Moje życie niszczą mi kosmiczne wzdęcia i wieczne wiatry.
Nie pomagają mi żadne leki, moje ciało takie jest i już, jestem jednym wielkim pierdotworem! Nie jestem gruby, nie jem fast foodów, zdrowa, zbilansowana dieta pozwoliła mi na zmniejszenie wiatrów wytwarzanych przez moje flaki, mimo to każda podróż lub wyjście na imprezę to koszmar, bo bez przerwy chce mi się strasznie pierdzieć! To nawet nie są smrodki, to często bezzapachowe zefirki, ale moja trąba przy ich wypuszczaniu wydaje takie dźwięki, jakby to był co najmniej wybuch wulkanu albo bomby! Ciągle ściskanie pośladków w pociągu bądź na imprezie powoduje koszmarne kolki i bóle, żaden lek mi nie pomaga, robiłem badania i mój organizm po prostu tak ma, połykam podobno za dużo powietrza i ono musi gdzieś ujść. Po prostu jestem pierdzielem.
Mąż zostawił mnie samą z naszym 4-miesięcznym synem. Odszedł do innej, sam zaproponował, że zrzeknie się praw do dziecka. Bolało jak diabli. Naturalna sprawa. Po rozwodzie nie mieliśmy już żadnego kontaktu. Och, jak ja dziękuję za tak cudowną rodzinę i przyjaciół, bo nie wiem co bym w tamtym czasie zrobiła, jak bym sobie dała radę.
Parę lat później ułożyłam sobie życie z moim obecnym mężem. Dorobiliśmy się razem własnej firmy na obczyźnie, która całkiem nieźle się kręci już od ładnych paru lat, a nawet lepiej niż nieźle, bym powiedziała. W skrócie - spełniły się moje marzenia o cudownej rodzinie, pracy i pieniądzach. Przejdźmy teraz do konkretów.
Styczeń, początek roku. 22 lata po rozwodzie. Jakiś szaleniec próbuje się dostać na teren firmy i wykrzykuje moje nazwisko. O wszystkim powiadamia mnie ochrona. Gdy sytuacja się trochę uspokoiła, zeszłam na dół dowiedzieć się czegoś więcej. To był mój były mąż...
I teraz uwaga - żąda ode mnie 2 milionów złotych dla jego 3-letniego synka na leczenie! I nie, nie zapytał co u naszego syna, czy zdrowy, co w życiu porabia, jak wygląda itp. Nic. Żądał pieniędzy na swojego syna, bo ten choruje, a skoro ja mam pieniądze, to mogę mu dać.
Jedyne co mu wtedy dałam, to w mordę, i obietnicę wezwania policji, jak się nie wyniesie. Nie jest mi go żal, ani tego chłopca. Może jestem jakąś starą suczą bez serca, możliwe, ale mamy już fundację, którą wspieramy, wspieramy też dom dziecka. Nie czuję się w obowiązku dawać pieniądze każdemu, kto o nie mnie poprosi. A już zwłaszcza komuś takiemu. Krew się znowu we mnie gotuje.
Nie jest to anonimowe, ale dziwne, straszne i bolesne.
Rok 2003, miałam wówczas 15 lat. Moja mama pracowała w godzinach porannych, więc do domu wracała chwilę przed moim powrotem do domu ze szkoły. Gdy wracałam, prawie zawsze była w trakcie robienia obiadu. Taka codzienność.
Identycznie było tamtego dnia. Wróciłam do domu, a mama była w trakcie robienia zupy. Zdążyłam usiąść na kanapie i zająć się zadaniami domowymi, gdy przerwała mi mama, mówiąc, że zapomniała śmietany kupić i wyskoczy po nią szybko do sklepu, a ja mam doglądać gotującej się cały czas zupy. Wzięła tylko portfel ze stołu, zarzuciła na szybko jakiś płaszcz i wyszła. Ja zupy oczywiście pilnowałam, ale zaczęłam się niepokoić, gdy minęło już prawie pół godziny, a mama nie wracała. Jednak nie na tyle, aby zareagować. Wyłączyłam kuchenkę, myśląc, że mama jak zwykle zagadała się z sąsiadką i stoi teraz pod blokiem plotkując. Dwie godziny później wyszłam przed dom, już poważnie zaniepokojona. Nigdzie jej nie było, więc z bezradności wróciłam do domu z zamiarem czekania na tatę.
