#9lsIF

Jestem osobą wierzącą, ale nigdy nie wtrącam się ludziom w życie. Wszystkich traktuję dobrze i szanuję ich poglądy. Mam wśród znajomych wielu ateistów i osoby o różnej orientacji.

Ze względu na swoje poglądy postanowiłam zamieszkać z chłopakiem dopiero po ślubie. Chodzę do kościoła co tydzień. Mój kolega, który na co dzień wykrzykuje hasła o wolności słowa, najbardziej mnie z tego powodu nęka. Sam denerwuje się, jak starsze babcie krzywią się, gdy widzą go z chłopakiem i walczy o prawa człowieka.

Ja nigdy nie wypowiadałam się krzywdząco na jego temat. Za to on praktycznie codziennie wyśmiewa i krytykuje moje postanowienia, choć się z nimi nie afiszuję.

Nie jest to pojedyncza osoba, ciągle słyszę takie komentarze.
Możecie mnie już krytykować, ja uważam, że należy traktować innych tak, jak samemu chciałoby się być traktowanym.

#DW1cd

Mam 20 lat, 3 lata temu moi rodzice postanowili się rozejść, rozwód odbył się na kilka dni przed moimi 18. urodzinami. Moja mama po kilku miesiącach spotkała swojego chłopaka z liceum, zeszli się i mieszkają teraz razem, planują ślub.

Ja skończyłam szkołę, wyprowadziłam się z domu, mieszkam z narzeczonym, oboje pracujemy. Pod koniec listopada dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Oboje ucieszeni zaśmialiśmy się, że mamy prezent dla rodziców na mikołajki.

6 grudnia zajeżdżamy do moich rodziców, kawka, herbatka, ojczym upiekł ciasto, mama cała w skowronkach, uśmiecha się od ucha do ucha. Myślę sobie, że pewnie się domyśla... i wtedy mama ogłasza wszem i wobec powód swojej radości. "W końcu będziesz starszą siostrą!" usłyszałam, i chcąc nie chcąc uśmiechnęłam się i odpowiedziałam "a ty babcią". Konsternacja przy stole nie do opisania, wszyscy zmieszani, aż w końcu ojczym zaczął się histerycznie śmiać.

Mamusia ma termin 2 tygodnie przede mną, jak dobrze pójdzie, to może się miniemy na porodówce. I tak właśnie będę miała dziecko w wieku mojego rodzeństwa.
Zawsze mogło być gorzej i mogłam mieć brata/siostrę młodszą od mojego dzieciaka.

#1pW7p

Mam pewien sekret, za który pewnie umieszczono by mnie w wariatkowie. Mieszkam na totalnym odludziu i czasami, jak mam gorszy dzień, a obowiązki dorosłego, żyjącego w społeczeństwie człowieka mnie przerastają, zakładam jednoczęściowy strój jakiegoś zwierzęcia (najczęściej wilka, ale mam też małpę i jelenia) i wychodzę w nim pod osłoną nocy do lasu, żeby biegać po nim na czterech "łapach" (bądź też wspinać się po drzewach, kiedy akurat jestem małpą). Zawsze wtedy wyobrażam sobie, że jestem "bezmyślnym" zwierzęciem i mogę żyć jak chcę, nie musząc całe życie uczyć się, pracować i wchodzić w interakcje z ludźmi (co i tak mam utrudnione przez lęk społeczny) tylko po to, żeby mieć na ogrzewanie, jedzenie i pieprzoną wodę z kranu. Gdyby tylko człowiek nie był taką łysą glistą (swoją drogą uważam, że zwierzęta ze swoim futerkiem są dużo ładniejsze od obrzydliwych, ludzkich, nagich ciał, często z rozstępami, krostami i całym tym gównem) i tak nie marzł bez drogich ubrań i żeby znalezienie pożywienia przychodziło mu tak łatwo, jak choćby takiemu gołębiowi, myszy czy wiewiórce, albo żeby chociaż miał kły i pazury i sam mógł sobie coś upolować...

Nienawidzę tego, że jestem "rozumnym" człowiekiem i muszę żyć w cywilizowanym społeczeństwie i cały czas płacić za życie, a Wy właśnie jako pierwsi dowiedzieliście się, jak od tego uciekam.
Wy i jeszcze jedna starsza pani, spacerująca późnym wieczorem leśną ścieżką, która mam nadzieję nie dostała zawału, kiedy pewien wyrośnięty jeleń wyjątkowo na dwóch nogach, bo już go plecy bolały, przebiegł tę ścieżkę tuż przed jej nosem (kompletnie jej wcześniej nie zauważywszy, przysięgam!) z jednej strony lasu do drugiej i przestraszony spierdolił dalej, nawet się nie zatrzymując. Ale to było naprawdę niechcący.

