Tak się akurat złożyło, że sąsiedzi mieszkający nade mną są zwolennikami bezstresowego wychowania. Nie wiem, ile lat ma syn, ale jest na świecie od naszej wprowadzki do bloku (czyli dobre 5 lat). Młody nadal korzysta ze smoczka i jednocześnie był bardzo głośny w godzinach wieczornych. No właśnie - był.
Pewnym rytuałem się stało, że codziennie o 22:37 (młody jest istnym zegarem biologicznym) maluch darł ryjca na całego. Po około 30 sekundach słychać było tuptanie, w jedną, po czym w drugą stronę. Płacz ustawał po jakichś 20 minutach.
Na początku nam to nie przeszkadzało - wiadomo, przecież to dziecko, nie na wszystko ma się wpływ. Jednak w okolicach grudnia ilość decybeli przy wieczornym płaczu nasiliła się do tego stopnia, że nawet zatyczki do uszu nie pomagały (a każde zwracanie uwagi kończyło się fiaskiem - przecież to dziecko). Wraz z głośnością ryczenia wzrosła nadgorliwość (lub chęć zemsty po zawracaniu głowy) jego ojca: wystarczyło, abyśmy po 22 przypadkowo coś upuścili (na podłogę, a mieszkamy na parterze), aby za minutę zastać sąsiada przed naszymi drzwiami.
Postanowiłam zrobić z sąsiadów króliki doświadczalne, eksperymentując z pomysłem, który znalazłam na anonimowych. Mianowicie wlałam do garnka wodę, garnek na szafę tak, aby krawędziami dotykał sufitu, słuchawki na garnek i puszczamy przez nie na fulla hit Sławomira w autoodtwarzaczu :D Ku mojemu zdziwieniu zadziałało, bo dokładnie o 22:01 do drzwi zapukał sąsiad, prosząc o ściszenie muzyki. Rodzice niewtajemniczeni w mój plan popatrzyli tylko na faceta jak na wariata, życzyli dobrej nocy i pozostawili go w osłupieniu.
Po tygodniu takich praktyk płacz naszego małego kolegi ustał, a po dwóch pod nasz dom przyjechał wóz z firmy przeprowadzkowej.
Jak w co drugi dzień przyszedłem na moją siłownię. Przebrałem się i po rozgrzewce siadam na rower, zaczynając dzienną porcję cardio. Po niedługiej chwili na rower obok mnie (90% z nich były wolne) siada dziewczyna w wieku około 25 lat, którą kojarzyłem z widzenia, jak przewijała się gdzieś po siłowni.
Nie minęło 5 minut, a dziewczę zsiadło z rowerka, oparło się łokciem o kierownicę i wyciągając dłoń w moim kierunku powiedziało: "Cześć, Magda jestem". Trochę skonfundowany uścisnąłem jej dłoń podając swoje imię, nie przywiązując do sytuacji większej wagi i nie przestając pedałować wróciłem do oglądania National Geographic.
Następne słowa wypowiedziane przez Magdę jasno nakreśliły intencje niewiasty: "Widziałam, że przyjechałeś ładnym samochodem...".
W pierwszej chwili chciałem od razu zakończyć rozmowę, ale pomyślałem że to jednak może być ciekawe, więc odpowiedziałem jedynie "Dziękuję", kręcąc kolejne okrążenia na rowerze treningowym. Na reakcję Magdy nie musiałem długo czekać... Wymownym gestem odgarnęła grzywkę za ucho i zalotnym, przyciszonym głosem powiedziała: "A ja też jestem ładna".
Starałem się zachować poważny wyraz twarzy, próbując powstrzymać paniczny wybuch śmiechu. Wiedziałem, że w tym momencie muszę skończyć konwersację, więc aby szybko ją zgasić, dalszy ciąg rozmowy wyglądał następująco:
- Wiesz, Magda, w sumie masz coś wspólnego z moim BMW.
- Tak? A co takiego? Powiedz! No powiedz!
- Lekko się prowadzisz...
Dziewczyna momentalnie dostała buraka na twarzy, obróciła się na pięcie, poszła do szatni i już nigdy więcej jej nie widziałem :) Może i zachowałem się trochę po chamsku, ale serio, polecieć na samochód? :D
Gorący, sierpniowy dzień.
Przejażdżka z chłopakiem starym rzęchem bez klimatyzacji. Zdjął koszulkę, więc i ja postanowiłam zostać w samych spodenkach (i staniku).
Położyłam dłoń na jego udzie, uśmiechnął się do mnie zalotnie, a po chwili uczynił to, co ja. Z każdą chwilą atmosfera rozgrzewała nas coraz bardziej.
