#3ATfS

Cała rodzina ma do mnie i męża "problem", bo "wymigaliśmy" się od Wigilii.
Dlaczego uciekliśmy od świąt? Bo mieliśmy po dziurki w nosie tego, jaki cyrk się tam odprawia.
Sytuacja z zeszłego roku:
Ciotka stwierdziła, że pierogi są stare, teściowa w płacz, teść za nią biegnie, a szwagierka kłóci się z ciotką o te nieszczęsne pierogi.
Teściowa zaczyna podgadywanie kiedy w końcu wnuki, a ja zirytowana w przypływie złości mruknęłam "nigdy", na co ciotka z teściową zawiązały szybką koalicję i cyk obie namawiają mojego męża do rozwodu.
Ciotka przyuważyła bombki na choince... i daaawaj się kłócić z teściową (a jej siostrą), bo to przecież bombki po babci Lusi i jej się należą!
Później szwagierka zaczęła płakać, bo teść kupił żywego karpia i na pewno on biedny męczył się w reklamówce i konał w męczarniach (teść karpia żywego kupił, ale na miejscu go ubili). Teść obrażony, szwagierka obrażona.

I tak rok w rok. Cyrk na kółkach. Jak nie wojna o jakąś potrawę, to o bombki, o rodzinną biżuterię, o wnuki, o to, która ma "lepszych" synów czyt. której synowie lepiej zarabiają.

W tym roku wyłączyliśmy telefony, upiekliśmy pizzę i po prostu spędziliśmy czas razem. To były najlepsze święta w moim życiu. Ciche, spokojne, w ramionach ukochanej osoby. Czego chcieć więcej?

#kwZDk

Jestem bardzo otyła, wynika to po części z zaniedbania, po części z przejść zdrowotnych, no ale do brzegu.
Siedziałam na kanapie, wysmarowana balsamem po kąpieli, oglądałam TV i coś tam zamawiałam online, potrzebna była karta płatnicza, wszystko pięknie ładnie, zapłacone, balsam się wchłonął, więc w drogę.
Ubrana i gotowa do wyjścia, portfel, telefon, klucze, torebka, najpierw zakupy, potem kawa z przyjaciółką - popołudnie typowe, aczkolwiek bardzo przyjemne.

Pierwszy sklep, płacę gotówką, drugi tak samo, w trzecim ostatnie pieniądze wydane, więc teraz kawka i plotki.
Szukam karty, by zapłacić za kawę - karty brak.
Panika, ale umiarkowana. Powrót do mieszkania - karty brak. Panika już mniej umiarkowana.
Aplikacja - logowanie do banku (uff, nic nie ubyło), blokada karty (cholera, to już czwarty raz w tym roku), no trudno.

Rozbieram się, chcę przymierzyć jeszcze raz nowe ciuszki, zdejmuję stanik i... pac. Tak, to była karta, przyklejona między fałdkę tłuszczu a biust...

Kurtyna.

PS Przyjaciółce powiedziałam, że "została w drugiej torebce".

#GZRqk

Wakacje. Zwykły szary (ach... no, ale wakacyjny!) dzień. Jak to w lato, razem ze znajomymi postanowiliśmy spotkać się, pospacerować po mieście, poodwiedzać sklepy, spędzić razem czas. Jak zawsze weszliśmy do naszego ulubionego sklepu w galerii. Przeglądałam sobie wiele śmiesznych pierdół, w tym małą, kolorową piersiówkę. Bardzo mnie zauroczyła (żebyście sobie czegoś nie pomyśleli - alkoholu raczej nie pijam, ale ładna była). Stwierdziłam, że 60 zł to trochę za dużo, a jak to w studenckim portfelu - pieniędzy brak, więc musiałam ją odłożyć. Chciałam kupić książkę, więc wybrałam sobie jakiś kryminał i ruszyłam do kasy.

Otwieram torebkę, patrzę, a w niej moja piersiówka! Przerażona, co ona tam robi (no złodziejką nie jestem i pamiętam moment, gdy odkładałam ją na półkę) pobiegłam zanieść ją z powrotem. Wróciłam do kasy, zakupiłam swoją książkę i razem ze znajomymi ruszyliśmy do wyjścia. Przechodząc przez bramki usłyszałam alarm - przeraziłam się i pomyślałam, że coś jeszcze znajduje się w mojej torbie. Pan ochroniarz pewien, że jestem złodziejką, podchodzi z uśmiechem na twarzy i przegląda moją torbę - ku jego zdziwieniu nic podejrzanego się tam nie znajdowało... Po chwilowym przeanalizowaniu sytuacji przypomniałam sobie, że mój "stróż porządku" zawsze się gdzieś koło mnie kręcił. Nie było innego wyjścia - to on musiał podłożyć mi tę piersiówkę.

