Od dłuższego czasu jestem w związku ze swoim kuzynem. Wie o tym kilkoro naszych bliskich znajomych. Moje rodzeństwo chyba też się domyśla, ale oficjalnie nie powiedzieliśmy nic rodzinie. I na razie nie zamierzamy, bo moi rodzice pewnie by zawału dostali.
No, a tak w ogóle to jestem facetem, więc pewnie dla nich to będzie podwójny szok. Ale przynajmniej obciążonych genetycznie dzieci z tego nie będzie!
Będzie o kupie :)
W szkole średniej poznałam chłopaka. Chodziliśmy do tej samej klasy. Tak się złożyło, że lubiliśmy tę samą muzykę, mieliśmy takie same poglądy na wielu płaszczyznach. Byłam jego pierwszą dziewczyną, a on moim pierwszym chłopakiem.
Kiedy wracałam wieczorem ze spaceru, odprowadzał mnie do domu. Akurat padał jesienny deszcz i schowaliśmy się tuż obok płotu pod drzewem. Zaczęliśmy się całować bez opamiętania. On przycisnął mnie do płotu i przywarł do mnie, a ja jedną nogą oplotłam jego. Kiedy deszcz ustał pożegnaliśmy się i ja weszłam do domu, a on poszedł na przystanek (mieszkał w innej miejscowości oddalonej o około 20 km).
W domu zauważyłam, że mam psią (oby!) kupę pod butem. A ten kto nie czyścił glanów z gówna nie wie, co znaczy ten smród!
Mój luby napisał mi, że w busie strasznie śmierdzi gównem. Okazało się, że ja po wdepnięciu w kupę tę samą nogę zarzuciłam na niego i wysmarowałam mu całą nogawkę. Spodnie czarne, wszędzie ciemno, w powietrzu czuć było tylko deszcz, żadne z nas nie zauważyło tego drobnego mankamentu :)
Całe szczęście wrócił późno do domu, a domownicy już spali. Wyprał po cichu spodnie w wannie.
Tak że miało być romantycznie (było, dopóki oboje nie babraliśmy się w kupie), a wyszło jak wyszło :)
Żeby nie było niedopowiedzeń - tak, jesteśmy razem. W tym roku będzie 5 rocznica ślubu, a mamy za sobą mnóstwo innych wspólnych przygód z kupą :) ta była pierwsza i zapewne nie ostatnia :D
Przeszedłem na dietę.
Wszystkim wmówiłem, że to z powodu wyglądu i dla zdrowia, bo trochę się tego nazbierało (+35 kg). Lecz prawda jest inna.
Przeszedłem na dietę z powodu trzech bardzo głupich rzeczy:
- aby móc normalnie zawiązać buty, bez wysiłku
- aby móc normalnie obcinać paznokcie u stóp, bez potrzeby gimnastykowania się
- i co najważniejsze, aby na dole wydawać się większym.
Bo jednak 8 cm to tylko 8 cm :(
Trzymajcie kciuki, oby się udało osiągnąć cele :)
Często bywam w jednym pubie w swoim mieście. Chodzę tam po to, by zagadywać starszych ode mnie gości, najczęściej rozwodników i życiowych wykolejeńców. Nie, nie szukam sponsorów ani tatuśków. Stroję się, robię makijaż, by chwilę z nimi pogadać, napić się piwa, pożartować.
Niby nic takiego, ale widzę, że podnosi im to morale, że młoda i całkiem ładna dziewczyna chce rozmawiać z takimi starymi piernikami, ja zaś dzięki temu czuję się lepiej i mam grono znajomych, z którymi mogę posiedzieć i pogadać. Oni czują się bardziej atrakcyjni, a mi nie dokucza samotność i zawsze mam powód, by wyjść z domu.
Mieszkając z rodzicami w bloku mieliśmy dziwnego sąsiada. Facet po czterdziestce, mieszkał sam. A dlaczego był dziwny? Potrafił siedzieć na parapecie z nogami na zewnątrz na drugim piętrze, a w dodatku jego wygląd sprawiał, że wszystkie dzieciaki się go bały.
Końcówka wakacji, ja 13-14 lat. Wyszłam z psem i spotkałam go pod blokiem. Wracał do domu rowerem. Kiedy mnie zobaczył zszedł z niego i podszedł do mnie. Zaczął do mnie mówić w jakimś dziwnym języku. Nie byłam głupią nastolatką, nie był to żaden znany mi język, nawet ze słyszenia. Kiedy powiedziałam, że niestety nie rozumiem, co do mnie mówi on zapytał po polsku "nie rozumiesz?" i zaczął podchodzić bliżej.
Stwierdziłam, że dla mnie to już za dużo i zwiałam z psem do domu. Tak strasznie mi się ręce trzęsły, że nie mogłam otworzyć kluczem drzwi do bloku i do mieszkania. Pies mi w tym nie pomagał, bo kiedy go szarpałam, żeby biegł ze mną do domu to on się zapierał i szczekał. Koleś cały czas za nami szedł.
