Będzie o mojej najlepszej przyjaciółce :) Z E znamy się jeszcze z piaskownicy, kiedy jako najmłodsza 5-letnia dziewczynka biła się z chłopakami o kilka lat starszymi i zawsze broniła najsłabszych. Nasza przyjaźń zaczęła się w momencie, gdy podbiła mi oko, kiedy chciałem zdeptać wszystkie ślimaki, które wyszły po deszczu na chodnik. Teraz ta wariatka ma 22 lata, a ja 26. Ja jestem zawodowym żołnierzem i w kraju jestem bardzo rzadko, ale jeśli już, to prawie cały ten czas spędzam z E. Na wojnie zawsze mam przy sobie nasze wspólne zdjęcie. Kocham ją ponad życie i zrobiłbym dla niej wszystko.
Nigdy wcześniej jednak nie widziałem, by przez kogoś płakała. Widziałem czasem jej zaszklone oczy, ale nigdy nie pozwoliła łzom wypłynąć. Byłem przy niej, gdy odchodzili jej bliscy. Gdy chłopak ją zdradził. Gdy przegrywała oraz gdy wygrywała. Zero łez.
Zapytałem ją kiedyś o to na pogrzebie jej brata. Zapytałem, czemu nie płakała, a ona odpowiedziała, że gdyby rozkleiła się przy bliskich, to nie mogłaby ich wspierać, dlatego powstrzymuje łzy tak długo, jak tylko może. Było mi niesamowicie głupio, bo ja przeryczałem całą ceremonię, a ona cały czas trzymała rodziców za ręce, głaskała po ramionach albo po prostu przytulała i pozwalała, by płakali w jej ramię. Tak płakałem, że obsmarkałem jej nawet sukienkę.
Dziś spędziłem z nią cały dzień. Sprzątaliśmy jej szafkę z książkami i robiliśmy listę, które trzeba jeszcze dokupić. W pewnym momencie przyszedł do nas jej stary, schorowany jamnik. Zaczął szturchać ją nosem i domagał się pieszczot, ale jednocześnie miał zamknięte oczy i głowa kiwała mu się tak jakby był bardzo śpiący.
E wzięła go na ręce i odniosła na sofę, żeby tam się zdrzemnął, ale on wrócił i znowu ją szturchał. Wtedy znowu wzięła go na ręce i powiedziała, że przerwa dla niej, bo musi spędzić trochę czasu z kiełbaską. Powiedziałem, że chyba żartuje, a ona pełna powagi odparła, że ten mały jamnik jej potrzebuje i ona jest gotowa poświęcić każdą swoją minutę życia na przytulaniu go, żeby tylko czuł się bezpiecznie i był szczęśliwy.
Położyła się z nim na sofie. Pies się wtulił w nią jak dziecko w matkę. Leżała z nim 40 minut cały czas go głaszcząc i szepcząc coś, co chyba miało go uspokoić. Po paru minutach pies już spał, a ona płakała. Nie wydała z siebie nawet jednego szlochu, ale z jej oczu lały się strumienie łez. Ta silna dziewczyna płakała tak mocno jak jeszcze nigdy przedtem. Nigdy nie widziałem tak wielkiego cierpienia w jej oczach. A to wszystko przez małego czworonoga, któremu nie zostało już dużo czasu.
Gdy to zobaczyłem, zaszyłem się w kącie jej pokoju i sam rozpłakałem się z tego wszystkiego. Boję się, że gdy ten pies odejdzie, ona odejdzie razem z nim, a ja nie będę umiał jej uratować. Boję się, że nie będę umiał nie płakać, by ją wspierać.
Mam sześcioletniego brata, który od zawsze lubi się bawić maskotkami, szczególnie Kubusiem Puchatkiem.
W zeszłym roku, gdy mama musiała na chwilę gdzieś pojechać, zostałam z nim w domu. Malutki płakał, prosił, żebym zadzwoniła do mamy, bo zawsze jak jej nie ma, to boli go serduszko. Mam narzeczonego, nazwijmy go XY, którego mój braciszek uwielbia. Zatem powiedziałam mu, że mnie też boli serduszko, kiedy on jest daleko, ale tak wygląda życie — nie da się być cały czas przy osobie, którą kochamy, dlatego należy cieszyć się wspólnymi chwilami i nie marnować ich na kłótnie. Malutki jest rozumny (naprawdę, interesuje się fizyką i pyta mnie o różne zjawiska, a w wieku czterech lat nauczył się literek i podpisywania się), więc myślę, że zrozumiał.