Praktykuję takie wypady już od jakiegoś czasu, błądząc po lesie godzinami i zawsze pod koniec wychodząc na pole i kładąc się gdzieś na trawie, żeby poobserwować gwiazdy. To mnie uspokaja. A bieganie "po zwierzęcemu" idzie mi coraz lepiej, w sumie ćwiczone już od dzieciaka (zgadnijcie, kto w zabawie w dom zawsze grał rolę zwierzaka).
Moim największym marzeniem jest stać się zwierzęciem, najlepiej ptakiem, ale zadowoliłoby mnie jakiekolwiek, byle nie pies, bo ten średnio sobie radzi bez ludzi. Ale że jest to nierealne, to oficjalnie marzę o bogactwie, bo choć nie znoszę tego, że pieniądze mną rządzą (nie znoszę wszystkiego, co mną rządzi, w tym prawa, które zakazuje kraść czy zabijać pod groźbą więzienia, dla samej zasady), to już by dało mi jakąś namiastkę wolności i furtkę do robienia tego, na co mam ochotę, a raczej do nierobienia tego, na co nie, jak na przykład chodzenie do szkoły, pracy i rozmawianie z ludźmi. Ale oprócz tej chęci wolności to po prostu lubię być zwierzęciem.

#Y9Ima

Będzie o życiowej kalece.

Nie mam ojca, wychowała mnie mama i dziadkowie. Nie mam rodzeństwa i zawsze byłam bardzo rozpieszczana. W domu nigdy nie miałam żadnych obowiązków, musiałam się tylko uczyć.

Na początku było super, ale w miarę jak dorastałam, zaczęło mi to coraz bardziej przeszkadzać. Doszło do tego, że w wieku szesnastu lat nie potrafiłam sobie nawet ugotować jajka! Niby śmieszne, ale raczej smutne i żałosne.
Próbowałam nawet się nauczyć, ale zawsze jak tylko brałam garnek do ręki, to pojawiała się babcia albo dziadek (dziadkowie byli już na emeryturze i zawsze któreś siedziało w domu) i mówili, że oni to zrobią, a ja mam iść sobie odpocząć po szkole. Zresztą ja i tak nie umiem, nie nadaję się do tego i mam to zostawić, bo tylko sobie krzywdę zrobię.
Mama uważała tak samo. Nigdy nie pokazała mi jak robić, no cóż, cokolwiek. Zawsze powtarzała, że przyjdzie jeszcze czas, że się w życiu narobię.

Wiem, że nie jestem tutaj bez winy. Powinnam bardziej walczyć o siebie i postawić na swoim, ale nie zrobiłam tego. Odpuściłam i tak sobie żyłam.

Pierwsza konfrontacja z rzeczywistością przyszła, kiedy wyjechałam na studia. Moje współlokatorki były znaczne bardziej ogarnięte życiowo ode mnie. Wstydziłam się, że nic nie potrafię więc udawałam, ukrywałam się i kombinowałam.
Najłatwiej było z jedzeniem. Żyłam na słoikach od mamy i parówkach. Obsługa pralki to była dla mnie czarna magia, więc brudne rzeczy chowałam i potem woziłam do prania, do mamy. Zdaję sobie sprawę, że mogłam się wtedy po prostu nauczyć obsługiwać tę pralkę, ale nawet nie próbowałam. Po latach słuchania, że nie potrafię, panicznie bałam się porażki. Bałam się, że ktoś to zobaczy, bałam się, że zepsuję pralkę albo zniszczę sobie ubrania czy zaleję sąsiadów. Byłam pewna, że to wszystko jest dla mnie za trudne i że zupełnie się do tego nie nadaję.
Najtrudniej było z prasowaniem. Starałam się przewozić ubrania tak, żeby były jak najmniej pomięte. Kiedy jednak już musiałam coś uprasować, to robiłam to butelką z gorącą wodą. Żelazka przecież użyć nie potrafiłam. Efekt tego był średni, ale jako tako to wyglądało.

Po studiach wróciłam do domu. Mama była wielce zaskoczona, że nadal nic nie potrafię zrobić "wokół siebie", przecież mam już te lata, że powinnam potrafić wszystko. No ale jak, skoro niczego mi nigdy nie pokazała?! To samo jednak nie przychodzi.

