#X7DP4

Chciałem opowiedzieć Wam historię, która przydarzyła mi się jakieś 2 lata temu.

Moja ciocia miała pitbulla (suczkę) z pełnym rodowodem i po szkoleniu IPO. Jak wiadomo pitbulle na ogół są w liście ras niebezpiecznych i mimo swoich nienajwiększych gabarytów potrafią wiele. Niestety duża część osób uważa, że to są psy mordercy itd. Oczywiście każdy pies, który trafi w nieodpowiednie ręce może stać się niebezpieczny i agresywny. Otóż opowiem Wam sytuację dzięki, której może część osób zamieni zdanie na temat tych psów.

Wyżej wymieniona sunia była na tyle tolerancyjna,że moja kuzynka i ja mogliśmy śmiało włożyć jej rękę do pyska i nie było mowy żeby zrobiła nam krzywdę. Nie zrobiła nigdy nic nikomu z domowników natomiast przekonałem się, że psy a przynajmniej pitbulle potrafią poświęcić się żeby bronić bliską dla siebie osobę.

Pewnego dnia pod wieczór szedłem z nią na spacer w pobliżu lasu, bo tam mieszkała moja. Była to zima. Nagle podszedł do mnie pijany mężczyzna, pytając czy mam jakieś pieniądze. Akurat nie miałem nic w kieszeni, więc powiedziałem że nie posiadam. Sunia była bardzo spokojna do czasu gdy też gościu nie zaczął na mnie wręcz krzyczeć, że chce pieniędzy. Zaczęła wtedy na niego warczeć, a kiedy złapał mnie za rękę rzuciła się na niego i dopadła do jego ręki . Dobrze że miał grubą kurtkę, bo w innym wypadku nie wiem jakby to się skończyło. Po tym jak krzyknąłem, że ma to puścić i puściła, a gościu wystraszony uciekł jak małe dziecko.

Reasumując, jeśli ktoś zastanawia się nad tym psem, a ma wątpliwości czy będzie to pies zabójca to uprzedzę, że nie jest to prawda. Kwestia wychowywania. Jeśli ktoś chce zrobić z takich psów zabójcę, to polecam najpierw iść do psychiatry. Nie jest to prosty pies do ogarnięcia, jednak jeśli ktoś ma silny charakter i pokaże mu, że ma nad nim władzę, to śmiało może iść w nocy z takim psem przez miasto i może czuć się bezpieczny, a dla ludzi będzie bardzo łagodny. Z natury też zauważyłem, że te psy lubią dzieci i uwielbiają nad nimi czuwać, bronić ich i bawić się z nimi. Mogą być również psimi niańkami :D

#L5fMj

O friendzonie mówiono już wiele razy. O psach ogrodnika również.
W moim przypadku posunęło się to odrobinę za daleko.

Poznałem ją dwa lata temu. Urocza, drobna, długowłosa, niska. Jedna z tych, których sam uśmiech mógł przekonać cię do skoczenia w przepaść. Pierwszy raz mieliśmy okazję pogadać na imprezie urodzinowej naszego kolegi. Z pozoru wszystko szło idealnie. Świetnie się dogadywaliśmy zarówno słownie jak i w tańcu. Po imprezie odprowadziłem ją, gdzie na ławeczce pod blokiem przegadaliśmy do świtu. Wtedy widziałem zielone światło do działania, zainteresowanie tej pięknej istoty.

Przez kilka tygodni odhaczyliśmy wspólne wyjazdy we dwoje, długie spacery czy pogaduchy w sieci. W końcu postanowiłem, że wypadałoby poinformować ją o moich zamiarach wobec niej, jak już można przewidzieć - spotkało się to z odmową. Nie zbiło mnie to jednak z toru, uznałem, że może przez następne kilka tygodni uda mi się przekonać ją do siebie, tym bardziej, że miała już świadomość, że oczekuję od niej czegoś więcej. Tak się jednak nie stało, ale nie będzie tutaj klasycznego zakończenia, w którym główny bohater do śmierci siedzi przywiązany za jaja u swojej Pani. Odpuściłem, uznałem, że skoro nie chce, to nie naciskam. Kontakt odrobinę ograniczyliśmy, ale wciąż wychodziliśmy na spacery, bawiliśmy się na tych samych imprezach. Sprawa zamknięta.