Jednak później dopiero mnie zaskoczył.
Czymś się zajęłam, już nie pamiętam, czym, ale nadal byliśmy w jednym pokoju, a braciszek bawił się na łóżku swoimi pluszowymi przyjaciółmi. Wtedy usłyszałam taką rozmowę:
- XX boli serduszko, kiedy nie jest z XY, ale mam plan! Tylko... Nie mam numeru do XY... Kubusiu, co mam robić? Co? Mam pograć z nią w szachy, żeby nie myślała o XY? To doskonały pomysł Kubusiu!
Zostawił przyjaciół, wziął szachy z szafki na gry i zapytał, czy zagramy. Oczywiście, że zagraliśmy!
A kiedy przyjechała mama, wyjawił mi, dlaczego chciał grać ze mną w szachy i wyraźnie był dumny z siebie, jak mu powiedziałam, że to pomogło.
Pracowałam kiedyś w restauracji jako kelnerka. I jedno mogę powiedzieć - nie ma nic gorszego niż madki ze swoimi bachorami, bo inaczej tego się nazwać nie da.
I już nie mam na myśli tych wszystkich chorych sytuacji z dziećmi w roli głównej, a zachowanie madek.
Czy tak ciężko jest Wam upilnować swojego dzieciaka? O braku wychowania nie wspomnę. Taki dzieciak oczekuje, że to TY mu zejdziesz z drogi. Idę kuźwa z pełną tacą, wąskie przejście, a gówniak idzie patrząc Ci prosto w oczy i nie zejdzie. Madka siedzi i w ogóle nie zwraca uwagi na swoje dziecko, według niej to chyba obsługa na sali ma je niańczyć... Gówniak biegał po sali i coś stłukł? To nie jej wina, to tylko dziecko... Dama obrażona bo jej ktoś zwrócił uwagę.
Raz zdarzyła się taka sytuacja, że dzieciak biegał po sali. No spoko, normalka. Na sali znajdują się wielkie donice z kwiatami i nagle gówniak wyjmuje swoją fujareczkę i szczy do tego kwiatka. Madka patrzy - zero reakcji. Mnie zamurowało, kierownik sali podszedł do madki i się jej pyta grzecznie, czy w domu też mają taki zwyczaj sikania gdzie popadnie. Księżna się oczywiście oburzyła, że jak on śmie ją obrażać, że Brajankowi się tylko siku zachciało i o co ten raban. No do cholery jasnej, łazienki są i to nawet dostosowane do dzieci, a na sali to się je a nie szcza. Królowa żenady wstała i będzie wychodzić, ona to nawet nie zapłaci za to nędzne żarcie takim ludziom jak my co nie potrafią zrozumieć, że to tylko dziecko i że ogóle to ona nam pokaże na co ją stać. No paranoja.
Wystarczyło kilka miesięcy tam, a ja znienawidziłam dzieci na zawsze.
Mam 23 lata, mieszkam w niedużym mieście z matką i 6-letnim bratem, Danielem.
Żyło nam się dobrze, dopóki tata nie umarł 5 lat temu. Na początku rozumiałam, że mamie jest ciężko i ogarniałam dom, bo na rodzinę nie mamy co liczyć. Na szczęście mama opiekowała się małym. Teraz jednak mam już dość.
Pracuję na dwie zmiany w hotelu i naprawdę mam tam co robić. Oprócz renty po tacie i pomocy z MOPS-u to nasze jedyne dochody. Matki za nic nie potrafię przekonać, żeby poszła do pracy, chociaż Daniel chodzi do przedszkola. Ciągle ma milion wymówek. Na szczęście zajmuje się już domem.
Jakoś bym to zniosła, gdyby nie to, że coraz częściej przerzuca na mnie opiekę nad bratem.
