Logika mamusiek.
Siedzę sobie za granicą - taki tam wyjazd noworoczny, aby nabrać sił na nadchodzący rok. Oczywiście nie cieszę się nim w pełni, bo 2 dni przed wylotem rozchorowałam się. Można usłyszeć, że srogo kaszlę.
Pensjonat, w którym mieszkam, prowadzi Polka. Stąd też wielu rodaków wybiera to miejsce jako swoje zakwaterowanie. W tym rodzina z dzieckiem.
Do rzeczy. Wychodzę sobie rano z kibelka i mijam naszą matkę-polkę. Mówię kulturalnie "dzień dobry". Na co madka ni z gruchy, ni z pietruchy "nie podchodź do mojego dziecka, bo je zarazisz". Okeeeej. Odpowiadam jej (w sumie szczerze): "Luz, i tak nie lubię dzieci". Jak się zapowietrzyła: "Ale jak to, jak możesz nie lubić mojego Owidiuszka?! Owi, chodź tutaj!".
Chwila, co? Miałam się nie zbliżać, a ona go woła? Ta logika...
Zanim to rozwrzeszczane coś przybiegło, zdążyłam się ewakuować do pokoju, żegnając mamusię.
Już pal licho imię dziecka, ale po pierwsze, co to za problem odpowiedzieć na przywitanie, po drugie, po co bym miała podchodzić do obcego dziecka, a po trzecie, czasem mnie dziwi, co matka jest w stanie odwalić, żeby każdy uważał jej dzieciaka za największy cud świata?
Rok temu w sylwestra byłam na domówce u kolegi z podstawówki. Jesteśmy dorośli, ale wciąż utrzymujemy kontakt małą grupką i znamy się jak łyse konie.
Zaszaleliśmy... Aż za bardzo, a w szczególności ja. Nowego Roku już nie pamiętałam. Obudziłam się w swoim domu o godzinie 10 rano i nic nie pamiętałam. Bałam się nawet myśleć, co się tam działo. Jak się okazało, miałam rację. Koledzy musieli mi opowiadać jak to zasnęłam w trakcie imprezy i i do końca nie było już ze mną kontaktu. Mam mocną głowę, więc od początku wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie mogłam tak po prostu zezgonować na początku imprezy i nic nie pamiętać.
Miałam rację, bo po 3 dniach maglowania kumpli, jeden przyznał się, że pewien koleś chciał wypróbować działanie tabletki gwałtu na sobie... a ja przypadkiem zażyłam to zamiast niego.
To co się działo przez kolejne dni... Uwierzyłam mu, bo to był mój najlepszy przyjaciel od przedszkola, ale to uczucie kiedy nie wiesz co się z tobą działo przez tyle godzin było nie do zniesienia. I zaczęły się głupie myśli... Kolega przysięgał, że całą noc mnie pilnował, ale ja i tak bałam się, że zostałam zgwałcona, skrzywdzona itd. Nie spałam, nie jadłam... A kiedy wreszcie trochę doszłam do siebie, zaczął spóźniać mi się okres... I znowu przerażenie, ale zmusiłam się do zrobienia testu ciążowego i co? Pozytywny. Oczywiście był krzyk, płacz i strach. Jak mam się przyznać rodzicom, że nie wiem kto jest ojcem dziecka? Ba, nawet nie pamiętam jego poczęcia.. i studia...
Mój przyjaciel przysięgał, że to niemożliwe, że to musiało się stać kiedy indziej. Problem polegał na tym, że byłam dziewicą i innej możliwości nie było. Umówiłam się na wizytę u ginekologa... I tutaj nie będę wchodzić w szczegóły badań itd. Powiem jedno, mój mózg uroił sobie tę ciążę... Wmówiłam sobie, że mogłam zajść w ciążę do tego stopnia, że moje ciało również w to uwierzyło...
I w sumie to koniec. Nie ma morału, taka historia, anonimowa bo wie o niej tylko ów przyjaciel, ginekolog i ja.
Jedynie co dodam to jeszcze to, że do dzisiaj nie pamiętam co się wtedy działo. Uwierzyłam kolegom w ich wersję, chociaż nasze stosunki stały się chłodniejsze, bo cień niepewności zawsze czai mi się z tyłu głowy. A i sytuacja ta spowodowała, że jestem całkowitym abstynentem.
Kiedyś, gdy jechałam autobusem, dostałam orgazmu. Nie byłoby w tym nic takiego, gdyby nie fakt, że byłam w ciąży i podczas orgazmu odeszły mi wody 💪
Brawo, córko 💪
Kilka lat temu znalazłam się w szalenie upokarzającej sytuacji. Byłam wtedy w liceum, zaczynałam uczyć się projektowania. Moja mama, nauczycielka, oznajmiła, że w jej szkole, a mojej podstawówce, ogłoszono konkurs dla uczniów i absolwentów. Do zaprojektowania było logo szkoły. Postanowiłam spróbować.
