#lAOYN

We wczesnych latach 2000, gdy byłem jeszcze w podstawówce, popularne były (nie wiedzieć czemu) dziwne ludki o wdzięcznej nazwie ''śmierdziele''. Każdy z nich wydzielał określony zapach - a raczej smród. Można było kupić śmierdziela np. o zapachu psiej kupy, wymiocin, zepsutych jaj itd.

Pewnego dnia poszliśmy z klasą na wycieczkę do muzeum. Dzień wcześniej, po miesiącach błagania, mama kupiła mi ową zabawkę o zapachu zjełczałego masła. Śmierdziel zrobił taką furorę, że dzieciaki zamiast skupiać się na lekcji muzealnej, podniecały się pachnącym ludkiem. W pewnym momencie baba od matmy się wkurzyła, zabrała śmierdziela (nie do końca wiedząc czym jest), schowała między okładkę dziennika i wsadziła do swojej torby. Mało się nie posikaliśmy ze śmiechu.

Następnego dnia nauczycielka miała nową torebkę, a dziennik je*ał jeszcze przez miesiąc.

#u8gOK

Od kiedy kilka lat temu brat mojego męża po pijaku w święta próbował się do mnie bardzo nachalnie dobierać, nie utrzymujemy z nim kontaktu. Jego rodzina uważa, że się nic nie stało, po prostu (wtedy jeszcze) dziewczynę brata chciał przetestować, musiał się dowiedzieć, czy się na żonę nadaje itd. Nieważne, że jakby mąż nie poszedł sprawdzić czemu tak długo nie wracam i siłą go ze mnie nie ściągnął, to by mnie zgwałcił. Do dziś mają pretensje o to, że go wtedy pobił, bo jak to tak brata przez jakąś tam kobietę. Brat to brat. Z teściami kontakt mamy również bardzo niewielki.

Pewnego razu dzwoni teściowa z informacją, że szwagier zachorował i potrzebuje przeszczepu nerki. Oczywiście mój mąż jako brat miał być dawcą. Nie będę wchodzić w szczegóły co do rodzaju choroby, dlaczego nikt inny nie mógł być dawcą. Najważniejsze jest to, że jest dziedziczna. Umówiliśmy się na wizytę ze specjalistą w tej dziedzinie. Poinformował nas, że mąż sam może na nią zachorować, a co najgorsze, któreś z naszych dzieci. Wprost powiedział, że według chłodnej kalkulacji trzymałby tę nerkę w razie czego dla swoich dzieci.

Nie była to pochopna decyzja, ale mąż odmówił bycia dawcą. Od tej pory jesteśmy wyklęci. Teściowie nie rozumieją z jakiego powodu nasza decyzja jest taka, a nie inna. Uważają, że ja męża nabuntowałam i jakbym wtedy dała mu się zgwałcić, nikt by się nie dowiedział, to by sprawy nie było. Poróżniłam całą rodzinę, będę się smażyć w piekle, jak szwagier umrze, to będę morderczynią.

Ja sobie jakoś daję z tym radę, ale widzę, że mąż strasznie cierpi i zastanawiam się, czy to faktycznie nie jest moja wina.

#y1t4v

Znajomy podszedł do medycyny, jak to on sam mówi, "od dupy strony" i jest obecnie proktologiem. Przyszła ostatnio do niego laska, całkiem ładna blondynka. Bo ją "swędzi dup". Dosłownie.

No to koleś bierze sprzęty, zagląda gdzie trzeba. I tu zdziwienie. Jak sobie poświecił - to tam w środku się wszystko błyszczy. Przygląda się. WTF? Brokat. No to babeczka mu wyjaśnia, że dzień wcześniej z chłopakiem z okazji jego urodzin robili to "po grecku". Po raz pierwszy. I podczas gdy niektóre aspekty ogarnęli jeszcze jako tako (higiena, lubrykant), to już dodatkowy pomysł laski był nie bardzo. Mianowicie już w łóżku udekorowała się tam szczodrze brokatem, "żeby ładnie wyglądało". A równie inteligentny facet zrobił swoje, tak że część tego brokatu wcisnął do środka. No i mimo że po zabawie się niby ogarnęła higienicznie, to najwyraźniej nie dość dokładnie. A jej organizm najwyraźniej stwierdził, że aż taki ładny to on nie chce być i nastąpiło podrażnienie. Dokładne płukanie i odpowiednia maść pomogły.

Kumpel mówi, że już myślał, że wszystko widział (a z tego co opowiadał, to ludzie potrafią sobie tam dla zabawy wcisnąć najdziwniejsze rzeczy), a tu go świat po raz kolejny zaskoczył.
.

#orl3v

Nasze miasteczko jest małe, prawie wszyscy znają wszystkich. Spotkałam ostatnio koleżankę (Kaśkę) z czasów liceum. Tak od słowa do słowa, wymieniłyśmy się wiadomościami jak nam się żyje.

