Kiedyś musiałem pojechać autobusem na pewną wioskę oddaloną ~50 km. Jako że na bilet zabrakło mi kilku groszy, to kupiłem bilet do miasta przed tą wsią, a dalej, pomyślałem sobie, te kilka kilometrów przejadę na lewusa.
W końcu jak duża jest szansa, że kanar wsiądzie do autobusu akurat przed tą właśnie wsią?
Otóż... wsiadł. Przejechałem miasto, a tuż za miastem z przystanku wsiadł kontroler biletów.
Szybka rozkmina, co zrobić, co zrobić...
Nagle, po prostu, oparłem twarz o siedzenie przede mną i... udaję, że śpię.
Słyszę, jak kanar idzie. Nagle czuję, jak mnie lekko szturcha w rękę. Otworzyłem oczy, mrugam i przeciągam się.
"Co się stało, gdzie jesteśmy? Chyba musiałem przysnąć".
Kanar sprawdza mój bilet i mówi:
"Pana bilet jest ważny tylko do miasta XY".
"O nie! Przejechaliśmy to miasto? A tam rodzice czekają na mnie na przystanku, na pewno się martwią, że nie wysiadłem!" (to było jeszcze w czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych).
"Musi pan w takim razie wysiąść na następnym przystanku, żegnam".
"Dobrze, dobrze. Ale się narobiło...".
A następny przystanek to był właśnie mój przystanek docelowy. :D
Razem ze mną do szkoły podstawowej chodził pewien chłopak. Był strasznym bajkopisarzem. Ja jak i inni z klasy wtedy wierzyliśmy w jego historię. Np., że miał willę poza miastem, jego ojciec miał 10 samochodów, był właścicielem jednego z centrum handlowego, miał parę komputerów (w tych czasach to komputery dopiero wchodziły na rynek) i ogólnie był okropnie bogaty. Co lepsze, te historie opowiadał także nauczycielom i rozmawiał z nimi tak jakby zjadł wszystkie rozumy. I zawsze wywyższał się ponad wszystkimi. Dlaczego o tym piszę?
Nie wiem czemu, ale jakiś czas temu oglądałem obrady Sejmu (nigdy tego nie robiłem), patrzę i własnym oczom nie wierzę. Tak. Dobrze myślicie. To mój kolega z klasy. Widać trafił swój na swego.
O tym, że mam chorobę lokomocyjną dowiedziałem się dopiero na pokładzie autokaru, którym jechałem do Madrytu! Zgotowałem wszystkim pasażerom 36 godzin piekła.
Nauczyłem mojego kilkuletniego syna, żeby mówił, że papierosy śmierdzą kupą. Niezły plan wychowawczy, jednak okazało się, że nie do końca przemyślany. Raz mały wskazał na wielkiego kafara, wyglądającego jak zakapior spod najciemniejszej gwiazdy i powiedział "ten pan śmierdzi kupą!". Kafar podszedł do nas i spytał, dlaczego młody tak powiedział, a ten z miejsca mówi: "tata mi tak powiedział". Ciężko było się z tego wykaraskać, a gacie miałem naprawdę pełne.
Jestem policjantem i ostatnio zostałem wezwany do przypadku seksu w miejscu publicznym. Najgłupsza interwencja w życiu, bo okazało się, że winną była MOJA DZIEWCZYNA, a jeszcze lepsze jest to, że próbowała mnie namówić na to, żebym ją puścił wolno w zamian za seks. Jeszcze lepiej, że ona nadal uważa, że jesteśmy fajną parą i że ta "śmieszna przygoda" nie ma żadnego wpływu na nasz związek.
Jak czytam na anonimowych o ludziach, którzy nie potrafią walczyć o swoje lub dają się terroryzować przez starsze mohery w autobusach, zaczynam rozmyślać nad założeniem szkółek "samoobrony" dla takich osób bez odrobiny twardego charakteru i odwagi powiedzenia, że nie godzi się na takie zachowanie. To musiałby być dobry biznes.
PS Szanuję wyznanie ze śpiewaniem hymnu ZSRR w autobusie jako odwet.
Mój tata uwielbia komentować wygląd ludzi w telewizji. Nie lubię z nim niczego oglądać, bo zaraz słyszę teksty typu "patrz jaki cipeusz", "ale koniokrad", "ale się ubrał, bejdok" i wiele innych.
Ostatnio oglądaliśmy płytę z wesela mojej cioci, które odbyło się 10 lat temu. Oczywiście mój tata i tym razem postanowił wcielić się w rolę krytyka i pokazał palcem na ekran, mówiąc "co to za ciulos baniaty?" (nie pytajcie mnie, nie wiem skąd on te nazwy bierze).
Jego mina, kiedy okazało się, że to on, po prostu bezcenna :)
Będąc dzieckiem byłam bardzo ciekawa jak smakuje ludzkie mięso, postanowiłam więc, że skosztuję samej siebie.