Po kilku tygodniach logo było gotowe, wysłane, od mamy wiedziałam, że niewielu absolwentów się zgłosiło, więc pewnie dyrektorka po prostu wybierze moje logo, tylko mam określić, co chciałabym dostać. Projekt sam w sobie był w porządku, niestety wiele brakowało mu technicznie, zwłaszcza teraz kłuje mnie to w oczy.
Prawdę powiedziawszy myślałam, że po prostu kiedyś tam podejdę, porozmawiam z dyrekcją, otrzymam wybraną przeze mnie książkę i tyle. Niestety zorganizowali ogłoszenie wyników podczas szkolnej uroczystości.
I teraz wyobraźcie sobie licealistkę, która wychodzi na środek razem z dwójką uczniów w wieku 8-13 lat i odbiera nagrodę za pierwsze miejsce. Było mi strasznie nieswojo. Nie to było najgorsze. Podczas tej uroczystości usłyszałam, że wśród nauczycieli były osoby, które twierdziły, że projekt wykonała za mnie mama, żebym dostała książkę...
Zostałam sama w domu. Mąż i dzieciaki wyjechali do teściowej, więc miałam spokój. Zbliża się wieczór, za oknem szaleje burza, a ja jak nigdy postanawiam obejrzeć sobie horror (nie przepadam za tym gatunkiem filmów).
Film zaczął się od tego, że jakaś nastolatka zostając sama w domu postanowiła włączyć sobie (któż by się spodziewał?) horror. Akcja toczyła się dalej. Film sam w sobie nie był jakoś ciekawy, a moją uwagę zwróciła dopiero scena grozy, która ku mojemu zdziwieniu została nakręcona naprawdę realistycznie i ciekawie.
Telewizor, przed którym siedziała bohaterka nagle się zaśnieżył, za oknem walnął piorun, po czym wyłączył się prąd, a kiedy dziewczyna już chciała podnieść się z kanapy, ktoś zaczął dobijać się do drzwi jej mieszkania, po czym te otworzyły się z okropnym skrzypieniem.
Właśnie w tym momencie obraz mojego telewizora się zaśnieżył. Dreszcz adrenaliny był. Nawet dość ostry, ale myśląc realnie pomyślałam sobie - Okej, jest burza, może się zdarzyć, że jakiś program w tv się zatnie, nic dziwnego. Właśnie w tym momencie wszystkie urządzenia elektryczne jakie mam w domu się wyłączyły.
To już było przerażające. Bałam się podnieść z kanapy, ale kulminacja przyszła kiedy ktoś zaczął dobijać się do moich drzwi. Myślałam, że padnę na zawał. Zamarłam, a wtedy drzwi wejściowe skrzypiąc zaczęły powoli się otwierać. Do mieszkania wszedł ogromny (2 metry) mężczyzna. Po chwili jego sylwetkę oświetliła błyskawica, a zaraz po niej huknął piorun.
Myślę, że każdy w bloku i jeszcze kilka ulic dalej słyszał mój przeraźliwy wrzask.
Ale spokojnie. To nie był jakiś psychopata, tylko mój mąż, który chcąc zrobić mi niespodziankę odstawił dzieciaki do matki i wrócił się z powrotem do domu.
Miłego romantycznego wieczoru nie było. Zamiast tego obejrzeliśmy sobie po raz kolejny Avengersów (jak już wrócił prąd, którego nawiasem mówiąc nie było równo 3 minuty -,-), nażarliśmy się chipsów i wypiliśmy po kilka piw.
Dawno nie miałam tak emocjonującego wieczoru.
Mam 27 lat. Kiedy moje dzieci śpią, bawię się w kąpieli ich zabawkami :D
Pewne wyznanie, choć dużo brutalniejsze, sprawiło, że w końcu postanowiłam podzielić się swoją historią.
Zawsze słyszałam, że powinnam urodzić dzieci, ale nie, nikt mnie nie zgwałcił i to też nie tak, że ich nienawidzę. Przeciwnie: od zawsze uwielbiałam towarzystwo dzieci, przez lata opiekowałam się nimi, a później pracowałam w przedszkolu. Ludziom zawsze powtarzałam, że kiedy tylko pieniężnie będzie w porządku, to z mężem postaramy się o dziecko. I w końcu się udało - pieniądze są, ciąża jest i pierwsze problemy są.
Mąż zrobił się agresywniejszy i chociaż ciąża stworzyła wiele komplikacji zdrowotnych, nawet moja matka bardziej martwiła się o dzieci niż o mnie, ale wtedy myślałam, że przesadzam, że hiperbolizuję wszystko. Nawet kiedy po kolejnym silnym krwawieniu i wizycie w szpitalu matka wolała kupić prezent nienarodzonym dzieciom, a nie mi, a mąż bardziej marudził, że moja "głupia natura" mogła zabić mu dzieci, wmawiałam sobie, że nic złego się nie dzieje.
