#bWJO7

Mój syn miał wyjechać na dłuższy czas za granicę, dlatego ja i mój mąż mieliśmy przyjechać do jego mieszkania (jest na studiach) i spędzić z nim kilka dni, a potem odwieźć go na lotnisko. Przed przyjazdem zajechaliśmy jeszcze do paru sklepów, aby kupić kilka drobiazgów.

Gdy jechaliśmy już do mieszkania, zajrzałam do jednej z toreb z zakupami, która leżała koło mnie i znalazłam w niej duże opakowanie wazeliny i paczkę prezerwatyw. Zdziwiona zapytałam męża po co to kupił, a on na to, że nasz syn poprosił go o kupienie wazeliny, a prezerwatywy kupił tak na wszelki wypadek, żeby pamiętał o chorobach. Zdziwiło mnie to, mimo że syn powiedział nam dawno temu, że woli chłopców, bo nigdy nie rozmawiał z nami na takie tematy i taka prośba całkowicie do niego nie pasowała. W głębi duszy coś mnie zabolało, bo nagle pomyślałam, że może tylko ze mną nie chce o tym rozmawiać i zawsze jak tylko wspominałam cokolwiek o seksie, to jak najszybciej próbował zmienić temat. Pomyślałam, że bardziej ufa ojcu i przez to przez całą drogę analizowałam wszystkie moje błędy wychowawcze, które mogły doprowadzić do tego, że nie ufa nam na tym samym poziomie. Pomyślałam, że to na pewno przez to, że zbytnio na niego naciskam i za bardzo go o wszystko wypytuję i pewnie przez to czuje się przy mnie niekomfortowo.

Gdy weszliśmy do mieszkania, a ja już przekonałam samą siebie jaką to beznadziejną matką jestem, mój mąż przekazał synowi to co kupił, przy okazji wspominając mu coś o odpowiedzialnym seksie. Syn popatrzył na mnie zakłopotany i powiedział coś w stylu "eee, dzięki", a ja załamałam się całkowicie, bo jak zwykle wyolbrzymiam każdy problem i stwierdziłam, że moja obecność na pewno mu przeszkadza.

Aż nagle nasz syn zapytał:
- A znaleźliście jakąś walizkę?
- Jaką walizkę? - zapytał mąż
- Nie czytałeś mojego SMS-a? Zepsuła mi się walizka i muszę kupić nową przed wyjazdem.

No i okazało się, że syn wcale nie prosił o "dużą wazelinę", tylko o "dużą walizkę", a mój mąż nie doczytał dokładnie i wyszło co wyszło.

Zdaję sobie z tego sprawę, że jestem przewrażliwiona i szukałam problemu tam gdzie go nie było, ale tak czy inaczej ulżyło mi.

#sxnea

Kilkanaście lat temu, gdy miałam 5 lat, rodzice chcąc gdzieś wyjść zostawiali mnie pod opieką prababci. Jako ukochana babcia pozwalała mi czekać na ich powrót w oknie. Gdy pewnego dnia mimo późnych godzin nocnych nie wracali, babcia kazała mi się położyć spać i tłumaczyła, że wypadło im coś pilnego.

Na drugi dzień obudziłam się, widząc obok siebie mamę. Powiedziała, że tato miał wypadek i teraz musi wyzdrowieć w szpitalu. Nie zabrała mnie, ponieważ było to ponad 100 km dalej.

Trzy dni czekałam u babci, rysując dla taty laurki z życzeniami wyzdrowienia. Czwartej
nocy miałam sen, w którym jak zawsze schowałam się przed tatą, kiedy ten wracał z pracy i mnie szukał. Jednak kiedy wszedł do pokoju, w którym się schowałam, nie szukał mnie, tylko powiedział, że nie ma czasu, musi iść na jakiś czas gdzieś, gdzie go potrzebują, a ja mam w każdej sytuacji słuchać się i szanować mamę. Zaskoczona tylko powiedziałam "dobrze".

Zaraz po obudzeniu pobiegłam do babci na śniadanie. Ta płakała przy stole, przytuliła mnie i powiedziała, że tato nie żyje.

#NTJqV

Kompleksy to domena nastolatków. Wydawało mi się, że ze swoich również się wyleczyłem.

