#8vEl3

Jako dziecko byłam dość pulchna. Lubiłam słodycze, a że od kiedy pamiętam miałam tendencję do tycia, to mama często mi zabraniała je jeść w ilościach większych niż jedno ciastko tygodniowo. Miało to taki skutek, że gdy raz na dłuższą chwilę dorwałam w tajemnicy coś słodkiego, byłam w stanie zjeść wszystko naraz - po prostu na zapas. Nieważne, czy to był baton, czekolada czy całe opakowanie ptasiego mleczka. I tak sobie tyłam. Zachowywałam się strasznie, zdaję sobie z tego sprawę, ale czasu nie cofnę.

Pochodzę z małej miejscowości, gdzie też chodziłam do szkoły. Nie byłam lubiana w podstawówce ze względu na swoją wagę (żeby nie było - nie wyglądałam też jak kulka, nosiłam może 2 rozmiary większe ubrania niż przeciętne dziecko w wieku 10 lat). W mojej klasie wtedy szczyt popularności osiągały pewne trzy dziewczyny, które zawsze trzymały się razem. Były trochę zarozumiałe i bardzo pewne siebie, tego jakie to są mądre i ładne. Bardzo ich nie lubiłam. Nie za to, że były ładne, chude itd., ale dlatego, że miały paskudne charaktery. Przez to, że zawsze byłam dość szczerą osobą i nie udawałam, że kogoś lubię czy też nie, stałam się ich kozłem ofiarnym.

Zaczęło się niewinnie, od mało przyjemnych haseł rzucanych w moja stronę, zabierania moich rzeczy (plecak, kurtka) i chowania ich w różnych miejscach w szkole. Później było tylko gorzej. Klasa zaczęła się nastawiać przeciwko mnie. Dziewczyny były w stanie przynieść do klasy stare majtki, usmarować je w czekoladzie, wrzucić mi do plecaka podczas lekcji gdy nie patrzyłam, po to żeby później przy wszystkich je wyciągnąć i się ze mnie pośmiać z całą resztą. Nie wytrzymałam i rozpłakana poskarżyłam się wychowawczyni.

Moje koleżanki oczywiście wszystkiego się wyparły, nauczycielka uwierzyła im i całej klasie, która zapytana o tę sytuację potwierdziła wersję małych terrorystek. Nie wiedziałam jeszcze wtedy jakie będą konsekwencje.

Pewnego dnia, jak już zbierałam się do domu jedna z tych dziewuch znowu mi wyrwała plecak i pobiegła z nim do szatni od WF-u. Gdy tylko weszłam do tego pokoju żeby odebrać swoją własność, praktycznie od razu drzwi się za mną zamknęły, a oprócz tej, która mi zabrała plecak były też jej koleżanki. Bardzo szybko dwie z nich mnie przytrzymały, a trzecia podeszła i zaczęła mnie okładać pięściami po twarzy, brzuchu itp. Poczułam, jak z nosa poleciała mi ogromna ilość krwi, wtedy mnie puściły. Zwijając się z bólu usłyszałam tylko, że "to za kablowanie" i wyszły.

Nikt się nigdy nie dowiedział z dorosłych o tym, co mi kiedykolwiek zrobiły. Nauczyciele by mi nie uwierzyli, bałam się, że rodzice też nie uwierzą.

Mam teraz 20 lat. Wyrobiłam sobie wymarzoną sylwetkę, studiuję, mam masę przyjaciół, chłopaka. Jestem szczęśliwa. A karma to s*ka, zawsze wraca. Dwie z nich są teraz samotnymi matkami, a jedna ostatnio miała wypadek, bo pijana i "spalona" wsiadła do samochodu i spowodowała wypadek.

Wiem, powiecie, że to źle mieć satysfakcję z czyjegoś nieszczęścia. W takim razie jestem złą osobą.

#ClvId

Teściowa...

Od niedawna zamieszkałam ze swoim narzeczonym, bardzo go kocham, jednak cały wolny czas spędzamy z teściową. Mój narzeczony ma 32 lata, a codziennie dzwoni do niego jego mama, przychodzi bez zapowiedzi, siedzi z nami w domu, ogląda z nami filmy, przestawia nam meble w naszym domu itp. Myślałam, że jak się wyprowadzimy, to sytuacja się zmieni i w końcu zawita trochę spokoju. Dodam, że gdy u niej mieszkaliśmy siedziała z nami non stop. Gdy powiedzieliśmy jej, że się wyprowadzamy, zaczęła wybierać nam meble i wtrącać się we wszystko, co bardzo oddaliło nas od siebie. Najgorsze jest to, że mój narzeczony kompletnie tego nie widzi. Ona traktuje go jak dziecko, a jemu się to podoba.

