Zostałam uratowana.
Od zawsze byłam bardzo nieśmiała i miałam problem z wysławianiem się przy ludziach (przy rodzinie, a co dopiero przy obcych). Żeby nie było, jestem dorosła i potrafię załatwiać jakoś swoje sprawy, np. w urzędach. Po prostu zajmuje mi to trochę więcej czasu.
W każdym razie tamtego dnia wracałam autobusem z uczelni. Byłam strasznie wymęczona, więc usiadłam sobie pod oknem, bo miałam jeszcze kawałek drogi. Miejsce obok zaraz zajął jakiś facet, nawet nie dużo starszy.
Po kilku minutach jazdy położył dłoń na moim udzie (miałam sukienkę) i najnormalniej w świecie zaczął mnie coraz śmielej dotykać, cały czas grzebiąc coś w telefonie i tylko odwracając się od czasu do czasu, by zobaczyć moją reakcję na jakiś ruch.
Myślałam, że zaraz zwymiotuję. Nie mogłam wydusić z siebie słowa i prawie się popłakałam. Nie mogłam się ruszyć, nic powiedzieć, chociaż wewnątrz wszystko krzyczało.
Właśnie wtedy pojawiła się ona - niska, malutka dziewczyna ubrana w różową spódniczkę. Zobaczyła co się ze mną dzieje i zaraz przecisnęła się do miejsca, w którym siedziałam.
"ZOSTAW JĄ PIER*OLONY ZBOCZEŃCU".
Powiedziała to głośno i wyraźnie, dodatkowo pokazując na faceta palcem. Wszyscy zaczęli się na nas oglądać, a on zaraz uciekł i wysiadł na następnym przystanku.
Potem zajęła jego miejsce i zaczęła się mnie dopytywać, czy wszystko okej. Oddała mi też całą paczkę chusteczek, gdy w końcu ze mnie zeszło i łzy popłynęły.
Wysiadła po czterech przystankach i przed wyjściem życzyła mi wszystkiego co najlepsze, a na następny raz kazała podobnym chamom po prostu przypier*olić.
Nie mogłam wydusić z siebie nawet podziękowania.
Moja mama przespała się z moim facetem. Nakryłem ich razem w łóżku w moim domu rodzinnym, a oni mnie nie zauważyli.
Nigdy nie byłem mściwy ani złośliwy, ale ta zdrada ze strony matki i ze strony faceta, z którym byłem ponad 2 lata tak mnie strasznie zabolała, że postanowiłem się zemścić.
Przez kilka nocy jego majtki prałem w proszku, który go uczula, a po kilku dniach, kiedy skarżył się na ból i swędzenie, wkroczyłem do akcji. Poszedłem do apteki po jakieś leki i przy okazji kupiłem maść na grzybicę dla pań. Powiedziałem mu, że kiedy byłem w aptece akurat mama zadzwoniła, że znowu ma grzybicę i mam jej kupić tę maść co ostatnio.
Mój były zaczął mi wyrywać tę maść i się nią smarować, przeklinając moją matkę i prosząc o wybaczenie.
Kazałem mu się wynosić, a matce powiedziałem, że przyznał mi się do romansu z jakaś starą babą, która dla niego nic nie znaczyła, a chciał zobaczyć jak to jest, i dlatego zakończyłem związek, bo przecież nie będę z kimś, kto mnie zdradza.
Dodałem jeszcze, że były miał różne choroby weneryczne i zawsze musieliśmy się porządnie zabezpieczać.
Tego samego dnia poszła do lekarza, bo się nagle źle poczuła..
Do dziś nie wie, że ja wiem. Mam to gdzieś. Nie zależy mi na niej, bo jest dla mnie nikim. Nigdy jakoś nie mieliśmy dobrych relacji i nie brakuje mi jej. Kontakt urwałem i nowego faceta jej nigdy nie przedstawię.
Wiecie jaki mam problem?
Jestem wzrokowcem. Najszybciej pochłaniam wiedzę po prostu patrząc, czytając, oglądając. Od najmłodszych lat zaczytywałam się w różnych książkach i czasopismach, dzięki czemu posiadam teraz całkiem bogaty zasób słownictwa oraz nigdy nie miałam większych problemów z ortografią czy interpunkcją. Po prostu wiem, gdzie postawić przecinek, jakie "ó" zapisać w danym wyrazie i tak dalej. To wszystko jest wyryte gdzieś głęboko w mojej pamięci i nigdy nie musiałam się nad tym jakoś specjalnie zastanawiać.
