Był to dzień piękny i słoneczny, wstałem skacowany o poranku (czyli koło 11) i poczułem zew natury. W kiblu jednak brak papieru toaletowego. Przyodziałem więc ubranie i ruszyłem do sklepu.
W tym miejscu muszę wyjaśnić, że sklep mam może ze 20 metrów od domu. Dom mam piętrowy, na piętrze mieszkam ja i moi rodzice, a na dole dziadek. "Kanalizacja" jest wspólna, tak więc jeśli u niego kibel się zatka, to jak u nas spuści się wodę, to u niego wywala gówno z klopa. A słowo "kanalizacja" ująłem w cudzysłów, bo to nie kanalizacja. Tylko szambo.
Do tego jeszcze muszę dodać, że wraz z ojcem swym zrobiliśmy sobie pasiekę. Mamy taki układ z właścicielem sklepu (który zarazem jest mym stryjem i ojcem chrzestnym), że dajemy mu kilka słoików miodu i on je sprzedaje, a zyskiem się dzielimy.
A, i od śmierci babci matka gotuje obiad dziadkowi i trzeba mu go zanieść.
Wracając do opowieści właściwej: Ruszam do sklepu. Oczywiście kolejka. W żołądku mnie wierci. Stoję prawie 10 minut, w końcu moja kolej. "Dwie rolki srajtaśmy, pls". Dostaję, wychodzę. A matka z balkonu krzyczy: "WEŹ WODĘ JESZCZE MINERALNĄ KUP".
No cóż, wracam do sklepu. Kolejka wciąż duża. Kolejne 10 minut. Woda jest, wracam do domu. Ledwo wchodzę, pełen nadziei patrzę na drzwi kibla. Ale czuję też zapach żarcia...
"ZANIEŚ DZIADKOWI OBIAD, BO WYSTYGNIE" - rzecze matula (ona serio mówi z caps lockiem, chyba inaczej nie umie).
No to zaniosłem. Wracam już w podskokach, bo ciśnie coraz mocniej...
"MACIEK (ten chrzestny, właściciel sklepu - przyp. red.) MÓWI, ŻE MIÓD IM SIĘ SKOŃCZYŁ, IDŹ MU ZANIEŚ".
No to już pobiegłem z tym miodem, no bo już na skraju wytrzymałości byłem.
I w końcu wracam, pytam matkę z nieukrywanym żalem: "Coś jeszcze?!".
Na co ona odpowiada: "CO?".
Na co ja: "COŚ JESZCZE?".
Na co ona: "CZEMU KRZYCZYSZ?".
Na co ja: "Bo nie słyszysz, jak mówię normalnie".
Na co ona: "CO?".
Nie chciało mi się już kontynuować tej rozmowy. A właściwie to już nie mogłem jej kontynuować z przyczyn oczywistych. Wbiłem do kibla, siadłem, uwolniłem krakena, podcieram dupsko, spuszczam wodę. I wtedy rozlega się pukanie do drzwi toalety i uszu mych dobiega tubalny głos matuli mej: "TYLKO WODY NIE SPUSZCZAJ, BO SZAMBO WYBIŁO I DZIADKA ZALEWA".
No rychło w czas mnie informujesz - pomyślałem rozżalony. No bo kto będzie sprzątał te gówna, co u dziadka z kibla się wymykają?
Dziadek nie, bo stary; stryj nie, bo pracuje; matka nie, bo ma wrażliwy nosek i rzygać jej się chce od zapachu. Tak więc resztę dnia spędziliśmy z ojcem na sprzątaniu gówna i przepychaniu kibla. No bo jak się okazało, to nie szambo wybiło, tylko dziadek przez nieuwagę urwał uchwyt od sedesu, a uchwyt ów wpadł do klopa, powodując zator.
Ale dziadek wie lepiej: Szambo wybiło, przecież on nie jest tak głupi, żeby jakieś uchwyty do kibla wrzucać, prawda?
