Koleżanka z pracy jest z zamiłowania instagramerką. Od jakiegoś czasu przechwala się na okrągło gdzie to ona nie była, co nie widziała. I chwali się zdjęciami wspaniałymi.
Pewnego razu pocisnęła jednego z programistów, zarzucając mu, że on "świata nie widział", bo z Polski wybył zaledwie dwa razy w życiu. No i wdepnęła. Nie wzięła pod uwagę, że w firmie mamy zadziwiająco dużo ludzi zajmujących się fotografią na poważnie (w sensie biorą zlecenia jako fotografowie), a w dodatku to firma IT i co najmniej kilku ludzi zna się na profesjonalnej obróbce grafiki. No i czy to "na oko", czy przy użyciu profesjonalnych narzędzi do analizy zdjęć wykryto wieeeeeele dowodów na obróbkę jej zdjęć, od "upiększania" zdjęć, do podkładania fałszywego tła pokazującego miejsca, które rzekomo odwiedziła. No i ludzie powrzucali to wszystko na taką stronkę, której używamy do rozmów miedzy pracownikami, niezwiązanych bezpośrednio z pracą. Generalnie polewka na całą firmę. No i mamy spokój, bo przestała robić z siebie celebrytkę na całego.
Moje najgorsze wspomnienie?
7-8 lat, 1 klasa podstawówki. Biegłam do łazienki, ostatkiem sił się wstrzymując. Nagle pani nauczycielka mnie łapie i z wrzaskiem, że po korytarzu nie wolno biegać. Próbuję coś wtrącić, że ja naprawdę muszę, ale gdzie tam. Generalnie skończę w piekle i cały świat zginie, bo JA śmiem biegać po korytarzu. Niestety nie byłam na tyle odważna, żeby po prostu odejść, no i popuściłam. Pani widząc to hyc mnie za rękę i do dyrektorki. Ta każe mi poczekać z nauczycielką na hali. Za jakieś 15 minut wchodzą WSZYSCY, ja na środku i rozpoczęto apel, na którym każdy dowiedział się co zrobiłam i jak naganny czyn to jest. Wszyscy w śmiech, ja ledwo łapię oddech z powodu płaczu i wstydu.
Po szkole oczywiście histeria (tak, musiałam siedzieć do końca lekcji w mokrych spodniach, nie były to czasy, gdzie dzieci miały telefony komórkowe), opowiedziałam rodzicom co się stało. Natychmiastowa zmiana szkoły, sprawa do kuratorium oświaty, dyrektorka została zwolniona, nauczycielka o ile pamiętam dostała coś w rodzaju nagany.
Do tej pory na myśl o tym się czerwienię.
Sytuacja nie anonimowa (już), ale może niektórym coś uświadomi.
Jakieś 10 lat temu, gdy byłam jeszcze w liceum, mama zrobiła jakieś grzyby leśne na patelni. Nienawidzę grzybów, ich zapach sprawia, że zbiera mi się na wymioty. Moi rodzice i brat natomiast je uwielbiają, pod każdą postacią. Zamknęłam się w swoim pokoju i otworzyłam okno. Gdy już tak nie śmierdziało, popsikałam perfumą apaszkę (żeby zamaskować resztę zapachów), założyłam ją na twarz i poszłam do kuchni.
Mój brat, wtedy gimnazjalista, widząc mnie zrobił minę pełną politowania, odwrócił się do rodziców, którzy sprzątali po obiedzie i robili dla mnie coś innego do jedzenia i zapytał z pełną, udawaną, powagą "Dlaczego nigdy nie powiedzieliście, że moja siostra jest adoptowana?". Oczywiście chodziło mu o to, że jako jedyna nienawidzę grzybów, ale tato stanął jak wryty, a mamie wypadły naczynia z rąk. Staliśmy tak w czwórkę przez krótką chwilę, każdy zaskoczony na swój sposób, aż tato zapytał "Jak się domyśliliście"?. W pierwszej chwil pomyślałam " wkręcają mnie...", brat, sprawca zamieszania, w milczeniu, odwracając głowę niczym surykatka, patrzył to na mnie, to na rodziców. Przez apaszkę nie było widać mojej zmieszanej miny... To był dzień pełen niespodzianek i wyjaśnień.
