Nikt nigdy nie zawiódł mnie tak jak mój mąż. Zaszłam w nieplanowaną ciążę, ale obydwoje się ucieszyliśmy. Do momentu, gdy lekarz nie oznajmił, że to ciąża pozamaciczna i klasyfikuje się tylko do usunięcia, bo inaczej może się to dla mnie skończyć tragicznie. Mimo tego, że kochałam dziecko, wiedziałam, że niestety nie mogę go urodzić. Nie chciałam umierać, strasznie się bałam. Potrzebowałam wtedy wsparcia.
Jak zareagował mój mąż? "A może jednak spróbujesz urodzić? W razie czego ja się dzieckiem zajmę". Mój własny mąż z kamienną twarzą oznajmił mi, że mogę sobie umrzeć, tylko na dziecku mu zależy. Czułam, jakby moje serce rozpadło się na milion kawałków oraz jak bezwartościowe jest moje życie.
Ciąże usunęłam wedle zaleceń lekarza. Źle to przeszłam, nawet bardzo źle, bo straciłam dziecko, ale i również męża. Chciałam odejść od niego po tych słowach, jednak on przekonywał, że bardzo mnie kocha (poważnie?), ale nadal został przy swoim zdaniu. Byłam tak potwornie zraniona, że wyprowadziłam się do rodziców. Później złożyłam pozew o rozwód. Na rozprawę nadal czekam, ale przez ten czas zdążyłam nabawić się depresji przez te wydarzenia. Jestem wykończona.
Od dwóch lat mieszkam w mieście oddalonym o 50 km od mojej rodzinnej wsi. W tym czasie zmężniałem nieco, zacząłem chodzić na siłkę itd. Niestety mam problem z dużym trądzikiem na twarzy.
Dwa tygodnie temu przyjechałem do mojej babci, która znowu się przeziębiła i zaczęła myśleć, że umiera, dlatego zwoływała na siłę całą rodzinę, aby te "ostatnie dni" spędzić wśród bliskich.
Dochodzimy do sedna tego wyznania.
W niedzielę, gdy wracałem z kościoła, zaczepiła mnie jakaś starowinka - znajoma mojej babci i zarazem jej informatorka. Zaczęła mnie wychwalać pod niebiosa, jaki ja przystojny jestem, jak wydoroślałem, jak urosłem.
W pewnym momencie jednak się zawiesiła i zmieniła wyraz twarzy.
Popatrzyła się na mnie dokładnie i odparła:
"Ale twarz, Krzysiu, to ty masz brzydką".
No cóż...
Jestem pieprzoną gówniarą, niewychowaną szmatą i wiele innych. Bo zwróciłam starej babie uwagę, że na boisko typu "orlik" nie wyprowadza się psów, a także że należy sprzątać jego kupy. Zwłaszcza stamtąd.
Oby jej wnuki, jeśli je ma, umorusały się w tych bobkach...
Mój dziadek był bardzo starym, bardzo zniszczonym przez alkohol, ale też bardzo dobrym i ciepłym człowiekiem. Babcia zawsze twierdziła, że to wojsko i przeżycia wojenne zrobiły z dziadka pijaka. Wiem, że bardzo źle reagował na krzyki i huki.
Dziadzio miał długą, siwą brodę oraz sekretną miejscówkę za kurnikiem, gdzie mimo świętego lekarskiego zakazu po operacji na sercu regularnie wypadał „na ćwiarteczkę”. Było to to samo miejsce, gdzie ja i kuzynki podczas zabawy chodziłyśmy na siku (do domu było stamtąd dość daleko i szkoda nam było czasu). Dziadek nie wiedział o nas, a my nie wiedziałyśmy o dziadku. No, poza mną do pewnego momentu...
Rosło tam pełno wysokiego zielska i gęstych krzewin typu czarny bez. Gdy czteroletnie dziecko takie jak ja tam kucnęło, nie było możliwości go wypatrzyć. Któregoś dnia kucnęłam, już mam robić to grubsze, bo mnie przycisnęło nie na żarty, a tu nagle szelest. Popuściłam już wodze tyłka, aby kraken się uwolnił, bo byłam pewna, że to tylko kura albo ukochany pies, który zawsze za mną łaził, ale ani kura, ani pies nie nuci pod nosem i nie wydaje odgłosów odkręcanej butelki.
