Poznałam kiedyś faceta za pomocą stosownego portalu internetowego. Gówniarą byłam, potencjalnie miał być to mój pierwszy związek w życiu, więc mój exp w sferze relacji damsko-męskich na tamten moment był praktycznie zerowy.
Drugie bądź trzecie spotkanie, rozmowa przestała się kleić, toteż postanowiłam zadać pytanie z rodzaju tych, które wymagają dłuższej odpowiedzi i można trochę pociągnąć za język. Niestety ciężko mi było wymyślić coś ambitnego, a mój wybranek nie palił się przerwać ciszę, więc stwierdziłam, że nie będę się wysilać i poleciał totalny banał:
- A o czym marzysz? Tak najbardziej?
Tu nastąpiła chwila ciszy, potem na jego twarz wpełzł rumieniec i... usłyszałam coś, co do dzisiaj wprawia mnie we wprost obezwładniającą konfuzję:
- Chciałbym zamoczyć.
Wiem, że nie lubicie niedokończonych wyznań, więc cóż rzec, marzenie się spełniło; zmarnowałam z tym typem dwa (obfitujące w takie sytuacje) lata życia. I błagam, nie pytajcie, dlaczego natychmiast nie uciekłam, bo naprawdę, ale to naprawdę nie mam bladego pojęcia. :P
Boję się rozmawiać z ludźmi. Nie jestem nieśmiały, nie mam fobii ani żadnych problemów z ludźmi. Boję się tego, że ktoś może poznać moją głupotę. Nie wiem nic o otaczającym mnie świecie.
Było niedawno wyznanie o przeszłych partnerkach autora. Kobieta nie wiedziała, kto jest prezydentem USA. Ja też nie wiedziałem. To ten Trump? Czy Merkel?
Albo gdzie jest Auschwitz. Byłem tam, a mimo to wszystko mi mówi, że to jest w Niemczech.
Albo najdłuższa, najgłębsza rzeka na świecie. Sam już nie wiem, która to która, podobnie z najwyższymi szczytami.
O historii i polityce też kompletnie nic nie wiem. Z historii znam II wojnę światową (z filmów), a z polityki co wiem, to prezydent Duda podpisuje wszystkie ustawy (z memów).
Nie wiem kto wynalazł żarówkę, kto tak naprawdę odkrył Amerykę, jacy byli królowie w Polsce, szczerze już nie pamiętam, gdzie są oceany, nie odróżniam dzieł Mickiewicza od Słowackiego.
Może tutaj zaskoczę, ale studiowałem architekturę i siedzę w tym zawodzie kilkanaście lat. Każdy myśli, że jestem mądry, ale nic bardziej mylnego. Może i znam ścisłe przedmioty, ale o polityce, historii Polski i geografii kompletnie nic nie wiem. Podstawowych rzeczy też nie wiem. Zawsze zmieniam temat, żeby nie wyjść na idiotę. Wstyd mi, dlatego jedynie gdzie ta informacja może dotrzeć na światło dzienne to Anonimowe. Ma ktoś może jakąś radę? Bo chyba zaspałem na przyrce.
O tym, jak odbiłam męża z rąk kochanki...
Zawsze byliśmy zgodnym małżeństwem, uzgadnianie razem decyzji, dzielenie obowiązków, wspólne wychowywanie syna zawsze nam towarzyszyło. Informacja, że mój mąż się zakochał i się wyprowadza była tak wielkim szokiem, że nawet dobrze nie pamiętam tej rozmowy. Wypłakałam tyle łez ile miałam i zebrałam się do kupy, w końcu mam syna, który też cierpi i potrzebuje normalnie funkcjonującego domu.