W międzyczasie pojawiła się inna istota, która podobnie jak poprzednia długowłosa dama zawróciła mi w głowie. Tym razem jednak każde spotkanie nieuchronnie prowadziło do związku. Bardzo pięknego związku. Niedoszła wybranka zaczęła zauważać, że nie skupiam już na niej swojej uwagi, coraz częściej uśmiecham się pod nosem zerkając w telefon. Jak dowiedziała się, że znalazłem sobie inną to się zaczęło.

Próba zwrócenia na siebie mojej uwagi, przytyki w stronę mojej dziewczyny, nieracjonalne zachowanie w towarzystwie. Kiedy zauważyła, że nic to nie daje, zaczęła pluć jadem. O tym, że zalecam się do niej będąc z inną - nie podziałało. O tym, że wyżalam się na temat mojej lubej - nie podziałało. O tym, że odwracam się od własnych przyjaciół dla tej "szmaty" - nie podziałało. No to spróbowała gwałtu, a jako, że temat kontrowersyjny, to każdy znajomy zastanowił się dwa razy zanim wziął stronę przyjaciela - gwałciciela. Ludzie zaczęli się odcinać, matka prawie się mnie wyrzekła. Została tylko moja dziewczyna. Wylała wiele łez, kiedy biła się z myślami czy zrobiłbym coś takiego. Ostatecznie uwierzyła i jest ze mną.

A ja pozdrawiam z komisariatu policji, gdzie czekam na przesłuchanie odnośnie domniemanego "gwałtu", o którym głośno już w naszej małej mieścince.

#mr556

Historię, którą Wam przedstawię, opowiedziała mi moja mama kilka dni po śmierci mojej prababci.

Moja mama jako dziecko wychowywała się na wsi. Każdy dzień spędzała u mojej prababci. Była dla niej jak druga mama. Ale nie o tym...

Moi pradziadkowie mieszkali na małej wsi, mieli duży dom z podwórkiem, oborą i pięknymi drzewami. Zaraz obok domu, 20 metrów dalej była alejka, która prowadziła do małego lasku. W tym lesie, znajdowały się ruiny poniemieckiego kościoła. Naprzeciwko niego były 3 małe groby, z takimi wielkimi metalowymi krzyżami. Moja babcia zajmowała się tymi grobami, pielęgnowała je, zapalała znicze i przynosiła świeże kwiaty z ogródka, chociaż nie miała pojęcia kto tam leży.
Zaraz za tymi trzema grobami były mury z czerwonej cegły, takie mniejsze kolumny z krzyżami. Nic tam w sumie nie było. Do czasu...

Pewnego wieczoru, gdy wszyscy domownicy wraz z moją mamą kładli się do łóżek, psy na wsi zaczęły głośno szczekać. Dziadek wyszedł na zewnątrz zobaczyć co się dzieje, ale nie zauważył nic niepokojącego. Stwierdził, że psy wyczuły zbliżającą się zwierzynę i wrócił do domu.

Na drugi dzień z samego rana, gdzieś koło godziny 5-tej czy 6-stej dziadek wyszedł za grzybami do tego lasku. Wrócił po dosłownie 20 minutach i postawił wszystkich na nogi. Gdy moja babcia z mamą zadawali mu mnóstwo pytań co się stało, itd. on tylko powiedział, żeby poszły z nim.

