Wujek kilka dni temu opowiedział mi o pewnym incydencie z supermarketu.
Stał sobie w kolejce, a przed nim dwie dziewczynki w wieku ok. podstawówki. Kupowały sobie jakieś picie i słodycze. Gdy doszło do płacenia, dziewczynkom zabrakło 2 groszy, żeby im na wszystko starczyło. Kasjerka nie chciała im jednak sprzedać i musiały coś odłożyć. Wujek sobie pomyślał "No OK, może mają jakieś zasady i nie mogą tak robić".
Moment później po skasowaniu jego zakupów pani za kasą pyta się:
- Może być bez jednego grosza?
A wuj na to:
- No chyba, za przeproszeniem, panią pojebało. Przed chwilą pani nie chciała sprzedać tym dziewczynom, bo zabrakło im dwóch groszy, a teraz pyta się pani, czy może być bez grosza? Żarty jakieś!
Ludzie w kolejce zaczęli wujka popierać. Kobieta przybrała barwę buraka i nic nie mówiąc wydała grosz. A wujek nawet "do widzenia" nie usłyszał.
Moja mama jest fanką Beaty Kozidrak, odkąd pamiętam. Od zawsze u nas w domu były płyty Bajmu, na jednej była piosenka "Noc po ciężkim dniu". Całe dzieciństwo byłam przekonana, że w pierwszej zwrotce Beata śpiewa: "Jest noc po ciężkim dniu i chłód, DEALER BÓL".
Byłam pod wielkim wrażeniem kunsztu autora tekstu, tłumaczyłam sobie, że w życiu dorosłych niestety często to ból rozdaje karty.
W wieku 20 paru lat natrafiłam na tekst tej piosenki w internecie. Do dziś boli mnie serce, że Beata śpiewa tam po prostu LIVERPOOL...
Kiedyś łapałam stopa z kumpelą, zatrzymało się obok nas BMW z przyciemnianymi szybami. Za kółkiem siedział Seba, szeroki jak trzydrzwiowa szafa, wzdłuż ciała miał trzy paski i był prawilnie łysy. Widząc minę towarzyszki już chciałam jakoś zniechęcić pana do pomocy, lecz ten odezwał się: Podrzucę was, ale któraś musi trzymać pieska. Na siedzeniu ujrzałam rudego chihuahua...
Sebek okazał się Mateuszem. To już nasza 8. rocznica związku :)
Nie warto żyć stereotypami :)
PS Tofik okazał się być świetnym reproduktorem i właśnie czekamy na poród suczki naszej sąsiadki.
Mam 30 lat i zmarnowane 15 lat życia u boku faceta, który zapytany na weselu swojego brata, kiedy nasza kolej, odpowiedział:
"Ślub to się raczej bierze z miłości. A ja nie wiem, czy my się kochamy. Raczej jesteśmy ze sobą z przyzwyczajenia".
Ja go bardzo kochałam, i niestety nadal kocham, ale nie mogę już z nim być.
W akademiku mieszkaliśmy w segmencie - ja, kumpel i dwie dziewczyny. Wspólna była kuchnia i łazienka. O łazience będzie mowa.
Pod prysznicem spaliła się żarówka. Powiedzieliśmy nieco nieogarniętej współlokatorce, by poszła do administracji załatwić żarówkę, tylko żeby powiedziała, że musi być wodoodporna, bo to pod prysznic. Poszła, wróciła, powiedziała, że wodoodpornej nie dostała.
Postanowiliśmy żartować z niej dalej. Stwierdziliśmy, że my ostatnio załatwialiśmy, teraz jej kolej. Rada: musi iść do sklepu elektrycznego, tam pewnie będą mieli. Ona, że OK, załatwi.
Wracamy po weekendzie do akademika, a tam żarówka pod prysznicem i paragon na 80 zł. Dziewczyna dumna z siebie, że poszła, kupiła, no i składka na 20 zł. Uznaliśmy z kumplem, że dowcip nam się nie udał i daliśmy jej składkową kasę.
Podobno nasze miny były genialne, gdy okazało się, że od początku domyślała się, że ją wkręcamy i postanowiła sama nas wkręcić.
Raz moja dziewczyna miała zły dzień. Nie miałem jak do niej przyjechać, więc do niej zadzwoniłem. Nie potrafię śpiewać, dlatego moje karaoke zawsze potrafi podnieść ją na duchu.
No i śpiewam jej w parku, w części, gdzie nikt zazwyczaj nie chodzi o tej porze. Nagle zza krzaków wychodzi babcia wymachująca laską. Ciągnie za sobą wikarego w dresie, który wyszedł pobiegać. Mówi, że to ten, który wydaje dźwięki, jakby był pod wpływem złych mocy. Wikary nie potrafił przekonać babuleńki, że nic się nie dzieje, w końcu kazał mi się przeżegnać, udowadniając jej, że nie jestem opętany.
Dziewczyna słysząc w słuchawce całą akcję nie mogła wytrzymać ze śmiechu, humor od razu jej się poprawił. :D
Dla tych, którzy nie lubią niedokończonych wyznań: Bracia Figo Fagot. Elegancja Francja. Franseee!!