Po paru miesiącach mąż przypomniał sobie, że ma dziecko i zaczął młodego zabierać na lody, pizze, w końcu zaczął go zabierać na całe weekendy do siebie. Na początku syn był szczęśliwy, ale po jakimś czasie wracał smutny. Zapytany o powód powiedział, że nowa dziewczyna taty krzyczy na niego, a tatę wyzywa i bije! Krew mi się zagotowała, że moje dziecko coś takiego oglądało. Przy następnej wizycie młody nagrał taką sytuację i mi przysłał filmik. Szmata zwyzywała mojego syna od bękartów, które powinny zdechnąć, a męża biła po twarzy i krzyczała, że ma dać jej kasę na imprezę i więcej młodego nie przywozić.
Kiedy wyszła na miasto, wzięłam dwie walizki i pojechałam. Mąż na mój widok zdębiał, powiedziałam krótko "pakuj się". Dalej patrzył ze strachem w oczach, więc powiedziałam, że jak chce z nią zostać, to dam mu spokój. Pakował się, aż się kurzyło. Ja w tym czasie nasikałam jej na ręcznik i dywanik w łazience, przetarłam rowek szczoteczką do zębów, naplułam do wszystkich produktów w lodówce, polałam mlekiem ubrania, ręczniki i pościel w szafie, wywaliłam puszkę kociej karmy pod kanapę i wlałam krem do depilacji do szamponu.
Mąż śpi na kanapie, długa pokuta przed nim, miedzy innymi musi zrobić badania na choroby weneryczne i zaczynamy związek od zera, czyli od randkowania i jego zabiegania o mnie. Nigdy nie myślałam, że wybaczę zdradę, ale zwyczajnie lepiej mi się opłaca mieć męża z powrotem, a mój syn jest szczęśliwy, że odzyskał tatę. Mam poczucie, że wygrałam, syn zadowolony, mąż nosi mnie na rękach, no i nigdy alimenty nie byłyby tak duże, jak cała wypłata męża do dyspozycji. Nie wykorzystuję tego, że go przyjęłam z powrotem, ale świadomość, że mam przewagę jest miła.
Pracuję w szpitalu, w rejestracji.
W mojej pracy przyjmujemy zgony z oddziałów, by móc wpisać to w system. Jeśli pacjent był miej więcej w moim wieku (ok. 25 lat), zaraz po zgłoszeniu zgonu sprawdzam jego profil na Fb. Być może jestem często pierwszą osobą, która odwiedza jego profil po śmierci.
Takie o zboczenie zawodowe.
Wyznanie bezdzietnej lambadziary, co uśmiechu bombelka nie docenia.
A tak konkretnie to mnie uj strzela, jak patrzę na szczyla, który nie ma pięciu lat, a już rodzinę terroryzuje. Chyba, bo ta rodzina to nawet zadowolona się wydaje.
Dzieciak dojechał w życiu więcej telefonów, niż ma lat. Ale nie szkodzi. Tatuś kupi nowy. Nie jakiś najtańszy, bo przecież ten gówniak ma tyle gier i aplikacji, że sprzęt musi być pojemny i szybki. I duży. Spędza z nim przynajmniej 10 godzin dziennie, o ile długo śpi. Bo jak nie, to i z 12 ponad. Wstaje z telefonem, matka śniadanie zrobi i nakarmi niczym dziecko chore, bo młody z nosem w telefonie. Za dużo płatków? Wypluje matce na twarz, włosy, w przypływie łaski na dywan. Czy to w domu, czy na rodzinnej imprezie. Zero reakcji rodzica.
Prócz telefonu dzieciak ma konsolę, laptopa, tablet. Ale to telefon jest numerem jeden ładowanym po 3 razy na dzień, którego nie odkłada na dłużej niż 10 minut. Serio. W toalecie mama mu trzyma i wyciera, rąk on nie myje, bo z telefonem raczej ciężko. Zresztą po co myć, skoro można wytrzeć w obrus, spodnie taty albo białą sukienkę babci.
