Jakiś czas temu sprawdzałam swoje konto i zobaczyłam na nim dużą sumę. Dokładnie to ponad 30 tys. złotych.
Zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno to nie sen, siedziałam przez chwilę w szoku i gapiłam się na stan konta. Potem zerknęłam na przelewy, by sprawdzić kto zrobił mi taką niespodziankę.
Był to przelew na kwotę 31 tys. z groszami, w tytule którego widniało "utarg za dzień taki a taki", w danych widniała jakaś firma z Warszawy.
Ktoś się pomylił i na moje konto wpłacił utarg prawdopodobnie ze sklepu. Cofnęłam więc ten przelew i w tytule wpisałam "Pomyłka, to chyba nie do mnie miało iść". Poszło natychmiastowym.
Po godzinie dostałam kolejny przelew na 300 zł z tytułem "Dziękuję, numer konta pomyliłem o jedną cyfrę, to za uczciwość".
Akurat tych 300 zł brakowało mi do spłaty rat kredytu :)
W wieku 15 lat kolega pokazał mi „łatwy sposób” na zarobek - zakłady bukmacherskie. Wciągnęło mnie to na tyle, że po kilku latach mam jakieś 80 tys. długu i raczej prędko z tego nie wyjdę. Wszystkie zarobione pieniądze idą na spłaty kredytów.
Nikt o tym nie wie, wstyd mi się przyznać przed kimkolwiek. Jeśli gracie, to odpuśćcie, nawet przy dobrej passie kiedyś będą z tego same problemy.
Mój partner strasznie nalegał na dziecko. Dosłownie dzień w dzień słuchałam o tym, że jego siostra już ma dzidziusia, takiego słodkiego, i my też byśmy mogli. Planował nawet gdzie postawi łóżeczko. Po kilku miesiącach namawiania w końcu się zgodziłam. Doszłam do wniosku, że w sumie nie warto zwlekać, skoro jestem przed 30., a warunki mamy. No i udało się dość szybko. Problem pojawił się jednak w tym, że przez ciążę zaczęłam strasznie tyć. Nie objadałam się, owszem, miałam więcej chęci na słodycze, ale nie na tyle, aby one spowodowały przybranie 10 kg wagi. Zresztą poniekąd się tego spodziewałam, bo moja mama i babcia w ciąży również bardzo tyły.
Szkoda, że mój partner nie mógł tego pojąć i postanowił odejść. Zostawił mnie w 8 miesiącu ciąży, bo już go nie podniecam i brzydzi go moje opuchnięte ciało i wielki brzuch. Gdy próbowałam pytać, czy nie wiedział, że przecież tak wygląda ciąża, on stwierdził, że na pewno nie tak jak u mnie, bo jego siostra była szczupła przez całą ciążę.
Tak że cóż, dziecko zostanie bez ojca, a ja od tygodnia ryczę w poduszkę.
Pracuję w gastro. To ja jestem tą osobą, która ma bezpośredni kontakt z klientem. Mam jeszcze kucharzy, ale oni nie obsłużą kasy.
Ostatnio tak się zdarzyło, że musiałam iść na "dwójeczkę", ekspresowo. Musiałam. Rozkoszowałabym się dłużej tą chwilą samotności, ale już wołali, że kolejni goście czekają. Umyłam szybko ręce i wróciłam na stanowisko. Krótka rozmowa z klientem, proponuję coś do picia, albo może coś słodkiego, a on się ciągle patrzy na moje ręce, niezwykle podejrzliwym spojrzeniem. Spojrzałam i ja. Nasze oczy się spotkały. Wiedział, że wiem, o co mu chodzi.
"Och, koleżanka ma urodziny i właśnie częstowała tortem czekoladowym", po czym, aby udowodnić prawdziwość moich słów, oblizałam palec z miniaturową grudką czekoladowego nadzienia.
Klient uśmiechnął się z ulgą.
Jak się już domyśliliście - nie, nie było żadnych urodzin, ani żadnego ciasta...
