#J3usy

Jak zaczęłam dojrzewać, mama zawsze powtarzała mi, że podczas okresu absolutnie nie wolno się kąpać, można brać tylko prysznic. Grozi to wylewem, śmiercią i nie wiadomo czym jeszcze. Mam 22 lata i właśnie uświadomiłam sobie, że istnieje coś takiego jak basen, gdzie zakłada się po prostu tampon i hop do wody i jakoś nikt chyba od tego nie umarł. Dzięki mamo. Kto cię edukował w tym temacie?

#yGdYX

Wychowałam się w raczej biednym domu. Nie było może najgorzej, bo do garnka było co włożyć, ale mimo to rodzice zawsze musieli pożyczać pieniądze przed wypłatą. Z tego względu oczywiście zawsze kupowaliśmy najtańsze jedzenie, ubrania w sklepach z używaną odzieżą (albo nosiło się po rodzeństwie). Oczywiście nie mam tego za złe moim rodzicom, bo wiem, że pracowali na pełnych obrotach, żeby było co jeść i co na siebie włożyć, ale musiałam o tym wspomnieć, bo jest to ważne dla wyznania.

Od jakiegoś czasu pracuję i mam już swoje pieniądze, mieszkam dalej z rodzicami, dokładam się do rachunków i jedzenia, ale sporo pieniędzy jeszcze mi zostaje. Mimo to nie umiem ich wydać. Za każdym razem jak chcę kupić sobie coś droższego, to mam wyrzuty sumienia i nie potrafię tego kupić, czy to ma być droższy ciuch z markowego sklepu, czy nawet droższe o złotówkę mleko w sklepie. Dla was to może mały problem, ale czasami przechodzę przez miasto, zobaczę coś, co mi się podoba i wiem, że stać mnie spokojnie, żeby to kupić, a mimo to nie umiem, bo czuję, że nie powinno się tyle wydawać na np. zwykłe spodnie, bo przecież w lumpeksie kupię za o wiele niższą cenę. A jak chcę kupić coś, co nie jest ani jedzeniem, ani ubraniem, to jest jeszcze gorzej, na przykład taka ramka na zdjęcie, w ogóle nie kupię, bo czuję, że to nie jest potrzebne do codziennego funkcjonowania, więc po co wydawać pieniądze na coś zbędnego. Oczywiście nieraz próbowałam się przełamać i kupić coś droższego, ale kończyło się to tym, że po nocach nawet czasami nie mogłam spać z powodu wyrzutów sumienia.

Wiecie co jest jeszcze ciekawsze?
Że moja siostra wychowana w takim samych warunkach jest zakupoholiczką, już kilka dni po wypłacie nie ma pieniędzy, bo wydaje na jakieś bzdety, których nie potrzebuje, mamy na przykład dzięki niej w domu jakieś 50 kubków, po co komu tyle nie wiadomo, ale siostra kupuje, bo mówi, że ładne.
Szczerze: nie wiem, kto ma gorzej, ja czy ona.

#Jw8vU

Nic tak nie wk*rwia człowieka, jak odwieczne pytania pań kasjerek (pracujących w sklepie z zielonym zwierzęciem w logo) "MOGĘ BYĆ WINNA GROSIKA?".

Razu pewnego poszłam właśnie do tego sklepu, cała wku*wiona (nieistotne czemu), podchodzę do kasy, babsztyl kasuje mi zakupy i pada standardowe pytanie. Nie wiem, co mi odpieprzyło, ale powiedziałam NIE. Chciałam tego głupiego grosza. Babę kompletnie zamurowało, po czym zaczęła na mnie najeżdżać, że co ja sobie myślę. Rzucała też wyzwiskami w moją stronę. Koniec końców grosza nie dostałam, ale nie odchodźcie, tu rozkręca się cała historia...