I tym oto pytaniem retorycznym kończę sagę o sraniu.
Mimo iż jestem już dorosłym facetem, to nadal lubię dokuczać mojej siostrze.
Niemiła historia przytrafiła mi się kilka dni temu, kiedy byłem na grillu. Było już ciemno, na ławeczce pod stołem moja wygodna siostra trzymała sobie nóżki. Chcąc wykorzystać sytuację, zacząłem smyrać jej stopy. Wciąż czekałem na reakcję siostry, ale coś mi nie pasowało, bo reakcji nie było, więc nurkuję pod ławkę i widzę, że smyram nie jej nogę...
Wzrok mojej (chyba) przyszłej teściowej zmroził mi krew w żyłach, kiedy spojrzałem w górę.
Sauna... Obecnie jestem w kraju (delegacja firmowa), gdzie jest masa saun koedukacyjnych, a jako że ja trenuję sporty siłowe, to i często lubię iść na saunę, to daje mi niesamowite odprężenie.
Dziś spotkałem się z bardzo niekomfortową sytuacją. Matka lat około 35 z dziewczynką około 11 lat wchodzą do sauny... Ona nago, dziecko nago, niby wszystko OK, ale jakoś tak poczułem się dziwnie... I wzrok jednego pana utkwiony w tym biednym dziecku... Ja rozumiem, że można dzieci wychowywać w oparciu o zrozumienie pojęcia nagość, ale targanie dziecka między nagich facetów to już przesada. Nie dałem rady, wychodząc powiedziałem pani, że to nie jest dobry pomysł z chodzeniem nago wraz z dzieckiem do takiej sauny, a w odpowiedzi usłyszałem, że ona (dziecko) już niedługo będzie mogła nie tylko patrzeć, ale też używać...
Gdzie my zmierzamy z tym postępem?
Kumpel z pracy mnie poprosił, żebym mu kompa ogarnął, bo mu się wiesza non stop. Miałem wpaść ok. 18:00, jakoś 30 min wcześniej zadzwonił i powiedział, że musi coś ogarnąć na mieście, ale żona mnie wpuści i mogę działać... No to przylazłem, dzwonię domofonem i mówię, że ja do komputera. Baba do mnie, że ona nic nie wie, se myślę pewnie zapomniał, więc tłumaczę, że od Marcina jestem. Zamek zabzyczał, pakuję się na górę, kobita otwiera mi drzwi - patrzę, coś za stara na jego żonę, no ale może z matką mieszka... Pytam, gdzie komputer, a ona mi otwiera pokój i mówi, że zaraz kabel przyniesie, bo syn za dużo przy kompie siedzi i musi chować... Trochę dziwne, ale co tam, różne ludzie mają pomysły. Odpalam, sprawdzam, muli strasznie, miejsca na dysku brak, no to siadamy razem z panią i zaczynamy wywalać, co niepotrzebne. Zaczęła się żalić, że to wszystko przez syna, bo gra w jakąś grę i non stop coś ściąga. Sprawdzam, faktycznie folder "Tibia" zajebiście wielki, no to co? Wywalamy! Komp trochę odżył, zaczynam instalować antywira, wszystko gotowe, trojany skasowane, nagle dzwoni kumpel:
- To będziesz dzisiaj?
- Już jestem, masz wszystko zrobione.
- Co ty pier..., przecież cię u mnie nie ma...
Chwila zastanowienia i mówię:
- Dobra, zaraz oddzwonię.
Szybka ewakuacja, babka w korytarzu pyta, ile za usługę. Skasowałem 20 PLN, uciekam, w drzwiach mijam synka, ok. 15 lat.
- Mamo, kto to jest?
- Pan od komputera.