Okazało się, że w nocy nie było żadnej zwierzyny, a psy ujadały, bo ludzie kręcili się po tym lasku. W miejscu gdzie były te mury z czerwonej cegły wykopano doły. Wielkie doły, że potrzeba drabiny żeby stamtąd wyjść. Drzewa i inne krzewy były powyrywane z korzeniami, aby tylko wykopać dół. Mój pradziadek jako śmiałek wszedł po drabinie do jednego z tych dołów. Znajdowały się tam grobowce. Stare, poniemieckie grobowce. Trumny blaszane, zespolone tak, że nie można ich było otworzyć. Dziadek trafił akurat na grobowiec jakiejś rodziny - były tam 3 trumny - dwie większe i jedna malutka. W miejscach, gdzie znajdują się głowy były wycięte okna. Groby już wiekowe, bo zostały same kości i skrawki materiałów. I jedna kobieta, która tam leżała, miała rudy warkocz, który jak później się ludzie o tym dowiedzieli to był rozrzucony po tym lasku.

Ta sytuacja miała miejsce, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było. Jak byłam mała moja mama zabierała mnie do pradziadków. Gdy szłam z dziadkiem na grzyby, to zawsze mi powtarzał żebym patrzyła pod nogi, bo mogę wpaść do dziury. A kiedyś jak sobie zbierałam tam kwiatki, to znalazłam ogromną kość. Teraz wiem, że była ludzka. Pamiętam jak zaglądałam do tych dziur i były tam jakieś blaszaki, ale nikt nie mówił, że to trumny.

Do dziś są te doły i te trumny. Tak, ostatnio to sprawdziłam. Masakra.

#1TDRM

Po przeczytaniu wyznania męża zgwałconej kobiety, a raczej komentarzy pod nim, naszła mnie pewna refleksja.

Pochodzę z niewielkiej miejscowości, w której kilka lat temu miała miejsce ogromna tragedia (chcę, żeby sytuacja, jak i ofiara pozostały anonimowe). Odbywała się wtedy większych rozmiarów impreza, podczas której 16-letniej dziewczynie została zaaplikowana tabletka, po czym doszło do gwałtu. Ofiara cudem zapamiętała kto był jej oprawcą, zanim całkowicie straciła świadomość. Katem okazał się kolega ze szkoły, dobrze ułożony, mądry, z dobrej rodziny, którego zaloty wg relacji rówieśników miała wcześniej odrzucić.
Co się działo potem?

- Dziewczyna powiedziała matce, a ta nie zgłosiła sprawy od razu, bo „taki wstyd!”, na szczęście ofiara zwierzyła się koleżance, ta zaalarmowała swoich rodziców i zawiadomiono policję.
- Otoczenie nie dawało się przekonać, bo to przecież taki dobry chłopak, ale wszystko potwierdziło nagranie z kamer.
- Ludzie krytykowali jej strój (letnia sukienka), fakt, że go odrzuciła, bo by do tego nie doszło (no w końcu przystojny jest), jego otoczenie jej zarzucało, że chce dobrego chłopaka wsadzić do więzienia.
- W internecie zawrzało: sama nie jest bez winy, sprowokowała, nie pilnowała napoju (przed kolegą). Większość komentarzy winiła ofiarę, bo ładna, bo głupia, bo dała okazję, bo nie powinna była iść itd. Ktoś napisał dla żartu, że „zapomniał dziwce zapłacić”, inny, że „kobiety od tego przecież są”, a jeszcze inny, że „skoro nie wołała o pomoc, to jej się podobało [sic!]”.
- Popełniła samobójstwo.

Gwałtu był winien tylko i wyłącznie gwałciciel. Jej śmierci – też on, bo to jego zbrodnia wywołała lawinę, ale też osoby z rodziny i otoczenia, które zamiast wspierać, tylko pogłębiały ból i wywoływały poczucie winy. Ktoś jeszcze? Drodzy internauci, sami niepopełniający błędów, niezdający sobie sprawy, kto może czytać ich wypociny.

Sam mam nastoletniego syna i kilkuletnią córeczkę. Nawet sobie nie wyobrażam, żeby jakiś śmieć mógł tak skrzywdzić moje dziecko. Syna wychowuję na osobę szanującą kobiety, wbijam mu do głowy jak młotkiem, że naruszenie nietykalności cielesnej kobiety jest najgorszym upodleniem, jakiego może dokonać osobnik, którego bym nawet do szacownych zwierząt nie porównał.

