Szedłem do szkoły, w parku na swojej drodze przeplatanej wieloma ludźmi napotkałem menelika. Rzecz jasna zaczepił tylko mnie:
- Dzień dobry, młody człowieku.
- Dzień dobry, słucham... (Oczywiście moja mina była dosyć wymowna)
- Mam do ciebie nietypowe pytanie, mogę ci je zadać?
- Tak, oczywiście...
- Lubisz ptaki?
Tutaj lekko zgłupiałem, podejrzewając niecny podstęp, ale po chwili wahania powiedziałem z niepewną miną:
- Yyyy, tak.
A pan menelik na to:
- To wspomóż SĘPA.
Słysząc to parsknąłem śmiechem i oczywiście sypnąłem dwójkę.:D
Byłem ostatnio w odwiedzinach u siostry. Ma dwóch synów (16 i 14 lat) oraz córkę (13 lat).
Siedzieliśmy, piliśmy kawę. W pewnej chwili N. powiedziała:
- Chłopaki, oderwijcie się na chwilę od tej gry i pozmywajcie.
(Dodam, że nie była to gra online, dało się zastosować)
- A K. nie może? - zapytał młodszy.
- Właśnie, zmywanie to babska robota - dodał starszy.
Widziałem, jak siostrze drgnęła powieka.
- A niby gdzie jest to napisane? Chłopcy mają wrodzone uczulenie na pomaganie w domu?
- Mamo, ale zawsze tak było. Mężczyźni polowali i przynosili jedzenie, a kobiety zajmowały się domem i dziećmi.
Na twarzy N. pojawił się chytry uśmiech. Wstała, wyjęła z gniazdka wtyczkę od konsoli.
- W takim razie ja i K. posprzątamy dom, a wy wypieprzajcie do lasu i proszę nie wracać mi bez dzika. Z czegoś w końcu kobiety muszą ugotować obiad, prawda?
Pozmywali.
Jeden nawet później odkurzył.
Po śmierci dziadka moja babcia skrajnie się załamała. Nie jadła, żyła tylko o herbacie i wciskanych jej niemal siłą zupach. Wymiotowała, całe dnie leżała albo siedziała gapiąc się w sufit. Cierpiała niemiłosiernie. Babcia to najcudowniejsza, najukochańsza osoba jaką wszyscy znamy. Zaczęła mieć objawy choroby psychicznej. Najgorzej było, gdy w końcu się podniosła, próbowała coś zrobić, a potem odruchowo mówiła coś do dziadka, wołała go albo szła w miejsca, gdzie lubił przesiadywać/leżał i go tam nie zastawała. Potrafiła po prostu paść na podłogę i wyć, albo co gorsza biegała wszędzie z obłędem w oczach, szukając dziadka.
Wszystko zmieniło się, gdy podarowałam jej kociaka. Był bardzo młody, jeszcze potrzebował karmienia mlekiem, choć sam człapał. Jeśli chcecie mnie skrytykować, doczytajcie proszę do końca. Przyniosłam go do babci prosząc ją o pomoc w jego odratowaniu, bo "ja nie umiem, nie znam się, mam problemy z czasem (praca plus uczelnia)". Babcia mimo swojego stanu zajęła się nim, bo prędzej by sama padła, niż zostawiła potrzebującego na pastwę losu.
Chociaż na imię dostał Pruszek (od swojej mizerności) i był tak nazywany przez babcię od dwóch miesięcy, reagował tylko na zdrobniałe imię dziadka. Miejscówki dziadka natychmiast stały się jego ulubionymi miejscami. Potrafił miauczeniem prosić, by wsadzić go na wyściełany fotel albo ławeczkę przed domem. Gdy coś przeskrobał, np. zbojkotował narzutę na kanapie, babcia z przyzwyczajenia groźnie wołała "FELICJAN, coś ty zrobił, na litość boską?!" natychmiast przepraszał, przymilając się, na co babcia reagowała jeszcze większą miłością niż zwykle.
