misia na krześle przy oknie i ustawiłam lampkę tak, żeby na dworze było widać dokładnie co się odbywa. I zaczęłam namiętnie całować mojego Kubusia Puchatka. Tak mi się to spodobało, że przez kolejny tydzień siedziałam i czekałam aż będzie przejeżdżał jakiś samochód albo wypatrywałam kogoś na przystanku.
Potem nakryła mnie mama, no i zabawa się skończyła, bo śmiała się ze mnie przy każdej okazji.

#pDvxA

Wyznanie z serii jacy to niektórzy polscy lekarze to idioci, którzy lecą tylko na kasę (a konkretnie okuliści).

Żeby was wprowadzić w temat: jestem 17-letnią dziewczyną z poważną wadą wzroku. Okulary noszę od tak dawna, że nawet nie pamiętam. Ale do rzeczy - moja wada zaczęła się objawiać już w wieku niemowlęcym, toteż moi rodzice zapisali mnie do okulistki. A konkretnie było to tak:

Pierwsza okulistka - po dokładnych oględzinach i przebadaniu mnie stwierdziła, że mam zeza rozbieżnego (oczy uciekają na boki). Dawała jednak recepty na słabo działające leki, więc zmieniliśmy lekarza.

Druga okulistka - stwierdziła zeza zbieżnego (oczy uciekają do środka), rodzice zdali sobie sprawę, że coś nie halo i znowu była zmiana.

Trzecia okulistka - po przeczytaniu opinii od dwóch poprzednich okulistek o raz "dokładnym" przebadaniu mnie, stwierdziła... że mam całkowicie zdrowe oczy (pomimo tego, że widać było że mam jednak z nimi coś nie halo).

Czwarta okulistka - wydawało się, że będzie ostatnia, bo to PANI PROFESOR, z dyplomami, certyfikatami i w ogóle, a dodatku starsza, a przecież starsi ludzie mają podobno więcej doświadczenia. Na początku jakoś to szło - stwierdziła konkretną wadę, kazała zmienić okulary, polecała jeść jagody i borówki na oczy. Tyle że... na stwierdzenie, czy coś się z moim wzrokiem zmieniło czy nie, poświęcała raptem 5 minut, jakby ''na odwal''.

Po jakimś czasie (a konkretnie rok temu) znowu była zmiana. Tym razem okulistą był miły, starszy pan, potrafiący żartować i w ogóle. Na oględziny wzroku poświęcał ok. pół godz., a gdy usłyszał, co robiła szanowna PANI PROFESOR, złapał się wręcz za głowę! Okazało się bowiem, że ''normalne'' badanie wzroku powinno trwać właśnie ok. pół godziny. Dodatkowo stwierdził, że jedzenie jagód czy borówek, żeby pomogło, to trzeba te owoce jeść w ilościach wręcz hurtowych, oraz że to, czy ja czytam książki czy nie (PANI PROFESOR zakazywała mi czytać książki przez okres wakacji) nie ma wpływu na mój wzrok, bo po prostu muszę oczy oszczędzać, a nie unikać niektórych czynności, bo wzroku mi to nie poprawi.

Oczywiście, nie chcę tu obrażać okulistów z powołania i prawdziwych doktorów z tymi dyplomami i tak dalej. Opisałam po prostu przypadek, gdzie babka na swoim ''tytule'' bezczelnie żeruje i jeszcze zbiera za to kasę (a niektórzy uważają ją wręcz za boginię - dosłownie).

#vu698

Pracuję w KFC w jednej z galerii handlowych. Ostatnio gdy miałem pauzę, wyszedłem na papierosa na palarnię. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni okazało się, że nie wziąłem zapalniczki. Jednak patrzę - obok dwie dziewczyny z koszulkami z McD palą, więc poszedłem zapytać o pomoc. Spojrzały z pogardą na moją koszulkę KFC i odwróciły głowy.
Pozdrawiam serdecznie cały McDonald! :D

#ofEfe

Z powodu wielu konfliktów wewnętrznych, problemów rodzinnych oraz innych nieprzyjemności z pewnymi osobami, postanowiłem skorzystać z wakacji i wyjechać gdzieś daleko. Nie po to, by zwiedzać czy dobrze się bawić, po prostu odciąć się od wszystkich, których znam.