Gdzie w tym wszystkim leży mój problem, zapytacie? Ano w tym, że w dobie wszechobecnego internetu nastała dziwna moda na celowe popełnianie błędów i przekręcanie słów, mające szkalować internetowe wypowiedzi osób niewykształconych lub chorych, które pierwotnie te błędy popełniły. Najgorsze jest to, że po przejrzeniu "x" stron i komentarzy, w których zamiast "matka" napisane jest "madka" czy "spuczucia" zamiast "współczucia", mój mózg dosłownie głupieje, wręcz czuję, jak spada moje IQ. Później zaczynam mieć wątpliwości, jak dane słowo poprawnie zapisać, bo moja pamięć wzrokowa odnotowuje sprzeczne dane.
Wiem, że niektórych może bawi takie wytykanie błędów poprzez powielanie ich w dziesiątkach komentarzy, ale ja jestem dorosłą osobą i zaczynam mieć z tym problem. Pomyślcie, jaki to może mieć wpływ na korzystające z internetu dzieci, które dopiero przyswajają wiedzę o ortografii i gramatyce. Jeśli zakodują w głowie tyle niepoprawnych słów, to już przestanie być śmieszne, a stanie się tragiczne w skutkach.
Po liceum trochę posypało mi się życie i wpadłem w alkohol. Złożyło się na to wiele problemów; trochę zawód dorosłością, trochę konfliktów z kumplami i rodziną, trochę pierwszy zawód miłosny. Tak czy inaczej, postanowiłem pierd*lnąć w cholerę moje dawne życie, wyprowadzić się do innego miasta i rozpocząć je na nowo.
Nie było jednak łatwo. W nowym, dużym mieście nie znałem nikogo, a w stanie w jakim byłem trudno mi było komukolwiek zaufać. Bardzo szybko zacząłem pocieszać się alkoholem, a samotne wieczory spędzałem na serialach i piciu do lustra.
Wkrótce nie mogłem już pracować (oczywiście przez alkohol), więc moja samotność jeszcze się nasiliła. Praktycznie przestałem wychodzić z domu. Na tamtym etapie poważnie myślałem już o samobójstwie, do tego doszły problemy finansowe, bo nie miałem czelności prosić o pieniądze rodziców, a pracy nie miałem.
I wtedy, podczas samotnego, pijackiego spaceru poznałem jego: starszego, eleganckiego faceta koło sześćdziesiątki, który po prostu podszedł do mnie, gdy paliłem szluga na ławce w parku i zapytał, czy... pójdę z nim na piwo. Zgodziłem się, bo wizja picia za darmo wystarczyła, bym poszedł z każdym, ale pewnie domyślacie się już, jak zakończyła się historia.
W barze facet spił mnie porządnie, po czym zaprosił do domu, a ja, w stanie, w którym było mi już głęboko wszystko jedno, zgodziłem się iść. U niego (elegancki domek z wypielęgnowanym ogródkiem, staromodne, drogie meble, rasowy pies) gość po prostu powiedział czego chce, prosto z mostu. Nigdy nie podobali mi się mężczyźni, on zresztą też nie, ale moja samotność i jakaś dziwna wdzięczność za to, że cały wieczór mi stawiał, złożyły się na to, że uległem. Nie podobało mi się ani trochę, ale po wszystkim... przytulił mnie i powiedział, że jestem spełnieniem jego marzeń, a ja, zamiast dać dziadowi w pysk, rozpłakałem się na myśl, że ktokolwiek mnie jeszcze do czegokolwiek potrzebuje, i też go przytuliłem.
Spotykaliśmy się tak jeszcze z cztery razy, co weekend (może myślał, że pracuję), do momentu, w którym postanowiłem wziąć się w garść, wrócić do domu i iść się leczyć. Zerwałem wtedy kontakt i zmieniłem numer, by nigdy już mnie nie znalazł. Staram się o tym zapomnieć, bo w sumie wspomnienia brzydzą mnie jak jasna cholera, ale gdzieś z tyłu głowy mam przeczucie, że ten stary oblech uratował mnie przed samobójstwem, mówiąc, jaki jestem wspaniały i piękny.
No, wygadałem się, teraz mogę żyć dalej.
Mam potwora w spodniach, który utrudnia mi życie...
Nie, ten post nie ma na celu chwalenia się.
Tak się niestety złożyło, że los naprawdę mnie obdarzył dużym penisem. Jako małolat nie zwracałem na to większej uwagi. Ot, instrument do sikania, który czasem bolał w spodniach.