Rodzina uznała to za coś w rodzaju cudu/reinkarnacji/znak od dziadka. Babci wrócił dawny wigor i chociaż wciąż cierpiała po dziadku, stała się dawną sobą. Gdy wołała "Feluś", zawsze był odzew. Z czasem znów gotowała, sprzątała, gadała jak katarynka, Feluś stał się dla niej wszystkim.
Teraz część anonimowa. Kociak nie był taki sam z siebie. Ukradłam go kocicy, która mieszkała od lat na naszym osiedlu, ale była tak nieudolną matką, że każdy jej miot ginął i ludzie tylko znajdowali trupki na jezdni/w piwnicach. Próby pomocy kończyły się marnie, nawet fundacja nie dała sobie z tym dzikusem rady. Gdy zobaczyłam, że znowu ma małe, podstępem jednego ukradłam (nie chciałam zabierać wszystkich), gdy był jeszcze maleńki. To ja nauczyłam go reagowania na Felusia/Felicjana. Potajemnie spryskiwałam miejsca dziadka zapachem, do którego go przyzwyczaiłam i dopiero dałam babci. Bałam się efektu bardzo, ale byłam zdesperowana widząc cierpienie babci.
Jego rodzeństwo znów nie przeżyło. Podejmujemy kolejne próby ogarnięcia tej kotki, ale spełzają one na niczym. Poprosiliśmy o pomoc kogoś, kto może ją uśpić strzałkami i zabrać na sterylizację, ale nie wiemy, czy odpowie.
Pamiętam, że miałem wtedy około sześciu, może siedmiu lat. Często zostawałem wówczas pod opieką starszej siostry, ale zajęta była zwykle koleżankami lub chłopakiem, więc robiłem zwykle to, na co miałem ochotę.
Pewnego deszczowego dnia włączyłem telewizor, leciało jakieś romansidło. Nie miałem wtedy pojęcia o rodzajach pocałunków; nie widziałem też, że nie wszystkich można całować na pewne sposoby... Pamiętam, że obejrzałem cały film, nie pominąłem nawet wątków erotycznych, nie zasłaniałem oczu, właściwie to przeciwnie - śledziłem seans z zafascynowaniem.
Minął jakiś czas i czekałem na powrót mamy do domu. Cały tydzień bez niej był dla mnie wtedy czymś strasznym. Zdecydowanie byłem maminsynkiem. Przywitałem ją buziakiem. Nie takim rodzinnym, a raczej długim, namiętnym i... mokrym. Próbowałem wsadzić język do jej ust. Zauważyłem zażenowanie i duże zaskoczenie z jej strony. Z dumą poinformowałem, że widziałem "coś takiego" na filmie.
Teraz mam siedemnaście lat i wciąż czerwienię się na samo wspomnienie tej sytuacji.
Nie znoszę "koleżanek" z pracy.
O pracy w kobiecym zespole można by opowiadać legendy, wiele historii słyszałam (niekorzystnych oczywiście) i niestety, ale przekonuję się, że większość jest prawdziwa.
Nikt nie jest tak wredny i zawistny, jak jedna kobieta wobec drugiej... ale od początku.
Kilka miesięcy temu zmieniłam pracę, kompletnie inna branża, inne miasto i ogólnie same nowości.
Trafiłam do 4-osobowego składu Biura Obsługi Klienta jako wsparcie, takie piąte koło u wozu. Na starcie okazało się, że jestem najmłodszym pracownikiem, mimo moich 29 lat. Oczywiście dla mnie to nie problem, ale "koleżanki" nieco kręciły noskami, jak taka gówniareczka sobie poradzi (to przydomek, który słyszę często).