Kiedyś byłem niski i chudy, 125 cm wzrostu i ~25kg wagi w 4 klasie podstawówki. Bilans 10-latka znalazłem przy okazji grzebania w papierach. Do 24 roku życia udało mi się dobić do imponujących 172 cm wzrostu i 48 kg. Plus dodatkowe 48 kg kompleksów, począwszy od nadgarstków, które można objąć kciukiem i najmniejszym palcem, przez kurzą zapadniętą klatkę, aż po łydki, na które wciągałem rękawy bluzek i było miejsce na gazetę.

Zacząłem pracować; lwią część wypłaty przeznaczałem na swoją sylwetkę, jednak przemiana materii działająca na zasadzie "przełknij i wydal" wymuszała na mnie spożywanie 4000 kcal dziennie. Po roku takiej diety zacząłem mieć wstręt do jedzenia, budziłem się przejedzony. Ale 67 kg waga wskazywała. Do tego później ćwiczenia cardio, basen, bieganie i waga stoi nieprzerwanie na 64 kg, gdzie wymiarowo mam w klatce 100 cm, w talii 74, w udzie 60, ramię 33 - nie piszę tego po to, żeby się pochwalić, tylko dla lepszego zobrazowania całej sytuacji - żebyście mnie źle nie zrozumieli. Bardzo wzrosła mi pewność siebie, jako że i na brzuchu mam zarysowane mięśnie, zrobiłem się - w moim odczuciu - barczysty, musiałem wymienić wszystkie ubrania. Na pamiątkę zostawiłem sobie tylko jedną koszulę w rozmiarze XS, którą musiałem zwężać, żeby na mnie nie wisiała, a teraz nie jestem w stanie jej wciągnąć na plecy.

Chodziłem z głową w górze, nie pusząc się, aczkolwiek jako człowiek znający swoją wartość, który dużo osiągnął. Co słyszę dalej - chudzielec, wieszak, Oświęcim, ty przytyłeś w ogóle, gdzie niby? Dorośli ludzie - ja bym naprawdę zrozumiał, gdyby osoby wydające taki osąd miały po 14 lat. Dalej uważam, że znam swoją wartość, jestem wysportowany, zdrowy fizycznie, mam książkowe wyniki. Jednak pewność siebie jak była, tak się rozmyła. Co z tego, że dalej dbam o siebie ćwicząc, skoro znów patrząc w lustro widzę tego samego chudzielca, który zaczynał przygodę z siłownią. Dla dowartościowania zakładam czasem tę koszulę z dna szafy, jednak nie ma już takiego spektakularnego kopa w zad jak kiedyś. Tłumaczę sobie to zachowanie ludzi tym, że są leniwi i takie uwagi kierują ze zwyczajnej zawiści i bólu zada. Mimo tego, nie mam teraz nawet odwagi by zaprosić gdzieś jakąś koleżankę, choć kiedyś nie robiło mi to żadnego problemu.

#lDU02

Wczoraj w pracy poszedłem do ubikacji. Pisuar + toaleta przedzielone ścianką działową, 2 x drzwi. Podszedłem do pisuaru i siuuu. Nagle słyszę, że do ubikacji obok wpada jakiś koleś, szybko rozpina spodnie i ściąga gacie, siada na klopie i sruuuuururururuurrrruuuuu... Normalnie taka biegunka, że chyba meksykańskiego kebaba maślanką popił. I słyszę, że coś mówi. Dosłyszałem "Et dimitte nobis debita nostra". Zawinąłem się stamtąd, ale po powrocie do kompa aż sobie sprawdziłem na necie. Gość odmawiał "Ojcze nasz" po łacinie. Normalnie spodziewałbym się "O żesz ku... , ja pier..." itp., a tu taki religijny człowiek... Szacuneczek.

Czekam na wpis na anonimowych: "Raz mnie taka sraka złapała, że się do Boga o pomoc modliłem".

#311Ht

Będąc na pierwszym roku studiów, nie mogłem ominąć najważniejszego wydarzenia w życiu studenta, jakim są oczywiście Juwenalia. Po należycie wypełnionym studenckim obowiązku w typowo pojuwenaliowym stanie udałem się na przystanek celem oczekiwania upragnionej sto pięćdziesiątki dziewiątki. Zmęczony swoim stanem usiadłem na ławce obok niemniej strudzonego studenta. Po chwili kolega zdecydował się wykorzystać moje ramię do odpoczynku i tak, będąc jego podporą, wspólnie z nim oczekiwałem na przyjazd autobusu.