Gdybym nie zorientowała się, że w mojej torbie znajduje się przedmiot, którego nie zakupiłam, pewnie trafiłabym na komendę i została poniżona. Nikomu nie życzę takiego stresu.

#MF45P

Gdy byłem mały, czasem do mojej babci wpadała jej kuzynka z córką. Była to siwiuteńka jak gołąbek staruszka, na oko 10 lat starsza od mojej babci, bardzo miła i łagodna. Jej córkę wspominam jako sympatyczną, elegancką i bardzo oddaną mamie, ale w ogóle nie podobną do nikogo z naszej rodziny. Szczególnie dobrze kojarzą mi się ich odwiedziny, bo gdy tylko zorientowały się, że oprócz naszych regularnych kotków i ich okazjonalnego przychówku przygarniamy każdego kociego przybłędę, wraz ze słodyczami dla mnie i sióstr zawsze przynosiły dla naszej miauczącej nierogacizny jakieś kocie przysmaki typu whiskas (które na początku lat 90. koty w okolicy oglądały głównie w telewizji).

Pewien czas temu zapytałem się mamę o tamte ciocie: "wiesz, mamo, ta siwiuteńka kuzynka babci, ta z 10 lat od niej starsza...". Odpowiedź mojej mamy totalnie mnie zszokowała.

Starsza ciocia wcale nie była starsza, była kilka dobrych lat młodsza od babci. Jako młodziuteńka dziewczyna trafiła do obozu koncentracyjnego, gdzie dr Mengele dokonywał eksperymentów na ludziach. Ciocia została tam wysterylizowana i jak to określiła kiedyś moja babcia "zszyta byle jak, zawinięta w papier toaletowy i wyrzucona na śmietnik". Udało jej się jednak przeżyć i po wojnie zamieszkała w jednym z większych polskich miast. Zakochała się tam nieszczęśliwie w facecie, który był przystojny, ale pił i ją krzywdził: wypominał, że nie jest prawdziwą kobietą, bo nigdy nie da mu dziecka. Ciocia tolerowała to jednak, tak samo jak jego liczne zdrady.

W końcu doszło do sytuacji, że zamieszkała z nimi jego ciężarna kochanka. Ciocia opiekowała się nią i pomagała jej, ale gdy tylko kobieta urodziła dziecko, wyniosła się i zerwała wszelkie kontakty. Ciocia zdecydowała się wychowywać maleństwo jako swoją własną córkę. Jej mąż nie zmienił się jednak za bardzo i zanim dziewczynka dorosła, ciocia opuściła go razem z córką. W okresie gdy było im ciężko, a on nadal nieźle sobie radził, ciocia zażądała alimentów, na które on oczywiście nie chciał się zgodzić. Gdy został sądownie do nich zmuszony, wysłał im miesięczną kwotę, która była niemal identyczna z ówczesną roczną opłatą za posiadanie psa. Razem z pieniędzmi nie omieszkał dołączyć małej karteczki z dopiskiem "podatek na psa".

Gdy dziewczynka dorosła, skończyła studia i miała dobrze płatną pracę, a jej ojciec stoczył się prawie na dno, to on zażądał od niej alimentów. Rozprawa w sądzie nie trwała jednak długo, bo dziewczyna zaniosła sędziemu kwitek, który lata temu dostała od ojca wraz z karteczką z napisem "podatek na psa".

Po poznaniu tej historii, jako dorosły facet, inaczej popatrzyłem na tamte ciocie. Mniej jak na dobre wróżki z kocią karmą, a bardziej z miłą refleksją, że można zachować swoje człowieczeństwo i wrażliwość pomimo krzywd i dostać od życia happy end.

#p3ryt

Kilka dni temu myjąc się pod prysznicem skorzystałam z do tej pory nieznanej mi funkcji - deszczownicy. Puściłam strumień wody z góry i czułam się jak w teledysku pewnej piosenki. Zaczęłam tańczyć i śpiewać udając wokalistę i tak się wczułam, że za mocno machnęłam głową, uderzyłam w ścianę i straciłam przytomność.