Pierwsze dostrzeżenie odmienności pojawiło się w gimnazjum. W szatni koledzy naśmiewali się ze mnie, że jestem gejem, bo ciągle mam erekcję. Trzy lata wolałem się przebierać w łazience, chociaż złośliwe komentarze nadal się powtarzały.
W międzyczasie zaczął się okres dojrzewania - pierwsze masturbacje. Dla mnie istny koszmar. Zacząłem wierzyć, że faktycznie chyba jestem gejem, bo mój penis podczas oglądania porno nigdy nie osiągał pełnego wzwodu. Kupowanie spodni polegało na braniu większego rozmiaru, bo inaczej podczas siedzenia bolało mnie okrutnie.
Współżycie rozpocząłem późno (chyba ze względu na kompleksy z gimnazjum), lecz nie było to dla mnie najmilsze przeżycie. Nie dość, że najpierw musieliśmy długo czekać, aż będę gotowy, to moja pierwsza dziewczyna, mimo początkowej „fascynacji” rozmiarem mojego członka, stwierdziła, że nie da rady i musimy zakończyć. Wkrótce rozstaliśmy się. Powód? Według niej to „różnica charakterów”, chociaż przed rozpoczęciem seksu dogadywaliśmy się w każdej sferze.
Następne dwie dziewczyny również uskarżały się na brak komfortu podczas współżycia i ostatecznie w chwili obecnej jestem sam.
Mam naprawdę dosyć. Najchętniej wziąłbym nóż i uciął połowę tego gnoja. Za każdym razem, gdy jestem na siłowni pod prysznicem, z zazdrością obserwuję penisy innych gości marząc o tym, żeby mieć przeciętnego penisa, a nie to coś. Rozmawiałem nawet z lekarzem, czy coś z tym można zrobić, ale popukał się tylko po głowie.
Kiedyś próbowałem rozmawiać z kumplem na ten temat, ale według niego powinienem się cieszyć, bo „laski wolą dużych”.
Ta... życie to nie porno.
Moja babcia umarła. Była bardzo chora i nie miała szans na wyzdrowienie. Generalnie to bardzo zależało jej, abym miał dzieci, ciągle słyszałem, że to już ten czas (mam 32 lata).
Niedawno po dość długim i wyczerpującym związku rozstałem się, a dzieci w ogóle nie planuję. Dlatego wynająłem jakąś ciężarną Karynę z portalu dla matek i płaciłem jej za udawanie mojej narzeczonej. Przychodziłem z nią do szpitala, przynosiłem USG i udawałem, że cieszę się na zostanie ojcem.
Babcia umarła miesiąc po narodzinach dziecka, mogła je jeszcze potrzymać na rękach. Tak bardzo się cieszyła na tego wnuka, właściwie rozmawiała tylko o tym, dzwoniła, aby zapytać się o ciążę. Była bardziej nakręcona na bombelka niż sama Karyna. Reszta rodziny oczywiście wiedziała o przekręcie.
Nie żałuję ani trochę.
Dla ciekawskich, za jedną wizytę w szpitalu płaciłem 50 zł, za USG 30, a za odwiedziny po narodzinach 60.
Prowadzę dzienniki od dzieciaka, do teraz sobie siadam i coś tam spisuję, bo lubię. Zawsze w swoich specjalnych zeszytach chowanych po szafkach wypisywałam wszystkie moje najskrytsze sekrety, ważne daty, osiągnięcia itp., a nawet przyklejałam fotografie np. moich "kraszów", rysując serduszka wokół, parując nasze nazwiska albo wygląd domu. Byłam pewna, że nikt nie ma do tych zeszytów dostępu, więc nie krępowałam się z niczym i wpisywałam wszystko, co przyszło mi na myśl.
Kiedy nadszedł czas na wyjawienie rodzicom mojego największego sekretu, bardzo się bałam. Jednak miałam te już piętnaście zim na karku i byłam pewna tego, co się we mnie dzieje. Stwierdziłam, iż najpierw wyznam to mamie, i niemal mdlejąc oraz dławiąc się słowami, przełamałam się, odważyłam - palnęłam przy pomaganiu w obiedzie, że wolę kobiety. Moja rodzina razem z mamą jest typem homofobicznych osób, dlatego zmroziło mi krew w żyłach jej stoickie "Wiem" bez nawet spojrzenia na mnie. Myślałam, że nóż wejdzie mi do ręki, bo tak zaczęłam się trząść - z nadmiaru emocji. Po chwili dopytałam skąd wie, czy to po mnie widać albo co. Odpowiedziała, że czytała moje zeszyty i już dawno to zaakceptowała, "ale tego nie rozumie".
