Z dzieciństwa pamiętam niewiele, jednak jedno wspomnienie napawa mnie wstydem. Gdy byłam w podstawówce (prawdopodobnie 2 klasa), nabawiłam się grzybicy miejsc intymnych (motel był okropny). Gdy odpisałam rodzicom dolegliwości, zareagowali poprawnie (szybka wizyta u lekarza). Leczenia dokładnie nie pamiętam, oprócz nakazu smarowania miejsc intymnych fioletem.
OK, samo wyznanie o zarażeniu się grzybicą jest dość anonimowe, ale...
Pamiętam, że gdy moja mama smarowała mnie fioletem, to prosiłam, żeby robiła to dłużej.
Po wielu latach, gdy wspomnienie wróciło, zdałam sobie sprawę, że prosiłam moją mamę, by mnie masturbowała.
Mam starszego znajomego, który niedawno stracił żonę. Zdążył pogodzić się już ze stratą, ale sytuacja, jaka miała miejsce kilka dni temu, po prostu mnie rozbroiła.
Mianowicie znajomy ten odwiedził mnie i zapytał, jak powinno się gotować jajka, bo cytując "jakieś pół godziny gotowałem, a one wciąż twarde". Kiedy ze zdziwieniem odparłam, że przecież jajka gotuje się do dwóch minut od zagotowania, jeśli chce się je zrobić na miękko, on oznajmił, iż przecież mięso trzeba długo trzymać, żeby zrobiło się dostatecznie dobre. Na końcu dodał coś o jakiejś specjalnej maszynie, jaką zamierza sobie kupić specjalnie do tych nieszczęsnych jajek, żeby nie było kłopotu i żeby mógł sobie zjeść swoje ulubione, na miękko.
Zgaduję, że kolega rzadko pomagał nieszczęsnej żonie w kuchni.
Drodzy mężczyźni, uczcie się gotować...
Zabrzmi to niewiarygodnie, ale chyba rosną mi... wypustki? Skrzydła? No, w każdym razie COŚ.
Jestem mężatką z pięcioletnim stażem, a nawet mój luby nic nie wie o sprawie. Wstydzę się i boję.
Sprawa ma swój początek dwa lata temu. Zaczęłam cierpieć na straszliwą "swędziawkę" pleców, konkretnie łopatek. Potrafiłam zedrzeć sobie naskórek robiąc bolesne rany - tak się harcowałam. Poszłam do alergologa - nic. Dermatolog - nic. A swędzenie narastało.
Po jakimś czasie, drapiąc się jak oszalała, poczułam... zgrubienia na łopatkach. Coś tam ewidentnie było! Wybebeszyłam swoje konto i pognałam na wszystkie możliwe badania, RTG, pełen pakiet.
I faktycznie, na moich łopatkach zaczęło coś rosnąć. Pierwsze myśli - o matko, rak czy inny nowotwór! Jednak kolejna seria badań to wykluczyła, na szczęście. Lekarz prowadzący mówi, że trzeba czekać i obserwować, potem ewentualnie operacyjne usunięcie "wyrostków". Nie ma pojęcia, co to jest.
Cholera no. Skrzydła?!
W naszej korpofirmie był to niezwykle ważny dzień, związany z bardzo ważnym kontraktem. A tu bach, jedna z koleżanek ledwie chodzi, skręca ją, biedna ma łzy w oczach, bo odpowiadała za kluczowy element prezentacji dla inwestora, a tu cóż... miłość i sraczka przychodzą znienacka. Nie jest to jednak typowe wyznanie o kupie, bo dziewczyna dzięki dobremu człowiekowi nie zaliczyła spektakularnej wpadki ani nic z tych rzeczy. Chodzi bardziej o zachowania, jakie taka sytuacja rodzi.
Słaniającą się zauważył ktoś z dyrekcji. Kazał jej jechać do domu, nie martwić się o nic, a nawet wezwał firmowego kierowcę, żeby dotarła szybko, bezpiecznie i bez wpadek. Zachowywał się bardzo dyskretnie i wyrozumiale - wiem to od samej zainteresowanej. Pojechała pewna, że pracę i tak już straciła. Prezentację wygłosił za nią sam dyrektor, który w naszym wewnętrznym gronie usprawiedliwił ją lakonicznym "Pani M. bardzo źle się poczuła, więc odesłałem ją do domu, ale spokojnie, damy sobie radę". Facet kulturalnie ani słowem nie wspomniał o dokładnej przyczynie, chociaż większość z nas albo wiedziała, albo się domyślała.
Zarząd naszego działu i kierownik byli znacznie mniej wyrozumiali niż tamten dyrektor. Cała sytuacja stała się najgorętszą sensacją. Koleżanka na szczęście była jeszcze na zwolnieniu... na szczęście, bo nie chcę wiedzieć co by czuła, jakby słyszała, że o jej rozwolnieniu za sprawą kierownika powoli huczy już pół firmy, i to huczy w tonie "powinna zostać, kto to widział, żeby człowiek mógł zachorować?!".