Trzeba mu przyznać, że sprzęty te obsługuje lepiej niż matka i ojciec razem wzięci, ale co z tego, skoro nawet mówić normalnie nie umie? Mówi w tylko sobie znanym języku na zasadzie "bafenytut" co oczywiście oznacza obiad. No ja nie wiedziałam, więc zostałam przez gnojka ugryziona. Reakcja rodziców żadna, nawet na mój nie-lekki opieprz gówniaka.
Na urodziny dostał wypasione prezenty - nie wszystkie, bo ja kupiłam ze złośliwości pewnie książkę z ćwiczeniami logopedycznymi, zeszyt zadań dla 4- i 5-latka, coby poziomu nie zawyżać, i nietanią zabawkę z modnej bajki. Ale nikt nie dał mu tych 45 zabawek, które reklamują, ani przenośnej konsoli, więc w furii kopał i gniótł pozostałe prezenty. Zgadnijcie, co na to rodzice.
I w końcu... matka albo zauważa problem, albo już nie chce jej się bombelka pilnować, bo wysyła go do przedszkola. Pierwszy tydzień walił głową w ścianę i na zmianę żądał od przedszkolanki jej telefonu, żeby mógł gry pościągać, bo chociaż mama spakowała mu telefon i ładowarkę (i w sumie nic więcej, bo co mu do szczęścia potrzebne?), to wychowawczynie zarekwirowały. 5 dni z rzędu. I codziennie mówiły matce, jak jej dziecko się zachowuje. Przecież w domu tak nie robi, więc problem jest w wychowawczyniach i one się dzieckiem zająć nie potrafią. Z dziecka czubka nie da zrobić i do psychologa nie pójdzie.
Młody zmienia przedszkola, ale panie wszędzie są głupie i niedouczone, a dzieci nienormalne, ograniczone i zacofane, skoro nie chcą grać z nim w gefuhyhy na telefonie. Wolą puzzle i zabawę w strażaków, ale on nie wie co to.
Nie będę zaskoczona, jak za 10 lat matkę w piwnicy zamknie, bo mu na papierosy nie dała.
Nie mój cyrk, nie moje małpy, ale z satysfakcją powiem "a nie mówiłam?".
Ja i mój facet, gdy zaczynaliśmy się ze sobą spotykać, ważyliśmy w normie. Obydwoje trenowaliśmy na siłowni i jakoś spalały się te nasze burgery i pizze. Lubiliśmy po prostu jeść.
Po zamieszkaniu razem stopniowo przestaliśmy trenować, bo chcieliśmy mieć więcej czasu dla siebie, no i rozleniwiliśmy się. Lepiej iść do kina i zjeść popcorn zapijając colą niż na kolejny żmudny trening.
Często jedliśmy gotowce, KFC czy pizzę. Po roku takiej diety przybraliśmy. On 10 kg, ja prawie 20. Niestety zawsze miałam tendencję do tycia, dlatego już od 14 r.z. chodziłam na basen i siłownię, aby jakoś spalić jedzonko.
Raz podczas pijackiej kłótni padł temat seksu i tego, że ostatnio rzadko to robimy. Powiedział mi wtedy, że on brzydzi się tego grubasa jakim się stałam i woli się sam zabawić pod ładne i chude panienki, a ze mną sypia gdy bardzo go ciśnie, ale musi sobie wypić trochę na odwagę.
Powiedział też, że komplementuje mnie tylko gdy jest pod wpływem, bo wie, że mi przykro, ale inaczej nie umie.
Po prostu się mnie brzydzi i dopóki nie schudnę, nie będzie się ze mną kochał.
Zerwałam z nim. Zanim zjecie mnie w komentarzach. Umiem przyjmować krytykę, ale nienawidzę chamstwa. Miał milion pięćset okazji, by ze mną porozmawiać i jeszcze raz tyle okazji, byśmy razem coś ze sobą zrobili. Niejednokrotnie mówił: "zostańmy w domu, nie chcę mi się iść na basen, odpalimy netflixa".