Kiedy wleciałam do mieszkania i zamknęłam je na wszystkie spusty, nie mogłam się uspokoić. Akurat nikogo nie było w domu. Po powrocie rodziny powiedziałam im o wszystkim. Wyśmiali mnie, że niby jego się boję?
Niedługo później, zimą, ten sam koleś zaczepił pod blokiem naszego niewidomego sąsiada. Zaczął się do niego dowalać. Na dole był też inny sąsiad, który próbował go odciągnąć, ale tamten jak w jakimś amoku zaczął bić niewidomego. Sąsiad zadzwonił po karetkę i policję i obezwładnił w końcu agresora. Cały czas trzymał go przygniecionego do ziemi. W międzyczasie z bloku wyszli gapie, ktoś skoczył do apteki po folię ochronną, żeby agresor nie zmarzł do przyjazdu służb.
Ogólnie dobrze się stało, że to wszystko widziała z okna moja mama i wtedy już nie śmiała się ze mnie, że głupia uciekałam przed tym człowiekiem. Powiedziała, że dobrze zrobiłam.
Ostatecznie dowiedzieliśmy się później, że ten typ jest chory psychicznie i odbija mu jak nie bierze leków.
Kiedy byłam dzieckiem, w gazetach z tyłu była lista dzwonków na telefon, które otrzymywało się po wysłaniu SMS-a z odpowiednim kodem. Tak bardzo chciałam mieć jeden z nich, że postanowiłam wydać te oszczędzane na koncie kilka złotych.
Nawet nie wiecie jakie było moje rozczarowanie jak się okazało, że był to dzwonek polifoniczny, a mój telefon obsługiwał tylko dzwonki mono...
Byłam kiedyś na pierwszej komunii jako gość. Po kościele był obiad. Dziewczynka, która przyjmowała komunię, przez cały obiad przeglądała prezenty i liczyła pieniądze. Zapisywała kwoty wraz z nazwiskiem dającego prezent w notesie.
No cóż...
Mam ogromnego pecha do mężczyzn.
W wieku 17 lat wzięłam swój pierwszy ślub. Rok 1996. Zaszłam w ciążę i rodzice dali mi wybór - szybki ślub albo aborcja. Jestem wierząca, więc wyszłam za mąż za mojego ówczesnego chłopaka. Był 5 lat starszy i był w stanie utrzymać mnie i dziecko, kiedy ja uczyłam się, a popołudnia spędzałam z synem. Nasze małżeństwo trwało 11 lat, w międzyczasie urodziłam drugie dziecko, także syna. Mój mąż pracował na budowie w Austrii. Któregoś dnia dostałam telefon z Ambasady RP w Wiedniu, że mój mąż spadł z rusztowania I zmarł w szpitalu w wyniku odniesionych ran. Poczułam, jak wali mi się świat. Miałam 28 lat, 2 dzieci na utrzymaniu I brak jakichkolwiek perspektyw. To mąż nas utrzymywał, ja miałam zająć się domem. Ten wypadek zmienił wszystko. Musiałam znaleźć szybko pracę, przejść przez miliony rozmów z psychologami i stanąć na nogi. Na szczęście pracę znalazłam i mogłam utrzymać siebie, a przede wszystkim moich synów. Oni również musieli dostosować się do zmian. Już nie było matki na każde ich zawołanie, musieli stać się bardziej samodzielni. Początki były potwornie trudne, ale z czasem przywykliśmy do nowej sytuacji.
Dwa lata po śmierci mojego męża poznałam pewnego lekarza z naszej przychodni. Zaprosił mnie na kawę i po kilku spotkaniach zostaliśmy parą. On miał 40 lat I żadnych zobowiązań - był po prostu wolny. Spotykaliśmy się przez półtora roku, po czym otrzymał propozycję pracy w Norwegi. Zgodził się I powiedział, że przyjadę do niego z dziećmi jak tylko się tam urządzi. Czekałam na wiadomość o tym, że mamy kupować bilety do Oslo ponad pół roku. Po tym czasie dostałam list, w którym mówi mi, że nie mam robić sobie nadziei na przyjazd, bo w międzyczasie on zdążył związać się z pielęgniarką ze szpitala, w którym pracuje. Przez pół roku oszukiwał mnie, bo przecież dzwonił, pisał maile itp.
Po tym zerwaniu długo dochodziłam do siebie. Skupiłam się na karierze zawodowej i dorastających synach. Pięć lat temu poznałam przez koleżankę mężczyznę, z którym spotykałam się pół roku. Zakończyłam tę znajomość po tym, jak odkryłam, że nie powiedział mi o sobie wszystkiego - miał żonę. Dopiero po roku byłam w stanie spotkać się z mężczyzną. Był to stary znajomy z klasy. Od dwóch lat jesteśmy małżeństwem, a od pół roku wiem, że ma 21-letnią kochankę. Ja w maju kończę 40 lat i jedyne, co udało mi się w życiu, to moi synowie. Mimo to codziennie zastanawiam się co by było, gdybym 23 lata temu nie zaszła w ciążę i nie musiała wychodzić za mąż.
Nienawidzę siebie. Jestem korpo ludkiem, mam żonę i 10 letniego syna. Ale ostatnio stało się coś, przez co znienawidziłem samego siebie.