Wybrałem losowe miejsce z Google i wyjechałem jakieś 1000 km od miejsca zamieszkania. W tym samym hotelu spotkałem byłego mojej pierwszej dziewczyny, który do tej pory był powodem wielu moich kłopotów.

Moje życie to festiwal "chuj ci w dupę, stary".

#n6b5I

Dziś rano wstałam z ogromnymi ilościami energii, idąc do pracy podziwiałam piękno natury, uśmiechałam się do ludzi, ogólnie to po prostu cieszyłam się życiem.
Po chwili zaczęłam się zastanawiać, czy to ta nowa znajomość tak na mnie wpłynęła (poznałam super gościa), czy może jednak żeń-szeń, który ostatnio zaczęłam brać zaczął działać...
I wiecie co?
Ani jedno, ani drugie. Po 2 godzinach w pracy dopadł mnie kac i zdałam sobie sprawę z tego, że kilka godzin wcześniej byłam jeszcze nachlana jak świnia.

PS Nadal jestem smutnym człowiekiem.

#mzMng

Od samego rana źle się czułam, więc niezbyt chciałam wychodzić z domu. Niestety pech chciał, że akurat dzisiaj musiałam pilnie załatwić pewną sprawę. Całość strasznie się dłużyła, a ja z każdą minutą czułam się gorzej i czekałam aż w końcu wrócę do domu i będę mogła położyć się spać.

Kilka godzin później, wszystko załatwione, pora wracać. Wlokę się więc na przystanek, gdy nagle widzę, że mój autobus właśnie mnie mija. Wizja godzinnego marszu w ogromnym słońcu niezbyt mnie zachęcała, więc resztkami sił zaczęłam biec, byleby zdążyć wsiąść. Udało się. Usiadłam wygodnie na siedzeniu przy oknie, zamknęłam oczy i przypomniałam sobie, że przecież nie mam biletu. Z tego wszystkiego kompletnie o nim zapomniałam. Miałam nadzieję, że może ten jeden raz mi się upiecze. Niestety, dosłownie przystanek przed miejscem, w którym wysiadam, usłyszałam z dalszej części autobusu wszystkim znane "bileciki do kontroli". Panika, serce zabiło szybciej... co robić? Miałam coraz mniej czasu, więc zrobiłam jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy. Oparłam się o szybę i zamknęłam oczy. Gdy kontroler do mnie podszedł, po prostu udawałam, że zemdlałam.

Skończyło się na tym, że autobus stanął na najbliższym przystanku (czyli moim) i dwóch mężczyzn, w tym kontroler, pomogło mi wysiąść. Popytali jak się czuję, czy mieszkam daleko, czy już mi lepiej, dali mi nawet wody do picia. Podziękowałam wszystkim serdecznie i po zapewnieniu, że już sobie poradzę, ruszyłam do domu. Było mi trochę głupio, że tak to się potoczyło, jednak mandaty za brak biletu są strasznie wysokie, a ten dzień i tak był już fatalny. Jedyna dobra rzecz, która z tego wynikła, to świadomość, że są jeszcze ludzie, którzy nie pozostają obojętni na takie sytuacje.

#WFKN9

Jako dziecko co niedzielę chodziłam do kościoła, do pobliskiej parafii. (Teraz wiadomo, obowiązki w domu, praca. Z dzieciakami będę chodzić).
Kościół był wielki, z dużym ołtarzem, wielkimi organami (dzisiaj myślę, że im skromniej tym lepiej, a kasę proboszcz mógł dać biednym parafianom).
Ale no nic, nie o pieniądzach będzie to wyznanie.