Teraz mieszkam sama i uczę się ogarniać życie... z internetu. Umiem już prać, sprzątać i prasować! Teraz uczę się gotować. Nie jest łatwo, bo zaległości mam mnóstwo, ale staram się je nadrobić. Metodą prób i błędów. Ostatnio pierwszy raz w życiu smażyłam. Wyszło średnio, ale i tak jestem z siebie dumna. Dla mnie to bardzo dużo. Jajko też już umiem ugotować. :)

#LA0BX

Rok temu odszedłem. Jej zostawiłem list, pieniądze na życie i zero złudzeń - tym razem to koniec.
Decyzja rodziła się od miesięcy, ale gdy tylko padał temat rozstania, zawsze ona płakała i mówiła, że skoro ją kocham, nie mogę zostawić jej w chorobie.
Ja zostawałem, ona obiecywała mi, że pójdzie do psychiatry.
Nigdy nie poszła.
Co jej było? Gdy była w domu, ze mną czy bliskimi, była najnormalniejszą osobą na całym świecie. Gdy musiała gdzieś wyjść, trzęsła się z nerwów, płakała, ze stresu dostawała biegunki. Podczas ataku paniki nie potrafiła wsiąść do autobusu, musiałem ją tam wciągnąć. Całą drogę stała i trzymała mnie za rękę, bo się bała. Łza leciała za łzą. Ludzie patrzyli na mnie jak na idiotę, a ja tak się czułem. Jak z dzieckiem, nie z kobietą.
Kiedyś ze stresu zrobiła pod siebie, stojąc w kolejce w banku. Wybiegła, ja za nią. Pobiegła do najbliższej stacji benzynowej, zamknęła się w łazience i dopiero po wyjściu powiedziała co się stało. Czułem wstyd i smutek, że nie umiem jej pomóc.

W pewnym momencie złość i frustracja spowodowały, że zacząłem ją wyśmiewać. W trasie poprosiła, byśmy się zatrzymali, bo ona musi do łazienki. Wkurzyłem się, bo byliśmy spóźnieni, a przed nami ostatnie 10 minut jazdy. Płakała, wpadła w atak paniki, ale ja jechałem. Wtedy zrobiła pod siebie drugi raz. Zaplamiła tapicerkę, a ja kazałem jej to sprzątać paczką chusteczek.
Gdy byliśmy umówieni ze znajomymi, a ona bała się wyjść, potrafiłem powiedzieć: "to zostań w domu i zasraj cały kibel, ja idę" i wychodziłem. Wracałem po 1-2 godz, bo wkurzony nie bawiłem się dobrze. A ona leżała w łóżku i płakała.
Rzuciła pracę, bo przestała normalnie funkcjonować, a moja frustracja rosła. Utrzymywałem naszą dwójkę. Fakt, mieszkałem u niej, więc to akceptowałem, ale czynsz, rachunki, jedzenie... Standard życia bardzo nam się wtedy położył.
Odszedłem. Nie miałem sił patrzeć, jak ona zamyka się w domu i płacze. Nie miałem sił spojrzeć sobie w oczy, gdy ona płakała, bo powiedziałem dwa słowa za dużo.

Niedawno znajomi powiedzieli, że ona ma nowego faceta. Najpierw mu współczułem, potem zacząłem dopytywać. Gdy ją zostawiłem, przez parę tyg była wrakiem, ale potem stanęła na nogi dzięki pomocy rodziny. Zabrali ją do domu, wozili po lekarzach, dostała leki, zaczęła terapię. Po pół roku bardziej zaczęła przypominać osobę, którą poznałem 4 lata temu. Znów zaczęła wychodzić do ludzi, na miasto. Poznała też faceta, który ją wspierał i dawał ogrom ciepła.

Wczoraj widziałem ich w kinie. I dotarło do mnie, jakim byłem dupkiem. Zamiast wozić ją po lekarzach prosiłem, aby coś z tym zrobiła. A ona nie miała na to siły i kończyło się tak, że rosła moja frustracja, a im bardziej ja jej dokładałem, tym bardziej ona była chora.
Kocham ją. Niech im się dobrze wiedzie.

#vzZw6

Uwaga - będzie obrzydliwie.

Domowe zacisze, zwykły wieczór. Jedyne, co miałam jeszcze tego dnia do zrobienia, to wzięcie prysznica i pójście spać.

Wchodzę więc pod prysznic i zaczynam się myć, aż tu nagle... Odkryłam, że na mojej prawej... ekhm... "niższej" wardze jest pryszcz. Nie taki normalny pryszcz, tylko ogromny, biały, stożkowaty ropniak. Z racji, że jestem fanką wyciskania takich rzeczy (wiecie, wrastające włoski, podrażnienia po goleniu i takie tam), bardzo się ucieszyłam i od razu zabrałam do roboty. Pryszcz był jednak dosyć niefortunnie umiejscowiony, tak na samym środku wargi, więc niewiele myśląc, złapałam ją miedzy palce i lekko "wykręciłam" w moim kierunku, żeby widzieć, czy aby na pewno robię to dobrze. Szybki, mocny ścisk i...