Zostawiam numer telefonu (9 losowych cyfr), polecam się na przyszłość i po zejściu na półpiętro zaczynam uciekać ile fabryka dała :D
Klatka się zgadzała, ale pomyliłem bloki :)
Później w końcu dotarłem do kolegi, wszystko mu opowiedziałem i razem z jego żoną i dzieciakami płakaliśmy ze śmiechu.
Akcja sprzed ok. 10 lat, jeżeli to czytasz - przepraszam za tę Tibię ;)
Historia już stara, ale niedawno odkryłem tę, stronę więc jest okazja wyrzucić to z siebie.
Pamiętacie polski film Yuma? Miał bardzo mało wspólnego z rzeczywistością, ale myślę, że można za jego pomocą coś zobrazować.
Gdy byłem młody, byłem w dość podobnej sytuacji jak główny bohater owego filmu. Bieda, znoszone ciuchy, ciągły brak perspektyw na lepsze jutro lub założenie rodziny.
Dorabiałem wtedy w domu pogrzebowym, standardy na tamte czasy były mocno niestandardowe i po pewnym upalnym tygodniu, gdy w pracy smród był nie do wytrzymania, coś we mnie pękło.
Zacząłem jeździć na jumę, a to był tylko początek. Z czasem było coraz lżej żyć, a sumienie było łatane dobrą wódką i wymówkami, że "Szwaby cały kraj nam okradły za wojny", no i oczywiście gdzie pieniądze, tam i kobiety... Byle jakie, ale były. Było trochę lżej.
Nakradłem więcej niż kiedykolwiek mógłbym zarobić, do tego przemyt papierosów i wszystkiego co się dało. Łapówki i machloje były codziennością.
Wszystko uszło mi na sucho.
Nigdy nie poniosłem żadnej konsekwencji swoich czynów, nigdy nie byłem zatrzymany ani złapany, byłem w tym dobry - w unikaniu problemów.
Czasy się zmieniły, pieniądze zainwestowałem w legalną działalność, która teraz przejdzie w ręce moich synów, których dała mi porządna kobieta.
Anonimowe? Czuję strach, nie cały czas, ale niekiedy, gdy leżę w łóżku i wspomnienia napływają leniwie ze wszystkich stron, czuję strach, że poniosę konsekwencje, że dzieci będą miały zła passę w pracy, bo działalność oparta jest na pieniądzach z kradzieży.
Nikt w rodzinie o tym nie wie.
Jestem absolwentką jednej z lepszych szkół kosmetologicznych w Polsce. W zawodzie pracuję od ponad pięciu lat. Poświęciłam ogromne ilości czasu, pieniędzy i nerwów, by być ekspertem w tym, co robię. I tak szczerze powiedziawszy, nie wiem po co. Kiedyś (nawet te pięć lat temu) bycie kosmetologiem coś znaczyło. Może nie jest to jakiś prestiżowy zawód, ale liczyły się kompetencje, szkoły i umiejętności. A teraz? Teraz wystarczy zapłacić 1000 zł za kurs i już! Bez praktycznie żadnych umiejętności, bez wiedzy w danym temacie. Nie powiecie przecież, że z dwudniowego szkolenia wyniesiecie tyle, co ludzie przez pięć lat studiów.
Rozumiem, że rynek i tak zweryfikuje, ale nie zawsze. Znam masę osób, które wolą iść do osiedlowej "stylistki paznokci", która pracuje na czarno, a jedyne co świadczy o jej umiejętnościach to opinia pani Halinki ze sklepu i byle jaki certyfikat z byle jakiej placówki. Sterylizacja? Autoklaw? Używanie jednorazowych aplikatorów/pilników/bloczków? Zapomnij. Nie mówię, że tak jest zawsze, ale na logikę... Urządzenia do sterylizacji są bardzo drogie i biorąc 20/30 zł od osoby nie jesteś w stanie zakupić odpowiedniego sprzętu, a bez działalności gospodarczej nie jesteś w stanie podpisać umowy ze szpitalem, żeby oni sterylizowali ci narzędzia. Toż to kpina.