Tata wrócił kolejną godzinę później. On również bardzo się zaniepokoił i od razu wyszedł jej szukać. Jakieś dwie - trzy godziny później zawiadomił policję, ale oni kazali nam czekać, w końcu dorosła osoba może robić co chce. Zajęli się sprawą dopiero trzy dni później i raczej na zasadzie "jakaś baba pewnie uciekła z innym facetem". Szybko pojęli, że taka lub podobne wersje kompletnie nie pasują. Obiad zostawiony na ogniu, nie wzięła torebki, a sam portfel, nie ubrała nawet butów, wyszła w samych klapkach, które nosiła po domu. Z moim tatą bardzo się kochali, byliśmy szczęśliwą rodziną. Prawie nigdy też nie wychodziła nigdzie, po pracy lubiła siedzieć w domu i szyć. Miała również plany na następne dni, chociażby jej urodziny. Po prostu nigdy nie uwierzę, że uciekła od nas, bo to nie miałoby sensu.
Jednak do dziś się nie odnalazła. Droga od mieszkania do sklepu wynosiła dokładnie 7 minut, liczono to z zegarkiem w ręku. Po rozeznaniu się w owym sklepie, wyszło na to, że nie pojawiła się tam wcale. Nikt również niczego nie widział, poza sąsiadem, który mijał ją na klatce schodowej, gdy wychodziła i wymienili zwykłe "dzień dobry". Po prostu rozpłynęła się w powietrzu na bardzo niewielkim odcinku drogi. Nie było tam też praktycznie kamer. Telefonu również nie miała, to były czasy, gdzie mieliśmy tylko domowy. Do dziś nie ma absolutnie żadnych śladów, świadków, no niczego. Po prostu zniknęła. Przesłuchano też wiele osób, ale nic to nie dało. Nie pomagał fakt, że mieszkaliśmy w takim miejscu, że poza dwoma blokami i sklepem nie było nic innego, więc potencjalnych świadków za wiele nawet być nie mogło. Jak łatwo się domyślić, oficjalne założenie jest takie, że po prostu spotkało ją po drodze coś złego. Napaść, porwanie, cokolwiek.
Minęło już tyle lat, a ja wciąż nie mogę się z tym pogodzić. Po takim czasie sądzę, że chyba wolałabym żyć z myślą, że nas zostawiła, a nie, że najpewniej nie żyje, a jej zwłoki wciąż gdzieś leżą.
Mam 23 lata i jestem kobietą, a od pół roku mam aparat ortodontyczny tzw. „stały”. Czasem boli, raz nawet zamek odpadł, ale najbardziej przeszkadza mi on w obgryzaniu paznokci u stóp.
Gdy byłam w 5 klasie podstawówki okazało się, że mam wszy. Rodzice o mnie dbali, byłam czystym dzieckiem, po prostu musiałam się od kogoś zarazić w szkole. Nie rozumiałam, że to takie straszne, więc na lekcjach i na przerwach wyjmowałam larwy z włosów i rozgniatałam je w palcach. Uwielbiałam, jak strzelały. A koleżankom, których nie lubiłam, wrzucałam je we włosy udając, że już coś tam mają i chcę to coś wyciągnąć.
Mam 15 lat. Rok temu zmarła moja mama, a 4 miesiące temu dowiedziałem się, że mój tato ma raka. Jestem jedynakiem. Nikt z mojej rodziny nawet nie przyjechał nas odwiedzić i nawet nie zadzwonił. Nie interesują się tym, jak ja się czuję po śmierci mamy. Nie interesują się, jak chemia mojego taty. Nie interesują się, czy mamy za co żyć, co jeść.
Zaznaczę, że nie było nigdy żadnej kłótni w naszej rodzinie. Po prostu się nie odzywają, a jak zapytałem dziadka dlaczego nas nie odwiedzają, to usłyszałem „bo nie”.
Najlepsze w tym wszystkim jest, że wszyscy biegają do kościoła i do komunii.
Wierzę w to, że tata pokona raka i mnie nie zostawi.
Nie wiemy nigdy, co nas w życiu spotka. Historia Kobe Bryanta. Cudowne życie... a tragedia się stała. To, że dziś jesteśmy na szczycie i wszystko się nam układa, to nie znaczy, że jutro też tak będzie. Moi dziadkowie też kiedyś będą starzy i będą potrzebowali pomocy. Nie pójdę.
Operowałam pacjentce żylaki. Wtajemniczeni wiedzą, że na zabieg taki najczęściej stosuje się znieczulenie zewnątrzoponowe. Pacjent jest świadomy podczas operacji i nie czuje bólu.
Podczas zabiegu słyszałam jęki, stękanie, szlochanie, z czasem wycie. Lekko zirytowana tłumaczeniem pani, że nie ma prawa czuć nic podczas tego zabiegu powiedziałam:
- Proszę pani, ale tu nie ma co boleć!
- Ale ja czuję!
- Co pani czuje?
- No, czuję!
- Co dokładnie pani czuje?