A poradziłam sobie świetnie. Podeszłam z zapałem do szkoleń, szybko rozpoczęłam pracę z klientami, bo choć nie znałam tej branży, to pracę z ludźmi uwielbiam. Szefowa początkowo zasypywała mnie pochwałami, na forum publicznym przytaczała ile rozmów miałam, ile klientów obsłużyłam, jakie zdanie mają pracownicy innego działu o mojej pracy... i tu zaczęły się schody.
"Koleżanki" wypytały, ile zaproponowali mi na umowie, kolejnego dnia usłyszałam, że do księgowości poszło zażalenie, że takiej niedoświadczonej osobie jak ja 2 tys. netto się nie należy :)
Przyjeżdżam do pracy 15 minut przed 8, bo po prostu nie lubię się spóźniać, jedna z kobietek miała mi dorobić klucz, żebym nie musiała czekać na schodach, nie doczekałam się. Szefowa w końcu podarowała mi swój, po tygodniu, gdy wróciłam z przerwy lunchowej okazało się, że mój klucz zniknął... Z biurka, z pokoju, gdzie były tylko "koleżanki".
Poszło anonimowe zgłoszenie, że przyjeżdżam do pracy wcześniej, by kraść kawę, więc przez kilka dni z rzędu miałam sprawdzaną torebkę, czy czegoś nie wynoszę.
Pomyślałam sobie, że będę twarda, zwłaszcza że praca sama w sobie jest przyjemna.
Ostatnio odbyłam rozmowę z szefowa odnośnie tego, że wychodzę z pracy punkt 16, a powinnam 16:01. Ubieranie się przed 16 bardzo przeszkadza koleżankom, zakłóca im pracę...
Im więcej było zażaleń, tym bardziej skupiałam się na pracy, a im lepiej sobie radzę, tym więcej się żalą. Błędne koło.
Pomyślałam, że tak się nie da żyć, upiekłam więc szarlotkę z tabletkami na przeczyszczenie. Przy oczyszczaniu czajnika z kamienia "przypadkiem" nie wypłukałam resztek octu. Firmowe mleko zaczęło mi się rozlewać, albo leję pełen kubek tylko po to, by nie starczyło koleżaneczkom. Papier toaletowy chowam w męskiej toalecie, tak że "koleżanki" szybciutko oskarżyły o kradzież nasz męski dział IT. Odłączam im kabelki od komputera, tak że nerwicy dostają, "bo znowu coś nie działa".
Drobnostki, można by rzec, a cholernie mnie satysfakcjonują.
I wiem, że to niepoważne, że nie powinnam, że dorosłej nie przystoi... ale wciąż szukam sposobów, jak dopiec im bardziej.
Mój ojciec palił fajki odkąd pamiętam. Przez całe moje życie towarzyszył mi zapach dymu papierosowego. Ojciec potrafił palić dwie paczki dziennie.
Kiedy miałem 16 lat przestał. Rzucił palenie.
Widząc, ile kasy na to przeznacza, postanowiłem, że nigdy nic nie zapalę i słowa dotrzymałem. Z tym że jest mały problem.
Niedawno dowiedziałem się, że mam raka płuc.
Dzięki, tato.
Miałam wtedy 4 latka. Tata zabrał mnie do teatru na spektakl dla dzieci "Królewna Śnieżka". Oglądam spokojnie, gdy nagle zaczyna się scena z zatrutym jabłkiem. Wszystkie dzieci na sali krzyczą "Nie jedz tego! To trujące! Nie jedz!". Nastała chwila ciszy, aktorka zbliża jabłko do ust i nagle ja krzyknęłam na całą salę "Tato, to ona będzie je jadła ze skórką?".