Postanowiłam, że się zemszczę. Dzień i noc przekopywałam dom w poszukiwaniu monet jednogroszowych. Gdy uzbierałam ich pokaźną ilość, poszłam do wcześniej wspomnianego sklepu, chwyciłam za produkt kosztujący dokładnie 9,99 zł i popędziłam do kasy. Oczywiście standardowo pani kasuje i gdy przychodzi do płacenia, kładę na ladę banknot 200-złotowy. Baba przewróciła oczami i pyta: "A DROBNIEJ NIE BĘDZIE?". Tylko na to czekałam. Schowałam banknot, a wyciągnęłam wór jednogroszówek.
Skłamałam, że nie mam pojęcia ile tam jest pieniędzy, chociaż wiedziałam doskonale. W worku znajdowało się dokładnie 9,98 zł, o jeden grosz mniej niż cena produktu, który zamierzałam kupić. I gdy kasjerka skończyła liczyć, a nim zdążyła się odezwać, zapytałam: "MOGĘ BYĆ WINNA GROSIKA?".

Nie mogłam.

#jO0IO

Między mną a moją młodszą siostrą jest 8 lat różnicy. Każdy mi mówił na początku, że rodzice kochają nas tak samo, żadna z nas nie będzie wyróżniana.

Aktualnie moja siostra ma 8 lat i powiem jedno: nienawidzę jej. Dlaczego? Całe zło świata to moja wina. Marta (imię zmienione) uderzyła się w kolano? To moja wina, ponieważ jej nie powiedziałam, że ma tak nie robić, bo się uderzy, ale gdy powiem jej, że ma czegoś nie robić, krzyczą na mnie, że jej rozkazuję. Dotykanie moich rzeczy, niszczenie ich to norma, ale to moja wina, bo powinna się dzielić. Marta ma nadwagę, ale potrafi mi powiedzieć, że jestem gruba (moja waga jest w porządku), a moi rodzice nie reagują albo mówią "bo ona jest dzieckiem".
Mam już dość wszystkiego, że nawet za to, że moja siostra zapomniała o zadaniu domowym i go nie zrobiła, to moja wina...

#SlgOX

Do napisania tej historii przekonały mnie słowa mojej żony. Ale po kolei.

Od pięciu lat pracuję fizycznie. Wypłata teoretycznie zależy od wykonanego planu narzuconego przez prezesa, w praktyce różnie to bywa.

Mimo że jestem cenionym pracownikiem i wykonuję swoje, to nigdy nie zostałem odpowiednio wynagrodzony, zawsze kierownik tłumaczył się, wykręcał i zwalał winę na innych, dlaczego zarobiłem znowu za mało (mimo obietnic). Dodatkowo też pracowałem wszystkie soboty i przynajmniej jedną niedzielę. Efekt zawsze ten sam, dniówka wychodziła w granicach 100 zł.

Na początku października spotkałem się z dawnym znajomym. Popytał co u mnie, jak sytuacja z robotą. Zaproponował mi pracę u siebie. Okazało się, że jest doradcą finansowym. Ciężki kawałek chleba, ale postanowiłem spróbować. Na rozmowie, którą odbyłem dyrektor przystał na moje warunki i rozpocząłem współpracę. Doznałem szoku, zupełnie inne podejście do pracownika niż do którego ja jestem przyzwyczajony. Owszem, wymagania są, ale pracodawca mobilizuje do działania, a nie wymusza wrzaskiem.

Gdzie piekielność? W moich rodzicach. Usłyszałem od nich, że mam się nie wydurniać, bo robotę mam, i to całkiem niezłą i dobrze płatną, że będę ludzi na kredyty naciągać, że na tym nie zarobię itp.

