#Nv0TD

Zacznę od krótkiego opisu mojego życia przez ostatnie 7 miesięcy.

We wrześniu dowiedziałam się że jestem poważnie chora, a mianowicie nowotwór, później były poważne komplikacje. Było ciężko, ale dałam radę, wygrałam tą walkę. Część anonimowa przed wami, a dokładnie chodzi o mojego tatę. Niestety, leczenie oprócz tego, że wyzdrowiałam, przyniosło również skutek uboczny, a dokładniej to, że przytyłam 20 kg. Ja się tym jakoś szczególnie nie przejęłam, bo wiem, że przyjdzie czas, by zrzucić zbędne kilogramy, latem, jak będzie ciepło. Tylko mój tata nie akceptuje mnie jako pulchnej nastolatki (mam 16 lat). Nigdy nie krył się z tym, że nie akceptuje osób z nadwagą... W ostatni weekend zrobił mi "wykład", że jako młoda dziewczyna, która powinna się podobać każdemu mężczyźnie, ja obrzydzam ich swoim wyglądem... albo że "obżeram się tłustymi posiłkami i zajadam słodkim", a najczęściej porównuje mnie do szczupłych osób... Jest tego o wiele więcej, ale skończę na tych przykładach.

Ostatnio z nerwów boję się jeść, a jeśli już coś zjem, to zwymiotuję, jak go zobaczę... Serce mi się kraje, jak on mi ubliża, bo po tym co przeszłam powinien mnie wspierać, cieszyć się, że żyję... Na szczęście mam kochającą mamę i brata, chcieli pogadać z nim, bezskutecznie, również zostali zdeptani równo z błotem. Cały czas liczę, że się zmieni, chociaż prawdopodobieństwo, że się zmieni jest niemożliwe, prędzej dinozaury ożyją, niż on się ogarnie.

#IB9f0

Zabrzmi to absurdalnie, dziwnie, niedorzecznie, groteskowo itd... ale mojemu życiu nadaje sens... Eurowizja.
Można się śmiać, ale niejednokrotnie borykałem się z różnymi problemami, negatywnymi myślami, cierpieniem i bólem. Wówczas zacząłem słuchać moich ulubionych piosenek, oglądać głosowania, całe konkursy, recapy, rankingi innych fanów. Czytam fanfiki i strony poświęcone konkursowi. Oczywiście nie myślę o niej 24/7, ale zawsze jak mam zły humor, mam jakiś problem, albo bardzo negatywne myśli, które czasem mnie nachodzą, myślę o tym konkursie. Puszczam sobie te piosenki, nawet piszę własne wyobrażając sobie, że to ja występuję na scenie. Na szczęście mój psycholog mnie chwali za to, że mam coś, co mnie podnosi na duchu. Cały czas pracuję z moimi negatywnymi uczuciami i sądzę, że coraz lepiej mi idzie.
Ot, tak nietypowo.

#Dl2S1

Jestem kobietą rozmiaru 32.
Pewnie niektórzy z was - zwłaszcza pewna część pań - czytając to zdanie pomyśleli sobie jak to super, jak to cudownie, jak to by też chcieli doznać takiego błogosławieństwa. Nie, nie chcieliby.

Urodziłam się mała, mniejsza niż każde inne dziecko. Potem, w przedszkolu, byłam najniższa z całej grupy. Sytuacja powtarzała się przez podstawówkę, gimnazjum, a i pod koniec liceum ciężko było znaleźć nawet nie tyle co mniejszego, a drobniejszego człowieka ode mnie.

Przez wiele lat zdarzyło mi się doświadczyć wiele sytuacji, mniej lub bardziej przykrych, bo jednak problemów w związku z moją sylwetką doświadczam właściwie na co dzień. Są to często niewinne sytuacje, które miewam średnio kilka razy w tygodniu - zachwyty nad moją figurą, próby wymuszenia ode mnie magicznego przepisu na taką sylwetkę, czy chyba najbardziej popularne słowa ''Wow, ale ty jesteś chuda!''. Zaś gdy na falę komplementów odpowiem skromnym "dziękuję", ale przedstawię swoje problemy wynikające z takiej a nie innej sylwetki, m.in. problem z zakupieniem ciuchów, wiem, że zaraz odezwą się głosy mówiące, ''ale rozmiaru 32 jest wszędzie pełno''. Może i jest, bo dżinsy i koszulkę z mopsem znajdzie się w każdym sklepie i w każdym rozmiarze, zaś bardziej wyszukane ubrania, takie jak żakiet, elegancka koszula czy spodnie garniturowe - już nie. Gdy już rozwinę swą wypowiedź i wytłumaczę, że to jednak nie jest takie super, usłyszę albo szybką zmianę tematu, albo jak to bardzo nie przesadzam i powinnam się cieszyć, bo kobiety by się o moją sylwetkę zabijały, a poza tym zawsze mogę się ubierać w dziecięcych! (niestety, w dziecięce łaszki się nie wciskam, bo jednak jakieś śladowe ilości cyca i tyłka posiadam).