Nie chcę tutaj uogólniać, ale muszę. Jestem członkiem grup na Facebooku typu "stylistki paznokci", wymieniamy się tam pomysłami na stylizację. Widzę czasami posty stylistek paznokci bez skończonych szkół. Nie potrafią nawet rozpoznać grzybicy... Nigdy nie wiadomo, co kto ma za choróbsko. Czasami tego nawet nie widać. Wszystkich trzeba traktować tak jak potencjalnych nosicieli grzyba, bakterii, chorób. Nieważne, czy to mama, ciocia, siostra czy sąsiadka. Nie wspomnę nawet o tym, ile klientek przychodzi do mnie ze zdeformowanymi paznokciami, bo koleżanka robiła i uszkodziła macierz paznokcia albo przepiłowała płytkę paznokcia. Nie zrozumcie mnie źle, ja też chodzę na szkolenia, ale mam oprócz tego podstawową wiedzę.
Możecie mnie obrzucić falą hejtu, ale jestem jak najbardziej za tym, by zabronić osobom po samych kursach/szkoleniach pracy na drugim człowieku. W tym zawodzie bardzo łatwo coś zepsuć, uszkodzić, zdeformować, zarazić drugą osobę. Kosmetologia to dziedzina z zakresu medycyny. Nie ma przecież lekarzy po kursach, którzy leczą tylko zapalenie gardła i nic innego, a tak jest z "domowymi kosmetyczkami".
Może to klasyczny "ból dupy", ale szczerze nie lubię kosmetyczek bez odpowiednich szkół. Wydaje mi się, że częściej szkodzą, niż pomagają. Poza tym nie mają pojęcia o anatomii, histologii, farmakologii, recepturze... O wielu dziedzinach nauki, które składają się na kosmetologię.
Jestem żydówką, ale nie, nie taką stereotypową, która wyglądem i zachowaniem wręcz krzyczy: jestem żydówką, patrzcie na mnie! Na ulicy nie sposób odróżnić mnie od "normalnych" dziewczyn. Historia nie będzie o tym, jak strasznie antysemityzm mnie w Polsce dotyka (bo nie dotyka) ani nic w deseń polityki...
Studiuję w jednym z największych miast Polski, na moim roku działa kółko teatralne i ogólnie jest sporo ciekawych wydarzeń i imprez. Jedna polegała na przebraniu się. Impreza w pełni, mój mało ambitny kostium księżniczki Lei z filmu Star Wars ginął w tłumie (ten w białym prześcieradle, nie złote bikini) i tam dojrzałam jego... 185 cm wzrostu,blond włosy zaczesane na bok, jasna, wręcz blada cera, niebieskie oczy... Do tego figura w typowe V i... mundur SS.
Nikt nie lubi niedokończonych historii, więc zakończenie będzie obszerne.
Zagadałam, był z kółka teatralnego, spędziliśmy tę imprezę razem, pierwszy raz w sypialni też był (trochę później) i on miał na sobie mundur (potem mniej munduru oczywiście). Powiedziałam mu, że jestem żydówką... On, że trochę zna niemiecki...
Najdziwniejsza akcja w moim życiu. Jestem chyba trochę dziwna, ale jeszcze nigdy nic tak na mnie nie działało, jak mój SS-man rzucający mnie na łóżko.
Życiowe Paranormal Activity...
Pierwszym co w życiu zobaczyłem na oczy, a pamiętam do dziś, jest pokój, w którym spałem. Moi rodzice twierdzą, że miałem może roczek, maks dwa. Przebudziłem się i wpatrywałem się w otwarte okno i falującą od wiatru firankę. Wtedy moim oczom ukazała się twarz kobiety. Nie znałem jej. Odbiła się ona w firance tak, jakby stała między oknem a nią i oparła się tylko twarzą. Dziwne to było odbicie, gdyż wyraźnie widziałem jej zarys oczu, ust czy uszu. Chwilę po tym zasnąłem.