Rodzice mnie adoptowali, gdy miałam pół roku. Nie mogli mieć własnych dzieci. Biologiczna matka nie wzięła mnie ze szpitala. Moi rodzice po kilku latach z zaskoczeniem odkryli, że spodziewają się dziecka, mojego brata. Zawsze czułam się kochana i rozumiana. Mam świetny kontakt z rodzicami i z bratem. Jestem szczęśliwa. Oczywiście wyznanie było dla mnie ostrym szokiem, który trawiłam przez kilka dni. Rodzice nigdy nie planowali mi tego powiedzieć.
Jednak tak naprawdę pomiędzy mną a rodzina nic się nie zmieniło. Byłam za to pod wielkim wrażeniem, jak logistycznie poradziła sobie moja rodzina, żeby utrzymać to wszystko w sekrecie. Wiedzieli dorośli, ale żadne dziecko już nie, bali się, że ktoś może wypalać. Babcia, największe plotkara, tak mnie pokochała, że dla "mojego dobra" wmówiła połowie wsi, że chorowałam i byłam w szpitalu, dlatego nikt mnie długo nie widział.
Do czego zmierzam... Nie szukam swojej rodziny biologicznej, nie interesuje mnie jakie są moje biologiczne korzenie itp., cieszę się, że trafiłam do tak dobrych i kochających ludzi i cieszę się, że jestem ich córką. Mam szczęście. Biologiczni zrezygnowali ze mnie, nie wiem z jakich powodów, ale i ja zrezygnowałam z nich. Gdybym nawet dostała propozycję poznania kogoś z biologicznej, nie zgodziłabym się. A prawda jest ważna. Teraz, będąc w szpitalu, na pytanie " czy ktoś w pani rodzinie chorował na..." odpowiadam po prostu, że nie mam takich danych.
Poznałam kilku adoptowanych młodych dorosłych. Myślą podobnie jak ja. Pozdrawiam wszystkich rodziców adopcyjnych :)
Na studiach robiłam bardzo głupią rzecz. Miałam dużo problemów, nauki, słynne wtedy były czaty na onecie, wiec często nocami wchodziłam na różne grupy. Dużo rozmawiałam z mężczyznami, chłopakami, były to niewinne flirty, ale niektórzy byli tak nakręceni, że przeważnie po chwili wysyłali swoje zdjęcia od pasa w dół, a nawet całej sylwetki z dopiskami czego to by ode mnie nie chcieli... Było to dla mnie na tyle ohydne, więc wpadłam na szatański pomysł.
Gości bardzo łatwo było zlokalizować, chociażby na popularnej wtedy NK. Zdjęcia z dziećmi, żonami, dziewczynami i ich konta były na wyciągnięcie ręki. Pisałam wtedy do tych facetów, że to obrzydliwe co robią i całą korespondencję wyślę ich żonom, chyba że w tej chwili kupią największy bukiet kwiatów i wręczą go swojej żonie, a na czacie się więcej nie pojawią. Na potwierdzenie swoich słów opisywałam wygląd ich żon, znałam imiona itd. Na drugi dzień miałam na mailu zdjęcia bukietów, które kupili swoim żonom, a jeden nawet mi dziękował za takiego kopa.
W sumie durne to było z mojej strony, bawiło mnie to, ale stwierdziłam, że się tym anonimowo podzielę.
To zaskakujące, ile osób nie zdaje sobie sprawy, że jeśli drzwi łazienki są zamknięte, to znaczy, że najzwyczajniej w świecie jest ZAJĘTA. W firmie, w której pracuję, ludzie notorycznie pukają lub pytają, czy ktoś jest w środku, gdy szarpanie za klamkę nie przynosi efektu. Jednak to jest do przeżycia. Szczytem był facet, który "upewniał się", zaglądając do środka przez te małe otwory wentylacyjne w drzwiach.
Kilka lat temu zaczęłam trenować sztuki walki. Wkręciłam się w to na tyle, że nie tylko regularnie uczęszczałam na zajęcia, ale też codziennie trenowałam w domu - siłę, rozciąganie itd. W końcu pewnego dnia pomyślałam, że fajnie byłoby uczyć tego innych, sama sporo już umiem, jest to moja pasja, mogłabym otworzyć własną szkółkę - i jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wiecie... "zarabiaj na pasji", "rób to co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu" itd. Rzuciłam poprzednią, dobrze płatną pracę, wydałam wszystkie swoje oszczędności + zapożyczyłam się u rodziny i chłopaka. Wszystko to z myślą o tym, jaka szczęśliwa będę zarabiając na tym, co sprawia mi radość.