Po kilku minutach pod przystanek przyjechała taksówka, a miły pan taksówkarz obwieścił, że oto zgodnie z zamówieniem gotów jest do jazdy. Mimo miłego zaskoczenia próbowałem wytłumaczyć, iż osobiście taksówki nie zamawiałem i podziękuję za przejażdżkę, jednak miły pan stanowczo zaznaczył "chłopaki, jestem na pewno po was". Cóż było robić, trzeba było posłuchać taksówkarza. Po kilku próbach zbudzenia towarzysza, nie chcąc przeszkadzać mu w głębokich marzeniach sennych, zostaliśmy z kierowcą zmuszeni do wniesienia kolegi do taksówki. Podając kierowcy miejsce docelowe, usiłowałem również dokonać opłaty za przejazd. Tu również napotkałem na opór ze strony taksówkarza, który oznajmił, że przejazd jest już opłacony. Zdziwiony, ale i bardzo zadowolony dojechałem wkrótce do końca naszej trasy. Wesoło wysiadając, żegnając się z taksówkarzem już chciałem odejść, gdy kierowca uświadomił mi, że w taksówce nadal pozostaje mój śpiący przystankowy kolega. Nie mając pojęcia o miejscu zamieszkania znajomego, a sam mieszkając w dzielnicy opanowanej przez studentów, postanowiłem pozostawić go w tym miejscu. ''W końcu otoczony studentami na pewno po obudzeniu będzie się czuł na miejscu'' - pomyślałem. Tak więc ponownie z miłym panem wzięliśmy jegomościa pod pachy i usadowiliśmy go na przystankowej ławeczce. Zadowolony z pomocy jaką okazałem, a także z darmowego i wygodnego transportu, oddaliłem się ku nie mniej wygodnemu łóżku.

PS: Pozdrawiam kolegę z przystanku, w ten dzień musiałeś uwierzyć, że teleportacja istnieje.
PS2: Dziękuję nieznanym sponsorom taksówki, anioły stróże są wśród nas :D

#wcTAt

Mama zawsze ostrzegała: nie spoufalaj się z obcymi, nie łaź sama w odludne miejsca, zwłaszcza po zmroku (tj. na cmentarz, do parku, nad rzekę i pobliskiego lasu), ubieraj się tak, żeby nie świecić tyłkiem i przede wszystkim módl się, żeby w czarnej godzinie ktoś przyszedł ci z pomocą... to MOŻE nic złego się nie stanie i kleszcza jeszcze nie złapiesz.

Mieszkam na obrzeżach sporego miasteczka. Wracałam od koleżanki do domu, było piękne lato, słońce właśnie znikało za linią sosnowego boru. Na przełaj, przez las, miałam do domu może z 500 - 750 metrów, ale oświetloną drogą ze dwa razy tyle. Nagle ziemia drży. Czuję wybijący gejzer w okolicy kości ogonowej. Ale do lasu niet, bo ciemno, jestem sama, tyłka trzeba pilnować, bo mam tylko jeden...

5 minut później niemal wszystkie przestrogi mojej mamy poszły na urlop. Zapuściłam się całkiem sama, po ciemku, głęboko w las, świeciłam tam dupskiem i przy okazji modliłam się, aby nikt mnie tam nie zdybał. Prawie poleciałam na Marsa.

Majtki i spódnica ucierpiały (trochę popuściłam przy poślizgu w leju po bombie, spódnica się porwała), więc je wyrzuciłam do najbliższego śmietnika pod lasem i tak człapię w ciemności pobocza do domu z palącym tyłkiem, zakrywając się długim swetrem i tuniką. Brakowało mi 100 metrów, gdy przywaliły się do mnie dwa dziki - jeden w dresach, drugi z szablami. Święta od spraw beznadziejnych, do której kierowałam moje modły, musiała mieć tamtego dnia wybitnie złośliwe poczucie humoru, bo od tego drugiego uratował mnie ten pierwszy pan, płosząc dzika krzykiem i petardą. Pan dres troskliwe odprowadził mnie do domu, a gdy potknęłam się na schodach i zaświeciłam zadkiem, stwierdził: "Też bym się zesrał, jakby mnie dzik gonił i obcy chłop zaszedł drogę. Dobranoc!".

