Uwaga, niemiłe.
Będąc w ciąży wymiotowałam dalej niż widziałam przez jakieś 4 pierwsze miesiące, przez co ledwo stałam na nogach (nie życzę najgorszemu wrogowi).
Pewnego dnia wreszcie poczułam się lepiej i z tej ulgi zjadłam cały obiad naraz. Niestety szybko się przekonałam, że to nie jest jeszcze mój czas.
Akurat tego dnia mąż zabrał miski, bo coś robił na budowie, a ja uznałam, że toaleta przecież wystarczy.
Wymiotując zatkałam toaletę (mieszkamy w starym budownictwie i to się zdarza), następnie musiałam skorzystać z umywalki, którą też zatkałam, a na koniec dopadła mnie potrzeba i musiałam załatwić się do woreczka.
Po wszystkim padłam i nie mogłam się ruszyć, żeby to jakoś odetkać (chociaż próbowałam). Mąż po powrocie musiał odkręcać syfon, wszystko spuszczać i naprawdę zniósł to dzielnie. Nawet próbował żartować. Wtedy naprawdę zrozumiałam, co to znaczy miłość bezwarunkowa.
Na szczęście to był ostatni "epizod" (w tej ciąży).
Chodziłem do podstawówki, a później do gimnazjum z pewnym chłopakiem, który był bardzo wycofany z życia szkolnego. Ja mając dużo znajomych za bardzo nie interesowałem się jego obecnością.
Pewnego dnia, siedząc obok pod klasą, zobaczyłem jak łzy napływają mu do oczu. Pomimo tego, że nie mieliśmy dobrego kontaktu, zgodził się pójść ze mną po szkole pogadać. Chłopak pękł, zaczął płakać i opowiadać o swoim życiu. Miał bogatych rodziców, jednak patologicznych jakich mało. Przemoc psychiczna, fizyczna, zastraszanie i "kary", jak np. spanie w psiej budzie na dworze - to tylko szczyt góry lodowej. Byłem w szoku, chciałem bardzo mu pomóc. Przekonałem go, by zgłosił wszystko do opieki społecznej, jednak najpierw postanowił opowiedzieć o tym dziadkom. Po jakimś czasie wzięli go do siebie i wystąpili o przekazanie praw do opieki. Wiem, że przeprowadził się do nich do innego miasta. Kontakt urwał się po jakimś czasie na lata.
W moim życiu przez ten czas wydarzyło się wiele nieszczęść. Przeżyłem śmierć żony, która zmarła w wypadku przy pracy. Do odpowiedzialności został pociągnięty człowiek. Zgadnijcie, kto okazał się być jego obrońcą? Właśnie ten chłopak ze szkoły. Był w szoku tak samo jak i ja. Postanowił, że nie będzie dalej reprezentować swego klienta. Do tej pory odnowiliśmy kontakt i jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Wyznał mi, że uratowałem mu wtedy życie. Tamtego dnia gdy płakał, napisał list pożegnalny i po lekcjach miał wskoczyć na tory.
Byłam wczoraj na spacerze. Podszedł do mnie mężczyzna i zapytał o drogę do najbliższego sklepu. No to ja mu tłumaczę co i jak, po czym się mnie zapytał:
- A gdzie znajdę drogę do twojego serca?
- Wydaje mi się, że jestem dla pana ciutkę za młoda, ile ma pan lat?
- 21, a ty?
- 15.
- No to seks możesz uprawiać.
Co prawda nie umówiłam się z nim, ale zostawiłam po sobie pamiątkę - odbitą dłoń na jego policzku :)
Mam do mojej dalszej rodziny pewien, może nie żal, co niesmak.
A to dlatego, że wiem o tym, że rozsiewali ohydne plotki, że byłam molestowana przez tatę jako mała dziewczynka.
Mój tata nigdy nie zrobił mi żadnej krzywdy, szczególnie takiej. Ale rodzina miała jakiś skrzywiony obraz normalności w rodzinie od strony mamy, skoro jedyny kontakt ojców ze swoimi dziećmi był podczas katowania ich.
Dlatego, normalny (przynajmniej moim zdaniem) kontakt ojca z córki traktowali jako coś nie w porządku. To, że tata spędzał ze mną czas i brał mnie na wycieczki uważali za coś nie w porządku.
Jako dziecko dosyć długo nie potrafiłam sama zasypiać, więc do koło piątego roku zawsze ktoś musiał być ze mną, póki nie zasnęłam. Raz była to mama, raz tata, bo nigdy nie migał się od rodzicielskich obowiązków. To było dla wszystkich najgorsze. No bo musi być coś mocno nie tak, skoro ojciec, powtarzam ojciec, kładzie się do łóżka ze swoją córką!