Są inne sytuacje. Gorsze. Gdy przechadzam się samotnie sklepami, galeriami handlowymi czy też ulicą, często słyszę nawet już niekiedy nie szepty, a donośny głos innych kobiet, które po prostu między sobą nazywają mnie wieszakiem, anorektyczką, patykiem, szkieletem, czy które mówią, że na mnie to żaden facet nie poleci. Gdy jem, słyszę, że zaraz pewnie to zwymiotuję. Gdy nie jem, słyszę, że się głodzę.

Mężczyźni traktują mnie często jak lalkę. Jestem mała, szczupła, toteż można mnie podnieść jak worek cebuli na radomskim targu i przenieść wedle własnych upodobań w inne miejsce, czy też mnie podnieść i podrzucić - bo tak. Można mnie też wrzucić do jeziora, a dopiero potem zorientować się, że tak trochę chyba to pływać nie potrafię. Na szczęście do takiej sytuacji nie dopuszcza ktoś, kogo znam, tylko ewentualny ''znajomy znajomego'', który akurat z grupą moich znajomych się przypałętał.

Nie czuję się kobietą. Inne kobiety nie uważają mnie za kobietę. Nie mogę się kobieco ubrać, poczuć.
Ale przecież powinnam się cieszyć, bo inne kobiety by się zabijały o mój wygląd, prawda?

#32IEf

Chciałbym opowiedzieć o moim dziwnym sposobie na odstresowywanie się.
Przechodząc do rzeczy, odstresowują mnie działania matematyczne-fizyczne. Kiedyś gdy się zdenerwowałem chodziłem po szkole i pytałem pierwszaków, czy mają jakąś pracę domową z matmy. Szedłem wtedy do toalety i na parapecie rozwiązywałem równania.
Nie wiem czemu, ale w jakiś sposób mnie to uspokaja. Niestety kiedy nauczyciele się o tym dowiedzieli, zakazali mi to robić. Od niedawna chodzę wszędzie ze zbiorami zadań/repetytoriami z matematyki i fizyki. Nie muszę chyba mówić, jakiego wyniku na maturze z matematyki się spodziewam?

#frVpU

Wracałem z mocno zakrapianej imprezy i byłem naprawdę ostro zrobiony. Jako że mieszkam jeszcze z rodzicami, to chciałem uniknąć gderania i ochrzanu za swój stan, dlatego postanowiłem po cichutku wejść do mieszkania i przemknąć do swego pokoju. I wszystko by się udało, gdyby nie fakt, że gdy zmęczony szukałem dziurki od klucza, postanowiłem utrzymać pion i niechcący wcisnąłem głową dzwonek do drzwi... Obudziłem wszystkich.

#M2nIS

Kiedyś byłem bardzo nieśmiały, miałem problem z nawiązywaniem kontaktów i proste czynności, takie jak zakupy w sklepie, sprawiały mi nie lada trudności. Poznałem wtedy wspaniałą dziewczynę. Chodziliśmy do tej samej szkoły, na przerwach rozmawialiśmy ze sobą, spędzaliśmy dużo czasu razem, ale tylko w szkole. Po kilku dniach walki wewnętrznej z samym sobą, zebrałem się na odwagę, żeby ją zaprosić ją na randkę. 

Mieszkałem w miejscowości oddalonej o około 30 km od miasta, w którym mieliśmy się spotkać. Zadowolony, szczęśliwy, schludny i pachnący wsiadłem do autobusu. Nie przejechał nawet 5 km, gdy odczułem pilną potrzebę skorzystania z toalety. Na tak zwaną "dwójkę". Ale spiąłem się i pomyślałem "Na dworcu są toalety, wytrzymam". Więc jedziemy dalej, ale potrzeba coraz silniejsza. Cały czerwony, nie mogąc dłużej wytrzymać, wysiadam dwa przystanki wcześniej. Lecę do pobliskiej przychodni, jednak tam nie ma nigdzie WC. Lecę więc do sklepu naprzeciwko, ale nagle poczułem dziwną ulgę. Parę minut mi zajęło, żeby zrozumieć, co tak naprawdę się stało. 