Moja żona została napadnięta i bardzo skrzywdzona. Wracała późno z pracy, napadło ją dwóch meneli. Sprawa jest w toku, ale nie ma szans, że unikną więzienia. Jednak jest coś jeszcze. Zaszła w ciążę z jednym z nich (na 100% nie ze mną wcześniej, już uprzedzam). Nie mogę tego pojąć, przecież zapłodnienie nie jest takie wybitnie łatwe, szczególnie przez kogoś z trybem życia menela, a jednak ją trafiło. Nie rozumiem też czemu nie dano jej specjalnej tabletki, gdy została przewieziona do szpitala. Ale nie o tym chcę napisać. Chodzi o to, że żona chce urodzić to dziecko i wychować jak nasze wspólne. A ja absolutnie tego nie chcę. Nie umiałbym pokochać dziecka, które jest owocem krzywdy, jaka wydarzyła się mojej ukochanej. Nie potrafiłbym spędzać z nim czasu, tak jak to robię z naszą 4-letnią córką. Zawsze widziałbym w nim tego obrzydliwego człowieka, który napadł moją żonę. Po prostu nie dam rady zająć się dzieckiem tego potwora, to jest dla mnie za dużo po prostu. Jednak z drugiej strony nie będę namawiać żony na aborcję czy oddanie dziecka, bo ona naprawdę jego chce i zapewne bardzo źle zareagowałaby na taką prośbę, szczególnie że nadal jest w bardzo słabym stanie psychicznym po tym wszystkim.
Nie będę jej dokładać kolejnych cierpień. I kompletnie nie wiem co zrobić. Nie odejdę od żony, kocham ją i nie chciałbym zostawić córki. Ale to dziecko, które się urodzi, zawsze będzie dla mnie niczym intruz. Nigdy go nie pokocham. Nie chcę, by nazywało mnie ojcem. Wiem, że brzmi to brutalnie, ale to są moje odczucia. Ja psychicznie nie udźwignę czegoś takiego, nie jestem taki silny jak żona. I obawiam się, że w przyszłości nie wytrzymam i odejdę, a naprawdę tego nie chcę. Nie mam pojęcia co robić, każda droga wydaje się być zła.
Jakieś 15 lat temu pojechałam do Niemiec do dalekich krewnych. Miałam być nianią dla ich czteroletniej córki, ponieważ oni mieli taką pracę, że często nie było ich w domu nawet trzy dni.
To co fundowali temu dziecku można określić jednym słowem - patologia.
I to nie tak, że byli typowo patologiczną rodziną, gdzie było picie i bicie. Nie. Można to podciągnąć pod znęcanie psychiczne nad dzieckiem, a najgorsze jest to, że oni uważali, że nic złego nie robią.
Częstą praktyką jej tatusia było mówienie do małej "jak będziesz taka niegrzeczna, to ja odejdę od mamusi i pójdę do innej pani, będę miał lepsze dzieci, nigdy już mnie nie zobaczysz". Skuteczne było, ale w momencie kiedy tatuś był w domu. Mała była wtedy grzeczna. Dramat rozpoczynał się, kiedy dziecko budziło się rano i stwierdzało, że tatusia nie ma w domu. Nazwanie tego histerią to za lekkie słowo. Przez wiele godzin nie mogłam małej w ogóle uspokoić, zazwyczaj zasypiała w połowie dnia zmęczona płaczem. Starałam się jakoś do niej dotrzeć, ale nie byłam jej rodzicem, nie było między nami więzi typowej dla matki i córki, więc nie było to łatwe. Kiedy tatuś nie wracał na drugi dzień, histeria była jeszcze większa. Najgorzej było, gdy dzwonił i z nią rozmawiał, po zakończeniu rozmowy rozgrywał się taki dramat, że cieszyłam się, że mieszkają na zadupiu, bo pewnie policja byłaby częstym gościem, a ja nie znałam za dobrze języka, więc nawet bym się nie wytłumaczyła, że ja małej nic złego nie robię.