Wróciłam do starej wagi, ale do eksa już nie.
Zatrudniłam się w niewielkiej firmie jako zaopatrzeniowiec. Po 3 miesiącach pracy znalazłam się w tych 2%, którym nie pomogła standardowa antykoncepcja i zaszłam w nieplanowaną ciążę. Cieszyliśmy się z mężem, jednak mój pracodawca myślał, że jestem typową cwaną Karyną, która się zatrudniła tylko po do, żeby zaraz pójść na L4. Był do mnie uprzedzony głównie dlatego, że już dwie baby go tak załatwiły, miesiąc popracowały i macierzyński, a potem się zwolniły. Dla firmy 30-osobowej był to spory problem.
Na szczęście gdy zobaczył, że chcę nadal pracować, załatwił mi wszystkie możliwe udogodnienia. Dostałam biurko koło okna, blisko toalety, wygodny fotel, co godzinę miałam 10 minut przerwy, jeśli potrzebowałam wcześniej wyjść do ginekologa albo jeśli się źle poczułam, nie było problemu. Nawet nie musiałam przynosić zwolnienia. Ciążą rozwijała się prawidłowo i pracowałam do 8 miesiąca.
Przez te typowe Karyny pracodawcy unikają zatrudniania kobiet i w sumie im się nie dziwię. Też bym tak robiła. L4 jest dla kobiet z ciążą zagrożoną, mających niebezpieczną/ciężko pracę lub tych, które bardzo źle ją znoszą. Niestety w Polsce jeszcze jest myślenie "dej, mnie się należy". A z tego co mi mówiła moja ginekolog, takie wystawienie L4 bez powodu (ciążą prawidłowo rozwijająca się, bez silnie uciążliwych objawów itp.) jest nielegalne. To tak jakby lekarz wystawił zwolnienie na złamaną rękę, a kontrola wykazałaby, że pracownik miał tylko otarcie i był zdolny do pracy.
Jestem cholernie zakochany we współlokatorce i tak bardzo tęsknię za nią, gdy jedzie na parę dni do domu rodzinnego na wieś, że śpię w jej łóżku. Nic więcej. Po prostu śpię bądź leżę, tylko po to, by poczuć jej zapach.
Mam paniczny lęk przed ciemnością. Jest ze mną tak źle, że muszę spać przy zaświeconym świetle, a na dwór wieczorem wyjdę tylko z kimś. W podstawówce bałam się nawet spojrzeć przez okno w nocy. I to wyznanie dotyczy właśnie mojej nauki w szkole podstawowej, a dokładniej w szóstej klasie.
O tym, że miałam lęk przed ciemnością, wiedziało tylko kilka osób - dokładniej mama, babcia i dwoje moich najbliższych przyjaciół (nazwijmy ich X i V). Nie widziałam potrzeby, aby mówić o tym komuś jeszcze. Dlatego gdy pewnego dnia zostałam zaproszona na nocowanie do V, nie odmówiłam, czego do dziś żałuję.
Do V przyszło jeszcze kilka innych dziewczyn. Fajnie, im więcej osób, w tym więcej zabaw można zagrać. Bawiłyśmy się świetnie, do momentu gdy któraś z nich złapała mnie za nadgarstek i mocno ścisnęła. Do dziś pamiętam jej słowa: "Teraz czas na test odwagi!", po czym dziewczyny zatkały mi ręką usta i zaniosły do szopy, która była obok domu.
Przerażona krzyczałam i próbowałam się im wyrwać - bezskutecznie. Zostałam zamknięta w szopie, podczas nocy i zamknięta od zewnątrz. Zostawiły mnie tam do rana, dając tylko koc, abym nie zmarzła.
To co wtedy przeżyłam, przechodzi ludzkie pojęcie. Czułam, że brakuje mi powietrza, miałam ataki pani, moje gardło było zdarte od krzyków, a ręce zdarte od walenia w drzwi. Do tej pory zastanawiam się, dlaczego mnie nie wypuściły.