Moja reakcja była natychmiastowa, zapięłam psa na smycz i wyszłam na długi spacer, zostawiając w domu telefon. Wróciłam po jakichś trzech godzinach, jak nie więcej (pies się napoił i poszedł spać), poszłam prosto do mamy i zapytałam, jak długo grzebała w moich zeszytach i jakim prawem to robiła.
Okazało się, że od początku mojego pisywania zaglądała czasem na moje notatki "z ciekawości". Wiedziała, że jestem homo, bo dziewczyny "krasze" i widziała moje opisywane pierwsze zakochania w dziewczynach, a nawet jakieś próby związków. Wiedziała, że miałam myśli samobójcze i plany samobójcze. Wiedziała, że gnębiono mnie w szkole i że wiele moich wymówek, by zostać w domu, były z tego powodu - a nie ze złego samopoczucia. Wiedziała wszystko. I NIC nie zrobiła z faktem, iż spisywałam listy pożegnalne. Nie zainterweniowała - o nic nigdy nie pytała, nie poruszała żadnych tematów, nie gadaliśmy o poważnych rzeczach.
Czy od tego czasu przestałam pisywać dzienniki? Nie. Wręcz przeciwnie, pisałam wszystko jak leci, ubierając w najbardziej ohydne słowa - chcąc zrazić mamę. Nie wiem, czy ją zniechęciłam, jednak zaczęłam żyć otwarcie jak nigdy. Nabrałam odwagi co do siebie. A czy do teraz mama czyta? Nie, mieszkamy osobno.
Czytałem tutaj wyznanie o pająku mieszkającym w łazience. Dodam coś od siebie, co wydarzyło się kilka lat temu.
Mam bzika na punkcie pająków. Jestem hodowcą i terrarystą, ale przy tym bardzo dobrym opiekunem swoich ośmionogów.
Byłem w posiadaniu samiczki ptasznika kędzierzawego odmiany Nicaragua (najbardziej pluszowy i łagodny pająk świata), polecam na początek tak w ogóle.
Żyła ze mną 8 lat. Przez ten czas bardzo się do siebie przyzwyczailiśmy. Była łagodna i pełna energii. Siedziała mi na ramieniu wcinając świerszcza bananowego, a ja robiłem swoje popisowe kromki z pasztetem. Ogólnie to w terrarium była tylko na noc. Oglądałem film, a ona sobie siedziała na moim brzuchu. Nawet w kibelku mi parę razy towarzyszyła. Krótko mówiąc spędzałem z nią większość czasu przez te 8 lat.
Pewnego dnia odwiedził mnie typ, który chciał kupić ode mnie młode. Stojąc koło mnie zauważył, że mam pająka na ramieniu. Zepchnął ją ze mnie, a ona upadając na podłogę zginęła (odwłok ucierpiał, pająk nie przeżył).
Jeszcze nikomu nigdy takiej sztuki w łeb nie sprzedałem, jak wtedy temu kolesiowi. Miałem sprawę za pobicie. Gość leżał w szpitalu ze wstrząsem i złamaną szczęką. Jak się domyślacie, młodych mu nie sprzedałem.
To tyle. Chciałem tylko powiedzieć, że do każdego zwierzaka da się przyzwyczaić i pokochać. Nie bądźcie uprzedzeni, proszę. Pozdro :)
Historia z dzieciństwa, głupio mi do tej pory, jak sobie przypomnę...
Kiedy miałam 8 lat, przeprowadziliśmy się na wieś w rodzinne strony mojej mamy. Często odwiedzała nas pewna ciocia, starsza pani. Na początku nie rozumiałam, czemu mama zawsze się denerwowała, kiedy widziała przez okno, że ciocia idzie. Zawsze słyszałam tekst mamy: "oho, ciotka Adela nadciąga". Z czasem zrozumiałam. Ciotka przychodziła, zaglądała w każdy kąt, rzucała kąśliwe uwagi. Generalnie: przyszła, wkurzyła, poszła. Po którejś z jej wizyt postanowiliśmy z młodszym bratem i siostrą zrobić coś, żeby ciotka więcej nie przychodziła. W końcu wymyśliliśmy co następnym razem zrobimy.
Nie wiem, co przyszło nam do pustych główek, ale kiedy ciotka następnym razem zapukała do drzwi, to polecieliśmy pędem, ja otworzyłam, stanęliśmy na schodku i zaczęliśmy wydzierać japę na pół wsi. Piosenka brzmiała tak:
"Ciotka Adeeeeeelaaaaa
Jest głupia jak?