Kilka lat temu odziedziczyłam małe mieszkanko. Nie było mi potrzebne, początkowo chciałam je sprzedać, jednak, na swoje nieszczęście, uznałam, że najem będzie korzystniejszy. Z pomocą prawnika przygotowałam bardzo szczegółową umowę, poruszającą wszelkie możliwe kwestie sporne. Każdą z umów podpisywałam na rok.
Pierwsze 4 lata wszystko było w porządku, w zeszłym roku zmienił się wynajmujący. Umowa jak zawsze dopracowana w szczegółach, oświadczenie o tym, że w razie wypowiedzenia lokatorzy maja się gdzie podziać.
Przez pierwsze 3 miesiące wszystko było OK. W 4 miesiącu nie dostałam zapłaty, nie opłacono również mediów. Próby kontaktu telefonicznego nieudane. Pojechałam do mieszkania, nie otworzono mi drzwi, pan poinformował mnie, że zapłaci, kiedy będzie miał fundusze, ale on nie wie, kiedy to nastąpi. Był niemiły i opryskliwy, już wiedziałam, ze będą problemy...
Kolejny miesiąc bez pieniędzy, telefonu nie odbierają. Pojechałam na miejsce. Pan wezwał policję! Wyproszono mnie z własnego mieszkania, bo zakłócam najemcy spokój. Przepisy są po jego stronie. Chore, ale on mógł bez płacenia u mnie mieszkać, a ja nic z tym nie mogłam zrobić! Adwokat powiedział, że mogę go sądownie eksmitować, ale to jakieś 2 lata batalii.
Usiadłam do przepisów i postanowiłam zgłębić temat. Ne pozwolę sobie, żeby jakiś buc mnie wykorzystywał. Wysłałam wypowiedzenie, listem poleconym z potwierdzeniem odbioru. Oczywiście pan tego nie odebrał - żaden problem... mamy fikcję doręczeń. Wypowiedzenie miesięczne, tydzień przed upływem okresu wypowiedzenia wysłałam jeszcze jedno pisemko, że w związku z kończącym się terminem „proszę o opuszczenie mieszkania i zabranie swoich rzeczy najpóźniej w dniu...” - oczywiście tego też nie odebrał. Ostatni dzień wypowiedzenia. Zabrałam brata i jego paru kolegów. Kiedy tylko pan wyszedł z mieszkania, jeden z kolegów poszedł za nim - pilnować, czy nie wróci za szybko. Weszłam, wymieniłam zamki. Wszystkie rzeczy osobiste spakowałam do worka na śmieci. W rękawiczkach oczywiście. Zostawiłam cały sprzęt (telewizor, pralka, jakieś kuchenne przybory).
Pan wrócił po jakichś 3 godzinach. Dostał do ręki worek na śmieci i polecenie, że ma w***ć, a jak chce odzyskać resztę rzeczy, to ma miesiąc na uregulowanie zaległości. Co zrobił? Wezwał policję!
No cóż, mieszkanie moje. Pan nie ma umowy najmu (oczywiście została w mieszkaniu), nie ma dowodu, że sprzęt jest jego (wszelkie dowodu zakupu jakie były też zostały w mieszkaniu).
„Owszem, ten pan wynajmował lokal, ale wyniósł się zgodnie z umową po miesięcznym wypowiedzeniu” - pokazałam policji wszelkie papiery. Pojechali.
Uważajcie. Facet chciał wykorzystać to, że prawo jest ewidentnie po jego stronie.
Pracuję na rehabilitacji.
Przyszła raz jedna pani, która stwierdziła, że boli ją kolano w biodrze...
???
Pamiętam, jak swego czasu, mając 13, może 14 lat, siedziałem u siebie na podwórku (a mieszkałem w dość nieuczęszczanym miejscu) i bawiłem się w mechanika. Wyciągnąłem z garażu i rozkręcałem rowery, stare motocykle itp., jeszcze z czasów młodości taty. Rodziców w domu nie było, ojciec pojechał do sklepu po smary, lakiery itp. do ogarnięcia tego wszystkiego. I w pewnym momencie przejeżdża obok zajebiste auto - nie pamiętam jakie, ale amerykańskie z lat 60., Mustang lub Camaro, coś, co pod koniec lat 90. lub na początku 2000 robiło w Polsce ogromne wrażenie i w sumie nadal robi. Było w nim dwóch facetów, łysych, w czarnych kurtkach, no ewidentni gangsterzy niczym z ówczesnych klasycznych już dzisiaj filmów, choć w lepszym niż na tych filmach aucie. Stają i pytają się mnie o drogę " Ej, mały, czy tędy dobrze jedziemy tam i tam?". Odpowiedziałem, że tak, bo to była jedyna droga. No i tak zagadnęli mnie o te motory "Fajny sprzęt, też taki miałem". Powiedziałem, że no fajny, z tatą remontujemy. Ale to panów auto też niezłe, ile to ma spalania, jaki silnik? itp. Ja lubiłem takie auta i czytałem ówczesne gazety o samochodach, zbierałem karty m.in. z gum do żucia, więc trochę z nimi podyskutowałem, co im widać zaimponowało. Po jakichś 15 minutach zaczęli się zbierać. "No, mały, ja to nawet chętnie oddałbym ci to auto, bo nam się już długo nie przyda, a widać, że byłoby w dobrych rękach, ale i tak psiarze pewnie je zgarną i zgnije u nich na parkingu, ale masz trochę kasy, nam już złotówki niepotrzebne, wyjeżdżamy, masz na motor". Wyjął z portfela pieniądze, no i dostałem 270 zł, co było nie lada gratką. Wziąłem, podziękowałem. I dalej siedzę na podwórku.