Dostaliśmy z żoną wezwanie do szkoły, że nasz syn znęca się nad jedną dziewczynką z biedniejszej rodziny. Żona pracowała tego dnia na południe, więc na spotkanie z gronem pedagogicznym poszedłem ja.
Byłem sceptycznie nastawiony, bo jak to? Mój syn? Ten, który pomaga w domu, płacze o byle pierdołę i jest grzeczny, miałby się nad kimś znęcać?
Ale to co usłyszałem od rodziców tej dziewczynki, jej samej i to co zobaczyłem na kamerze szkolnej otworzyło mi oczy. Nie tylko na syna, ale i na mnie samego.
Gdy byłem w gimnazjum, chodziła do naszej klasy pewna dziewczyna. Nie grzeszyła urodą, ale nadrabiała intelektem oraz humorem. Ale co z tego, skoro dla nas była paszczurem? Smokiem. Brzydulą. Fleshem. Wyzywaliśmy ją dla żartów. Dobrze się bawiliśmy, codziennie wymyślaliśmy kolejne cudowne wyzwiska. Podkładaliśmy nogi, niszczyliśmy rzeczy, zamykaliśmy w kabinie w toalecie i ku uciesze reszty wylewaliśmy na nią wodę z kibla. Albo moczyliśmy szczotkę toaletową i "święciliśmy demona". Pewnego dnia przegięliśmy i próbowaliśmy ją podszczypywać w pośladki, w piersi.
Nie było wtedy kamer, a przed nauczycielami graliśmy aniołków. Wszak mieliśmy tylko po 14 lat...
Popełniła samobójstwo. A nas nie spotkała żadna kara, podobno jej ojciec był alkoholikiem, więc za przyczynę jej śmierci obwiniano sytuację w jej domu.
To wszystko wróciło do mnie właśnie na pogadance z nauczycielami. Przeprosiłem rodziców dziewczynki i zabrałem syna do domu.
Pierwszy raz w życiu podniosłem rękę na własne dziecko. Sprałem go pasem, zabroniłem dostępu do telewizji i komputera. Znienawidziłem siebie za zbicie własnego syna i znienawidziłem siebie za to, że zniszczyłem życie jednej rodzinie. Jestem potworem, bo czerpałem satysfakcje z jej cierpienia, a jej śmierć łatwo wyparłem z pamięci w liceum. Teraz nawet nie pamiętam w którym miejscu spoczywa. Brzydzę się sobą.
Od pół roku uczęszczam na terapię z powodu problemów w stworzeniu związku. Mój terapeuta jest facetem koło 50-tki, ale od początku wytworzyła się między nami dobra relacja. Dzięki tej terapii zrozumiałam siebie, swoje potrzeby i nabrałam poczucia wartości. Czasami tylko miałam wrażenie, że mnie podrywa i w jakiś sposób mnie pożąda, ale nie przekraczał granic.
Był taki czas, że miałam problemy, byłam przybita i pod koniec terapii mnie przytulił. Na kolejnych sesjach ta sytuacja zaczęła się powtarzać. W pewnym momencie zapaliła mi się w głowie jakaś lampka tzn. odniosłam wrażenie, że on przytula mnie jak facet kobietę, a nie terapeuta pacjentkę. Zignorowałam to, bo dalej rozmawiał ze mną normalnie ani nie składał mi niemoralnych propozycji. Do czasu.
Na ostatnim spotkaniu od początku zaczął mnie przytulać, pieścić, rozbierać. Na początku nie wiedzieć czemu poddałam się temu. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie i zrozumiałam, że nie mam ochoty dalej tego kontynuować. Powiedziałam, że nie chcę. Na początku ciężko mu było to zrozumieć. Powiedział, że przecież możemy się przytulać i rozmawiać. Nie ukrywam, że odebrałam to negatywnie, bo to było zignorowanie moich potrzeb. W końcu jednak odpuścił. Stwierdził, że przeprasza, ale on też od dawna nie doznał bliskości, ma chorą żonę i ogóle nie układa mu się w małżeństwie, a to przytulanie mnie, moja uroda, kobiecość, sprawiły, że stracił zdrowy rozsądek. Do tego uznał, że po tym co zaszło...powinniśmy przejść na Ty. Jestem cudowna i on wcale nie chciał się ze mną przespać tylko poczuć moją bliskość...
Myślałam, że mam do czynienia z dojrzałym facetem zwłaszcza, że sam mi mówił, że prowadzi terapie dla par... Czuję się z tym źle i do tego mam wrażenie, że ta terapia była jedną wielką mistyfikacją. Tyle mówił o szacunku, empatii, wyczuciu. Tak samo połowa rzeczy, które mówił o mnie mogła mieć na celu tylko uwodzenie. Potem pisał do mnie wiadomości z podtekstami, jakby nigdy nic. Odpisałam, że to było przegięcie z jego strony. Przede wszystkim fakt, że na początku zignorował to, że czegoś nie chcę. Odpisał, że przeprasza... ale zaślepił go głód. To jakieś chore.
Dodaj anonimowe wyznanie