Sprawa nagle ucichła z godziny na godzinę. Dlaczego? Na zebranie zarządu działu, gdzie m.in. dyskutują o nagrodach, zwolnieniach i naganach, wbił dyrektor, który koleżance pomógł razem z jednym z prezesów, bo korposzczury narobiły takiego szumu o to nieszczęsne rozwolnienie, że dotarł on aż pod dach firmy. Prezes rzekł (cytuję): "Szanowni państwo, komu własne kiszki nigdy nie wbiły noża w plecy, niech pierwszy rzuci w tę panią zwolnieniem" i to wystarczyło. Prezes wyszedł, a dyrektor jeszcze opierd*lił krótko zarząd za chamstwo i brak kultury.
Jednak nie zawsze jest tak, że im wyżej ktoś siedzi, to tym mniej ma ludzkich odruchów.
Przedstawię wam dzisiaj horror, jaki przeżyłam w podstawówce. Mimo że minęło wiele lat, nie potrafię wymazać tego wydarzenia z pamięci.
Jako młoda dziewczynka, w wieku 9 lat, dostałam pierwszą miesiączkę. Wiele kobiet ma pewnie podobne dolegliwości, a mianowicie biegunkę, która jest jedną z dolegliwości podczas okresu.
W klasie okres miałam jako pierwsza, wtedy był to powód do wstydu - podpaski trzeba było absolutnie ukrywać przed chłopcami, o okresie nie mówić.
Ogólnie cała ta sytuacja była dla mnie stresująca i niekomfortowa, tym bardziej że byłam bardzo nieśmiała i nigdy, w razie potrzeby, nie miałam odwagi prosić nikogo o pomoc.
Pisaliśmy sprawdzian z matematyki, kiedy nagle poczułam silną potrzebę udania się do toalety. Spytałam nauczycielkę o to, czy mogę wyjść i jeszcze przed usłyszeniem odpowiedzi, goniona potrzebą, wybiegłam z klasy.
Wtedy zaczął się koszmar. Ja w toalecie, silna biegunka. Przy okazji zauważyłam, że podpaskę miałam przekrzywioną i zdążyła mi przeciec, a siedząc przez godzinę na krześle byłam pewna, że zostawiłam ślad. Podpaski ze sobą nie mam, odwracam się - na rolce jakiś ostatni świstek papieru. Panika, nie wiem co robić. Nauczycielka przybiegła, wali w drzwi, wkurzona, że wyszłam z lekcji bez zgody, wydziera się, grozi obniżeniem oceny z zachowania. Okropne babsko dalej krzyczy, każe wychodzić, bo inaczej wyważy drzwi - u mnie łzy w oczach, cała się już trzęsę ze stresu. Ona biegnie po konserwatora, mówi, że zamek w łazience się zaciął, każe otwierać. W międzyczasie lekcja się skończyła, uczniowie zwabieni tymi krzykami zbiegli się na korytarzu. Dodam, że toalety wychodziły u nas bezpośrednio na korytarz, więc wszyscy obecni niedaleko byli świadkami całej sytuacji.
Koniec końców wyciągnęli drzwi z zawiasów (!!!), w środku zaryczane dziecko z zakrwawionymi majtkami, niepodtartą pupą, w kabinie zapach nieciekawy, konserwator z nauczycielką stoją w łazience i się gapią, uczniowie wścibiają głowy do środka, wszyscy zainteresowani całą akcją.
Całe szczęście wraz z tym tłumem zwabiony został nauczyciel starszych klas, z którym nigdy nie miałam lekcji, który kazał się wszystkim rozejść, sam zasłonił kabinę drzwiami, żebym zdążyła chociaż założyć z powrotem spodnie, a potem zaprowadził mnie do łazienki dla nauczycieli. W międzyczasie zadzwonił do mojej mamy i podał jakąś bluzę, która od miesięcy leżała w rzeczach znalezionych w sekretariacie, abym przewiązała ją sobie w pasie i żeby prowizorycznie zasłonić czerwoną plamę na spodniach, kiedy szłam z mamą do samochodu.
Nigdy nie czułam się tak upokorzona jak wtedy. Jako ciekawostkę dodam, że po tym wydarzeniu została mi trauma, w wyniku której mój organizm zatrzymał miesiączkowanie i kolejny okres dostałam dopiero dwa lata później.
Mój "jeszcze mąż" chce mi zniszczyć życie...
Gdy okazało się, że jestem w ciąży, to wszystko się szybko potoczyło, pod wpływem emocji wzięliśmy szybki i skromny ślub. On jest prawie 10 lat starszy ode mnie, myślałam, że jest poważny, będzie umiał zadbać o mnie i dziecko itp. Na ślubie się skończyło, nie zamieszkaliśmy razem, gdyż niezbyt było mu to na rękę (remontowanie, wizja bycia ojcem, obecność małego dziecka...). Według niego brzuch mi rósł z racji tego, że po prostu tyłam, a nie, że spodziewam się dziecka. Kilka razy usłyszałam, że lepiej będzie, jak poronię...