Jak mortadeeeelaaaa
Precz, głupia baaaaaboooo
Poszczuje cię Saaaabą "
(Saba to był nasz kundelek).
Ciotka stanęła jak wryta. Do dziś pamiętam jej smutny wyraz twarzy. Mama też, zaczęła przepraszać ciocię, że nie wie co nam do głów strzeliło, ciotka bez słowa odeszła. Najgorsze, że byliśmy dumni ze swojego występu i nie rozumieliśmy, za co był wpierdziel po powrocie ojca z pracy. Oczywiście ciotka więcej już się u nas nie pojawiła.
Kilka miesięcy później odbył się jej pogrzeb, a my co? Wracając z cmentarza, szliśmy za rodzicami, którzy byli zajęci rozmową z sąsiadką, i po cichu, tak, żeby nie słyszeli (kolejnej kary nie chcieliśmy ryzykować), podśpiewywaliśmy w najlepsze nasz hicior: "Ciotka Adeeelaaa...".
Wpadłam tu na pewną historię, która przypomniała mi mój pierwszy kontakt ze szkołą.
Od zawsze byłam dość płaczliwym dzieckiem, potrafiłam rozryczeć się ot tak, bo mi się nudziło. Rodzice starali się mnie tego oduczyć, ale średnio im to szło. Po prostu byłam uparta ;)
Nadszedł czas, gdy musiałam rozpocząć edukację. Wszyscy obawiali się, że nie poradzę sobie w zerówce, będę histeryzować i tak dalej. Zaskoczyłam wszystkich! Przestałam płakać, otworzyłam się i już pierwszego dnia zapoznałam się z całą grupą kilkulatków :) Wszystko szło pięknie, dopóki nie przyszła pora na naukę czytania. Już wcześniej poznałam literki i umiałam coś tam dukać, więc zajęcia typu "To jest litera A" strasznie mnie nudziły. Wychowawczyni się to nie podobało, wprost uwzięła się na mnie! Musiałam przy jej biurku czytać KAŻDĄ czytankę, jaką przerabialiśmy, a czasem nawet i jakieś dodatkowe. Postanowiłam się zbuntować i udawałam głupka, mówiłam, że nie wiem jak nazywają się litery, nawet kiedy rówieśnicy starali się mi podpowiadać. Nie i już! Kropka!
Wychowawczyni wezwała moją mamę i KAZAŁA zabrać mnie do psychologa. Nie, nie poradziła czy zasugerowała, a KAZAŁA. Cóż, moja matka przestraszyła się, bo może i faktycznie coś jest na rzeczy, więc czym prędzej zapisała mnie na wizytę.
Przemiła pani psycholog porozmawiała ze mną, dała coś do namalowania, poprosiła o wytłumaczenie rysunku i tak dalej. Na koniec pochwaliła mnie, mojej mamie powiedziała, że jestem bardzo dojrzała jak na swój wiek i mogłabym już chodzić nawet do drugiej klasy!
Następnego dnia mama przyniosła opinię psychologa. Wychowawczyni przeczytała ją, coś tam mruknęła i powiedziała, żeby chodzić ze mną na wizyty regularnie, bo choroba "jeszcze za mało się rozwinęła.", Moja matula wkurzyła się, opierniczyła babę i kazała traktować mnie jak każde inne dziecko. Skończyły się prześladowania i przymusowe czytanie, wychowawczyni traktowała mnie raczej jak powietrze, ale mi to nie przeszkadzało.
Nadszedł piękny dzień zakończenia roku szkolnego. Mojego pierwszego zakończenia! W domu chaos, bo przecież sukienka musi być piękna, buciki eleganckie, włosy uczesane, no i oczywiście warkoczyk! W końcu razem z mamą ruszyłyśmy do szkoły. I co się okazało? Zakończenie roku... już się skończyło. Moja wychowawczyni podała mamie złą godzinę, żebym nie mogła razem z resztą klasy świętować początku wakacji! I nie, to nie była pomyłka o godzinę czy pół. Po zakończeniu dla dzieci z zerówek urządzono małe przyjęcie w jednej z sal, a kiedy my przyszłyśmy, rodzice zbierali już brudne talerzyki i kubki. Ja, jak to dziecko, rozryczałam się i schowałam w łazience. Słyszałam tylko, jak mama krzyczy i wyzywa babę. Tak wściekłej nigdy jej jeszcze nie widziałam.
Na szczęście wredne babsko uczy tylko w zerówce. Resztę podstawówki spędziłam z mniej lub bardziej miłymi wychowawcami, ale nigdy nie spotkałam takiej zołzy jak ta.
Dodaj anonimowe wyznanie