Jestem załamana, nie wiem co robić. Teściowa mnie lubi, ale jak to mówią, nawet kota czasem można zagłaskać na śmierć.

#kVUq2

Dzisiaj rano miała wpaść do mnie przyjaciółka, znamy się od dziecka i pozwalamy sobie na przeróżne żarty i teksty, które przy nikim innym nie przejdą.  Do jej przyjścia zostało mi kilka minut, a pech chciał, że akurat zachciało mi się "dwójki", więc szybko powędrowałam do toalety. Nagle słyszę pukanie do drzwi... Mieszkam w bloku, toaletę mam zaraz przy drzwiach wejściowych, więc wychyliłam się zza drzwi i krzyknęłam radośnie "no hej, akurat sram, więc troszkę sobie poczekasz!!".
Zrobiłam co miałam zrobić i szybko otworzyłam drzwi... a tam sąsiedzka delegacja z jakąś petycją do spółdzielni.

W życiu nie spaliłam większego buraka. No i myślę, że przez dłuższy czas będę unikać sąsiadów.

#k2Q5e

Nienawidzę mojej pracy i nie wiem jak to się stało.

Jeszcze parę lat temu byłam jednym z tych szczęśliwców, którzy mogli powiedzieć, że uwielbiają swoją robotę. Mogłam za friko zostać dłużej, pomóc koleżance - wszystko z szerokim uśmiechem na ustach. Teraz czuję ból brzucha kiedy wchodzę przez drzwi rano, bo wiem, że czeka mnie 8 godzin pracy.

Pracuję w kulturze, mam kontakt z ludźmi. Od lat pieniądze na kulturę są ograniczane, a obowiązków przybywa. Czekam kiedy ktoś zapyta - "czy mogłabyś pracować topless jednocześnie żonglując piłeczkami? I schudnij z 10 kg, żeby być atrakcyjniejsza". Naprawdę by mnie to nie zdziwiło. Żadnych premii, podwyżek, trzynastek - nic. Najniższa krajowa - o super, podwyższyli! Inflacja już w lutym załatwiła radość.
No i ludzie. Nienawidzę ich. Tak 80%. Reszta może być.
Jest mi smutno, bo nie byłam taka. Wkurzona, zmęczona, cyniczna i wredna. Oczywiście nie w pracy - tutaj kryję się za fałszywym uśmiechem, z dnia na dzień coraz mniejszym.

Najgorsze, że nie bardzo mam się komu wygadać. Znajomi i rodzina uważają, że mam super, bo nie dźwigam ciężarów i ZUS opłacony, i w ogóle cudownie. Dla mnie to ślepy zaułek. Chcę zmienić pracę - wysyłam CV - praktycznie żadnych odpowiedzi.
Wykształcenie humanistyczne i ponad 10-letnia praca w kulturze, gdzie według opinii siedzi się na tyłku i nic nie robi. Tak mnie widzą rekruterzy.
I najbardziej mi żal tamtej radosnej dziewczyny, która rano szła do pracy i uśmiechała się. Niskie zarobki - jasne, były problemem, ale w porównaniu do pasji, którą miałam, radości i satysfakcji nie było tak źle. Nie ma już we mnie tamtej dziewczyny, nie ma pasji.

#6IHZm

Krótka historia o tym, jak bardzo można zepsuć sytuację w rozwijającej się relacji i praktycznie na własne życzenie wkopać się we friendzone.

Kilka lat temu poznałem pewną dziewczynę. W krótkim czasie złapaliśmy bardzo dobry kontakt i tematy do rozmów zaczynały się rano, aby skończyć w nocy - po prostu dwie osoby, co miały wrażenie jakby znały się od zawsze.

Z obu stron relacja rozwijała się tygodniami w ciekawym kierunku, aż wręcz zawiązała się między nami przyjaźń, która miała duże szanse na krok w stronę związku. Z jednej strony chciałem coś więcej, ale z drugiej obawiałem się zepsucia dobrych relacji.