No cóż, aktorzy nie mogli się powstrzymać ze śmiechu i musieli na chwilę przerwać spektakl :D
Pracuję w kraju trzeciego świata (jak kogoś to uraża, to niech wróci na geografię), no wiecie, jak to jest, specyficzne zwyczaje. Jestem jednocześnie pracownikiem uniwersyteckim i zarazem pracuję w firmie nowych technologii, taki kontrakt. Warunki ogólne kraju średnie, ogólnie syf, bieda i "malaria", ale to duże miasto, pensja zacna, dużo większa niż w Polsce, a i tak dom, gosposia i jedzenia za darmo, więc te kilka lat się przemęczę. Poza tym piękne widoki, egzotyczne potrawy, wszyscy bardzo mili. Nie narzekam na nic. Tylko jest jeden problem. Jak przyjechałem, to witano mnie serdecznie. Nawet się nauczyli słowa "witamy" i drugiego - "k*rwa". Taaaak. Cóż, chcąc być miłymi dla mnie, wszyscy k*rwują kilka razy w każdej wypowiedzi, polubili to bardzo. Mają już taki nawyk.
"Mejbi zup, sahib Kawalski? I make tomato zup spesiali for ju, pomidorowa. K*rwa very good".
Mają śmieszny angielski, nawet używają zup zamiast sup (soup), bo ja mówię zupa. Ogólnie mają radość, jak słyszą nowe słowa i czasem je zapamiętują.
"Tak, tak, musimy skończyć ten projekt (eng) i k*rwa mać ( pl), bardzo dobre wyniki sprzedaży mamy (eng)".
Nawet na ulicy szanowni obywatele "uchylają kapelusza" i mówią "Witam, mr Kawalski, k*rwa such a nice day".
Ostatnio nauczyłem ich, że jak ktoś chce być mega grzeczny, to używa "kurła". Bo jednak mnie to ciut raziło, jak oni k*rwują co drugie zdanie... Niezależnie, czy na budowie, czy na spotkaniu korporacyjnym. Teraz w restauracji, w urzędzie czy na przyjęciu słyszę "kurła". Wymawiają to mniej więcej "kuuuurła". Tak dystyngowanie. A "k*rwa" nadal używają na co dzień. W sumie jest to miłe, choć jak przyjedzie ktoś z Polski, to się zdziwi... Jak przyjechał Niemiec na wykład, to go zapytali o to, czyje były obozy śmierci. Miał szczęście, że odpowiedział, że niemieckie (death camps was german, nazi Germany), bo inaczej by go wywalili z uniwersytetu. Bardzo się przejęli wszyscy losem Polski, utraconych Kresów i 6 milionami ofiar. Dużo bardziej niż cywilizowana Europa, która perfidnie mówi, że to nasze obozy. Naprawdę mili ludzie. Nawet powiedzieli do Niemca, "there is Poland so don't kill anyone". Łapie to za serce, że obcy ludzie tysiące kilometrów po usłyszeniu paru historii i wierszyków czują się częściowo Polakami. Szczególnie spodobały się im czapki szlacheckie z kitą i motyw husarii. Nauczyłem kilka dzieciaków nawet hymnu, Roty itp. Kaleczą trochę, ale super to jest, bo one chcą się uczyć z własnej woli. Widać, że to co wszyscy robią to więcej niż grzeczność dla gościa. Ci ludzie słuchają z zainteresowaniem i wręcz czekają na kolejne historie. Miło mi, jak uwielbiają polską kuchnię, "mr german no bratwurst, we prefere pierogi, bigos i wódka. Kutia better than bawarian prezel". Nawet w temacie migracji mają podobne zdanie jak większość Polaków. Dałem im też pocztówki z Polski. Normalnie Polacy :D
Dwa tygodnie temu poroniłam. Już było dość dobrze, pogodziłam się z tym, psychicznie też było okej. Aż do wczoraj.
Odwiedziłam babcię z okazji jej święta. Gości było sporo. Nagle zaczął się temat czyichś dzieci. Już wtedy trochę mnie zakłuło w sercu, przecież też chciałam mieć dziecko. Nagle babcia wyskoczyła przy wszystkich z tekstem "a wam co, nie wyszło?".