Mamusia z kolei wmawiała jej, że jak będzie niegrzeczna, to ona zadzwoni po złego pana i on ją zabierze i już nigdy nie wróci do domu.
Wielokrotnie prosiłam, by nie mówili tak do dziecka, mówiłam, jakie mam z nią problemy, tłumaczyłam, że to nie jest dobra metoda wychowawcza i fundują jej traumę do końca życia, że problemy mogą się nasilić, jeśli nie przestaną. Odpowiadali, że nic złego nie robią i ona za dziesięć lat o tym na pewno zapomni, a w ogóle to mam się nie wtrącać w wychowanie, bo wywalą mnie za drzwi i będę sama na piechotę wracać do Polski, bo nie załatwią mi transportu.
Trwało to i trwało, aż w końcu sama nie wytrzymałam psychicznie i postanowiłam zrezygnować i wrócić do Polski.
Kilka dni temu od dalekiej ciotki, czyli babci małej, dowiedziałam się, że dziewiętnastoletnia dziś już dziewczyna ma za sobą próbę samobójczą, samookaleczenia, narkotyki, rodzice kompletnie sobie z nią nie radzą i ONI NIE WIEDZĄ DLACZEGO TAK JEST.
Ręce mi opadły do samej podłogi. Wyjaśniłam ciotce, i to po raz drugi, bo pierwszy był po moim powrocie do Polski, co się rozgrywało w jej domu, ale ona stwierdziła, że to na pewno nie to jest przyczyną. Pewnie koleżanki i telewizja zrobiły jej pranie mózgu, bo przecież cięcie się, narkotyki i samobójstwa to teraz modne rzeczy i ona chciała być jak te dziewczyny z internetu.
Tia...
Tak bardzo nienawidzę swojej bratowej, że codziennie pod prysznicem sikam na jej gąbkę.
Nie cierpię mojej macochy i przyrodniego brata.
Rodzice rozwiedli się, kiedy miałam dziesięć lat. Tata zdradzał mamę z Baśką, ona zaszła w ciążę i urodził się Michał. Teraz ma pięć lat. Mimo wszystko rodzice starali się, żeby w mojej kwestii się dogadać, mama nie nastawia mnie przeciwko tacie i nie utrudnia kontaktu. Na początku kiedy widywałam się z tatą, zazwyczaj gdzieś razem szliśmy, wiadomo, że Michał był malutki i potrzebował spokoju. Cieszyłam się, że mam braciszka, ale do czasu.
Kiedy podrósł, Baśka zaczęła go nastawiać przeciwko mnie. Kiedy jestem u nich na weekendy i młody zaczyna płakać (robi to zawsze kiedy coś jest nie po jego myśli), od razu wiadomo, że to przeze mnie. Kiedy tata próbuje wyjaśnić, od razu zostaje zakrzyczany, a Michaś ląduje na kolanach mamusi, która go tuli. Wszystko musi być jak on chce. Próbowałam się z nim bawić, ale nawet jeśli niechcący zrobię coś inaczej niż on chce, zaraz biegnie do matki na skargę. W planszówkę też nie zagramy, bo nie mam zamiaru specjalnie przegrywać, żeby Michaś był szczęśliwy. Kiedy chciałam z nim pogadać, np. o przedszkolu, zaczyna śpiewać i mówi, że mnie nie słucha.
Nawet raz na jakiś czas nie mogę iść sama z tatą np. do kina, bo Michał musi iść z nami, bo inaczej histeryzuje, a Baśka twierdzi, że skoro tata w tygodniu dużo pracuje (bo ona nie pracuje od ślubu z tatą), to niech chociaż w weekend poświęci mu dużo czasu, bo to jego syn, co słyszę od Baśki jakieś tysiąc razy w ciągu weekendu. Mój tata jest bardzo ugodowy i wiecznie jej ustępuje. A wyjście z Michałem to horror, bo nie mam okazji o czymkolwiek z tatą pogadać. Raz tata zwrócił mu uwagę, że ja też jestem ważna, ale młody zaczął tak zawodzić, że miał problem ze złapaniem tchu. Ponad pół godziny tata zapewniał go, że bardzo go kocha. A ja mam prawie szesnaście lat i muszę zrozumieć, że Michaś jest mały i bardzo wrażliwy. Od cioci, która pracuje w przedszkolu wiem, że dzieci go nie lubią, bo jest samolubny.
