Na pewno każdy z was słyszał w życiu historie o osobach, które zostały wyrzucone z domu przez swoich głęboko wierzących rodziców za to, że były ateistami. U mnie było podobnie.
Tyle że na odwrót.
Wychowałam się w zdecydowanie inteligenckiej rodzinie - mój pradziadek wykładał przed wojną na jednym z najstarszych polskich uniwersytetów. Jego wnuczka, a moja matka, lekarka, poszła w jego ślady i oprócz leczenia ludzi również wykładała, a ponadto jeździła na międzynarodowe konferencje na całym świecie. Ojciec był naukowcem.
Generalnie gdyby prześledzić moje drzewo genealogiczne, to są nim pokolenia osób wybitnych w różnych dziedzinach.
Łączyło ich od zawsze jedno - ateizm, konsekwentnie wpajany od najmłodszych lat i przekazywany z dziada pradziada. Ja również nie byłam wyjątkiem od reguły i według tradycji rodzinnej miałam przejąć intelektualną spuściznę razem z poglądem na świat, według którego Boga nie ma, a religia to szkodliwy zabobon i opium dla ludu, którym karmi się społeczeństwo. Tak się jednak nie stało. Już od podstawówki ciekawiła mnie religia, pamiętam, jak raz po lekcjach z duszą na ramieniu udałam się do pobliskiego kościoła, zaciekawiona tym, co też się tam może dziać. Tak mnie urzekła atmosfera tego miejsca, że zostałam do końca mszy. Potem zdarzyło mi się tak wymykać wiele razy. Gdy byłam większa, zaczęłam poszukiwać informacji w internecie o wierze w Boga, czytałam potajemnie Biblię i byłam zachwycona wizją życia po śmierci, która prezentowała się o niebo lepiej niż pustka i nicość, czekające mnie po śmierci według moich rodzicieli.
W liceum w tajemnicy przed rodzicami zapisałam się na religię. Wtedy byłam już pewna, że wierzę i chcę być częścią Kościoła. I wtedy moi rodzice dowiedzieli się na jednej z wywiadówek o moim uczęszczaniu na religię. Zgłosiłam się jako chętna na pielgrzymkę, a ksiądz postanowił poruszyć jej temat na tymże zebraniu, wyczytując nazwiska chętnych. Nie chcę opisywać tego, co się działo później, ale efekt tego wszystkiego był taki, że w wieku niespełna 17 lat zostałam osobą bezdomną. Nikt z mojej rodziny nie chciał mnie znać, wszyscy się odwrócili. Na szczęście jedna z koleżanek z klasy, wiedząca o mojej sytuacji, okazała serce i przyjęła mnie do siebie za aprobatą swojej rodziny.
Od tamtego czasu minęło już kilka lat. Dziś jestem szczęśliwą osobą, zaręczoną z mężczyzną, który również wierzy. W przyszłym roku bierzemy ślub. Kościelny, więc raczej nie mam co liczyć na obecność moich rodzicieli. Zresztą wiem, że nawet gdybym wysłała zaproszenie, pewnie nawet by go nie otworzyli. W końcu minęło już tyle lat, a oni ani razu nie dali znaku życia od tamtych wydarzeń...
Mam niepełnosprawną siostrę. Wstydzę się jej tak bardzo, że nigdzie z nią na miasto nie wychodzę. Przez to uważam siebie za złego człowieka, źle mi z tym, mam wyrzuty sumienia. Próbuję to przezwyciężyć, ale po prostu nie potrafię.
Najbardziej nie lubię chamstwa na drodze.
Na ogół jestem spokojnym kierowcą. Przykładowo nie mam problemu jechać za kimś 75 km/h, w miejscu gdzie dozwolone jest 90 i przez dłuższy czas nie ma możliwości wyprzedzenia. Trudno, może ktoś się boi przyspieszyć, nie czuje się pewnie za kółkiem lub po prostu dopiero uczy się jeździć.
Lecz zdarzają się takie sytuacje na drodze, które nawet mnie wyprowadzają z równowagi.
I tu pojawia się sytuacja z dziś. Jadę sobie spokojnie do pracy, ograniczenie do 50km/h, miasto. Pełno przejść dla pieszych. Pełno ludzi, spory ruch. Przede mną sznurek samochodów i tak się ciągniemy. Nagle do tylnego zderzaka dojeżdża mi samochód. I tak sobie wisi na moim tyle, zdecydowanie zbyt blisko. I miga mi długimi. Podjeżdża maksymalnie na lewą stronę. Znowu miga długimi. Widać, że chce usilnie wyprzedzić, ale nie ma jak.