Miałam 5/6 lat, ksiądz mówi /śpiewa, parafianie razem z nim. I nagle organy i ON. Głos nie wiem skąd, śpiewa razem z ludźmi, potężnym głosem, po polsku, po łacinie. ON głos nie wiadomo skąd.
Każdy mądry wie, że to organista...

A ja myślałam, że to Jezus mówi i śpiewa do swoich ludzi.

#mNdNj

15 lat temu gdy internet stawał się coraz bardziej popularny, jako 19 letnia dziewczyna, założyłam konto na jednym z portali randkowych. Mieszkałam w małym miasteczku, w którym to każdy każdego znał, ciężko było o znalezienie miłości bo albo zajęty, albo jeszcze się nie urodził.

Po 2 tygodniach przeglądania profili trafiłam na dość przystojnego faceta, 23 lata, wysoki brunet o pięknych oczach, zaledwie dwa zdjęcia na profilu, ale jego oczy mnie jakoś zachęciły do napisania, raz się żyje więc piszę. Po 15 minutach dostałam już odpowiedź, rozmowa zaczęła się rozwijać, pisaliśmy jak był czas między pracą, a szkołą, mieszkał 100 km ode mnie w nieco większym mieście.

Na początku pisania bywało ciężko, jak się okazało był strasznym pesymistą i założył konto po to żeby się komuś wyżalić. Bywały dni bez wiadomości, ale nie poddawałam się, pisałam, wspierałam go jak mogłam, "wysłuchiwałam" każdego bólu jaki pisał, ale no wiadomo przez komunikator GG nie jest łatwo kogoś pocieszyć. Po miesiącu dał mi numer telefonu, zadzwoniłam, najpiękniejszy głos jaki słyszałam, gdy powiedział pierwsze słowo, "motylki" buszowały mi po całym brzuchu.

Pewnego razu zadzwonił do mnie o 3 w nocy i powiedział "żegnaj moja gwiazdko z nieba", powiedziałam tylko "żegnaj", chociaż serce mi pękało i po rozłączeniu przepłakałam z 2 godziny. Czułam, że tego nie zrobi. Odezwał się dwa dni później, nie byłam zła, rozumiałam jego stan, bo sama miałam depresję po stracie taty, powiedział że nie mógł tego zrobić, bo pomyślał o tym że jeszcze się ze mną nie widział.

Przez kolejne dwa tygodnie pisaliśmy tak jakby tej sytuacji nie było, codziennie budziłam go słodką wiadomością lub telefonem, on za to przy zasypianiu słuchał przez telefon jak oddycham. Po 2 miesiącach spotkaliśmy się, od razu mnie przytulił, przeprosił, poszliśmy na kawę pogadaliśmy, patrzył mi w oczy cały czas, były przepełnione strachem i wewnętrznym bólem, z każdym spotkaniem ten ból znikał, zaczął się bardziej otwierać, mówić o tym co go boli, od pierwszego spotkania minęło pół roku aż między nami do czegoś doszło, wiedziałam że się tego bał, tak samo jak ja.

Z dnia na dzień zaczął się częściej uśmiechać, widziałam łzy w jego oczach gdy przynosiłam mu rano śniadanie i kawę i delikatnie całowałam w nos tak jak lubił i mówiłam że go kocham. Po 4 latach wzięliśmy ślub, później dostaliśmy od losu dwoje pięknych dzieci.

Co skłoniło mnie do napisana tego wyznania? To, że dziś ten sam kiedyś zamknięty na Amen w sobie facet robiąc naszemu synkowi śniadanie powiedział "Twoja mama to prawdziwy anioł, dzięki niej tu jestem, jest moją gwiazdką z nieba, bardzo was kocham i cieszę się że was mam". Płakałam ze szczęścia, Cieszę się że nie odpuściłam, trzeba budować wiarę w drugiej osobie, bo możemy tym dużo pomóc. Polecam ;)
Dodaj anonimowe wyznanie