Gdy urodziło się dziecko ani razu mi nie pomógł, nie interesował się dzieckiem, czy czegoś potrzebuje itd., nie dał na dziecko ani grosza. Małemu nigdy nic nie brakowało, zarabiam, więc sama jakoś dawałam rady finansowo.
Po roku tego "małżeństwa" w końcu zmądrzałam i złożyłam pozew rozwodowy. No i się zaczęło... Wszystko obrócił przeciwko mnie, zrobił ze mnie najgorszą, że to ja go nie dopuszczam do dziecka, że mi rozwodu nie da, że będzie mi utrudniał życie i że odbierze mi Maluszka. Bywał też agresywny, wiele razy miałam wykręconą rękę, ale głównie to była przemoc psychiczna.
Uważa, że ma przewagę we wszystkim, że jestem na przegranej pozycji. Wspólnym znajomym opowiada na mój temat kłamstwa, a oni w to wierzą. Ciągle mnie straszy, że zaczęłam wojnę i postara się, żeby wszystko we mnie uderzyło, że pożałuję tego wszystkiego. Bardzo się boję tej sprawy rozwodowej, że zabierze mi dziecko, chociaż nie ma ku temu podstaw. On ma adwokata, ja naiwnie wierzę, że wygram opisując to wszystko, po prostu prawdą. Staram się być silna dla Maluszka, ale psychicznie mnie to wykańcza. On ani godziny nie spędził z dzieckiem i boję się, że mógłby zrobić mu krzywdę. Nie panuje nad nerwami i wszystko w jego otoczeniu obrywa, a płaczące dziecko mogłoby go również wtrącić z równowagi.
Wybory pod wpływem chwili i emocji to nic dobrego, teraz to wiem.
Kiedy byłam mała, podciągałam bardzo wysoko rajstopy i skracałam szelki ogrodniczek, tak że wpijały mi się w krocze. Wtedy kiedy jechałam rowerkiem albo kucałam było mi bardzo przyjemnie.
Dopiero kilkanaście lat później uświadomiłam sobie, że pierwsze orgazmy miałam budując zamki w piaskownicy.
W pracy jeżdżę tirem. Po pracy jeżdżę osobówką. Jestem zmorą dla innych kierowców, ponieważ jeżdżę przepisowo.
Ostatnimi czasy znalazłem sobie nowe "hobby" po pracy. Kiedy jadę jednokierunkową drogą dwujezdniową i w oddali widzę przejście dla pieszych bez świateł, to zwalniam i obserwuję, kto mnie bezpośrednio przed tym przejściem lub na samym przejściu wyprzedza. Myk jest w tym, że na 99% jakieś 50-100 metrów za przejściem stoi ekipa niebieskich.
Czym to się kończy dla wyprzedzających, to chyba sami wiecie.
Krótko, zwięźle i na temat. Chyba jeszcze nikt z Was nie zaliczył takiej wtopy.
Kocham się w przyjaciółce już troszkę czasu, aż w końcu postanowiłem coś zmienić, ruszyć w kierunku związku. Zawsze kontakty mieliśmy niczym najbliższe rodzeństwo (razem spaliśmy, nie wstydziliśmy się bielizny itp.)
Pewnego dnia leżymy sobie w wyrku i się przekomarzamy. W pewnym momencie niczym to w najpiękniejszej komedii chciałem "wywrócić" się na nią i przypadkowo pocałować...
Skończyło się tak, że zajebałem jej moją brodą w zęby i w dodatku rozwaliłem wargę :)
Chyba jeszcze nie czas....
Przez uszkodzenia jej ciała przynajmniej nie wracaliśmy do tematu styknięcia się ustami. I weź tu bądź romantykiem.
Mojego obecnego chłopaka poznałam, gdy pewnego pięknego, słonecznego dnia stanął u mych drzwi i wręczył mi... różowe majtki w kwiatki. Zawstydzony wytłumaczył, że jego pies ukradł nam je ze sznurka i chciał je oddać (mieszkam pod lasem i nie mamy ogrodzenia). Zawstydzona ja podziękowałam, mówiąc, że przekażę je mamie. Odpowiedział, że myślał, że moje, bo rozmiar się zgadza (mama grubsza ode mnie o jakieś 20 kilogramów) i jeszcze bardziej zawstydzony zaczął mnie przepraszać. W sumie było to tak krępujące, że zaczęłam się śmiać. W ramach przeprosin dałam się zaprosić na spacer. I od tego momentu jesteśmy nierozłączni.
Ot, taka historia, jak majtki mogą połączyć ludzi.
PS: Majtki były moje, tzw. okresówki, duże, bawełniane i mocno sprane. Nie przyznałam się do dziś.
Dodaj anonimowe wyznanie