Jeden pas, co chwilę wysepki dla pieszych i podwójna ciągła. Zna przeciwka również sznur samochodów. Co ja mam mu niby zrobić? Zjechać na drogę rowerową, żeby mnie wyprzedził? Nie robię więc nic, ale typ dalej miga tymi światłami i podjeżdża już tak blisko, że zaraz dotknie mój zderzak. Trwa to kilka minut.
I tutaj skończył się mój spokój. W momencie, gdy facet był bardzo blisko mojego zderzaka, gwałtownie zahamowałam (prawie do zera), zupełnie bez przyczyny. Wiem, że mogłam doprowadzić do kolizji, wiem że niby nie powinnam, ale w żadnym wypadku nie żałuję i z chęcią zrobiłabym to ponownie. Czuję satysfakcję, bo facet co prawda wyhamował, ale auto mu zgasło, więc mogłam kontynuować jazdę bez buca wiszącego mi na zderzaku. Nie ukrywam, że większą satysfakcję poczułabym, gdyby przywalił mi w tył auta i z tego tytułu stracił zniżki u ubezpieczyciela :)
Jestem młodą kobietą, która cierpi na silny ból, ale boi się pójść do lekarza...
Obecnie mam 22 lata, a połowę swojego życia spędziłam na korytarzach przechodni i szpitali. Nie mogę zliczyć ile pieniędzy wydali moi rodzice, aby postawiono mi prawidłową diagnozę. Cierpię na silny ból bioder, który występuje u mojej rodziny co drugie pokolenie. Ja cierpię, moja babcia cierpi, jej babcia również na to cierpiała... Ból jest tak silny, że niekiedy nie mogę wstać z łóżka.
Czasami zastanawiam się, co bardziej boli, biodra czy znieczulica lekarzy, którą zdążyłam zaznać w tak krótkim żywocie. Wielu z nich twierdziło, że ból jest tylko w mojej głowie i że inni mają gorzej, bo nie mogą wejść z poczekalni do gabinetu. Nie dostrzegali moich łez i łez moich rodziców, którzy nie mogli patrzeć jak z każdym krokiem cierpi ich nastoletnia córka.
Jedyny lekarz, który nie wątpił w moją chorobę był pediatrą, który nieustannie zlecał kolejne badania i podsuwał najlepszych ortopedów w Polsce, robił to, bo miał córkę w tym samym wieku co ja.
Już od 4 lat nie byłam u lekarza, mimo że czuję się coraz gorzej, ból trzyma coraz dłużej i coraz mniej rzeczy mi pomaga... Boję się po raz setny zostać zlekceważona przez lekarzy, którzy przysięgali pomagać innym w potrzebie...
Nie wiem ile jeszcze wytrzymam.
Miałem kiedyś kolegę, nazywał się Kuba (imię zmienione). Nie mieliśmy z sobą najlepszego kontaktu, traktowaliśmy siebie jako kolegów, też co za tym poszło, często się nie odwiedzaliśmy lub widzieliśmy. Ale tylko, gdy się poznaliśmy, momentalnie moi rodzice uznali go za mojego najlepszego przyjaciela, choć może to jest za delikatne słowo. Bo w pewnym momencie zaczęło dochodzić do dziwacznych, wręcz chorych sytuacji, wręcz z dnia na dzień. (postaram opisać je jak najkrócej).
Nagle nie mogłem iść na czyjeś urodziny lub się z kimś spotkać, bo "jeśli Kuby nie ma, to nie ma mowy". Spotkania z innymi znajomymi przestały wchodzić w grę, tolerowali tylko spotkania z Kubą, i to bez innych osób. Próbowałem nieraz kłamać, że Kuba będzie, ale gdy tylko raz to się wydało, zrobili mi w domu taki raban, że postanowiłem nie podejmować dalszych prób.
Wyjazdy gdziekolwiek bez Kuby też nie mogły mieć miejsca.