A teraz wyobraźcie sobie sytuację... Mamy letnie popołudnie, gdy wracam z nią przez park po spacerze. Zaczyna powoli padać deszcz, który rozkręca się w ulewę, więc biorę dziewczynę za rękę i ciągnę pod wiadukt, żeby nie moknąć i przeczekać ulewę. Jesteśmy cali przemoczeni, pod wiaduktem, gdzie z obu stron widać pięknie formujące się ściany deszczu. Stoimy naprzeciw siebie i dziewczyna wtula się  we mnie, patrząc mi prosto w oczy i pięknie się uśmiechając, powoli przybliża swoją twarz do mojej. Ja wyczuwam co się dzieje i wiem, że to jest ta szansa!
...I nagle w ułamku sekundy coś mi strzeliło do głowy, aby zagrać super wyjątkowego gościa (a przynajmniej tak mi się wydawało wtedy) i wypaliłem:

- Ejj... Może lepiej nie?

Dziewczyna robi wielkie oczy.
- Nie chcę zepsuć naszej przyjaźni! - wypaliłem i dosłownie chwilę później na widok zdziwienia dziewczyny zorientowałem się co zrobiłem, strzelając mentalnego facepalma sobie samemu.

Koniec końców wróciliśmy do domu i relacja od tego momentu zaczęła się psuć, ja mimowolnie wpakowałem się we friendzone na dłuższy okres, a ona po jakimś czasie znalazła innego.

Ot, taka niewinna historia, którą chciałem z siebie w końcu wyrzucić, bo znowu mnie nawiedziła w nocy przed snem.
Nie raz jeszcze zastanawiam się co by było, gdybym wtedy nie zbaraniał i zwyczajnie ją pocałował... Mimo wielu późniejszych relacji ta jedna historia mnie nawiedza.
Wiem o niej tylko ja, ona i... teraz także wy.

#CMI0v

Mój ojciec nigdy nie lubił zwierząt domowych, dlatego co prawda prosiłam o psa, ale nie wierzyłam, że kiedykolwiek się na niego zgodzi. Jednak ojciec mnie zaskoczył: powiedział, że mogę mieć psa, ale postawił dwa warunki: pies nocuje na podwórzu i to ja jestem za niego odpowiedzialna - karmię, poję, sprzątam i odpowiadam za wszystkie szkody wynikające z mojego zaniedbania. A jak się nie sprawdzę, to psa oddamy. Byłam szczęśliwa i zgodziłam się, zrobiłabym wszystko, byle mieć psa.

Dostałam małego owczarka niemieckiego, skubaniec gryzł wszystko dookoła. Pół biedy, jak w moim pokoju, ale raz wypuściłam go, by sobie pobiegał po podwórku... tylko zapomniałam schować buty ojca. Jak pewnie się domyślacie, pies pogryzł buty. Byłam przerażona, bałam się, że zgodnie z zapowiedzią trzeba będzie się rozstać z psem, a tego bardzo nie chciałam. Co zatem zrobiłam? Schowałam buty głęboko pod ławkę na podwórku, a kiedy zrobiło się ciemno wyciągnęłam je i rzuciłam jednego pod bramkę, drugiego pod garaż.

Rano tata wstał, poszedł zamknąć psa i wypuścić kury. Nagle wchodzi do domu, staje przed mamą z dwoma pogryzionymi butami i mówi: "Patrz, zapomniałem schować buty i w nocy pies mi je pogryzł"...
Tak oto niechcący wziął winę na siebie, a ja nigdy się nie przyznałam, jaka była prawda.

#TGL4x

Było piękne letnie popołudnie. Razem z mężczyzną mojego życia jechaliśmy do jego rodziców na "zapoznawczy obiad". Bardzo się stresowałam, oprócz jego rodziców miały być dwie siostry z mężami i dziećmi. Gdy dojechaliśmy na miejsce, ujrzałam ogromny dom z pięknym ogrodem. Im bardziej zbliżaliśmy się do drzwi, tym bardziej serce mi waliło, a w głowie kłębiło się mnóstwo pytań i wątpliwości: czy pasuję do tego bajkowego świata? Ja, szara mysz z biednego domu. Czy mnie zaakceptują? Czy nie popełnię żadnej gafy? O czym mam z nimi rozmawiać? 