Pod nieobecność rodziców udałam się do łazienki i siedząc na wannie, za pomocą najostrzejszego noża z kuchni... wycięłam sobie odcisk z pięty. Rodzice oszczędzali na obuwiu dla mnie i kupowali mi bardzo tanie, toporne i niewygodne buty, więc przez lata wokół wspomnianego odcisku zebrało się sporo martwej skóry, którą uznałam za zadowalającą, najprawdziwszą porcję ludzkiego mięsa.
Usmażyłam.
Zjadłam.
Rodzice nigdy się nie dowiedzieli.
Mam 18 lat. W moim domu od zawsze wmawiano mi, że płacz jest dla słabych i mężczyzna nie może tego robić. Wpoiłem sobie to do głowy i nauczyłem się całkowicie maskować swoje uczucia. Nieważne czy walnąłem głową w kaloryfer, czy bolał mnie brzuch, zawsze udawałem, że jest okej. Raz nawet poszedłem do szkoły ze złamaną ręką i dopiero tam przerażeni zadzwonili po pogotowie. Rodzice tłumaczyli się, że w domu wszystko z ręką było dobrze.
Moje emocje jednak udało się odblokować przez pewne zdarzenie. Zawsze miałem doskonały kontakt z moim wychowawcą w gimnazjum, bo przy nim byłem sobą i nic nie musiałem udowadniać. Cieszyłem się jak głupi kiedy wiedziałem, że go zobaczę i on nie spojrzy na mnie zawiedziony. Trzy dni temu był pogrzeb. Zmarł w wypadku samochodowym, który spowodował pijany kierowca. Kiedy się dowiedziałem, przyjąłem to spokojnie. Podczas mszy też nie okazywałem emocji. W momencie wrzucania trumny do ziemi, wszystko ze mnie wyszło. Rozpłakałem się tak bardzo, że nie umiałem ustać na nogach. Płakałem na tym cmentarzu przez całą noc, bo później po prostu zabrakło mi siły i zasnąłem.
Wczoraj wieczorem wróciłem do domu z pogrzebu. Wygarnąłem im wszystko co leżało mi na sercu i wprowadziłem się do mojego przyjaciela. Mam nadzieję, że już nigdy nie będę mieć styczności z tymi potworami, bo oni tylko mnie spłodzili. Mój prawdziwy wzór, ojciec i przyjaciel nie żyje.
Kojarzycie antyszczepionkowców? Jeszcze pół roku temu mogłabym się nazwać jedną z nich.
Zaczęło się od grup facebookowych, jednak nie daję się łatwo omamić i sceptycznie podchodziłam do wielu wypowiedzi, tudzież "źródeł wiedzy". Jedno było pewne, nie chciałam szczepić zgodnie z kalendarzem. Moja córka jest wcześniakiem, byłam przewrażliwiona na punkcie jej zdrowia. Postanowiłam szczepić tylko w lato, ewentualnie późną wiosną i jesienią, a także rozdzielić wkłucia, bo 19 szczepień w ciągu pierwszych 18 miesięcy uznałam za przesadę. Potem aż do 6 r.ż. luka, więc czemu by tam nie wcisnąć choć połowy tych szczepień? Odmówiłam ich też tuż po urodzeniu.
Córka rozwijała się prawidłowo, była pełnym energii radosnym dzieckiem. Zaszczepiłam ją tylko na gruźlicę i WZW typu B. Nagle, dwa miesiące przed drugimi urodzinami, mój aniołek złapał coś, co wydawało się być grypą. Zwykłe pokaszliwanie, katarek i słabe samopoczucie. Jednak kilka dni później, pomimo leków i pilnowania małej, kaszel był paskudny. Zastałam córkę rano w zmoczonym łóżeczku, w mieszance wydzieliny z kaszlu, moczu (mimo pieluszki!) i czerwoną na buzi. Przeraziłam się i pojechałam wprost do pediatry. Diagnoza? Krztusiec. Dodatkowo u małych dzieci najczęściej natychmiast pojawia się też zapalenie płuc, co mojej córci nie ominęło.
Na oddziale leżała trójka dzieci z kokluszem, wszystkie nieszczepione. Następnego dnia miał być przyjęty chłopczyk, szczepiony, którego zaledwie odesłali do domu z antybiotykiem. W międzyczasie moja córka walczyła o każdy oddech. Lekarka dawała mi znaki, że to może się przerodzić w encefalopatię krztuścową, czyli drgawki i uszkodzenie komórek mózgowych. Żyłam miesiąc w strachu, nienawidząc siebie za opóźnianie szczepień. Moja córcia i inna dziewczynka przeżyły, dużo młodszy od nich chłopiec nie miał tyle szczęścia.
Napisałam o moim doświadczeniu na kilku grupach antyszczepionkowych. Wszyscy mi nie wierzyli, nazywali trollem, pytali po co jestem na tej grupie, skoro szczepię. Nikogo nie atakowałam, jednak zostałam wyrzucona z grup za odmienne zdanie. Za chęć uświadomienia kogoś, zanim będzie za późno.
To dlatego te grupy rosną w siłę, bo blokuje się normalne historie, jak moja. A nikomu nie życzę takiego zimnego prysznica, jaki ja miałam.
Dodaj anonimowe wyznanie