- No, nie wiem, coś czuję i boli!
Postanowiłam to olać, bo nie raz zdarzali mi się pacjenci, którzy narzekali na ból podczas takiego typu zabiegu. Czasami zdarza się tak, że ludzie czują amputowaną kończynę, więc nie chciałam się kłócić. Po paru minutach notorycznego jęczenia nie wytrzymałam jednak i spytałam, czy podać coś przeciwbólowego. Pani X zaświeciły się oczy, a ja poprosiłam pielęgniarkę o "to". "To", czyli sól fizjologiczną, która działa cuda na obolałych pacjentów, którzy od razu przestają czuć ból, a czasami nawet zasypiają na fotelu.
Moja tajemnica, nie przyznam się nikomu do stosowania placebo. Chociaż nie na każdego działa.
Mam 19 lat i jestem beznadziejnie zakochany w kobiecie starszej ode mnie o dziesięć lat, mającej kilkuletnie dziecko.
Zaczęło się zupełnie zwyczajnie, wprowadziła się do mieszkania vis a vis mojego. O czym nawet nie wiedziałem, bo poza uczelnią raczej nie wychodzę z bloku i nie czułem potrzeby kontaktu z sąsiadami.
Pewnej niedzieli usłyszałem dzwonek. Po otwarciu ujrzałem ją. Dosłownie najpiękniejszą kobietę, jaką widziałem w życiu. Chodzący ideał złożony ze wszystkich cech wyglądu, które najbardziej lubię.
Jak już się otrząsnąłem z szoku i wróciłem do rzeczywistości, okazało się, że chciała pożyczyć cukier, bo piekła ciasto, a sklepy zamknięte. Przy wyjmowaniu paczki cukru z szafy tak mi się ręce trzęsły, że zbiłem dwa talerze, co na pewno musiała słyszeć. Wręczając cukier coś tam bezładnie wydukałem i poszedłem użalać się nad sobą i swoją nieumiejętnością zachowywania się jak człowiek.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy jakiś czas później ponownie usłyszałem dzwonek i zostałem zaproszony na owo ciasto.
Wtedy też poznałem jej sześcioletniego syna i dowiedziałem się, że wbrew swojej powierzchowności, ona wcale nie jest w moim wieku.
W trakcie rozmowy okazało się, że przy okazji nieziemskiej urody jest też inteligentną, wspaniałą i ciepłą osobą. Naprawdę rozmawiało nam się świetnie, jakby różnica wieku nie istniała.
Później wszystko rozwinęło się pozornie normalnie. Ot, kilka razy w miesiącu spotykaliśmy się na zwyczajne sąsiedzkie pogawędki. Poznawaliśmy się coraz lepiej, ona opowiadała o sobie, ja o sobie. Okazało się, że mamy podobny gust, podobne poglądy na wiele kwestii.
I przez cały ten czas umierałem w środku wiedząc, że nigdy nie spojrzy na mnie tak jak ja na nią. Jednocześnie bałem się jakkolwiek wyrazić swoje uczucia, nie chcąc zepsuć naszej przyjaźni.
Nigdy zresztą nie dała najmniejszego sygnału, że jakikolwiek inny rozwój sytuacji jest możliwy.
Męczę się okropnie, udając, że taki stan rzeczy jest dla mnie idealny, ale jednocześnie nie potrafię z tego zrezygnować, bo spotkania z nią są dla mnie najmilszą rzeczą pod słońcem, kiedy mogę z nią rozmawiać, przebywać. Ale brak możliwości, żeby się przytulić, wtulić we włosy i powiedzieć, że ją kocham jest okropny i odbierający całą chęć życia.
Morału nie będzie, bo i jaki miałby być.
Wczoraj ścięłam wszystkie włosy. Wszystkim mówiłam, że to dlatego, że tak chciałam, ale prawda jest taka, że nie mam siły się nimi zajmować przez depresję, o której prawie nikt nie wie. Pozdrawiam wszystkich, którzy rozumieją.
Umówiłem się kiedyś na pewnym portalu erotycznym z jedną dziewczyną. Spotkanie miało być u mnie w mieszkaniu. Podałem adres, numer mieszkania miałem podać, jak dziewczyna będzie pod klatką.
Dostaję SMS-a o treści "jestem". Wyjrzałem przez okno (niski parter) i niestety już wiedziałem, że nic tego dnia nie będzie. Dziewczyna totalnie nieatrakcyjna, nie wyglądała tak jak na zdjęciach, krótko mówiąc. Nie odpisałem na wiadomość, wyłączyłem telefon, usunąłem konto na portalu, na którym się poznaliśmy. I tyle.
Dodaj anonimowe wyznanie