Zamarłam w bezruchu i z klocuszkiem w połowie drogi, cicho jak mysz pod miotłą. Widziałam dziadka piąte przez dziesiąte spomiędzy chwastów. Pił sobie ćwiarteczkę. W pewnym momencie nie udało mi się powstrzymać i kraken wypadł w towarzystwie grzmiącego, huczącego, przeciągłego pierda.
Dziadek zachłysnął się wódką, złapał za serce, a ja czym prędzej podciągnęłam majty i w długą. Jestem pewna, że widział mój goły tyłek na odchodnym... dlatego kuzynkom wolałam nic nie mówić. Skoro ja poznałam sekret dziadka, a on mój, to w mojej główce zrodziło się przeświadczenie, że jak ja nic nie powiem i „zapomnę”, to on taktownie też.
Dziadek dostał zawału, znaleźli go po godzinie, happy endu nie ma. Nigdy nikomu się nie przyznałam i nie przyznam. Dziadzia szczerze kochałam i tak mi głupio, że ostatnie co prawdopodobnie widział to goła dupa i umarł przez mojego pierda.
Niedawno podniosłem oceny z matmy dzięki korepetycjom… których udziela mi osiedlowy dres.
Parę lat temu, mieszkając jeszcze z rodzicami, pojechałam z moim ojcem na świąteczne zakupy. Każdy wie, jak wygląda okres przed Bożym Narodzeniem. Ludzi w sklepach tłumy i kilometrowe kolejki do kas. Rozdzieliliśmy się, aby zaoszczędzić na czasie. Święta są takim okresem, że zawsze kupujemy "lepsze" produkty, których na co dzień używamy z tych tańszych, np. podróbka coli na co dzień - cola oryginalna na święta itp.
Tata udał się alejkę obok, a ja miałam wziąć papier toaletowy... Przyciskając się z wózkiem pomiędzy papierem a ręcznikami zapytałam: "Tato, wziąć zwykły papier?", a mój tatuś (swoja drogą niezły śmieszek z niego) odpowiedział mi na to: "Nieee, weź Velvet, niech dupa też poczuje, że są święta".
Miny osób, które to usłyszały były bezcenne. :D
Pracuję u rodziców w bardzo popularnym barze mlecznym w naszym mieście. Nasze ceny dosłownie powalają wszystkie inne tego typu lokale - nigdzie nie zjecie taniej PIEROGÓW RUSKICH, zupy czy treściwego obiadu. Na co dzień jestem kasjerem i obsługuję naszych klientów. Przychodzi do nas między innymi mnóstwo studentów, którym jak wiadomo zależy na tym, żeby jak najwięcej zjeść i się najeść za małe pieniądze.
Wczoraj zaczęło się u nas ich święto. Jak wszędzie w ośrodkach uniwersyteckich trwa teraz okres mega libacji i wiecznego kaca. Moja babcia jeden ze swoich sklepów ma tuż przy kampusie, więc w tych konkretnych dniach jest niezła zawierucha. Poprosiła mnie więc, żebym jej pomógł na sklepie z noszeniem skrzynek piwa, którego to schodzi najwięcej. Podczas noszenia browarów natknąłem się na znajomą mi twarz. Ziomek mówi do mnie tak: "Siema! Ja pierdole, ale miałem mindfuck przez chwilę, chciałem zamówić u ciebie pierogi ruskie".
I w tym momencie właśnie skojarzyłem, że typ przychodzi do baru codziennie na jedzenie. :D
Od urodzenia mam problemy z wchłanianiem niektórych substancji odżywczych. W odpowiedzi na to w moim domu zawsze była dieta, a o słodyczach czy chipsach ledwie słyszałam. Później byłam już tak dobrze wytresowana, że nawet kiedy dzieciaki w szkole przynosiły cukierki na urodziny, grzecznie odmawiałam. Nie byłam zresztą fanką jedzenia w ogóle, bo wszystko smakowało dla mnie tak samo i myślałam, że każde inne "danie" też będzie podobne - było to spowodowane tym, że w domu w ogóle nie używało się przypraw.