Drzwi otworzyła nam mama mojego lubego. Przywitała nas ciepłym uśmiechem, wyściskała mnie i zaprosiła do środka. W salonie wszyscy siedzieli już przy stole. Nogi miałam jak z waty, ale przywitałam się z każdym i mimo moich obaw zostałam miło przyjęta, a każdy z członków rodziny wydawał się być nastawiony do mnie pozytywnie.
Dom w środku był równie piękny co na zewnątrz. Wszędzie dużo świeżych kwiatów, eleganckich mebli, nakrycie stołu, sztućce... czułam się, jakbym była w jakimś pałacu, a nie w domu. Co chwilę czułam też na sobie spojrzenia przeplecione z uśmiechem. Tematy rozmów były "luźne": o pogodzie, o tym, że ktoś złapał gumę w aucie. Ja przyglądałam się temu wszystkiemu i w duchu błagałam: "nie pytajcie, gdzie pracuję, nie pytajcie, gdzie mieszkam, o rodziców nie pytajcie..." - i nie pytali. 


Jedzenie było pyszne. Po pierwszym i drugim daniu przenieśliśmy się na taras. Ta cisza, spokój, widok na ogród, na staw, rechot żab... coś cudownego. Siedziałam mocno trzymając za rękę mojego lubego i nie wierzyłam, że jestem tu gdzie jestem i że widzę to co widzę. Po chwili mama mojego księcia przyniosła ciasto, za nią szła siostra z tacą, na której był szampan i dużo kieliszków i w pewnym momencie taca wypadła jej z rąk, a wokoło rozległ się huk rozbijającego się o podłogę szkła...


Obudziłam się - a właściwie obudził mnie odgłos tłukącej się butelki w kuchni i krzyki pijanego ojca i matki. Spojrzałam na zegarek, była 3:18. Nadal piją - pomyślałam. Mam 17 lat. Jestem przyzwyczajona do alkoholu i krzyków w domu. Staram się być zaradna, dużo pomagają mi dziadkowie, pracuję roznosząc ulotki, więc mam na swoje "drobne potrzeby". Tamtej nocy już nie zasnęłam, było za głośno. Bajka się skończyła, trzeba wracać do szarej rzeczywistości.


Dużo myślałam i doszłam do wniosku, że jeśli kogoś już poznam, to zawsze będę się wstydzić moich rodziców, mojego brudnego mieszkania i mojej biedy...

#qgnOC

Nie znoszę ludzi, którzy twierdzą, że „matczyna miłość jest bezgraniczna”. Rzygać mi się chce kiedy słyszę banialuki typu „matka cię zawsze ma w sercu”. Wkurwia mnie głupota tych, co życia nie znają.

Moja matka po rozwodzie z ojcem przestała być mną zainteresowana, miałam wtedy 13 lat. Ojciec wyjechał za granicę, matka miała wyłączną opiekę nade mną. Zaczęło się od tego, że założyła sobie profil randkowy. Najpierw zwolnili ją z pracy za igraszki z szefem. Potem zaczęła umawiać się z facetami z neta, znikać na całe weekendy, zostawiając mnie bez kasy i z pustą lodówką. Doszło do tego, że zaczęła sprowadzać tych typów do domu. W moje 14. urodziny spiknęła się ze starszym bratem mojego kolegi w moim pokoju, w trakcie mojej urodzinowej imprezy, co obserwowali moi znajomi z tarasu. Okazało się, że robiła to też z 20-letnim synem listonosza. Po 5 latach intensywnego maratonu poznała kolejnego faceta. Ten kazał jej przestać na mnie łożyć, bo skoro mam 18 lat, to powinnam zamiast do szkoły zapierdalać do roboty, bo studia to wyrzucanie kasy. Doprowadził do tego, że wymieniła zamki, zostałam bez dachu nad głową i środków do życia (nie, policja nie pomogła, sprawa o naruszenie posiadania trwała 5 lat - uprzedzam pytania).

Nikomu się nie chwalę, ale kiedy ktoś pyta o moją matkę, to mówię, że moja matka to suka i dla mnie umarła. I wtedy się zaczyna. Każdy twierdzi, że matka bezwarunkowo kocha i chroni swoje dziecko. Gówno prawda.

Morału nie ma, po prostu wkurwia mnie to, że każdy zaczyna doszukiwać się problemu we mnie, bo nikt nie potrafi pojąć, że można zamiast matki mieć egoistyczną, puszczalską sucz.
Dodaj anonimowe wyznanie