Społeczeństwo przykłada uwagę do edukacji dziewcząt: przedstawiamy sposoby zapobiegania gwałtom, wytykamy, że tego i tamtego nie wolno, a najlepiej to niech nie wychodzą z domu. Jednak i tam nieraz czeka zwyrol, a celem innego może być panna idąca w dresie do biedry po bułki. Jak już do czegoś dojdzie, to współobwiniamy ofiary.
Wychowujmy młodzież, ŻE NO K***A NIE WOLNO, JAK NIE TO NIE, DOTKNIESZ BEZ POZWOLENIA, TO ODRĄBIEMY ŻYWCEM RĘKĘ I WYKASTRUJEMY. Czy jakoś tak. Skupmy się przede wszystkim na zwalczaniu przestępców, a nie gnojeniu ofiar.

#n8NHu

Od kiedy jestem w związku z chłopakiem, nigdy nie byłam tak domyta. Tak dobrze czytacie. Od tej pory zawsze jestem czysta. Mycie włosów codziennie? O tak. Podmywanie się trzy razy dziennie - standard. Mycie zębów, czyszczenie paznokci stało się moim nałogiem. Już nie wspomnę o depilacji. Pogrom. Tak tak, przedtem byłam strasznym syfem. Potrafiłam się nie myć trzy dni, a czasem nawet tydzień .

Zapewne zapytacie jak to możliwe, że ktoś nie zwrócił mi uwagi. Po co? Pracuję głównie w domu przez internet. Z domu rzadko wychodziłam.

Propsy dla miłości.
Mam 28 lat.

Żodyn nie wie, żodyn, że obawiam się rachunków za gaz i wodę.

#VG5rk

Mam gg.
Głównie korzystam z niego, gdy muszę skontaktować się z ciotką albo babcią, ale od czasu do czasu pisze do mnie jakiś zboczeniec.
Za każdym razem odpowiadam w jakiś śmieszny albo głupi sposób, a czasami udaję faceta.
Ostatnio ktoś spytał, czy lubię seks.
Odpowiedziałam, że wolę ser.

Efekt?
Dwugodzinna rozmowa o najróżniejszych gatunkach sera.

#BdLg1

Kilka lat temu mieszkaliśmy z mężem w bloku, w którym były łączone balkony (jeden długi balkon z dwoma przepierzeniami - tworzył 3 balkony, które były zadaszone przez balkon piętro wyżej).

My mieszkaliśmy na skraju z jednej strony, a z drugiej jakieś dwie studentki, które miały nawyk wychodzenia na balkon na papierosa około godziny 23 i siedzenia tam do 3 w nocy, gadając o swoich przygodach łóżkowych, okresie i penisie partnera jednej z nich.
Byłam wtedy świeżo po medycynie i pracowałam w różnych godzinach, więc ważne dla mnie było, żeby się wysypiać. Niestety podniesione głosy "koleżanek" i echo między blokami mi na to nie pozwalało.
Prośby o cichsze mówienie, wzywanie policji, próby spania z słuchawkami w uszach nic nie dawały.

Tak więc pewnego dnia kupiłam popularny wtedy śmierdzący płyn (taki do robienia psikusów) i ze swoim lękiem wysokości (3 piętro) o 4.30 rano przeszłam przez dwa przepierzenia na balkonach i wlałam ten płyn do szpary między podłogą balkonu a ścianą bloku, całą buteleczkę.
Nie miałam tylko pojęcia, że będzie to śmierdzieć aż tak, że my nie będziemy mogli wyjść na balkon, aż do burzy z tak silnym wiatrem, że deszcz wypłukał płyn.

Smród smrodem, ale watro było dla tych 3 tygodni ciszy.