Jakieś 3 godziny później przejeżdżają obok 3 radiowozy, stają i pytają, czy nie przejeżdżał taki amerykański sportowy samochód, Pontiac czy Cadillac. Ja mówię, że owszem, pytali o drogę i pojechali, nawet kasę mi dali. "Gdzie k#rwa pojechali?" Drugi policjant z tego samego radiowozu "Mariusz, uspokój się, nie wyżywaj się na dzieciaku". Ten pierwszy: "Jak mam być spokojny? Mały, gadaj, bo ci tak zapi#rdolę, że nie będzie co zbierać". Ja się trochę przestraszyłem, ale powiedziałem, że jest jedna droga. I pojechali. Miałem nadzieję, że nie znajdą tych miłych panów.
Z dalszych informacji w gazetach wiem, że auto gangsterów znaleźli 40 kilometrów dalej, przesiedli się do innego, ich samych nigdy nie złapano, uciekli do Ameryki Południowej do Kostaryki i potem chyba dalej, z większością swojego majątku.
Może historia wydać się czarno-biała, ale wpłynęła na moje pojmowanie świata w znaczący sposób. Nie zostałem gangsterem, tylko prawnikiem. Przez 4 lata pracy odkładałem sporo pieniędzy i mam od niedawna Mustanga z lat 70., pewnie dzięki tym wspomnieniom.
Niedawno opisałam tu, dlaczego wstydzę się swojej rodziny. Chcę opowiedzieć wam ciąg dalszy.
Oczywiście uprzedziliśmy z narzeczonym jego rodziców, że moja rodzina jest bardzo prosta. Ja poprosiłam też rodziców i braci żeby pokazali się z dobrej strony.
Niestety oni specjalnie czy nie, zepsuli nam zaręczyny.
Tego, że ubrali się niezbyt ładnie nikt nie komentował (ojciec w spranej koszuli i pogniecionych spodniach, matka w znoszonej sukience, bracia w ulubionych dresach). Wiadomo, nie są majętni.
Sam obiad był katastrofą. Jedli tak głośno i niechlujnie, że goście przy innych stolikach się na nas patrzyli. Sapali, siorbali i chrząkali. Mieli pretensje, że do obiadu podano po lampce wina zamiast wódki. Widziałam, że rodzice i siostra Mariusza nie byli zachwyceni, ale próbowali prowadzić normalną rozmowę. Nie dało się. Ojciec albo próbował opowiadać sprośne żarty, matka mu wtórowała. Kiedy próbowaliśmy mówić o swoich planach mówili ,,ło tam, zoboczycie jesce płakoć bedziecie" (Mariusz awansował, ja zaczynam pracować na umowę stałą więc chcemy wyremontować domek, do którego się przeprowadzamy). Siostra Mariusza wybiera się na weterynarię i w wakacje po raz kolejny będzie wolontariuszką w schronisku, na co moi rodzice jej powiedzieli, że to nic nie warte i lepiej by się czym innym zajęła.
Przy kawie moi bracia urządzili sobie konkurs bekania, a kiedy zwróciłam im uwagę wyśmiali mnie, matka jeszcze dodała ,,prawdziwe chłopy tak robią". O dwuznacznych gestach i odzywkach do siostry mojego narzeczonego już nie wspomnę. Wtedy mój przyszły teść zwrócił im uwagę, ale usłyszał, że ,,przynajmniej widać, że to zdrowe chłopaki a nie geje jakieś".
Wszystkiego dopełnił mój ojciec, kiedy po powrocie z toalety wszem i wobec obwieścił ,,ale żem się wysroł porządnie". Myślałam, że ze wstydu zapadnę się pod ziemię. Na szczęście wszyscy postanowili wracać do domu.
Rodzice Mariusza do końca byli mili dla mojej rodziny, jednak widziałam, że są zażenowani.
Kiedy potem rozmawiałam z matką, uznała że to rodzina Mariusza ,,ma kije w dupach", a oni zachowywali się normalnie. Kiedy odmówiłam przeprosin za to, że mam pretensje, obrazili się. Mam nadzieję, że na stałe.
Jedno wiem na pewno - ani ich, ani żadnego innego członka mojej rodziny nie zaproszę, bo w dniu swojego ślubu nie chcę czuć się przez nich tak zawstydzona jak podczas zaręczyn. Z resztą i tak nie planujemy wesela tylko uroczysty obiad i tort dla najbliższych.
Dodaj anonimowe wyznanie