Słyszałam te plotki już wtedy, jako pięcioletnie dziecko, i niestety dużo z nich rozumiałam. Moja mama oczywiście wszystkiemu zaprzeczała, a te bzdury nie wyniosły się poza wąski krąg rodziny. Na szczęście, nie chciałabym, aby ktoś miał jakieś skrzywione zdanie o moim tacie. Od którego nie zaznałam nigdy krzywdy ani jako małe dziecko, ani dorastająca nastolatka, ani teraz jako już młoda kobieta. I nadal potrafię położyć się obok niego aby obejrzeć film. I wciąż nie widzę w tym nic złego.
Smutne, bo uważam, że to właśnie relacje rodziców i dzieci w reszcie rodziny były patologiczne, a nie moje z rodzicami.
Jakoś nie potrafię o tym zapomnieć, i żal mi bardzo mojego taty. Wyobrażam sobie, jakie to musiało być dla niego przykre.
Moi teściowie są małżeństwem na odległość. Teść pracuje całe życie na innym kontynencie, nie ma go po kilka miesięcy, a nawet jak jest, to co chwilę musi jechać do innego kraju, bo firma go wysyła na robotę. Teściowa nigdy nie musiała pracować, teść zarabia bardzo dużo. Jeździła do niego, kiedyś nawet mieli się przeprowadzić na stałe.
Parę lat temu okazało się, że on od 10 lat ma drugą kobietę i rodzinę. Oficjalnie o tym nie wiedziałam, mąż miał mi nic nie mówić. Teściowa nie zdecydowała się na rozwód, postanowiła wybaczyć, on już nie jeździł na tak długo, swoją drogą połowa tych wyjazdów nie była do pracy. Wyglądało, że wychodzą na prostą, naprawdę było widać, że chce jej to wynagrodzić, stara się.
Kiedyś z przyjaciółkami wybrałyśmy się na babski wypad do Karkowa. Nogi się pode mną ugięły, gdy na rynku zobaczyłam teścia spacerującego za rączkę z jakąś kobietą. Nie podeszłam, ale zrobiłam z oddali zdjęcie. Powiedziałam o wszystkim mężowi, ale uznał, że mam siedzieć cicho, to nie moja sprawa. Kilka dni się biłam z myślami, nie mogłam spać, jeść, aż w końcu strasznie zestresowana pojechałam do teściowej. Może nie moja sprawa, ale tyle lat ją oszukiwał, zasługiwała na prawdę. Nie wiedziałam od czego zacząć, pokazałam jej zdjęcie. Rozpłakała się, w tym czasie miał być w Czechach w pracy.
Okazało się, że to nie była jego jedyna utrzymanka. Teściowa złożyła pozew o rozwód, wywaliła go z domu. Mój mąż natomiast uznał, że zniszczyłam jego rodzinę, nie wybaczy mi tego. Powiedziałam o tym teściowej i teraz my mieszkamy razem. Nie wiem, co z moim małżeństwem, ale dopiero teraz się przekonałam, że z niej taka fajna babka.
Zaznaczę, że to wyznanie nie zawiera znienawidzonego morału, nie opowiada o depresji, traumatycznym dzieciństwie ani nie jest próbą atencjonowania się. Dodaję je, bo to, co mnie spotkało, może pomóc też komuś innemu.
Jestem kobietą, niedawno skończyłam 31 lat. Mogę śmiało powiedzieć, że lubię moje życie, siebie, ludzi dookoła i choć czasem trafiają się gorsze chwile, radzę sobie z nimi, a co najważniejsze - nie boję się już problemów, jakimi świat niespodziewanie może we mnie rzucić. Do niedawna byłam skończoną pierdołą życiową - niewiele umiałam, sprawy urzędowe mnie przytłaczały, grono znajomych drastycznie się kurczyło, z rodzicami praktycznie nie utrzymywałam kontaktu, nie miałam skończonych studiów, pożytecznych kursów, konkretnych kwalifikacji... No po prostu nic, co by wyrwało mnie z pracy przynoszącej średni dochód (kelnerka), znienawidzonej stancji i nadało życiu (a raczej egzystencji) jakiś sensowny kierunek. Istniałam z dnia na dzień, trwoniłam czas i żyłam przeszłością, mając mnóstwo planów i marzeń, a także zero energii na próbę ich zrealizowania. Byłam zwykłym leniem. Wiedziałam, że zmarnuję życie, jeśli dalej będzie to tak wyglądać, ale zwyczajnie nie miałam pomysłu jak się wyrwać z tego marazmu. Aż trzy lata temu poznałam N. Uprzedzam - to nie była miłość, nie jest nią teraz.