#WrQlV

Spacerowałam sobie po prawie pustej plaży, wzdłuż brzegu morza. Zaczynało padać, więc już miałam zawracać, gdy nagle moją uwagę zwróciło dwoje ludzi w oddali. Stali i wpatrywali się w morze. Spojrzałam w tym kierunku co oni i wytężyłam wzrok. Daleko za boją, wyznaczającą dopuszczalne miejsce do którego można podpływać, na dmuchanym kółku do pływania unosił się jakiś dzieciak (7-8 lat). Nie myśląc wiele podbiegłam do nich. Kobieta i mężczyzna, w wieku 40-50 lat, narodowości romskiej.

Pytam co jest grane, czy to ich dziecko, dlaczego nie zadzwonili po pomoc... Chyba w ogóle nie mówili po polsku, po prostu stali i się gapili, to na mnie, to na dzieciaka. Jako ratowniczka wodna i wielokrotna medalistka różnych zawodów pływackich (pływanie trenuję od dzieciństwa), nie myśląc wiele, zrzuciłam ubrania, plecak, i popłynęłam chłopcu na ratunek. Kiedy bezpiecznie odholowałam dziecko do brzegu, rodziców (?) już tam nie było. Zniknęli, a wraz z nimi nie tylko mój telefon, pieniądze i dokumenty, ale nawet plecak i ubrania.

Nadciągała ulewa. Nie muszę chyba opisywać min ludzi, gdy cała przemoczona, ubrana jedynie w majtki i stanik, weszłam do najbliższego hotelu, ciągnąc za sobą romskie dziecko. Konkluzja: dziecko zostało zabrane do jakiegoś ośrodka, a ja od czterech dni czekam na odnalezienie przynajmniej moich dokumentów, bo na pieniądze i telefon już nie liczę. Zagraniczne wakacje, na które odkładaliśmy z mężem przez cały rok, stoją teraz pod znakiem zapytania - w ciągu niecałych dwóch tygodni nie zdążę wyrobić nowych dokumentów. Zostałam uziemiona - bez prawa jazdy, bez karty płatniczej, bez dowodu osobistego.

Zawsze uważałam, że nie należy oceniać ludzi na podstawie przynależności etnicznej, ale ta sytuacja dała mi wiele do myślenia. Spojrzałam na statystyki w moim powiecie - zaledwie 30% romskich dzieci kończy tutaj gimnazjum. Nie, nie jestem rasistką. Nie uważam, że ktoś jest gorszy z powodu genów czy urodzenia. Jedynie żal mi tych biednych dzieci. Żal mi tego, że muszą wychowywać się w takiej chorej kulturze, w takiej patologii. Na kogo później mogą wyrosnąć?

#syoUs

Mam 17 lat i pracuję w niewielkiej lodziarni. Mam na tyle mały ruch, że większość klientów doskonale znam i wiem, co zawsze zamawiają. Zdarzają się nawet klienci, którzy przychodzą tylko wtedy, kiedy jestem ja, a nie inne moje zmienniczki. O jednym z takich klientów chciałabym opowiedzieć. 

Zawsze, kiedy jestem koło południa, przychodzi do mnie pan w podeszłym wieku. Ma problemy ze słuchem i ze wzrokiem, ale mimo to zawsze jest uśmiechnięty. Zawsze prosi mnie o loda w plastikowym kubeczku, które mamy do napojów. Normalnie nie powinno się sprzedawać tak lodów, ale rozumiałam, że starszy pan mógł upuścić rożek i po prostu było mu tak wygodniej. Nie zwróciłam nigdy uwagi na to, czy je loda zaraz po otrzymaniu, czy mu smakuje, tylko od razu zajmowałam się innymi klientami. Natomiast dzisiaj nie miałam kolejki, więc uważnie patrzyłam, co robi. 

Starszy pan wziął łyżeczkę, włożył do kubka z lodem. Ten następnie delikatnie włożył do materiałowego worka. Zdziwiona, zapytałam, czy mu się nie roztopi, zanim dojdzie do domu. On natomiast powiedział: "Mieszkam po drugiej stronie ulicy w blokach, więc jak wracam do domu, to jeszcze nie są bardzo roztopione. A te lody nie są dla mnie, tylko dla żony. Marysia ma olbrzymie problemy z poruszaniem się i leży w łóżku. Zawsze ją karmię, a po obiedzie daję jej te lody. Uwielbia je". Mówiąc te słowa uśmiechnął się, ukłonił i poszedł w kierunku domu. 