Nad rankiem otworzyły te przeklęte drzwi, podczas gdy ja trzęsłam się ze strachu. W przypływie stresu wywołanego sytuacją zniszczyłam całą szopę.
Przez tę historię straciłam przyjaciółkę i nabawiłam się traumy.
Niedawno rozwiodłam się z mężem. Od dłuższego czasu nam się nie układało, zwłaszcza odkąd Rafał zaczął lepiej zarabiać i kasa uderzyła mu do głowy. Potem znalazł sobie nową dziewczynę, Julię, młodszą od siebie o 10 lat. I nic by mnie to nie obeszło, gdyby nie odbijało się to na naszej 8-letniej córce.
W zasadzie to Rafał nigdy nie był szczególnie zaangażowanym ojcem, marzył o synu. Ja niestety miałam koszmarny poród, po którym kilka miesięcy dochodziłam do siebie fizycznie i psychicznie, o drugim dziecku nie ma mowy.
Odkąd były zamieszkał z nową ukochaną, muszę mu przypominać, że Wiki za nim tęskni. Schody zaczęły się tuż po rozwodzie. Nie chcieliśmy oboje szarpać się w sądzie o ustalanie opieki, więc umówiliśmy się na spotkanie w kawiarni. Ledwo zaczęliśmy rozmowę, zadzwoniła Julia. Po pięciu minutach słuchania ich szczebiotania ("oczywiście króliczku, że twój misio kupi lody i pomasuje brzuszek, żeby przestał boleć od okresiku") miałam dość, więc zapłaciłam za siebie i wyszłam. Zdziwiłam się, bo wcześniej Rafała takie słówka strasznie wkurzały, mnie zresztą też. Naturalnie potem to ja byłam ta zła, bo nie rozumiem, że Julcia cierpi i potrzebuje jego wsparcia. Mimo to ustaliliśmy, że w każdą sobotę lub niedzielę będzie się spotykał z Wiki.
Na początku działało i zabierał małą na kilka godzin, nie do swojego mieszkania, bo Julia w obecności dzieci dostaje ostrej migreny. Potem zaczął się migać od spotkań. Wiki przeżywała to mniej niż sądziłam i przyznała, że tata i tak ciągle wisi na telefonie albo zawozi ją do dziadków.
W kwietniu mała miała urodziny, wypadły akurat w sobotę. Rafał wpadł na całe 5 minut, żeby zdążył się przygotować do imprezy (wybierał się na 20, urodziny były o 16). Nie opierniczyłam go tylko ze względu na obecność córki i jej koleżanek. Następnego dnia wpadli byli teściowie i widać było, że wstyd im za syna.
Potem na początku maja chciał wziąć małą, bo Julka akurat szła gdzieś z koleżankami, ale my pojechałyśmy do mojej siostry. Pytałam wcześniej dwa razy o jego plany i uprzedzałam, że wyjeżdżamy. Mocno się zdziwił kiedy Wiki powiedziała, że woli odwiedzić ciocię i kuzynów. W ogóle mała od swoich urodzin nie pyta o ojca.
Rafał w zasadzie nie widzi problemu, wręcz uważa, że jest na tyle duża, żeby zrozumieć, że teraz ma nową dziewczynę, która jest dla niego najważniejsza na świecie. Chce też zmniejszenia alimentów, ale nie daruję. Tłumaczy się tym, że spłaca kredyt za bardzo drogie mieszkanie, w dodatku tylko on zarabia, bo jego dziewczyna nie pracuje, udziela się tylko w jakimś kosmetycznym projekcie. A ja nie odpuszczę. Owszem, sama sobie dobrze radzę, kasę odkładam dla małej na konto. Chodzi mi o zasadę.
Dodaj anonimowe wyznanie