N. przyjechał do Polski z dość daleka, bo aż z Zelandii (Dania). Ja byłam w pracy, on wpadł do naszego lokalu jako klient. Rozmowa potoczyła się, oczywiście, po angielsku. Mam czasem prospołeczne zrywy, to i zagaiłam, skąd przyjechał - i się dowiedziałam. Był bardzo mile zaskoczony, kiedy dorzuciłam, że uczę się na własną rękę języków nordyckich; niedługo potem spytał mnie o coś w swoim rodzimym duńskim, ja jakoś wydusiłam z siebie odpowiedź. Był naprawdę sympatycznym człowiekiem i kiedy jakiś czas później udało nam się stopniowo zakumplować, byłam naprawdę szczęśliwa. N. to niesamowicie pozytywna osoba, pełna zainteresowań, radości życia, wie jak zmotywować do działania. Dzięki rozmowom z nim stopniowo udawało mi się zmierzyć z własnymi demonami, podjąć studia, na poważnie rozpocząć parę kursów językowych i kwalifikacyjnych. Motywował mnie, gdy większość we mnie nie wierzyła, zmuszał mnie, bym ja sama uwierzyła w siebie. Był moim aniołem stróżem, można powiedzieć. Im dłużej się znaliśmy, tym większego rozpędu nabierało moje życie. Z grubej, leniwej dziewczyny zaczęłam zmieniać się w ambitną, zadowoloną z życia kobietę. Dzięki N. stałam się tym, kim jestem teraz. Ale co w tym anonimowego?
N. nie istnieje. Nie mogąc znieść tego, kim jestem, wymyśliłam go, w wyobraźni odgrywałam nasze rozmowy, spotkania. Wszystko po to, by mnie to zmusiło do zmiany życia na lepsze. I pomogło. Oczywiście nikomu nie powiem, że z marazmu wyrwał mnie wymyślony przyjaciel.
Po kilku dniach spędzonych w szpitalu dostałam wypis, jakieś zalecenia oraz receptę, aby kontynuować przyjmowanie paru leków. W drodze do domu postanowiłam wstąpić do apteki, aby zrealizować receptę. Pani magister miała problem, aby znaleźć jeden medykament. To szpera po szufladach, to sprawdza w magazynie, wpisuje nazwę preparatu w komputer i nic. W końcu pomaga jej koleżanka i się pyta: ta luteina to pod język, tak? Nie, nie - odpowiada obsługująca mnie pani. - Dopochwowa.
W tym momencie zdałam sobie sprawę, że przez dwa dni w szpitalu połykałam tabletki, które powinnam zaaplikować w całkiem inne miejsce :D
Słyszałem w pracy rozmowę dwóch koleżanek. Jedna z nich (dotąd wydawała mi się całkiem normalną i do rzeczy koleżanką) opowiadała, jak to skłamała narzeczonemu, że bierze antykoncepcję hormonalną i jest w ciąży. Na pytanie co będzie, jak się chłopak dowie, odpowiedziała "Nie martwię się, jak zobaczy, to pokocha, zresztą po co ma wiedzieć, nie jego spawa".
Serio, to facet już nie ma prawa decydować, czy chce dzieci czy nie?
Jak zostałam "wielką Niemką, co wyżej sra niż dupę ma".
Prawie 10 lat temu wyjechaliśmy, z wtedy chłopakiem, do Niemiec. Najzwyczajniej w świecie za pieniędzmi. Ułożyło nam się dobrze, nie będę się rozpisywać czym się zajmujemy, bo nie w tym rzecz.
Było nas stać posłać pieniądze rodzicom, zrobić prezenty. Zawsze jak jechaliśmy do Polski, przywoziliśmy słodycze, proszki i płyny do prania itd. Wiadomo, że tego typu rzeczy zawsze w Niemczech były lepsze. Mąż swoim siostrzeńcom robił drogie i duże prezenty. Troszkę mnie to denerwowało, bo nie tylko na urodziny czy święta, ale również bez okazji.
Lata mijały i jak moja mama powiedziała, że mam się za każdym razem z tymi prezentami nie wozić, bo nie o to chodzi, tak rodzina męża troszkę inaczej do tej sprawy podchodziła. Jak przyjeżdżaliśmy, to pierwsze co było zaglądanie przez teściową i szwagierķę do toreb co przywieźliśmy. Komentarze, że tamten płyn był lepszy, a dlaczego taki zwykły, a nie droższy. Rozmawiałam z mężem dużo razy o tym, że to trochę przesada i im chodzi tylko o rzeczy, nie o nas, ale zawsze słyszałam, że przesadzam. Na nas nic nigdy nie czekało, ani dobre polskie jedzenie, ani zakupy, które moglibyśmy zabrać.