Zjechaliśmy gdzieś na wiejskie dróżki, by ukryć się za kępą zielska przed oczyma zbyt ciekawskich.
Udało się. Tylko my. Z tyłu auta. Niewidoczni. Zatopieni w swych objęciach. Totalny odlot.
I nagle słyszę hałas. W pierwszej chwili pomyślałam, że ktoś zbliża się do nas ciągnikiem.
Ale gdy spojrzałam przez szybę, cały świat wirował. Wystraszyłam się, to działo się tak szybko.
Mój napaleniec nie zaciągnął ręcznego i samochód zaczął zjeżdżać po bardzo nierównym terenie. Na szczęście na dole była łąka i się zatrzymaliśmy, ale tego strachu nigdy nie zapomnę :D
Nie znoszę dzieci. Nie cierpię ich. Nie chcę mieć dziecka. Dotychczas nie było od tej reguły żadnego wyjątku. Mam też stałego partnera, który o tym wie.
Mój partner ma też starszego brata. Brat to typowy pijaczura, a ze swoją partnerką tworzą iście książkowy przykład polskiej patologii. Kłótnie, awantury, alkohol, fajki, nawet bójki i wyrzucanie się nawzajem z domu na porządku dziennym.
No i szwagrowi urodziło się ostatnio dziecko. Teraz mały ma już kilka miesięcy. A ja się w tym bobasie zakochałam. To jedyne dziecko, które może przy mnie przebywać (zwykle czuję taką niechęć, że dzieci to odczuwają i nie chcą być przy mnie). Jedyne dziecko, którego pilnuję, karmię, przebieram i pomagam we wszystkim jego mamie, kiedy u nich jesteśmy. Mama go zaniedbuje trochę, nie dba o rozwój maluszka, tylko kładzie go na okrągło spać, żeby nie przeszkadzał. Boli mnie serce, bo to naprawdę grzeczne, złote dziecko (nigdy nie słyszałam, żeby płakał!!). Mały jest moim oczkiem w głowie.
Co w tym anonimowego? Często wyobrażam sobie, że jego rodzice giną w jakimś wypadku, albo zabijają siebie nawzajem, a ja i mój partner adoptujemy ich dziecko i wszyscy będą szczęśliwi - mały będzie miał bardziej odpowiedzialnych rodziców, mój partner będzie miał dziecko, którego zawsze chciał, a mi serce przestanie się krajać na widok warunków, w jakich żyje ten mały.
Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że mogłabym marzyć o czyjejś śmierci, wstyd mi za siebie...
Marek. Człowiek młody, pracowity, z dobrym zawodem, tylko jakoś życiowo nieogarnięty. Za nienaprawienie szkody trafił na 50 dni do wiezienia. Szybko dostał w ZK pracę przy hydraulice, drobne prace konserwacyjne. Szkoda naprawiona przez rodzinę, sędzia na urlopie, czas się dłuży. Ekipa spod celi naprawdę dobrana, dużo rozmawiali, kłótni nie było, żarty na porządku dziennym. Na "wyjściu" był wyżej wspomniany i jeszcze jeden młody chłopak, Piotr.
Pewnego dnia przybył do celi nowy, tzw. świeżak. Chłopaki się przywitali, przedstawili, powiedzieli co i jak ze sprzątaniem, omówili sprawy organizacyjne. Trzeciego dnia świeżak czuł się już całkiem "pewnie" w nowych okolicznościach życiowych i zaczął obserwować życie kumpli spod celi. Nowy pyta Marka "Marek, a gdzie ty tak z tymi klapkami kąpielowymi codziennie wychodzisz?" (praca przy hydraulice). Marek podchwycił i się zaczęło.... "A bo wiesz, ja mam zgodę dyrektora na wyjścia na basen". Nowy zdziwiony pyta "Ale jak to?". Na co Piotr, drugi z rezydentów, odpowiada - "A tak to, jak się będziesz dobrze sprawował, to też przywileje dostaniesz!". Młody dopytuje zaciekawiony "Piotr, a ty w ciuchach wolnościowych możesz chodzić?". Piotr na to "Mogę! Dziś wyjątkowo ładnie się ubrałem, bo idę na dyskotekę do pawilonu żeńskiego, dyskoteki są co piątek". Młody był bardzo zdziwiony, ale o nic więcej tego dnia nie zapytał.