Dlaczego o tym piszę? Na ich utrzymaniu jest mój brat. Nie pracuje, nie dokłada się do niczego, bez wykształcenia, ale rodzice chodzą dumni, bo niedawno wydał płytę. Rozeszła się w ilości stu sztuk. Oni nigdy nie byli ze mnie dumni. Zawsze słyszałem tylko krytykę, cokolwiek bym nie zrobił i czegokolwiek bym się nie podjął. Teraz mnie to już nie rusza, ale kiedyś bolało jak cholera, mimo twardego charakteru przepłakałem wiele nocy przez nich, bo chciałem żeby choć raz powiedzieli, że są ze mnie dumni.

Żona podsumowała to krótko, "Twoim rodzicom to ty chyba nigdy nie dogodzisz" i niestety ma rację.

#J8XEk

Chciałbym się podzielić z Wami swoim życiowym fatum. Otóż wszystkie moje dziewczyny wracały do swoich byłych. Starałem się jak mogłem, poświęcałem im dużo czasu, co spowodowało, że straciłem dużo kontaktów, bo wolałem dziewczynę niż znajomych.
Czemu o tym piszę? Od pewnego czasu piszę z naprawdę fajną dziewczyną, praktycznie to mój ideał, postanowiłem, że spróbuję, ale... wczoraj napisała mi, że chyba chce wrócić do byłego.
Fatum wciąż trwa.

#HXnIC

Zdradzę wam pewien sposób wariata.

Kiedy już nie mam siły się ukrywać przed całym światem, kolejna terapia zawodzi i po prostu nie mam już siły psychicznie i fizycznie jakoś się trzymać, chodzę na cmentarz nad moje upatrzone groby obcych mi osób i płaczę. Przynajmniej ludzie myślą, że opłakuję zmarłego i nikt mnie nie zaczepia. To jedyne miejsce, gdzie mogę sobie ulżyć.

Przepraszam wszystkich, nad grobami których wyję. Szczególnie śp. Emilię i śp.Tadeusza, których najczęściej odwiedzam.

#i04T2

Byłam na domówce, organizowanej przez kolegę mojego męża z pracy. Domówka taka raczej z gruntu "rodzinnych" - a więc ludzie z dziećmi przyszli. My z mężem przychówku jeszcze nie mamy (mam za to 22 lata młodszego braciszka, którym większość jego życia się zajmowałam).
Nawiasem mówiąc, trochę nie rozumiem targania dzieci na imprezę, gdzie dudni muzyka, wszyscy piją i palą, a z niepilnowanej flaszki taki spuszczony z oka dwulatek zdrowo sobie golnąć może... ale to tylko moje zdanie. Przyjmuję też do wiadomości fakt, że dziecka nie ma z kim akurat zostawić... z tym, że dalej tego nie rozumiem.
Brata na imprezy nie targałam, gdy nie było go z kim zostawić. Nie chodziłam po prostu. Dodatkowo na takich spędach trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby czyjemuś dziecku krzywdy nie zrobić - i mimowolnie każdy zostaje niańką, czy chce, czy nie. O tym jest ta historia...

Już trochę wstawiony inny kolega (nie gospodarz) postanowił pograć sobie w rzutki, zainstalowane w szerokim korytarzu. Gra sobie, raczej trafia w obitą filcem ścianę niż w tarczę, a pomiędzy fruwającymi ostrzami biega jego pięcioletnia córka...
Myślicie, że się przejął? Gdzie tam. Gra twardo dalej.
Poobserwowaliśmy z mężem sytuację przez minutę czy dwie - nikt nie reagował, ani matka dziecka, zatopiona w plotach, ani inni goście, ani gospodarze. W końcu wstaliśmy. Mąż krzyknął do kolegi, żeby uważał, bo dziecko, ja podchodziłam do dziewczynki. W tym momencie kolega wrzasnął coś w stylu: "Ale spoooko, widzę ją, świeeeży jestem!" i rzucił lotką...

Gdybym nie podbiegła, dziecko straciłoby pewnie oko. A tak tylko wyciągali mi lotkę z uda.
Quo vadis, świecie...?
Dodaj anonimowe wyznanie