Do dziś pamiętam pewną sytuację. Zdarzyło się tak, że (jakoś w czwartej klasie podstawówki) miałem jechać na dwudniowy wyjazd. Kuba z wyjazdu musiał zrezygnować dzień przed (jeśli dobrze pamiętam, zmarł mu ojciec). Jakimś cudem usłyszeli o tym fakcie moi rodzice i już godzinę później zadzwonili do mojej wychowawczyni, mówiąc jej, że nie pojadę, bo zachorowałem. O tym, że nie jadę, dowiedziałem się rano, w dniu wyjazdu. Nie ukryłem załamania, ale już nie miałem szans ich przekonać do zmiany zdania, bo za mnie wszedł już ktoś z listy rezerwowej.
Doszła do tego wszystkiego jedna rzecz. Nagle, w ich opinii, każdy wolny dzień miałem wykorzystywać na spotkania z Kubą. Gdy tylko zdarzało się, że miałem wakacje, a rodzice pracowali rano (przez co rano byłem sam w domu) dzień wcześniej, wieczorem, dział się cyrk. "Zadzwoń do Kuby i spotkajcie się, co będziesz robił sam w domu?!'. Takie coś działo się wręcz codziennie. I nawet ich nie obchodziło to, że jeszcze rano się z nim widziałem. Jeśli im się sprzeciwiłem, zaczynali koncert durnych pytań w rodzaju "pokłóciliście się?", "Co się stało?", "Co to za problem, odwiedzić się?"
Ten horror trwał bardzo długo, mniej więcej do drugiej klasy gimnazjum, a przytoczone historie są tylko małym ułamkiem wszystkich sytuacji, które miały miejsce. Po drodze co chwilę z nimi rozmawiałem; stwierdzając, że to co robią jest dosyć nienormalne, ale oni uważali, że "wynika to z ich troski".
W końcu tupnąłem nogą i powiedziałem, że nie mam zamiaru już wysłuchać ich poleceń i nie będą decydowali za mnie, z kim się odwiedzam. Moi rodzice pokrzyczeli na mnie, że nie doceniam ich troski, ale odpuścili dopiero wtedy, gdy Kuba urwał ze mną kontakt.
Ale do dziś o nim wspominają jako o moim najlepszym przyjacielu.
Kiedy studiowałam, nie miałam zbyt dużo pieniędzy. Wieczorami wychodziłam na miasto i szukałam drobnych pieniędzy w automatach sprzedających bilety. Przynajmniej złotówkę dziennie na pączka uzbierałam. Czasem znajdowałam dwa złote, czasem więcej niż piątkę. Na widok każdych dwudziestu groszy miałam banana na mordce!
Teraz mam 28 lat. Straciłam pracę, szukam nowej. Mam jakieś tam oszczędności, ale przeznaczone na remont i wolałabym ich jak najdłużej nie naruszać, dlatego wczoraj i dziś, jak za dawnych lat ,spacerowałam szukając pieniędzy w automatach. Zarówno wczoraj, jak i dziś z uzbieranych pieniędzy stać mnie na cały okrągły bochenek dobrego chleba.
Wydaje mi się, że głowę na karku mam, więc liczę na to, że szybko znajdę nową pracę. Trzymajcie kciuki!
Nie mam zielonego pojęcia, czy ktokolwiek pamięta jeszcze wyznania o gołębiu imieniem Ziarenko. Przypominając, jedno z wyznań było o tym, że zaprzyjaźniłam się z nim na przystanku, gdzie dziobał mi adidasy, a drugie, że zawalił mi kanapkę i jadł ją razem z kolegami gołębiami na sąsiednim drzewie.
Ziarenko trzyma się bardzo dobrze i po półtora roku wracam, żeby wam opowiedzieć o kolejnej przygodzie.
Jak to gołębie, nie lecą one na zimę do ciepłych krajów (wówczas zanieczyszczenia na Hawajach wzrosłyby o 80%), a zostają u nas.
Mimo tego, że często siedział u mnie w domu, razem ze mną oglądając seriale, to nie chciałam, żeby kiedyś przypadkiem zamarzł na jakimś dachu. Dlatego zrobiłam mu ciepły kącik na balkonie, gdzie notorycznie miałam mu podrzucać jedzonko. Nie zawsze przecież byłam w domu, żeby go wpuszczać do środka, a wszyscy wiemy, jak zima u nas wygląda (kto nie wie, to za ciepło nie jest).
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy któregoś dnia po powrocie ze szkoły mój balkon był oblegany przez kilkadziesiąt gołębi, chcących zjeść ziarna i skryć się w środku kartonu.