Następnego ranka młody budzi się rozemocjonowany i po apelu mówi "Słuchajcie, ja też chcę mieć przywileje. Co mam zrobić, żeby chociaż spróbować?". Marek z Piotrem z kamiennymi twarzami wyjaśnili mu, że na wszystko musi mieć zgodę dyrektora. Musi napisać prośbę. Młody bierze kartkę, długopis i pyta "Chłopaki, pomożecie?". Mówią, że oczywiście :)
"Młody, zaczynasz tak: Do Dyrektora ZK w... Zgłaszam się z uprzejmą prośbą o zgodę na wyjścia na basen. W tym celu proszę o wydanie klapek kąpielowych (i czepka, młody! Musisz mieć czepek w odpowiednim kolorze. Żółty dla pierwszy raz osadzonych, zielony dla drugi raz osadzonych i czerwony dla recydywy, jak masz kolor młody?) i żółtego czepka kąpielowego. Proszę także o zgodę na wyjścia na dyskotekę do pawilonu żeńskiego w każdy piątek. Podpisano...".
Chłopaki zapukali do drzwi, klawisz wniosek odebrał i zaniósł do wychowawcy. Nie minęło 15 min, a wychowawca z pianą na twarzy wjechał chłopakom na celę, patrzy na świeżaka i krzyczy: Nie wiem co brałeś zanim tu trafiłeś, ale miło by było, gdybyś zdał sobie sprawę, że jesteś ku..#wa w pierdlu, a nie w jeba...ym sanatorium!!!
PS Pozdrowienia dla kolegów!
Nie jestem mściwa. Ale...
Od roku jestem w związku, który niczym szczególnym się nie wyróżnia. Wzloty i upadki jak wszędzie, jednak bilans był zawsze dodatni. Celowo użyłam czasu przeszłego, ponieważ sprawdzając godzinę w jego telefonie zobaczyłam wiadomość od jego byłej kochanki, która jest mężatką (i mężatką była w momencie ich romansu, on był singlem). Zlinczujcie mnie, ale weszłam w ich wiadomości, w których ona ćwierkała jak było im cudownie w łóżku, a on jak bardzo boli go to, że nie chciała odejść od męża i że lepszej niż ona już nie znajdzie. Z dalszych rozmów wynikało, że mają ze sobą stały kontakt (kategorycznie temu zaprzeczał - i nie, nie robiłam mu przesłuchań, sam zawsze pierwszy poruszał jej temat).
Zabolało.
Nie jestem mściwa. Aleee...
Zrobiłam zdjęcia rozmów moim telefonem i wysłałam je do jej męża.
I nie żałuję.
A tego dupka pognałam w cholerę.
Mojej 5-letniej córce zawsze szalenie podobały się moja dość obfita broda i wąsy. Można wręcz powiedzieć, że to jej fetysz. Nie mniejszym jest owłosienie na moich rękach, nogach i torsie. Każdy kot ma +100 do urody za sam fakt posiadania wąsów (wiem, że to są wibrysy), podobnie jak pies, ryba czy ptak, która posiada coś na kształt zarostu. Teriery, sumy, dorsze, niektóre żuki i jarząbki to jej ulubione zwierzątka, bo mają "zarost" jak tata. Czesanie albo zwyczajne głaskanie mojej brody to jej ulubione zajęcie. Po prostu tak ma i już. Cóż, pewnie po mamie...
Ostatnio przywitał mnie w domu karłowaty wilkołak. Żona raz, że chciała, abym to zobaczył, a dwa, nie bardzo wiedziała, jak to ogarnąć.
Córka dorwała się do szuflady, gdzie trzymam zapas wszelakich klejów, w tym cyjanopanu. Nie umiała rozbroić zamka, więc po prostu niczym dzięcioł, na raty, przez kilka dni wydłubywała z "pleców" PRL-owskiej komódki sklejkę, aż nie powstała dziura. Następnie bardzo ostrożnie brała po kępce każdej zebranej w domu sierści/włosów, maczała w kleju i się tym oklejała. Materiał podobno zbierała od miesięcy.
Operacja odwilkołaczania była długa, ale dziecko nie odniosło żadnego uszczerbku na zdrowiu, a jedynie na dumie. Tak rozpaczała, że wyciągnąłem z szafy prababcine futro i zaniosłem do kolegi kuśnierza, żeby uszył jej własny, kudłaty kożuszek. Zostało nam wybaczone i mała chodzi w nim po domu/u rodziny/po ogródku od wiosny dzień w dzień. W te nieludzkie upały ostatnio też w nim chodziła. Ludzie mają nas za chorych psychicznie, nasłali na nas MOPS, byliśmy z tym u dziecięcego psychologa i cóż... ten typ tak po prostu ma. Przynajmniej jest szczęśliwa.