W końcu nadeszło otwarcie, pierwsze zajęcia, szłam na nie cała w skowronkach... Nie minęło nawet 5 minut i już wiedziałam, że to był błąd. Nienawidzę prowadzenia tych zajęć. Kursanci są nieposłuszni, leniwi, płacą za te zajęcia, a chodzą na nie jak za karę, unikają wykonywania ćwiczeń. Samo prowadzenie treningu to koszmarny wysiłek fizyczny - trzeba równocześnie ćwiczyć i godzina po godzinie non stop mówić do uczestników zajęć. Odkąd prowadzę tę szkołę, sama przestałam trenować - już mi się nie chce, nie sprawia mi to przyjemności, nie chcę nawet o tym myśleć. Całymi dniami stresuję się perspektywą czekających mnie kolejnych treningów. Najchętniej rzuciłabym to w cholerę i wróciła na etat. Ale nie mogę...
Kiedy ktoś pyta mnie jak zajęcia, z uśmiechem na twarzy opowiadam jak było super, jaka to radość, jak się cieszę, że to zrobiłam. Nie przyznam się nikomu, że to totalny niewypał, bo wstyd mi - ostrzegali mnie, a ja mówiłam, że na pewno będzie fajnie. Odkąd rozpoczęłam tę działalność moje życie jest koszmarem. Źle sypiam, prawie nic nie jem, płaczę, kiedy nikt nie widzi. Stres mnie wykańcza. Ale muszę robić dobrą minę do złej gry, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, a potem po prostu powiem, że działalność mi nie idzie, nie przynosi zysków i dlatego ją zamykam. W międzyczasie czeka mnie koszmarne pół roku udawania, że jest dobrze i że walczę o swoje marzenie. Boję się, że nie wytrzymam tyle...
Jestem zmęczona. Pracą, rodziną. W pracy nie mogę nic powiedzieć, bo w końcu mam umowę o pracę i powinnam się cieszyć, a to że jej nie cierpię, to inna sprawa.
Rodzina zawsze coś chce, nie mogę usiąść na 15 minut w spokoju, bo są pretensje, że się lenię.
Odkładam od paru miesięcy małe kwoty i mam zamiar wyjechać na tydzień gdzieś sama. Gdzie - nie ma znaczenia.
Mężowi i rodzinie mam zamiar powiedzieć, że to szkolenie obowiązkowe, a w pracy wziąć zwykły urlop i odpocząć.
Kiedyś wraz ze znajomymi wybraliśmy się na mecz piłki nożnej. Za naszymi miejscami siedział jakiś pan (w wieku około 60 lat). Gdy bramkę straciła drużyna miejscowych, której sympatykiem był ten pan, zaczął on strasznie bluzgać na sędziego - a że taki, owaki, że sprzedawczyk itd. (ogólnie mogliśmy usłyszeć prawie wszystkie przekleństwa i wiele wyzwisk). Nie pomogły prośby pewnej pani, która zabrała na mecz swoje wnuki. Zastanawiacie się, co sprawiło, że staruszek nagle zamilkł?
Otóż podczas bluzgania połączonego z pluciem śliny wypluł także sztuczną szczękę, która przeleciała obok barku mojego kolegi, który siedział przed nim. Wyobraźcie sobie jego zdziwienie, kiedy zorientował się co właśnie się stało. Reszta znajomych prawie turlała się ze śmiechu. Pan zabrał swoją zgubę i prawdopodobnie opuścił stadion.
Jakiś czas temu odezwał się do mnie kolega z czasów studiów, zaprosił mnie na kawę, tłumaczył, że ma bardzo ważną sprawę i nie jest to na telefon ani messenger. Byłem zdziwiony, bo Rafała nie widziałem od dawna i nie rozmawialiśmy. Spotkaliśmy się w umówionym miejscu (koło McDonalda), Rafał czekał z z zimną kawą! Zaczął opowiadać, że jest biznes do zrobienia, że mogę na tym zarobić i że on szuka wspólników do biznesu i sam zarobił już tyle, że chce dać szansę nowym ludziom. Byłem zdziwiony że taki zarobas wygląda dosłownie jakby właśnie wyszedł ze śmietnika - stary dres, dziurawe 10-letnie buty jeszcze z czasów studiów, brud za paznokciami itd.