Nie wiem, kto to był, ale serdecznie mu dziękuję!

#vaD7z

Od zawsze boję się dentystów... A jakiś czas temu, przez swoją własną głupotę, musiałam wyrwać ząb. Pierwszy raz w życiu! Ile stresu, nerwów, emocji. No, ale OK - umówiłam się do chirurga i nastawiłam się, że przecież nie może być tak źle.

Gdy weszłam do gabinetu, zobaczyłam przystojnego pana chirurga. Z natury jestem gadatliwą osobą, więc rozpoczęłam rozmowę, powiedziałam o moich obawach w związku z pierwszym wyrywaniem zęba. Dostałam znieczulenie i pan chirurg zaczął działać. Trwało to kilka minut, ja cała zestresowana siedzę na fotelu z myślą, że dałam radę! Między nami wywiązał się dialog:
- I jak? Nie było tak źle?
- W sumie nie, ale na tym fotelu można robić lepsze rzeczy. Chyba wie pan jakie.

Dopiero po wyjściu z gabinetu uświadomiłam sobie, co właśnie powiedziałam...

#bl1H9

Jakieś 20 lat temu pracowałam chwilę we Francji. W tym czasie mój język okrutnie kulał i często myliłam słówka.

Kiedyś szef zaprosił nas do siebie na obiad. Chciałam się popisać znajomością języka i zaczęłam opowiadać, jakiego mam pięknego, włochatego kota (mieliśmy wtedy pięknego kota, persa). Z tym że kot to "chat", a ja używałam słowa, którym określa się damskie narządy... Tak więc przy ogólnej konsternacji opowiadałam, jaką to mam włochatą i miłą ekhm... sami wiecie co ;)

#TNbf1

Piszę to wyznanie z ciekawości, co pomyślą o tym inni.
Swego czasu miałam jakieś dziwne przeczucia. Zaczęło się w pierwszej ciąży, od początku nie martwiłam się, wiedziałam, że wszystko będzie dobrze, tak też się stało. W drugiej ciąży od razu czułam niepokój, straciłam ją tydzień po pozytywnym teście. Kiedy zaszłam w trzecią, znowu czułam się spokojnie, dziecko urodziło się zdrowe.
W trakcie tej mojej trzeciej ciąży mąż wybierał się na koszykówkę, powiedziałam mu, że coś się stanie. Niby nic wielkiego, jednak doznał kontuzji, przez którą rehabilitował się cały rok i groziła mu operacja. Innego razu wybierał się na piwo, często na nie chodzi, ale tym razem znowu poczułam niepokój. Oczywiście zignorował moje przeczucia. Na następny dzień wymiotował tak, że mój tata chciał wzywać karetkę. Sam był w szoku, bo wypił trzy piwa. Dalej było jeszcze lepiej. Pewnego razu przyśnił mi się spadający samolot, a właściwie tylko spadający biało-granatowy ogon. Za dwa dni w radiu usłyszałam, że samolot gdzieś na tropikach się rozbił, z ciekawości weszłam na internet poszukać zdjęć z katastrofy. Na zdjęciach był widoczny jedynie ogon i to taki sam jak we śnie.

Kolejna sytuacja była w sierpniu, rodzice męża chcieli zabrać naszą córkę na wieś. Dzień przed powiedziałam mężowi, że znów czuję, że coś się stanie. Ale zwaliłam to na zwykły lęk o dziecko, bo podróż trwała 2h, a córa ma 3 latka, więc jeszcze jej tak samej nie puściliśmy.

Godzinę po tym, jak pojechała, teść dzwoni do męża, że był wypadek, facet zjechał z drogi przez sarnę i wpadł na czołówkę, jeden kierowca zmarł, a teścia auto do kasacji... Z córką na szczęście wszystko OK, ale chyba zacznę wierzyć w swój szósty zmysł, choć jestem sceptyczna co do takich spraw.
Dodaj anonimowe wyznanie