#PA3oN

Historia może nie anonimowa, ale wydaje mi się na tyle ciekawa, że warta opisania.

Jestem z zawodu monterem i wiele lat temu pracowałam w firmie robiącej rzeczy. Na początku wymagano zrobienia 2 rzeczy na godzinę, jednak jako nowa osoba musiałam dojść do wprawy i początkowo robiłam 1 rzecz na godzinę. Po kilku miesiącach doszłam do takiej wprawy, że wymagana ilość nie sprawiała mi problemu. Łatwo policzyć, że na 8 godzin pracy wychodziło 16 rzeczy. Z doświadczenia wiedziałam, że jak zacznę robić więcej, to będą większe wymagania, a płaca zostanie ta sama. Poprosiłam więc o podwyżkę, szef się zgodził, ale pod warunkiem podniesienia wydajności do 18 rzeczy na dzień. Pracowałam już 2 lata, bez problemu robiłam nową normę.

Po prawie trzech latach pracy szef przyszedł i powiedział, że jeżeli chcę mieć przedłużoną umowę, to mam robić 20 rzeczy na dzień, bez żadnej podwyżki czy premii, jedynie łaskawe przedłużenie umowy. Powiedziałam mu, że podziękuję, a on na to, że ma pełno ludzi na moje miejsce. Życzyłam mu powodzenia w znalezieniu osoby, która na początek zrobi chociaż 16 rzeczy, bo jednak trzeba dojść do wprawy i nauka wyrobienia normalnego tempa trwa prawie rok.

Szef zwolnił mnie oraz wszystkich innych, którzy nie zgodzili się na cudowne nowe warunki, czyli wszystkich, którzy pracowali dłużej niż 2 lata i pracowali sprawnie. Firma została z pracownikami, którzy byli nowi, a największe osiągnięcia miała osoba, która robiła 10 rzeczy na dzień. Pół roku później firma już nie istniała.

#P7JIS

Śmieję się moim znajomym w twarz.
Była nas w szkole zgrana paczka pięciu osób. Ot, paczka jak paczka.
Jedyny problem jaki był, to przeogromny wyścig szczurów, narzucony przez liceum.
Liceum jako jedne z "najbardziej renomowanych z renomowanych", wszystko nastawione na naukę. Zdałeś na 4? Czemu nie na 5?! Na 5? Czemu nie na 6?
Moi znajomi uczyli się, ryli całymi tygodniami. Spotykaliśmy się na wspólną naukę gdzie... faktycznie się uczyliśmy. Tak, jak teraz na to patrzę - było to chore.

W pewnym jednak momencie zachorowałem, nie było mnie miesiąc w szkole. I przez ten czas odkryłem Internet, odkryłem swoje hobby, które uprawiam po dziś dzień, odkryłem masę rzeczy, a najważniejsze z nich takie, że nauka nie jest najważniejsza. Że wystarczy zdać.

I tym pięknym sposobem zaliczyłem na trójkach, czasem czwórkach drugą klasę liceum.
Odbierałem jako jedyny z paczki i w ogóle jako ósma osoba w liceum świadectwo bez wyróżnienia. Darli się na mnie nauczyciele, wyśmiewała klasa - miałem to gdzieś.
Paczka nie rozumiała, jak można olać naukę na rzecz jakichś "głupich składanek", czym nazywali moje pierwsze próby robienia biżuterii.
Klasa maturalna minęła w akompaniamencie wzywania do szkoły rodziców przez nauczycieli, a także dyrektorki, "bo państwa syn zaniży nam średnią". Paczka dalej nie rozumiała, ale akceptowała. Klasa dalej się śmiała.
Zdaliśmy matury, ja ponownie - tak aby było. Kiedy nauczyciele się dowiedzieli, że nie chcę iść na studia, bo chcę zająć się całkowicie rzemieślnictwem, dostali apopleksji. Dla świętego spokoju poszedłem na tzw. "g-kierunek", który to również ukończyłem na "aby-aby".