W końcu bliźnięta przyszły na świat i faktycznie na pewien czas się poprawiło... a potem zaczęłam być bombardowana naprawdę głupimi poradami. Nagle każdy stał się ekspertem od dzieci. Prezentów przybywało: a to ktoś nową zabawkę kupił, a to nowe ubranka. W pewnym momencie nawet nie dało się normalnie przejść po pokoju dzieci.
Bliźnięta zaczęły rosnąć, a rodzina (i mąż) dalej nie przestawała. Wszyscy karcili, gdy nie chciałam się bawić z dziećmi po raz 1000 w tę samą grę i wolałam położyć je spać, bo zaraz północ. Zdrowe posiłki? Ale jak ja tak mogę! Przecież ich zęby nawet nie są stałe, niech jedzą tylko cukierki i kolejne torty! Uczenie się? Jak ja mogę ośmioletnie dziecko do nauki zmuszać? A później: jak ja mogę marudzić, że trzynastoletni syn dostał jedynkę? Przecież wiadomo, że powinnam pójść do nauczycielki i wydrzeć się na nią.
Oczywiście dzieci szybko zauważyły te wszystkie rzeczy i zaczęły je wykorzystywać. Mamusia je upomniała? No to trzeba było naskarżyć całej rodzinie i z dumą patrzeć, jak teraz wszyscy na mamusię się wydzierają, a potem przynoszą prezenty dla dzieciaczków. Albo zabierać je na wyjazd W ŚRODKU ROKU SZKOLNEGO. Oczywiście matka nie ma nic do gadania.
I w końcu dzieci zmieniły się we wredne, nastoletnie bachory, które potrafią podnieść rękę na matkę, muszą mieć wszystko. Jakby było mało problemów, syn został oskarżony o gwałt i wnoszenie alkoholu na teren szkoły, córka zaczęła się umawiać ze starszym facetem dla pieniędzy. Co na to rodzina? "To dzieci, muszą się wyszaleć".
Ostatecznie rzuciłam wszystko i po kolejnym ciosie od syna oraz po tym, jak zostałam dosłownie opluta przez córkę odeszłam pomimo tego, że dalej kochałam męża.
Wczoraj dowiedziałam się, że mój syn oberwał czymś w głowę i umarł.
Nie potrafię nawet udawać, że mi z tym źle.
Moja dzisiejsza rozmowa ze sprzedawczynią w Żabce:
- Dzień dobry, poproszę hot doga.
- Duży czy mały?
- Duży.
- He, he, od takich się szybciej dochodzi.
Nigdy więcej tam nie pójdę... Ale przynajmniej dowaliła dużo sosu.
Kiedy byłam w liceum, języka polskiego uczył mnie dosyć specyficzny nauczyciel. Facet wręcz nienawidził katolików, Boga ani wszystkiego co z Nim związane. Potrafił śmiać się z kogoś, kto przyznał, że jest wierzący i chodzi w niedzielę do kościoła.
Ja nigdy nie byłam jakoś nadzwyczajnie religijna, ale przyznam, że czasami jego zachowanie były dla mnie bardzo niekomfortowe. Nauczyciel ten często omijał ważne i przydatne utwory literackie, które z pewnością mogłyby się przydać do matury, tylko dlatego, że zawierały one w sobie coś o Bogu.
Najbardziej absurdalnym stwierdzeniem było to, że święta rodzina jest idealnym przykładem patologii społecznej. A dlaczego? Model rodziny 2+1, św. Józef nie jest biologicznym ojcem dziecka i nie mają gdzie mieszkać.
Wyznanie typu szkoła podstawowa i psycholog.
Otóż działo się to w 6 klasie podstawówki, kiedy miałam problemy z rówieśnikami. Jeden chłopak ze szkoły się nade mną znęcał, do tego stopnia, że bałam się chodzić do szkoły i z niej wychodzić, bo znał mój plan lekcji. Po zajęciach zwykle zaczepiał mnie, trzymał i krytykował.
Jakimś sposobem dowiedzieli się o tym moi rodzice i szybko zaalarmowali psycholog...
W tym momencie zaczyna się historia właściwa. Zostałam umówiona na spotkanie. Rozmawiałam wraz z tym chłopakiem i panią co się dzieje. Jestem osobą wrażliwą, wiec zaczekam płakać, chciałam to opanować, ale coś nie wychodziło. Nagle pani "psycholog" uznała, że udaję i zaczęła (uwaga!) przepraszać tego chłopaka, że go wezwała. Powiedziała, że może wrócić na lekcje.
Ja oczywiście zostałam zrugana, że jak to mnie rodzice wychowali i jak się nie uspokoję i go nie przeproszę, to dostanę uwagę do dzienniczka..
Tak że no. Bez morału. Pozdrawiam.
Dodaj anonimowe wyznanie