Nagle Kaśka wypaliła: "a wiesz, że Anka, ta z równoległej klasy, popadła w taki alkoholizm, że zbiera butelki, puszki i przekazuje je do skupu, żeby tylko mieć kasę na flaszkę? Potem szlaja się z jakimiś menelami, nigdzie nie pracuje i na dodatek ostatnio mąż ją zostawił. Brud, smród i ubóstwo u niej".

Przyznaję, że stałam jak wryta przez chwilę i aż gorąco mi się z nerwów zrobiło.

Tak się składa, że ja i moja rodzina jesteśmy w bliskich relacjach z Anią. Zresztą mieszka niedaleko nas i często gadamy spotykając się na kawie u niej albo u mnie. Nigdy w jej domu nie widziałam sytuacji, która wskazywałaby na problemy alkoholowe czy rodzinne. Szczęśliwa żona i matka, więc skąd takie plotki? Ano wszystko przez fakt, że Ania miała od jakiegoś czasu pewne hobby...

Musiałam uświadomić koleżance z klasy, że Anka zbiera śmieci, butelki, tekturę i ogólnie wszystko, co można poddać recyklingowi i przekazuje to do punktu zbiórki. Co jakiś czas wydaje też sporo kasy na ogromne worki na śmieci. Wszystko dlatego, że przyłączyła się do grona bojowników o czyste środowisko. Taka lokalna inicjatywa.

Worki są czasem na tyle ciężkie, że prosi o pomoc bezdomnych, aby pomogli jej zanieść wszystko do punktu. W zależności od tego co chcą w zamian za pomoc, daje im czasem parę złotych albo po prostu flaszkę. Co do życia rodzinnego, to jej mąż często jest w rozjazdach, ale na pewno nikt nikogo nie rzucił.

Cóż, koleżanka z klasy wyglądała na rozczarowaną... Nie było sensacji, jaką starała się rozdmuchać.

#axbUo

Urodziłam się i wychowałam się we Francji, moja rodzina wyemigrowała z Polski po wojnie, to dosyć istotne w tym wyznaniu. Dziadkowie mojego ojca mieli duży majątek, w 1945 roku armia radziecka wyrzuciła ich na ulicę, jako "element wrogi narodowi socjalistycznemu", pradziadkowie wyjechali do Francji.

Kilka lat temu rodzina wygrała sprawę w sądzie o zwrot majątku wraz z pałacem. Dom jest ogromny, po wojnie mieszkało tam kilka rodzin, ogólnie nic nie przypominało stanu sprzed wojny, patologiczne klimaty po PGR-owskiej wsi. Gmina zapewniła rodzinom lokale zastępcze, czekaliśmy na to 1,5 roku, ale się udało. Ruszył remont i się zaczęło, ludzie nie dają nam żyć, wrzeszczą - Pany s...syny jadą! Kradną co popadnie, kilka razy było włamanie na budowę, porysowali mi auto i wiele razy usłyszałam, że jestem złodziejem i zachciało mi się pałacu, to teraz mi pokażą.

Moja rodzina pracowała na ten majtek setki lat, nie potrafię zrozumieć, ile nienawiści jest w ludziach. Doszło do tego, że musieliśmy wynająć firmę ochroniarską, bo ginęło wszystko, a i ja sama nie czułam się bezpieczna. Kiedyś w sklepie na wsi usłyszałam, że takich jak ja powinno się powywieszać na drzewach... Jest mi bardzo przykro. Czasami mam ochotę wyć, skąd ta nienawiść? Nikomu niczego nie zabrałam, nikogo nie okradłam, nie wyrzuciłam na ulicę. Jestem w stanie zrozumieć, że musieli się wyprowadzić ze względu na zwrot domu do rodziny, dostali mieszkania z ogrzewaniem, ciepłą wodą i łazienkami, ich warunki się poprawiły, pałac był ruiną bez kanalizacji i ze starymi piecami, mają lepsze warunki, a nienawidzą mojej rodziny, tak jakbym co najmniej odebrała im wszystko... Czasami żałuję, że zdecydowałam się wrócić do Polski, do kraju, który kocham i czuję się tu jak u siebie, w swoim domu.

#stbTW

To był związek na odległość. Po liceum pojechał studiować na drugi koniec Polski, nie mieliśmy czasu się często widywać ze względu na moje i jego wymagające studia oraz dystans. Było nam ciężko, no i tak to przetrwało 4 miesiące.

Wow, to i tak całkiem długo, zanim się wydało, że to nie studia na drugim końcu kraju, tylko seminarium duchowe uniemożliwia nam częste spotkania.

#w0VG4

Powiedziałam mojemu partnerowi, że jestem w ciąży. Był przeszczęśliwy. Z tej radości aż wyrzucił naszego 14-letniego psa z domu, żeby w przyszłości nie przeszkadzał dziecku. Czyli prawdopodobnie skazał go na śmierć albo ogromne cierpienie.

Obdzwoniłam wszystkie schroniska i nigdzie go nie ma. Jestem w rozsypce, tego psa mam od dzieciństwa, jest dla mnie jak członek rodziny. Nie wiem, czy chcę być z człowiekiem, który potraktował żywą, czującą istotę w taki sposób. Prawdopodobnie nie chcę.