Baśka jest w drugim miesiącu ciąży, zachowuje się jakby miała rodzić lada moment. Ciągle czegoś chce i w swoim stanie musi być ostrożna, więc tata wokół niej skacze. Ostatnio powiedziała mi, że powinnam wziąć pod uwagę jej stan i nie męczyć ich swoimi wizytami. Kiedy dowiedziała się o tym moja mama, zrobiła tacie aferę.
W zasadzie to nawet już nie mam ochoty ich odwiedzać, wolę spotkać się z tatą na mieście, o ile oczywiście nowa rodzina pozwala. W weekend wolę wyjść ze znajomymi, pograć w planszówki z mamą i Waldkiem (narzeczony mamy) albo poczytać. Przynajmniej wtedy się nie denerwuję.
I szczerze to mam nadzieję, że Michał będzie o młodsze rodzeństwo potwornie zazdrosny i da Baśce ostro popalić.
Mieliśmy w liceum fajną paczkę. Do dziś z sentymentem wspominam te czasy. Byliśmy bardzo aktywni jako nastolatkowie - pisaliśmy komiksy, kręciliśmy filmy i w owym czasie byliśmy dumni z naszego dorobku „artystycznego”.
Nasza sędziwa, bo już ponad 100-letnia szkoła posiadała wspaniałą ogromną piwnicę. Kreatywni my postanowiliśmy zamurować jedno jej pomieszczenie i ukryć w nim wszystkie nasze prace z nadzieją że ktoś je kiedyś znajdzie i poczuje dreszcz emocji z odkrycia - ot, chłopięca fantazja.
Wyobraźcie sobie przygotowania. Sportowe torby, potajemne wnoszenie pustaków, wody, cementu, mieszanie zaprawy, murowanie. Pełna konspiracja. Wszystko finalnie zatuszowane, przykryte tablicami, stalowymi pierdółkami - majstersztyk.
Jakie było nasze zdziwienie, kiedy niefortunnym zbiegiem okoliczności pewna pani pedagog razem z woźnym odkryli, że w piwnicy brakuje jednego pomieszczenia.
Konflikt eskalował błyskawicznie - rozmowy z dyrektorem, oburzenie rady pedagogicznej, masa plotek na mieście, że zamurowaliśmy tam człowieka (marzannę na katafalku), że w pewnym LO działa sekta satanistyczna. Obłęd. Skończyliśmy z nieodpowiednim zachowaniem i tu wielkie brawa dla naszej wychowawczyni, która jak lwica wyszarpała nas z objęć nagannego.
Epilogiem niech będzie moja rozmowa z ojcem po wizycie w szkole.
Ojciec rozbawiony, ale próbujący zachować surowy wyraz twarzy: Chyba powinienem cię opierdolić za tę akcję.
Ja: Nie wydaje ci się to choć trochę zabawne?
Matka: Uspokój się, przecież sam mu dałeś szpachlę...
Kurtyna.
Ojciec mojego dziadka był rodowitym Niemcem walczącym na froncie wschodnim przeciwko ZSRR, a ojciec mojej babci był Polakiem, który wstąpił do armii rosyjskiej, gdy ta goniła za Niemcami w stronę Berlina. Los chciał, że oboje zostali ranni podczas bitwy nieopodal Szczecina i zamieszkali po wojnie w jednej wiosce.
Na początku ponoć ostro się kłócili, bywały sytuacje, że celowali do siebie z broni, normalnie najwięksi wrogowie we wsi. Póki ich dzieci nie oświadczyły im, że są parą ;)
Dodaj anonimowe wyznanie