Nawaliłem sobie w gacie i musiałem wracać ponad 25 km pieszo do domu. Tak oto skończyła się moja pierwsza randka, zanim w ogóle się zaczęła. Moja nieobecność nie zakończyła tej znajomości, wręcz przeciwnie. Do dzisiaj jesteśmy zgraną parą, która radzi sobie ze wszystkim. I pomimo małej wpadki okazało się, że nawet coś, co ma gówniany początek, może skończyć się szczęśliwie.

#J3m2L

Kilkanaście lat temu okradłem całą klasę.

Sytuacja działa się dokładnie dziewiętnaście lat temu, gdy byłem w szóstej klasie podstawówki. Pani od polskiego, która była również moją wychowawczynią, wyznaczyła mnie na skarbnika klasy, który musiał zebrać po dwa złote od każdej osoby. Szczerze mówiąc nie pamiętam w jakim celu, ale najprawdopodobniej na jakieś kolejne głupoty. Wpłaciła cała klasa, więc uzbierało się ponad 50 zł (rozumiem, że obecnie jest to niewielka kwota, jednak 20 lat temu dla 12-latka było to jak wygranie w lotka). Ja zamiast przekazać pieniądze wychowawczyni, po prostu wydałem je na gumy... z naklejkami Pokemonów, które były bardzo modne w tamtym czasie.
Wielokrotnie na lekcjach pani pytała się o składkę, jak idzie, czy wszystko w porządku? Zawsze odpowiadałem, że jeszcze kilka osób musi wpłacić, więc zbiórka trwa dalej.

Po pewnym czasie o zbiórce chyba wszyscy zapomnieli i nikt nigdy nie upomniał się o pieniądze. Sprawa rozeszła się po kościach.

Nigdy nie zapomnę, jak z braćmi zakładaliśmy się kto wepchnie największą ilość gum naraz do buzi, a przy okazji znajdzie jakiegoś rzadkiego Pokemona.
Nikt o tym się nie dowiedział, poza dwójką moich braci. Szczęście!

#O10XS

Jestem człowiekiem bez twarzy. Dosłownie.

Dawno, bardzo dawno temu żyłem sobie na wsi ja - sześcioletni brzdąc, którego ulubioną zabawą było bieganie po okolicznym lesie. W tamtych latach bardzo powszechne było puszczanie psów na pole, bo "co się może stać?".
Rzecz miała miejsce w lato, kilka dni po moich urodzinach. Było okropnie gorąco, więc wraz z dwójką moich przyjaciół (dajmy na to Ewą i Adamem) wyruszyliśmy szukać przygód i trochę orzeźwienia. Tego dnia, wyjątkowo, zamiast jak zawsze iść przez krzewy oraz krzaki, wybraliśmy leśną dróżkę. Mało kto tamtędy szedł, głównie przez to, że nigdzie ona nie prowadziła. My jednak się wyłamaliśmy i ruszyliśmy przed siebie. Jaki to był błąd...
Bawiliśmy się dość długo, na tyle, że gdy wreszcie postanowiliśmy wracać, to słońce zaczęło znikać. Mieliśmy może 500 metrów od swoich domów, gdy usłyszeliśmy za sobą warczenie. Staliśmy jak wryci, a serca przyśpieszyły tempa. Nie musieliśmy się nawet odwracać, by wiedzieć czyje to były psy.
Sekundy stawały się godzinami, a wszystko zdawało się odgrywać w slow motion. W końcu jedna udało nam się ruszyć, każdy w swoją stronę. Największego farta miała Ewa; biegła za nią tylko jedna bestia, a w dodatku po drodze spotkała swojego zmartwionego tatę, który ukatrupił dziada na miejscu. Ja i Adam nie mieliśmy tyle szczęścia.

Trzy mniejsze psy dopadły go u wyjścia z lasu, mnie największy dopadł ze sto metrów od domu. Nie bardzo wiem, co się dalej działo. Czułem tylko przeszywający ból na twarzy i w okolicach prawej ręki. W dodatku w pewnym momencie wszystko stało się czarne.