Dziś mam 26 lat i mimo licznych przeprowadzek, znów mieszkam w tym samym mieszkaniu. Na stałe od około 7 lat. Jest ono przekazywane z pokolenia na pokolenie w rodzinie od strony ojca. Obecnie mam je po dziadkach, którzy się wyprowadzili. Teraz mieszkam sam, lecz przez 5 lat mieszkałem tam z dziewczyną. W tym domu zawsze coś wisiało w powietrzu. Wyczuwało się czyjąś obecność. Nagromadziło się sporo dziwnych zdarzeń przez wszystkie lata, jak mieszkała w nim moja rodzina.
Wszystko zaczęło się od śmierci biologicznej matki mojego taty, jeszcze przed moimi narodzinami. Wcześniej wiedziałem tylko, że zmarła i nie bardzo mnie interesowało jak. W wieku 18 lat, czyli na rok przed przeprowadzką tam, dowiedziałem się (podczas mocno zakrapianej imprezy rodzinnej), że moja babcia popełniła tam samobójstwo. Mianowicie odkręciła gaz w nocy, jak nikogo nie było, i w łazience pożegnała się ze światem po prostu zasypiając. Nie pamiętam ile lat temu to było dokładnie, ale od tamtej pory czuje się jej obecność. Słyszałem już wiele razy dziwne hałasy czy odgłosy kroków. Ale kilka sytuacji było "mocniejszych".
Kiedy mieszkałem z dziewczyną, mieliśmy kota, który miał wyczuwać, jak coś będzie nie tak. Tamtej nocy spaliśmy po ciężkim dniu mocnym snem. Łóżko mieliśmy ułożone tak, że nasze głowy były pod parapetem, a nogami byliśmy skierowani w stronę drzwi na korytarz, gdzie najczęściej urzędował kot. Pamiętam, że obudził mnie chłód. Moja dziewczyna spała w najlepsze. Podniosłem głowę i spojrzałem przed siebie. Zobaczyłem coś, co długo zapamiętam. Mój kot stał naprzeciwko naszego łóżka tak przerażony, jakby się dowiedział, że żywcem go będą kastrować. Cały napuszony, nie wydawał żadnych dźwięków, nie ruszał się, tylko patrzył w stronę okna tuż nad moją głową. Serce miałem już w gardle. Zanim jednak zdobyłem się na odwagę spojrzeć w górę, na moją głowę spadła doniczka z kwiatkiem. Odwróciłem się momentalnie i zobaczyłem... kompletnie nic. Firanka nieruchomo, podstawka od kwiatka nadal leżała na parapecie w najlepsze w tym samym miejscu. Wyglądało to tak, jak by ktoś podniósł ten kwiatek z doniczką, odczekał chwilę i zrzucił mi go na głowę w odpowiednim momencie... Dziewczyna nadal spała jak zabita.
A takich historyjek mam znacznie więcej...
W klasie 1-3 podstawówki miałam zwierzątko - świnkę morską. Pewnego dnia mama wysłała mnie do sklepu zoologicznego po żwirek dla gryzonia. Po udanym zakupie ruszyłam do domu, jednak daleko nie zaszłam, a reklamówka, w której niosłam żwirek pękła, a jej zawartość wysypała się na ulicę. Na szczęście droga nie była ruchliwa. Ze łzami w oczach zaczęłam zbierać ten nieszczęsny żwir. Siedziałam, wstrzymywałam łzy i zbierałam. W pewnym momencie do samochodu na parkingu obok zeszła para. Chwilę się popatrzeli i kobieta wyciągnęła z bagażnika miotełkę i łopatkę. Podeszła do mnie, przykucnęła i pomogła mi zbierać żwirek z asfaltu. Chwilę próbowała ze mną rozmawiać, ale przez łzy ciężko było mi się odezwać. Jedyne słowa jakie ode mnie usłyszała było ciche "Dziękuję". I ruszyłam do domu.