Moja inicjacja jedzeniowa nastąpiła, kiedy miałam 10 lat. U koleżanki, jej mama poczęstowała mnie pomidorówką. Tak mi smakowało, że pomyślałam, że musiały tam być narkotyki i że na pewno pójdę do więzienia...
Do niedawna byłem w długim i jak myślałem poważnym związku z pewną dziewczyną. Mimo 24 lat na karku mieszkaliśmy u mnie, zarabiałem wystarczająco, aby utrzymać naszą dwójkę. Pół roku temu po prawie czterech latach związku jej się oświadczyłem, planowaliśmy na razie odległy ślub.
Trzy miesiące później zerwała zaręczyny twierdząc, że w sumie to nigdy mnie nie kochała i zawsze to czuła, ale dopiero teraz ma odwagę mi to powiedzieć (?).
Byłem załamany, przez miesiąc byłem cieniem człowieka. Najgorszą wiadomością okazało się, że po paru dniach jest ze swoim cudownym "tylko przyjacielem", o którym zawsze mi opowiadała i o którego zawsze byłem trochę zazdrosny.
Depresja, psycholog, czułem się jak skopany pies.
Niedługo po tym, jak okazało się, że moja eks jest z Mateuszem, wezwał mnie do biura szef. Nie był zadowolony z mojej pracy w ciągu ostatniego tygodnia. Porozmawialiśmy.
Spoko gościu, dał mi dwa tygodnie wolnego i powiedział, że jak wrócę do pracy, to czeka na mnie awans. I podwyżka. Solidna podwyżka, bo o 50% mojej pensji, która nawiasem mówiąc mała już wtedy nie była.
Pod koniec samotnego urlopu musiałem wrócić do domu, bo ponoć siostra mojego zmarłego dziadka zmarła ze swoim mężem w wypadku. Mieszkali w USA, widziałem ich raz w życiu i parę razy jak rozmawiali na Skype z moim ojcem, wiedziałem tylko, że mają sporo pieniędzy i żadnych dzieci.
W testamencie zapisali wszystko wnukom, czyli mnie, mojemu bratu, dwóm kuzynom i kuzynce. Majątek wyceniono na prawie pół miliona amerykańskich dolarów, każdy z nas otrzymał sporą sumę, oczywiście część z tego każdy z nas podarował swoim rodzicom w postaci samochodu, przyszłych wakacji lub innych atrakcji.
Od podziału majątku minął dokładnie miesiąc i dwa dni. Właśnie okazało się, że w zagranicznym totolotku wygrałem równowartość około 320-400 tysięcy złotych (nie wiem jak z podatkiem).
W tym tempie jeśli nadal nie znajdę sobie kobiety, za parę miesięcy zostanę milionerem.
Mój tata wychowywał się w latach 90. Mając 13 lat nie dostawał kieszonkowego, a chciał kupić jakąś droższą rzecz. Tata postanowił jakoś sam zdobyć pieniądze. Co zrobił? Wymyślił szyfr - wtedy wydawał mu się bardzo sprytny, teraz z perspektywy lat śmieje się z tego. Włożył opis szyfru do koperty i udał się do mieszczącego się wtedy w Poznaniu konsulatu amerykańskiego. Mówił, że całą drogę miał wrażenie, że ktoś go śledził (no bo przecież miał taki super świetny szyfr! :D).
Podziwiam kobietę, z którą rozmawiał w ambasadzie, za to, że nie wyśmiała 13-letniego chłopca, który chciał im sprzedać sposób szyfrowania informacji. Co więcej, powiedziała, że pomyślą i zadzwonią. Po wyjściu mojego taty musieli pękać ze śmiechu. ;)
Nie muszę chyba wspominać o tym, że nie zadzwonili. :D
Dodaj anonimowe wyznanie