#x9C3O

Nieco ponad rok temu wreszcie przeprowadziliśmy się z mężem z małego mieszkania do domu jednorodzinnego. Okolica spokojna w miarę, ludzie w większości spoko. Z wyjątkiem rodziny mieszkającej obok.
Generalnie to nie ulegam stereotypom, ale to typowa prawilna patologia. I co dzień powtarzają, jacy to z nich wzorowi wierni.

W domu mieszkają: seniorka rodu, wredne wulgarne babsko, jej synowa z siódemką dzieci, której mąż od niedawna siedzi w areszcie za bójki i rozboje (w okolicy nie ma pracy godnej jego osoby), a że to nie pierwszy raz, to traktują to jako recydywę.
Żal mi jego żony, widać, że jest zahukana, unika ludzi. Młodszych dzieci też żal, zwłaszcza że najmłodsze jest wyraźnie niepełnosprawne (trzylatek ma problemy z chodzeniem, prawie nie mówi, dalej korzysta z pampersów).
Starsze to rozpuszczone bachory. Wiem, że nie powinnam tak mówić, ale ich wrzaski i słownictwo mnie przerażają. Rzucanie śmieci ludziom za płot, wyzwiska, rzucanie kamieniami w zwierzęta to standard. Kiedy rozmawiałam z ich rodziną, matka obiecała powiedzieć im, że tak nie wolno, babka wrzasnęła, że u nich się po bożemu żyje, dzieci się kocha i jest ich dużo i generalnie mamy się odpier... Rodzina ma kuratora. W czasie wizyt (oczywiście zapowiedzianych) wszystko jest cacy. Kiedy z mężem i kilkoma innymi osobami chcieliśmy z kuratorką pogadać, zbyła nas. W opiece uważają, że skoro jest kurator, to wszystko gra. Najgorszy jest najstarszy z dzieciaków, ma 15 lat. Awanturuje się, pyskuje, będzie miał sprawę w sądzie, ale oczywiście to zła policja czepia się o porysowanie samochodów nauczycieli. Raz pozwolił sobie na bardzo niewybredny komentarz na mój temat, w obecności mojego męża. Tomek (mąż) założył młodemu dźwignię na rękę, sprowadził go do parteru i ochrzanił. O dziwo głupie teksty ustały, chłopak nawet mówi dzień dobry.

W lipcu w końcu sfinalizowaliśmy adopcję, mamy pięcioletniego synka. O ile większość dzieci szybko przyjęła Kubę do towarzystwa i fajnie się razem bawią, to od dzieciaków sąsiadów słyszy, że jest kundlem, podrzutkiem, przybłędą i szybko go oddamy. Kilka razy płakał z tego powodu. Kiedy próbowałam z nimi rozmawiać na ten temat, pokazali mi środkowy palec. Matka obiecała, że im wytłumaczy, a babka kazała mi spadać. Wiem, że to od niej wnuki nauczyły się tych tekstów.

Powoli mamy dość bo jest coraz gorzej. Po aferze z wyzwaniem naszego synka po powrocie z pracy znaleźliśmy wielką stertę odchodów na podjeździe. Dostali tylko mandat. Samochody zawsze trzymamy w garażu, jak wszyscy sąsiedzi. Opieka społeczna nie widzi problemu, policja twierdzi, że za dużo nie może.

#iFnbC

Pracowałem jako kontroler biletów w jednej z prywatnych firm. Tego dnia pracowałem razem z Wieśkiem - kanarem z 15-letnim stażem. 

Gdy przechodziliśmy razem przez ulicę Wiesiek znalazł leżący na chodniku portfel. W środku nie było wiele. Jakieś 20 kilka złotych i dowód osobisty. Dla Wieśka, który był bardzo pazerny na pieniądze, było to za mało. Po zabraniu pieniędzy wyjął bloczek z "mandatami" i na podstawie danych z dowodu osobistego wypisał karę za przejazd bez biletu. Dla kilku złotych prowizji wypisał karę osobie, która być może nigdy autobusem nie jechała.

Miałem duże wątpliwości, lecz nie mogłem tego tak zostawić. Następnego dnia poszedłem do kierownika i opowiedziałem o całym zdarzeniu. 

Wiesiek podczas rozmowy z kierownikiem wszystkiego się wyparł. Rozpowiedział potem wszystkim, że jestem donosicielem i jeszcze na dodatek wymyślam na niego niestworzone rzeczy. A kierownik z braku dowodów nic Wieśkowi zrobić nie mógł.
Trzy tygodnie później Wiesiek wyleciał z hukiem. 

Ukaraną osobą okazał się brat jakiegoś wysoko postawionego policjanta. Mimo to dla pozostałych pracowników byłem tylko kapusiem, przez którego Wiesiek został zwolniony. 
Nikt już nie chciał ze mną pracować.
Dodaj anonimowe wyznanie