Dziękuję za zrobienie mi rozgłosu na dzielni, stary.
Mój ojciec jest królem skąpców. Mam mnóstwo historii i januszowych patentów, które wcielał w życie, żeby zaoszczędzić kasę, chciałabym opowiedzieć o jednym.
Jako dziecko mieszkałam z rodzicami w niedużej miejscowości, w domu po dziadkach. Ojciec nie pozwalał używać w domu spłuczki. Do spłukiwania wody kazał nam przynosić wodę ze studni, która znajdowała się za domem (trzeba było przejść kawałek, nieważne jaka była pogoda czy pora dnia). Do 10 roku życia nie miałam pojęcia, że wodę spuszcza się po każdej wizycie w łazience. U nas spłukiwaniem zajmowali się rodzice, a dopiero potem jak już byłam na tyle dorosła, że sama zrozumiałam o co chodzi, ganiałam z wiadrem. Dopiero jak byłam nastolatką zrozumiałam, że jest to coś dziwnego, czułam się zażenowana jak musiałam nabierać wody, miałam wrażenie, że wszyscy sąsiedzi mnie widzą i wiedzą, że byłam na dwójce.
Nigdy nie potrafiłam sprzeciwić się ojcu. Sama nie potrafię wyjaśnić dlaczego. Mimo tego, że on nigdy nawet na mnie nie krzyknął, boję się jego gniewu.
Żeby tego było mało, ojciec w naszej spłuczce wyregulował ciśnienie wody, tak żeby nawet jeśli komuś przyszłoby do głowy użyć spłuczki, woda leci tak mizernie, że nie ma szans na pozbycie się dwójki.
Poza tym byliśmy w miarę normalną rodziną, z bardzo dziwnymi zwyczajami, które mogłyby się złożyć na parę ładnych wyznań.
PS. Wyprowadziłam się z domu po szkole, spłuczki używam zawsze, dzięki tym dziwnym przyzwyczajeniom nawet z tego umiem się cieszyć jak głupia.
Sytuacja miła miejsce kilka lat temu, gdy moja siostra obchodziła bodajże 19. urodziny. Nasz tata napisał do niej SMS-a, czy potrzebuje jeszcze czegoś, żeby zrobić urodzinową imprezę. Siostra odpisała: "kup może krówki xd". Ojciec przez kilka godzin jeździł po hurtowniach w poszukiwaniu klejących słodyczy, wrócił do domu i oznajmił, że przez cały dzień nie był w stanie znaleźć jej ulubionych krówek o nazwie "xd".
Jako mała dziewczynka nie czułam potrzeby szykowania się czy strojenia. O ile w podstawówce traktowanie się w klasie było równe, o tyle w gimnazjum było to dla mnie udręką. Byłam zaliczana do tych grzecznych dziewczynek, które się nie biją, nikogo nie obrażają, no dobrze się uczą. Tak postrzegała mnie większość nauczycieli - poza moją wychowawczynią, która nie dość że nigdy nie pomogła, to jeszcze "podkładała świnie".
Do klasy w gimnazjum chodził ze mną D. Ponoć miał stwierdzone ADHD - choć ja uważam, że tylko wykorzystywał swoją sytuację, bo mógł robić co chce - m.in. bić mnie i wyśmiewać, na co wychowawczyni nie reagowała, bo przecież D jest chory.
Gdy kolejny raz wróciłam do domu z siniakiem, rodzice się wściekli i tato stwierdził:
- Uderzy cię? Oddaj mu, skoro rozmowy nie pomagają (rodzice byli wcześniej w szkole porozmawiać o problemie).
Tak też zrobiłam. Gdy na przerwie jadłam kanapkę, on mi ją wyrwał i kopnął mnie, na co ja wstałam i ile miałam siły w rękach, tak mocno dostał ode mnie z pięści w twarz. Następnie szybko uciekłam, a moi rodzice zostali oczywiście wezwani do szkoły. Na skargę wychowawczyni na mnie, moja Mama odpowiedziała:
- No cóż, moja córka już taka jest :) - dyrektor obecny na rozmowie tylko się cicho zaśmiał i obiecał, że sprawę rozwiąże.
Po kolejnym incydencie D został zawieszony w prawach ucznia, a wychowawczyni dostała naganę dyrektorską za brak reakcji w problemie :)
Dodaj anonimowe wyznanie