A Daniel jest potwornie męczący. Nie da się z nim bawić, bo wszystko musi być jak on chce - inne dzieci nie chcą się z nim bawić, ale wg matki to wyłącznie ich wina. Młody też nie mówi normalnie, tylko krzyczy, w dodatku ma piskliwy głos.
Kiedy zostaje ze mną, czyli niemal codziennie, szaleje. Nie ma opcji, że się z nim pobawię albo dam mu zajęcie, a ja się pouczę. Próbował mnie bić, ale kiedy raz mu oddałam z taką samą siłą, przestał (tłumaczenia i prośby nie pomogły). Kiedy matka wraca z zakupów dziwi się, że jestem wykończona. Z zachowaniem brata nic nie robi, wręcz się z nim wiecznie cacka, a ja już nie mam siły z nią o tym rozmawiać.
Coraz więcej pracuję, z zajęć na studiach wracam późno, byle nie przebywać w domu.
W lipcu bronię dyplom i wyprowadzam się na drugi koniec Polski. Przyjaciółka pomogła mi znaleźć pracę w pensjonacie swojej cioci, mieszkanie będziemy dzieliły wspólnie. Matkę postawię przed faktem dokonanym w dniu wyjazdu.
Może i jestem wyrodna, ale jestem też psychicznie wykończona. Nie mam siły pracować, kontynuować studiów (chciałabym zrobić magisterkę), a po pracy niańczyć brata. Matka nie chce pomocy psychologa, chociaż proponowałam to milion razy. Marzę o tym, by po pracy chociaż 5 minut spędzić w ciszy, by zjeść spokojnie obiad, bez narzekania matki, hałasu kretyńskich kreskówek w telewizji i pokrzykiwania brata. Nie pamiętam, co to czas dla siebie. Oby wkrótce to się zmieniło.
Jakiś czas temu w związku z rozwojem firmy, w której pracuję, a co za tym idzie zwiększeniem zakresu moich obowiązków, szef postanowił zatrudnić "nową", aby mnie odciążyła. Problem polega na tym, iż po pół roku pracy z nią mam ochotę rwać sobie włosy z głowy lub przydzwonić jej czymś ciężkim i obserwować jak krwawi. Dziewczę (10 lat ode mnie młodsza) po 2 kierunkach studiów - tu zasada, że studia nie zawsze idą w parze z inteligencją, znajduje jak najbardziej swe zastosowanie.
Sytuacja 1.
Cokolwiek jej powiesz, pokażesz, ona zapomni po 5 minutach. Możesz jej powtarzać przez pół roku, ona i tak nie zapamięta. Zrobisz jej ściągę z notatkami, nie umie z nich korzystać.
Sytuacja 2.
Walcząc z jej demencją zasugerowałam, aby sama robiła sobie notatki, listę spraw. Jej biurko pokrywa sterta żółtych, samoprzylepnych karteczek, a ona nie potrafi rozszyfrować co na nich zapisała i o czym miała pamiętać, bo zapomniała o co jej chodziło!
Sytuacja 3.
Ma dziecię w przedszkolu. Sama mam dziecię i dobrze pamiętam, jak moje w przedszkolu chorowało, rzecz normalna, odchorować swoje musi. Zadziwiające jedynie jest to, iż jej dziecię zawsze choruje tuż przed weekendem, tj. w piątek, ewentualnie w poniedziałek (weekendy mamy wolne) .
Sytuacja 4.
Sama też dużo choruje, podobnie jak jej dziecko zazwyczaj w piątek albo poniedziałek. Ostatnio rozchorowała się aż na te wskazane dwa dni, we wtorek przyszła do pracy ze zrobionym brwiami u kosmetyczki i włosami po fryzjerze. O zdjęciach na fb ze spaceru (w weekend) po parku nie wspomnę - może jak miała gorączkę to lunatykowała?
Jestem sfrustrowana, mam ochotę ją zatłuc. Moja niechęć do niej urosła do tego stopnia, że oznajmiłam naszemu szefowi, że jeżeli sytuacja się nie zmieni, to ją zepchnę ze schodów. Szef nic z tym nie zrobił, reszta ludzi w firmie jak ma coś do załatwienia z naszym działem, to pisze/dzwoni do mnie, bo tamta łajza o wszystkim zapomina, więc sensu powierzania jej czegokolwiek nie ma. Zamiast pomocy mam osobę, która zużywa powietrze i dodatkowo mnie irytuje. Sama już nie wiem co mam robić...