Potężna porcja ropy wyleciała z ogromną prędkością w powietrze i wylądowała prosto w moim prawym oku.

Jeszcze nigdy w życiu nie czułam takiego zażenowania i obrzydzenia jednocześnie.

#xlrim

Mieszkam w małym miasteczku. Pracuję w tzw. "budżetowce ". Ogólnie moja praca polega na robieniu niczego. Po prostu mam siedzieć przy biurku 8 godzin i już, nic więcej. Nikt mnie nie kontroluje, nie sprawdza siedzę cały czas sam. 

Mogę 8 godzin przespać, przegrać na kompie i nic się nie stanie. Zarobki jak na małe miasteczko wydają się dobre. Ogólnie prawie starcza do pierwszego (utrzymuje swoją żonę i dzieci) Ale... Wydaje mi się, że w jakiś sposób życie zawodowe przecieka mi przez palce. Nie wiem co o tym myśleć. Czasami mam myśli, że powinienem wyjechać gdzieś za granicę lub do większego miasta żeby zarobić lepiej, ale zaraz pojawiają się myśli "gdzie ja znajdę drugą taką pracę"...

#kLjjB

Anonimowe czytam już od dłuższego czasu. Chciałam podzielić się z wami moją historią.

Mój tata miał zawał i NZK, jedyną osobą, która mogła mu pomóc byłam ja. Bardzo przeżywam chorobę mojego taty i to, że nie jest w pełni sprawny, ale najważniejsze, że jest.

Gorsze jest jednak to, że doskwiera mi straszna samotność. Jestem jeszcze młoda, chodzę do liceum. Z pozoru miła, wesoła dziewczyna, która ma mnóstwo znajomych, ale tylko w szkole - w domu smutna i samotna. Moja niegdyś najlepsza przyjaciółka znalazła sobie nowe koleżanki. Owszem nadal się przyjaźnimy, ale to nie to co kiedyś. Czuję, że nie pasuję do tego nowego grona jej przyjaciół.

Najchętniej to nie ruszałabym się w ogóle z łóżka, ale jedyną rzeczą, a właściwie osobą, która mnie motywuje jest mój kochany tatuś. Naprawdę wszystko jest warte tego, żeby zobaczyć chociaż jeden malutki uśmiech na jego twarzy albo chociaż go przytulić.

#yWORT

Nienawidzę rozmawiać przez telefon ze znajomymi/rodziną. Zawsze jak ktoś do mnie dzwoni, to wyciszam telefon, za godzinę wchodzę na Fb i piszę: "Hej, dzwoniłaś, coś chciałaś?", nigdy nie oddzwaniam. Czuję lęk i dyskomfort podczas takiej rozmowy. Mam obawę, że nastanie cisza. O ile na żywo nie mam problemu z milczeniem, bo można chociaż na drugą osobę spojrzeć i się uśmiechnąć, to przez telefon właściwie nie wiadomo co zrobić w takiej sytuacji. Załatwiać różne sprawy, umówić się do lekarza przez telefon - to żaden dla mnie problem, bo dzwonię w konkretnej sprawie i wiem, że po załatwieniu tego się rozłączamy i nie trzeba wymyślać tematów do rozmów :)

#U6VFE

Mam 25 lat i wszystko zaczęło się dawno temu. Zostałem hazardzistą. Jak to bywa, na początku było dobrze, wygrałem sporą ilość gotówki, bo ponad 70 tysięcy złotych. Niestety roztrwoniłem wszystko dość szybko, zapożyczyłem się, żeby grać, a przegrywałem kolejne pieniądze, bo liczyłem na szybki zarobek... Teraz mam bardzo dużo długu, komornika na karku, dodatkowo ukradłem pieniądze swoim rodzicom. Nie potrafię sobie spojrzeć w twarz. Byłem w rozsypce, nie pracowałem, tylko myślałem skąd wziąć pieniądze, żeby odbić się od dna... Nie rozliczałem podatków, miałem problemy z urzędem skarbowym, straciłem zaufanie i zawiodłem bardzo dużo ludzi.

Kilka miesięcy temu poznałem kobietę swojego życia, dla niej staram się przestać grać. Jest to ciężkie i nie zawsze się udaje. I choć wyprostowałem sprawy w skarbówce, pracuję i zbieram na długi, to boję się przyznać do mojej przeszłości, która się za mną wlecze.
Dodaj anonimowe wyznanie