Tymczasem moi znajomi, pełni pierdół, których im natłukli do łba nauczyciele, rozbili się o realny świat. Nikt nie zwracał uwagi na ich średnie, oceny. Studia ich przywitały gromkim "meh". Po nich następne rozczarowania w postaci pracy za średnią krajową.
A ja?
A ja właśnie zdałem egzamin na mistrza złotnictwa. Siedzę sobie w domu z kawusią, składam średnio po parę rzeczy dziennie. Sprzedaję na Polskę i za granicę. Żyję całkiem dobrze, nie muszę chodzić do pacy, słuchać drącego się na mnie szefa.
I tylko śmieję się pod nosem, kiedy któryś mi płacze przy piwie, że znów się na niego drą, znów mu pensję obetną. Mówią mi, że nie znam życia.
Nie.
Ja je poznałem już w liceum, kiedy oni żyli snem dziecka-prymusa.

#tctBY

Cieszyłam się na wieść o śmierci mojej matki.

Generalnie to nasze charaktery różnią się o 180°. Jako dziecko nie przepadałam za nią, dużo pracowała poza domem. Bardzo się poświęcała, bo nie miałam ojca i było nam ciężko finansowo. Potem, jako nastolatka, nie mogłyśmy się porozumieć na żadnym polu. Była cudowną matką, o wszystko dbała, ale chyba nie rozumiała mojego sposobu bycia. Zawsze byłam trochę ekscentryczna, mogę powiedzieć, że nasiliło się z wiekiem. Mój ojciec był chory psychicznie, dlatego martwiła się, że coś odziedziczyłam. Po prostu jej nie lubiłam, denerwowała mnie. Widziałam, że się stara, chodziła na rozmowy z różnymi pedagogami, walczyła o naszą relację.

Wyprowadziłam się szybko. Miałam trochę wyrzuty sumienia o to, więc utrzymywałam kontakt. Założyłam własną rodzinę i ona przyjeżdżała na święta czy weekendy. Ale po prostu jej nie lubiłam, nie chciałam, żeby przyjeżdżała. Męczyło mnie to, ale starałam się nie dać tego po sobie poznać. Właściwie to zawsze pomagała z obowiązkami domowymi, bawiła się z wnukami, starała się nie wtrącać swojej opinii. Wielu ludzi dałoby się za coś takiego pokroić. Naprawdę, widziałam jak się stara i była wtedy świetną kobietą. Ale mimo tego spędzałam z nią czas z poczucia obowiązku, bo wiedziałam, jak wiele dla mnie zrobiła.

Gdy umarła, to ogarnęła mnie ulga. Że już nie trzeba będzie przyjeżdżać ani dzwonić, tylko ten czas poświęcę dla siebie. Zdałam sobie sprawę, że ja jej tak naprawdę nigdy po prostu nie lubiłam, nie była w moim typie. Jak męcząca ciocia, dla której jest się zawsze serdecznym i miłym, ale czeka się, kiedy wyjedzie. Teraz minęło trochę czasu od jej śmierci, a ja nadal nie czuję żadnej tęsknoty. Trochę mnie to martwi i w cholerę boję się, że z moimi dziećmi stanie się dokładnie to samo.

#N402E

Ostatnie święta przypomniały mi o tym, co stało się 10 lat temu, a dokładnie w gwiazdkę.

Pamiętam, że odwiedził nas wujek z USA z prezentami i że dostałem od niego zdalnie sterowany samochód na benzynę i akcesoria. Pamiętam, że rodzice rozmawiali z nim, że następnego dnia mi go dadzą, ale ja jak tylko wujek wyszedł późną nocą wybiegłem z pokoju i pytałem o swój prezent. Tata gdy mnie zobaczył posmutniał, lecz poszedł do drugiego pokoju i przyszedł z moją paczką. Gdy wrócił dał mi ją, a ja od razu ją otworzyłem, lecz tata był jeszcze bardziej smutny, więc zostawiłem paczkę i podszedłem do niego pytając, czemu się nie cieszy jak ja. On na początku milczał, lecz potem powiedział, że zabawkę miał zamiar sprzedać, bo przez to, że w zimie miał mało zleceń, nie starczy nam na jedzenie i prąd. Po usłyszeniu tego co powiedział zapakowałem prezent z powrotem i mu go dałem. Ucieszył się i przysiągł, że kiedyś dobro do mnie wróci.

Po kilku latach, gdy tata założył firmę i stanęliśmy na nogi, w moje 18 urodziny wręczył mi kluczyki od auta, które chciałem sobie kupić. Powiedział mi "Pamiętałem, synu, oto mój prezent dla ciebie". Rozpłakałem się i przytuliłem go, bo nie musiał tego robić, a mimo to pamiętał.
Dodaj anonimowe wyznanie