Nie wytrzymałam, pobiegłam się wypłakać do łazienki. Słyszałam jak ciocia mówiła "po co takie coś wspomniałaś?", a babcia "a co w tym strasznego?".
Po kilkunastu minutach płaczu stwierdziłam, że nie chcę wracać do gości i pojechałam do domu.
Dziękuję, babciu, zawsze można na ciebie liczyć.
Wiele lat temu poznałam faceta, Michała. Zaczęliśmy ze sobą chodzić, po roku mieszkaliśmy ze sobą, potem zaręczyny, ogólnie sielanka.
Zawsze też miałam o te 10 kg za dużo. Raz chudłam, raz tyłam, ale szczupła to ja nigdy nie byłam. Po roku narzeczeństwa zmieniłam pracę na bardziej stresującą i cóż... Zajadałam stres. Wieczorem czekoladki, rano batonik, bo szkoda czasu na przygotowanie jakiegoś wartościowego posiłku, kiedy terminy gonią... Tyłam i nawet tego nie zauważałam. Dopiero gdy widziałam siebie na zdjęciach, dostrzegałam jak ogromna się staję. Mój partner coś pobrzękiwał, że może warto schudnąć. Posłuchałam go i wzięłam się za siebie. Racjonalnie. Dietetyk, dwa razy w tygodniu siłownia. Nie obciążałam się za bardzo, tak żeby chudnąć powoli, zmieniać stopniowo nawyki żywieniowe. Mi to odpowiadało, Michałowi nie. Coraz częściej pozwalał sobie na niewybredne uwagi "ale masz duży brzuch" albo "czy ta twoja dieta w ogóle działa, bo nie widać?". Podczas kłótni bardzo często nazywał mnie grubasem, tłuściochem, monstrum. Płakałam po nocach i obwiniałam siebie za to, że tak o mnie myśli. Podczas wesela kuzynki, kiedy brałam kotleta na talerz, potrafił spytać "Na pewno chcesz to jeść?". Popadałam w straszne kompleksy i byłam z nim, głęboko przekonana, że i tak nikogo nie znajdę ze swoją figurą, a on mnie przecież kocha.
Bardzo wzięłam sobie do serca jego uwagi, popadłam w straszne kompleksy. Nie wychodziłam w ogóle z domu, jedynie do pracy, zamknęłam się w sobie i... katowałam się. Dieta 500-600 kcal dziennie i wyczerpujące treningi. Właściwie cały mój świat stał się liczeniem kalorii. Żeby zjeść nadprogramowy wafel ryżowy, zastanawiałam się pół godziny. Schudłam dużo. Bardzo dużo. Wyglądałam jak żywy trup. Po roku starzy znajomi nie mogli mnie poznać, a mama niepewnie wypytywała się mnie, czy nie mam raka. A mój luby? Z początku był szczęśliwy, widząc jak kilogramy lecą, a potem nagle stałam się za chuda. Z "grubasa" przeszedł na "worek kości" i teksty typu "boję się cię dotknąć", "wyglądasz jak kościotrup, żadna z ciebie kobieta". Bolało, ale już nie potrafiłam z tego wyjść. Bałam się, że znowu będę gruba i brzydka.
Nie docierało do mnie, że ja ledwo żyję. Brak miesiączki, wieczne bóle mięśni, omdlenia, krwotoki z nosa. Nie szłam do lekarzy, bo wiedziałam, co powiedzą.
W końcu moja mama kiedyś usłyszała przez przypadek, jak mój narzeczony się do mnie zwraca. Spakowała moje walizki, ojciec na siłę mnie wyprowadzał i nawet się nie obejrzałam, a siedziałam u psychiatry. Wtedy nienawidziłam ich, chciałam wrócić do Michała, myślałam, że zniszczyli mi życie. Ale dzisiaj, po 10 latach, jestem im ogromnie wdzięczna, zwłaszcza jak patrzę na mojego drugiego męża - cud, a nie mężczyznę.
Dodaj anonimowe wyznanie