Miarka się przebrała gdy zaszłam w ciążę. Zbliżało się Boże Narodzenie, ale niestety przez komplikacje nie mogłam jechać do Polski. Zadzwoniliśmy poinformować teściową, że nas nie będzie przez zagrożoną ciążę, zapytała oburzona, czy chociaż dzieciakom prezenty wyślemy, oni już mogą obejść się bez. Zapytałam, czy moje dziecko również dostanie paczkę, gdy się urodzi. Zapowietrzyła się i rzuciła, że to my mieszkamy za granicą, więc jakie prezenty, my jesteśmy od robienia prezentów.
To sprawiło, że wybuchłam. Wygarnęłam jej wszystko - że jesteśmy dla nich bankomatem, liczy się tylko to, żeby nas wycyckać. Nie odzywamy się do dzisiaj, naszego dziecka nawet nikt nie chciał zobaczyć. Żałuję, że tyle czasu na to pozwalałam.
Mam 28 lat i wiem, że w Polsce bardzo trudno znaleźć uczciwego pracodawcę, który z kulturą traktuje pracownika, dobrze mu płaci i pomaga w jego rozwoju. Niestety to może iść też w drugą stronę...
Jestem w dość dziwnej sytuacji. Mam stałą pracę od 4 lat. Na początku było ciekawe - 15 pracowników, luksusowe biuro w centrum, fajna szefowa i kreatywne zadania. Przez pierwszy rok czułam jakbym złapała Pana Boga za nogi, nie wspominając o kasie.
Z czasem sporo osób zaczęło odchodzić, mimo że nie widziałam żadnych minusów! Jednak szefowa siedziała z nami coraz mniej, była miła, płaciła na czas, ale zaczęła pracować zdalnie bądź urywać się już po 2 godzinach od przyjścia. Nagle zaczęły pojawiać się miesiące, w których każdy odchodził. Szefowa zaszła w pierwszą ciążę i zniknęła na rok. Nie dała zastępcy. Z liczby 15 osób zostały 3. Niestety te 2 też odeszły. Zostałam sama jak palec. Komunikowałam się z nią przez Skype - jednak wszystko co rozwijało i było ciekawe zatrzymało się na jednym głównym zadaniu, które było nudne jak flaki z olejem - jednak z tego firma zarabiała. Proponowałam jej ciekawe rozwiązania jak poszerzyć działalność firmy, jednak odpisywała mi, że nie ma na to czasu. Jedna z nowych koleżanek zapytała mnie jakim cudem ja tutaj wytrzymuję, nudne zadania, nie ma z kim porozmawiać, iść w przerwie na kawę. Przez te 4 lata przyszło sporo nowych osób do pracy, jednak odchodzili po kilku dniach, jeden kolega wytrzymał najdłużej pół roku. Nie mógł znieść tego, że jest tak mało pracowników, zero rozwoju, szefowa przeszła całkowicie na pracę zdalną i... zaszła w drugą ciążę. Byliśmy skazani sami na siebie, sami sobie robiliśmy w firmie co chcieliśmy, a co najlepsze przez te 4 lata dostałam 4 podwyżki...
Finalnie stanęło na tym, że jestem wymęczona już nowymi rekrutacjami, poznawaniem nowych osób, uczenia ich, a potem żegnania. Z niektórymi tak się dogadywałam, że zwierzali mi się "idę na staż za tysiaka, ja tutaj umieram z nudy", "panuje tutaj za duża cisza, za mało ludzi, wolałbym coś innego", "dziwne, że nie ma tu szefa na miejscu, całe dnie oglądam netflixa, aż nie mam co robić w domu" . Wreszcie, kiedy już zaczęłam gadać do ścian, pojawiła się nowa koleżanka szefowej, która ma trójkę dzieci. Ciągle bierze wolne, prace zdalną i nie ma miesiąca bez L4 na dziecko. Często mój urlop jest zawieszony, bo ona mi wjeżdża z chorym synkiem.
Nie mam pojęcia co mam zrobić. Bardzo dużo pieniędzy odkładam z tej pracy, mam komfort psychiczny, robię ciągle to samo zadanie, ale... nie rozwijam się wcale. Rodzina i bliscy radzą, żebym tu twardo siedziała, ale ja z tej niemocy mam chęć rzucić jej wypowiedzeniem już jutro, ale nie mogę, bo dużo zyskuję w tej pracy. Mogę trafić na szefa debila, przeżyć mobbing albo mieć zaledwie 2 tys. na start. Jestem zawieszona.
Dodaj anonimowe wyznanie