Życzę takiej miłości każdemu!

#4pScW

W jednej z pizzerii w moim mieście pracuje taki chłopak, który bardzo mi się podoba. Mimo że nie jest to najlepszy lokal z takimi posiłkami, to i tak regularnie stamtąd zamawiam, bo zazwyczaj placek dowozi mi własnie obiekt moich westchnień.

Czasem potrafię jeść pizzę przez tydzień, byle tylko móc przez chwilę zobaczyć tego faceta. No, właśnie - zobaczyć. Jestem totalnym przegrywem i nie umiem do niego w żaden sensowny sposób zagadać. Robię tylko te maślane oczy i liczę na to, że gdzieś pod pizzą zostawi mi kiedyś liścik miłosny...
Najgorsze jest jednak to, że zawsze jestem tak bardzo onieśmielona, że ciągle zdarzają mi się jakieś idiotyczne wpadki.

Raz, kiedy on stał w drzwiach, postanowiłam rozpuścić sobie włosy idąc do drugiego pokoju po portmonetkę. Wiecie, tak niby przypadkiem. Zwolnione tempo, kroczy laska, rusza biodrami, rozpuszcza grzywę, jakaś romantyczna nuta w tle... Usiłując energicznie zdjąć gumkę dość mocno uderzyłam się pięścią w głowę. Poleciałam na ścianę i przez pół dnia nie słyszałam za dobrze na jedno ucho. Musiało to wyglądać jakbym miała jakieś zachowania autoagresywne. Kasę wręczyłam mu rozczochrana i czerwona jak cegła.
Innym razem wręczając mi pizzę, mój wymarzony amant rzucił standardowe "Smacznego!". Spojrzałam mu głęboko w oczy i odparłam "Nawzajem.". Chłopak uniósł brew robiąc taką lekko skołowana minę i bez słowa oddalił się do auta.

Kiedyś miałam zapłacić 19,80 zł za Margaritę. Dałam mu 20 zł i bezmyślnie powiedziałam żeby zachował sobie resztę jako napiwek. Dostał dwadzieścia pieprzonych groszy. Pewnie układa sobie za to życie od nowa.

Nie dalej, jak miesiąc temu, gdy powód, dla którego moje serce szybciej bije, znów zjawił się w mych progach, jakimś cudem poślizgnęłam się na wycieraczce i upadłam na mojego, przechodzącego obok, kota perskiego. Bob (tak się wabi mój zwierz) wrzasnął, dał dyla i rozpędzony wskoczył na stół w dużym pokoju. Zjechał z niego po drugiej stronie razem z obrusem, naczyniami i butelką wina. Hałas był taki, że sąsiedzi pootwierali drzwi, żeby sprawdzić co się dzieje.

Wisienką na torcie moich przypałów jest to, co się stało dwa tygodnie temu, gdy jeszcze było bardzo ciepło. Dostawca przyjechał mając na sobie koszulkę na tyle obcisłą, że wyraźnie było widać jak świetną chłopak ma sylwetkę. Wyglądał tak bosko, że zawstydziłam się podwójnie. Szybko wyrwałam mu z rąk pudełko z pizzą i zatrzasnęłam drzwi przed nosem bez płacenia. Dopiero po dobrych trzydziestu sekundach dotarło do mnie co zrobiłam. Podbiegłam do drzwi i zobaczyłam przez wizjer, że gość ciągle tam stoi. Uchyliłam je, wysunęłam rękę z banknotem przez szparę i wymamrotałam "Resztynieczeba...".

Najlepsze jest to, że uchodzę za pewną siebie, zaradną dziewczynę. Z jakiegoś powodu głupieję w obecności tego dostawcy.
Dodaj anonimowe wyznanie