Obudziłem się w szpitalu cały obolały. Praktycznie całe moje ciało, włącznie z głową, było czymś owinięte. Nie mogłem się ruszać, a moja prawa dłoń stała się jakby nieobecna. Słyszałem jedynie szloch mojej mamy oraz słowa lekarza "został prawie zjedzony żywcem". Sens tych słów zrozumiałem dopiero później.
Nie wiem, ile byłem w szpitalu. Przez leki podawane w dużych dawkach straciłem rachubę czasu. Później i tak siedziałem w domu, a lekcje miałem prowadzone indywidualnie.
Nigdy więcej nie spotkałem już Adama, przynajmniej żywego - tę zabawę przypłacił życiem, podobno zwierzęta go dosłownie rozerwały. Pewnie podzieliłbym jego los, gdyby nie sąsiedzi wracający z poszukiwań. Z Ewą nie utrzymuję kontaktów.
Właścicielem psów był znany wszystkim pijak, który uznał, że będzie zarabiał poprzez nielegalne walki. Zmarł w więzieniu.

Żałuję, że rodzice nie nagłośnili tej sprawy. Mija już prawie czterdzieści lat od tamtego czasu, a ja nadal czuję żal.
Błagam, nawet jeśli macie małe yorki: dopilnujcie, by zawsze były na waszej posesji. Na spacer bierzcie smycz i kaganiec, a nie wymówkę "on chcę się tylko pobawić". Przez głupotę innych to niewinni cierpią.

#YUVsd

Zrobiłem prezentację na biologię. Pani średnio zna się na technologii i nie było możliwości, aby wysłać prezentację mailem, dlatego trzeba było przynieść ją na pendrive. W dzień pokazywania prezentacji rano przeniosłem ją na pendrive. Gdy to zrobiłem, musiałem pójść do łazienki się ogarnąć. Później poszedłem do szkoły.

W szkole włączyłem prezentację, pierwsze slajdy były poprawne, ale po kilku slajdach ja oraz pani nauczycielka doznała szoku. Zamiast slajdu o chorobach każdy w klasie zauważył nagą kobietę oraz mężczyznę. Pani zaczęła krzyczeć, klasa w śmiech. Ja w pośpiechu i zakłopotaniu próbuję włączyć kolejne slajdy, ale znowu było na nich to samo. Próbuje wyłączyć prezentację klawiszem escape, ale na moje nieszczęście klawisz był zepsuty. W mocnym stresie wyłączyłem laptopa. Usiadłem przy ławce cały czerwony. Pani nauczycielka zabrała mnie do dyrektora, aby wytłumaczyć co to było.

Później okazało się, że była to sprawka mojego brata, który zrobił mi okropny żart. Brat dostał od ojca mocny wpierdziel oraz karę od dyrektora. Ale co ja się wstydu najadłem, to moje.

#452km

Jak miałam 7 lat, ukradłam rzecz ze sklepu. Byłyśmy z mamą w osiedlowym spożywczaku, a ja poprosiłam ją, by kupiła mi jajko z niespodzianką. Wtedy to był mój ulubiony słodycz i zawsze po powrocie ze szkoły wstępowałyśmy do sklepu kochanej pani Basi i mama kupowała mi ten czekoladowy przysmak. Jednak tamtego dnia stwierdziłam, że zasłużyłam na więcej niż tylko 1 jajko, bo przecież dostałam aż dwie 6 w szkole. Stojąc przy kasie, kiedy mama i pani Basia zajęte były zakupami, stanęłam na palcach i bardzo szybko zwinęłam jeszcze jedno jajko z pudełka i schowałam do kieszeni kurtki (drugie kupowała mama). Nikt nic nie zauważył.

Szczęśliwa wróciłam do domu i od razu zjadłam te dwa, pyszne jajka z niespodzianką. Jednak kilka tygodni później, siedząc w szkolnej ławce na lekcji religii, słuchałam o 10 przykazaniach bożych. Byłam przerażona, gdy usłyszałam, że jednym z nich jest "Nie kradnij". Ja, przykładna chrześcijanka, ukradłam niedawno jajko ze sklepu! Miałam ogromne wyrzuty sumienia i spytałam się starszej siostry, czy złodzieje idą do piekła.
- Raczej niczego nie ukradłaś, więc nie masz się o co martwić - powiedziała, a ja wybuchnęłam płaczem i wszystko jej opowiedziałam.
Siostra uspokoiła mnie, że gdy wypowiadam się z tego grzechu, to Bóg mi wybaczy. Dwa lata z niecierpliwością czekałam, aż będę mogła się wyspowiadać, a kiedy to nastąpiło, ze stresu zapomniałam. Na szczęście udało się następnym razem, a 9-letnia ja odetchnęłam z ulgą.
Dodaj anonimowe wyznanie