Od dobrych paru lat miałam nawracającą infekcję intymną. Kilku ginekologów, mnóstwo leków, sporo dodatkowych badań, a efekty na krótko bądź wcale.
Za kilka dni minie pół roku, jak jestem w pełni zdrowa. Cud? Nie. Komentarz pod jednym z wyznań tu na Anonimowych o treści mniej więcej: "Wiele kobiet nie wie o tym, że podcierać należy się od przodu do tyłu".
Ja nie wiedziałam, a do przodu było mi wygodniej. Po przeczytaniu tego stwierdziłam, że to pewnie nic nie da, bo chyba któryś z lekarzy rozpoznałby ten rodzaj bakterii, ale nie zaszkodzi zmienić złego nawyku. A jednak pomogło. I nie wiem, kto był autorem tego komentarza, ale chcę tej osobie bardzo serdecznie podziękować, bo okazała się bardziej pomocna niż kilku lekarzy. I może ja tym wyznaniem też jakiejś kobiecie pomogę.
PS. Obecnemu ginekologowi się nie przyznałam, bo trochę mi było głupio, że sama sobie fundowałam chorobę przez kilka lat.
Wpadł mi dzisiaj telefon do muszli klozetowej w pracy. W pierwszej chwili ucieszyłem się, że nie chlupnął do wody, tylko zatrzymał się ponad jej lustrem. Dopiero w drugiej chwili dojrzałem, że zatrzymał się na niespuszczonym klocu niespodziance, zostawionym przez któregoś z kolegów...
Jestem matką półrocznego dziecka. Pogoda dopisuje, więc codziennie robię długie spacery. I cholera jasna mnie trafia przez zachowanie dorosłych ludzi. Czasem się czuję, jakby moje dziecko było wszystkich, a nie moje.
Nagminne pchanie rąk do wózka, by złapać za rączkę. Nie trzymam dziecka w sterylnej klatce, ale nie chcę, by obcy ludzie dotykali rąk mojego dziecka, skoro wiem, że te same ręce za 5 sekund trafią do jego ust. Cholera wie jakie zarazki obcy ludzie mają na swoich rękach. Na zwrócenie uwagi ludzie zazwyczaj reagują świętym oburzeniem, bo przecież "chciałam się tylko przywitać".
Hitem była babka, która mi chciała odjechać wózkiem. Byłam w sklepie przy kasie, przez moment, gdy płaciłam, nie patrzałam na wózek. A tu jakaś starowinka chciała nim odjechać. Tylko zapomniała o hamulcu. Opieprzyłam babę, bo co ona wyprawia? "Chciałam tylko pobujać, bo dziecko się nudzi". Nie płakało, grzecznie patrzyło na zabawki.
Chociaż tę babkę przebiła babcia ze średniej wielkości kundlem, który oparł mi się łapami o wózek, w momencie gdy się mijałyśmy. Na moje oburzenie babcia zareagowała, że psiaczek chciał tylko zobaczyć dzidziusia, bo on tak kocha dzieci!
Tak się zastanawiam, czy to moje dziecko, czy państwowe, że nikt mnie o zgodę nie pyta, z góry zakładając, że wszystko może robić.
Za czasów mojego dzieciństwa nie było tyle smaków tic taców jak teraz. Smaków było bardzo mało, bo z tego co pamiętam to był miętowy, mocna mięta i pomarańczowy, no i miały bardzo nudne kolory, no bo białe. Miałam taki lekki ból tyłka, gdyż wujek z zagranicy przywoził mi tic taki w różnych kolorach i smakach, które nie były jeszcze dostępne w Polsce. Dostawałam tic taki różnych kolorów, ale wśród nich nigdy nie dostałam czerwonych, które za wszelką cenę chciałam mieć.