Była to jedna z naprawdę nielicznych miłych sytuacji, jakie mnie w życiu spotkały.
Pani raczej mnie nie pamięta, ale dziękuję!
Odkąd pamiętam doskwierał mi brak przyjaciółki. Miałam kilka koleżanek, ale żadnej z niej nie mogłam nazwać przyjaciółką. Zawsze bardziej trzymałam z chłopakami, co nie zmieniało faktu, że bardzo chciałam mieć przyjaciółkę, taką od serca.
Wracałam wtedy z centrum miasta po spotkaniu ze znajomymi. Sama. Oni koniecznie chcieli zamówić mi taksówkę, ale ja uparłam się, że zrobię sobie spacer. Szłam słabo oświetloną ulicą. Mijałam kamienicę, kiedy ktoś szarpnął mnie z całej siły za rękę i wciągnął do bramy. Zatkał mi usta i zaczął obłapiać. Próbowałam krzyczeć, ale powiedział "stul pysk, bo cię uduszę". Przed oczami przeleciało mi całe życie. Zaczęłam się szarpać, żeby opóźnić to, co było nieuniknione. Typ wziął moje ręce w swoją jedną, przycisnął do ściany i próbował zedrzeć ze mnie spodnie. I nagle osunął się na ziemię, a przede mną stanął mój Anioł Stróż. Dziewczyna, która miała na tyle jaj, żeby wejść do tej bramy i butelką ogłuszyć tego gnoja. Wzięła mnie za rękę i pobiegłyśmy do jej samochodu. Okazało się, że jechała autem, kiedy zobaczyła, że ten stary oblech wciągnął mnie do bramy. Odwiozła mnie do domu, a mi puściły nerwy i rozpłakałam się. Ona zaczęła mnie uspokajać i namawiała mnie, żeby zgłosić to na policję, ale raz, że i tak nic by nie zrobili, a dwa, to jeszcze ona mogłaby mieć problemy za ogłuszenie tego zboka.
Kiedy już siedziałam w domu z moim narzeczonym i wszystko mu opowiedziałam, on stwierdził, że trzeba tej dziewczynie konieczne jeszcze raz podziękować. Tylko że... zapomniałam wziąć od niej jakiegokolwiek namiaru. Kompletnie nic, nawet nie wiedziałam, jak ma na imię. Przeglądałam namiętnie fejsa, ale szukaj sobie ok. 24-letniej dziewczyny, o której wiesz tylko tyle, że jest wysoką blondynką.
Kiedy już po kilku miesiącach pogodziłam się z tym, że jej nie odnajdę, spotkałam ją na mieście. Siedziała w knajpie ze swoją ekipą. Ja byłam z narzeczonym i jego bratem. Nie mogłam powstrzymać emocji, podeszłam do niej i krzyknęłam "tak się cieszę, że cię spotkałam, tak bardzo chciałam jeszcze raz ci podziękować". Wszyscy jej znajomi zonk, no bo o co kaman. Ona wstała, uśmiechnęła się i zapytała, jak się czuję. Pogadałyśmy chwilę, mój narzeczony również jej podziękował i powiedział do jej chłopaka, że taka dziewczyna to skarb. Na co on "ale o co chodzi?". Okazało się, że Iwona nic mu ani nikomu innemu nie powiedziała, bo stwierdziła, że nie ma po co ;). Dosiedliśmy się do ich stolika, opowiedziałyśmy całą historię jej znajomym, którym kopary opadły do ziemi. Ona oczywiście ze stoickim spokojem stwierdziła, że to nic, co zasługiwałoby na podziw, że każdy człowiek w obliczu takiej sytuacji powinien pomóc tej drugiej osobie.
Zyskałam najlepszą przyjaciółkę, jaką tylko mogłam sobie wymarzyć.:)
Dodaj anonimowe wyznanie