Pomyślałem „bogacze przecież maja wywalone na ubiór, Steve Jobs też nie wyglądał na milionera”. Postanowiłem wysłuchać jego propozycji. Usiedliśmy w środku maka z zimną kawą, zaproponowałem, że może coś zamówimy, Rafał nerwowo odmówił stwierdzając, że kawa wystarczy. No i się zaczęło gadanie... Wyszło, że Rafał jest w piramidzie finansowej i zadłużył rodzinę już na ponad 80 tysięcy zł, a teraz próbuje wyłudzić pieniądze od innych, obiecując złote góry...
(Oczywiście historia jest opisana w telegraficznym skrócie, o tym co kolega wyprawiał można by książkę napisać).
PS. Okazało się, że zimna kawa była zrobiona w domu, a kubki Rafał wyjął ze śmietnika...
Będąc dzieckiem zostałam porwana. Miałam około 7 lat i były to czasy, że dzieci w takim wieku często bawiły się bez opieki. Szczególnie że podwórko mieściło się pomiędzy dwoma blokami, więc rodzice po prostu pilnowali nas poprzez doglądanie przez okna.
Pewnego dnia wyszłam na dwór wyjątkowo wcześnie, zanim jeszcze pojawiły się inne dzieciaki. Pamiętam, że kręciłam się wokół piaskownicy, która akurat była nieco przysłonięta drzewami. Nagle podszedł do mnie jakiś starszy facet i zaczął zwyczajną rozmowę. Wywnioskowałam z niej, że to raczej jakiś sąsiad, bo zapytał mnie na przykład o to, kiedy Karolina przyjdzie się ze mną bawić. Nie wiem skąd znał imię jednej z dziewczynek, która akurat tu mieszkała i często pojawiała się na podwórku, ale uśpiło to moją czujność. Po chwili stwierdził, że słyszał jak woła mnie mama przez okno i zaproponował, że w takim razie odprowadzi mnie pod moją klatkę schodową. Oczywiście nie miałam nic przeciwko, bo przecież to pewnie sąsiad. Jednak wziął mnie za rękę i zaczął prowadzić w przeciwną stronę. Gdy zapytałam o co chodzi, powiedział, ze zna moich rodziców i mój tata czeka na mnie u niego w domu. Lampka mi się zapaliła, ale jako zdezorientowane dziecko nawet nie wiedziałam co mam zrobić, więc po prostu z nim poszłam. Weszliśmy do jakiegoś mieszkania, które przypominało po prostu melinę. Gdy to zobaczyłam, a dodatkowo dotarł do mnie fakt, że mojego taty wcale tu nie ma, zaczęłam płakać. Ten facet jednak kazał mi siedzieć na krześle i być cicho. Pamiętam, że siedział naprzeciwko mnie, wpatrywał się we mnie i nerwowo palił papierosy. Dziś myślę, że po prostu nie wiedział co ze mną zrobić. Po chwili stwierdził, że mnie wykąpie. Byłam już naprawdę spanikowana, chciałam uciec, ale on cały czas mnie trzymał. W łazience zaczął nalewać wody do wanny, po czym kazał mi się rozbierać. Jednak ja, będąc całkowicie przestraszona, z tego strachu po prostu się posikałam. Gdy to zobaczył, warknął coś do siebie, po czym wyszedł z łazienki. Wrócił za jakieś 10 minut, mówiąc, że mam się stąd natychmiast wynosić i jeśli komuś o tym powiem, załatwi mnie i moich rodziców. I wiecie co... Ja w to uwierzyłam. Nie powiedziałam nikomu.
Zebrałam się w sobie dopiero jakiś tydzień później. Rodzice natychmiast zabrali mnie na policję. Na szczęście pamiętałam drogę do tego mieszkania, więc policja nie miała problemu z odnalezieniem tego faceta. Jak się okazało, był to stary alkoholik, który był już wcześniej podejrzewany o pedofilię. Nie upiekło mu się. A ja przyznam, że do dziś mam traumę.
Obecnie mam już swoje dzieci i właśnie przez tamto wydarzenie mam obsesję na punkcie ich bezpieczeństwa. Staram się nie przesadzać w tej kwestii, terapia mi w tym pomogła, ale naprawdę czuję ogromny strach, gdy sobie pomyślę, że wystarczy chwila nieuwagi i moje dziecko może po prostu zniknąć, a następnie zostać potwornie skrzywdzone.
Dodaj anonimowe wyznanie