Codziennie po przedszkolu przeglądałam się w ogromnym lustrze w przedpokoju i z tego co zaobserwowałam jak stanęłam tyłem do światła, pod odpowiednim kątem do lustra, mój nos w środku przybierał kolor czerwony i było w nim jasno, więc już możecie się domyślać, na jaki głupi pomysł wpadłam... Otóż włożyłam sobie tego tic taca do nosa i w tym momencie zaczęłam aż skakać z radości, bo w końcu udało mi się zobaczyć czerwonego tic taca. Niestety moja radość się prędko skończyła, gdyż tic tac utknął w nosie. No więc zgadujcie jakim genialnym pomysłem zabłysnęłam! Wpadłam na pomysł, aby do nosa władować wszystkie tic taki, jeden po drugim, bo myślałam, że jakoś z nosa wylecą tylną przegrodą, tak jak gile, które się zassie... Tic taców było coraz więcej i coraz głębiej w obydwu dziurach w nosie.
No i teraz wyobraźcie sobie, jak wasze dziecko przyłazi do was z płaczem, zakrwawioną twarzą i nosem jak wielki ziemniak czarnobylski. Tak, władowałam całe opakowanie do obydwu dziurek w nosie, w żaden sposób nie dało się wyjąć choćby jednego, a na dodatek aromat miętowy zaczął podrażniać mi śluzówkę i nie mogłam przestać kichać, co tylko jeszcze bardziej zaczęło rozwalać mój biedny mały nosek od środka.
Od razu matka władowała mnie do samochodu i pojechaliśmy do szpitala, no ale oczywiście lekarz prowadził operację, więc musieliśmy czekać. Ojciec widząc jak cierpię wziął mnie na kolana i próbował odessać jego ustami tic taki i nawet mu się udało jednego odessać, ale na tym historia się nie kończy, bo tic taców w nosie miałam o wiele więcej, a ojciec... no cóż, zachłysną się tym wyssanym ze mnie cukierkiem i stracił przytomność na minutę. Zaraz potem przyszedł lekarz i weź tu mu wytłumacz, co tu się odwaliło :D
Jutro mam imieniny i zgadnijcie co mój brat mi kupił? Ogromny karton tic taców, ale wiecie co? W środku nie ma czerwonego, a ja mam nadzieję, że przez to nie wpadnę na podobny do dawnego pomysł i kogoś nie zabiję, wliczając w to siebie.
Będąc w gimnazjum przeżywałam swoją pierwszą miłość. Obiektem moich westchnień był straszliwie przystojny nauczyciel (czarne włosy, niebieskie oczy, wysportowany, ideał). Uczył biologii, której szczerze nienawidziłam, ale dla niego poszłam na konkurs wojewódzki i nawet zajęłam wysokie miejsce. Postanowiłam jednak nic nie robić z tym uczuciem, bo byłam dość ogarnięta i wiedziałam, że to bez sensu. To znaczy myślałam, że jestem ogarnięta.
Podczas zajęć do konkursu zadzwonił mu telefon, a ja zdążyłam zobaczyć imię Weronika. Wyszedł na chwilę, a kiedy wrócił oznajmił, że za tydzień nie będziemy mogli mieć zajęć, bo ma jakąś ważną sprawę. Mój nastoletni mózg wywnioskował, że ukochany idzie na randkę. Zaczęłam histerycznie beczeć, a ten biedny facet nie wiedział co się dzieje i próbował mnie za wszelką cenę uspokoić. Siedziałam tak sobie przytulona do niego i płakałam mu w ramię. W końcu jednak czerwona jak burak wytłumaczyłam o co chodzi i czekałam aż coś powie. On tylko się uśmiechnął i powiedział "Skarbie, nie marnuj życia na myślenie o emerytach (miał 30 lat), bo jesteś śliczną dziewczyną". Okazało się, że z Weroniką są razem cztery lata i dzwoniła, aby mu przypomnieć o wizycie u jej rodziców.
Nikomu nic o tym nie wspomniał, a ja dalej uczyłam się do różnych konkursów.
Teraz jestem na studiach w mieście sporo oddalonym od domu rodzinnego i dalej często tęsknię za tym łagodnym tonem i ślicznym uśmiechem, nawet jeżeli mam chłopaka.
Dodaj anonimowe wyznanie