Moja matka, od kiedy pamiętam, znęcała się nade mną. Wyzwiska i mówienie mi, że niczego w życiu nie osiągnę były na porządku dziennym. Potrafiło nie być jej tygodniami w domu (kieliszka nie odmawiała). Ojciec płacił alimenty utrzymując, że ja nie jestem jego dzieckiem i nie chce mieć ze mną nic wspólnego. W tym czasie "opiekowała" się mną babcia. Zazwyczaj kończyło się na tym, że była w domu, choć zdarzało się, że gdy miała zaplanowane sanatorium, zostawiała mnie, dając mi pieniądze. Będąc w podstawówce potrafiłam sama sobie zrobić obiad i pójść po zakupy.
Przed osiemnastymi urodzinami matka dźgnęła mnie nożem blisko tętnicy. Po ukończeniu pełnoletności zerwałam z nią kontakt. Podałam ją o alimenty i zaczęłam studia. Wyszłam na prostą z pomocą psychiatry, ułożyłam sobie życie.
Ostatnio moja babcia zadzwoniła do mnie z pretensjami o urwanie kontaktu z matką, bo przecież nic takiego mi w życiu złego nie zrobiła, skoro wyszłam na ludzi.
Kraków. Poniedziałek. Około godziny 4:30.
Wracałam z imprezy. Siedziałam na przystanku, na którym czekało kilka osób. Dosiadł się do mnie jakiś śmierdzący koleś. Zaczął paplać coś po angielsku, wiec mu grzecznie odpowiadałam. W pewnym momencie podjechał autobus i na przystanku zostaliśmy tylko my. Koleś zaczął powtarzać jak mantrę "You're beautiful, I'm stupid" i niebezpiecznie się zbliżać. Przestałam mu odpowiadać, a że był to przystanek podwójny, to przesiadłam się na drugą ławkę, trochę dalej. Bałam się, że jak zacznę uciekać, to będzie mnie gonił i coś mi zrobi, więc siedziałam. Niestety przesiadł się do mnie. Postanowiłam zacząć machać na samochody w nadziei, że ktoś by mnie podwiózł, bo mój autobus miał być dopiero za 20 minut. Koleś był coraz bardziej natarczywy. Ja dalej rozpaczliwie próbowałam złapać stopa. Przejechała obok nas nawet policja i nic.
W pewnym momencie koleś po prostu rzucił się na mnie, przycisnął mnie do siebie i próbował całować. Wyrywałam się jak mogłam. Na szczęście był trochę pijany, więc w końcu udało mi się go odepchnąć i zaczęłam uciekać. Biegłam dość długo, z początku mnie nie gonił, ale potem zobaczyłam, że rusza za mną. Akurat na czerwonym zatrzymał się samochód, więc podbiegłam do niego. Ludzie w środku byli na tyle mili, że kiedy usłyszeli, że facet mnie goni, to zdecydowali się mnie podwieźć prawie pod sam dom, choć nie było to im do końca po drodze. Jeśli jakimś cudem to czytają, to niech wiedzą, że jestem niesamowicie wdzięczna.
Mi się udało uciec.
Girls... Stay safe.
Historia najłatwiej zarobionych przeze mnie pieniędzy.
Godzina ok. 1 w nocy. Rozeszłam się z koleżanką i wracam do domu z klubu, gdy nagle zatrzymuje mnie pewien pan "żul". Zaczyna do mnie gadać o prośbie i pewnej przysłudze. Myśląc, że chodzi o drobne, od razu próbowałam wymówić się ich brakiem, jednak on zaczął zapewniać mnie, że nie o to mu chodzi. Wskazał na moje... stopy i powiedział, że jeśli dam mu polizać moją piętę, da mi 1300 zł. Zaczęłam się śmiać i szukać ukrytej kamery, ale nie, on był poważny.
Mówiąc szczerze wyglądał bardzo menelowato i byłam pewna, że tych pieniędzy nie ma i nigdy nie miał. A on widząc, że się waham, wyciągnął portfel i banknoty, kazał mi je nawet przeliczyć. No 1300 jak nic. Będąc biedną studentką przemyślałam to i zdjęłam but i podniosłam stopę. Po wszystkim wzięłam kasę i wróciłam do kawalerki.
Rano budząc się z kacem nawet nie pamiętałam o sytuacji, dopóki nie poszłam do sklepu i nie otworzyłam portfela.
Nie żałuję tego i jakbym miała to zrobić jeszcze raz... za taką forsę zrobiłabym na 100%.
Dodaj anonimowe wyznanie