#8tUMS

Wystawiłem ogłoszenie o pracę. Poszukiwałem osób do pracy fizycznej — myjnia samochodowa. Opisałem szczegółowo, co należy do obowiązków kandydata, godziny pracy. Naturalnie wpisałem stawkę godzinową — przy 8 godzinach pracy po 5 dni w tygodniu i 1 sobota do 13 wychodziło 5200 zł netto. Czyli na rękę. Szukałem 2 osób. Dostałem kilka telefonów, kilka CV. A dokładnie 5. Postanowiłem spotkać się z każdym kandydatem. Z uśmiechem i lekkim dystansem rozmawiałem z każdą osobą. Co się dowiedziałem?
8 godzin dziennie z przerwą 30 minut? Chyba jestem śmieszny! Przerwa minimum godzina!
5200 zł na rękę? Przecież za to nie da się przeżyć. Minimum 8000 zł!
Raz w miesiącu w sobotę? OK, ale za dodatkowe 500 zł!

I teraz się pytam... Gdzie są ci ludzie chętni do pracy!? Przy wszechobecnym panującym bezrobociu, przy wiecznych krzykach, że nie ma pracy, że bez znajomości nie można dostać pracy... I nie, nie ma u mnie tak, że jest 100 aut na zmianę i wszystko ma być zrobione na już, natychmiast... Naprawdę nie wiem, gdzie popełniłem błąd :/

#dJzms

Ostatnimi czasy czuję się, jakbym nie był prawdziwym mężczyzną i jak gdyby całe moje życie podporządkowane było mojej dziewczynie, a to, co od siebie daję, jest cały czas niewystarczające. Cały czas mi opowiada, że facet jakiejś jej koleżanki jest taki czy owaki, że ma to czy tamto, a ja taki nie jestem i tak nie robię. Ja pracuję, ona uczy się zaocznie robić rzęsy, mieszka u mnie, za nic nie płaci, a ja kombinuję, jak zdobyć na wszystko pieniądze, na czym sobie zaoszczędzić, żebym znów nie usłyszał, że jestem skąpy, a facet jakiejś Moniki nie. Biorę nadgodziny, to jest na mnie obrażona, że ją zaniedbuję, nawet odpuściłem swoje treningi, żeby się z nią nie kłócić. Jest zła, że nie zabieram jej na wycieczki, jest niezadowolona z prezentów, z tego, że źle organizuję nam czas. Tylko wymaga i wymaga. Nawet ja gotuję, bo ona nie potrafi, jest zmęczona po szkole i twierdzi, że do 18 godziny musi odpocząć. Na początku naszego związku było inaczej, a teraz już nawet nie wiem, co robić, żeby ona była szczęśliwa i żebym ja poczuł to szczęście, bo ona chciałaby chyba więcej, niż jestem w stanie jej dać, i zdałem sobie sprawę, że ten związek mnie niszczy, a nie umiem się z niego wydostać.

#PEL2n

Od paru miesięcy spotykam się z facetem. Jest idealny pod każdym względem i zdążyłam się już zakochać. Zaczęliśmy planować wspólne wakacje, poznałam jego rodzinę, on chce pojechać ze mną do Polski i poznać moją (mieszkamy za granicą), uczy się polskiego, ugotował ostatnio nawet dla mnie rosół z jakiegoś przepisu, który sobie sam znalazł, bo mu powiedziałam, że to moja ulubiona zupa. Naprawdę zaczęłam wierzyć w to, że możemy stworzyć wspólną przyszłość. Aż do wczoraj. Wyznał mi, że napisała do niego dziewczyna, z którą spotykał się przede mną i powiedziała, że jest z nim w ciąży. Chce, żeby był obecny w życiu dziecka i żeby wychowywali je wspólnie. A mnie to po prostu przerasta. Nie wiem, co mam zrobić. Nie wiem, czy będę w stanie żyć w takim związku, gdzie muszę dzielić mojego faceta z inną kobietą i obcym dzieckiem. Gdyby miał już starsze dziecko z wcześniejszego związku, w momencie gdy go poznałam, to nie byłoby problemu, ale dziecko, które dopiero ma się urodzić, to zupełnie co innego. Jak by to miało wyglądać, że on jeździ z nią w poszukiwaniu łóżeczka, wózka, odwiedza ją, żeby zajmować się dzieckiem? Przecież noworodka nie weźmie do siebie, jak mógłby to zrobić ze starszym dzieckiem.
On sam jest przerażony i mówi, że boi się, że mnie przez to straci. I tak chyba będzie, choć łamie mi to serce, bo jest naprawdę cudownym i kochanym człowiekiem.
Jedyna nadzieja w tym, że dziecko nie jest jego. Jeśli test DNA potwierdzi, że jest, to zapowiedział mi już, że weźmie odpowiedzialność za swoje czyny i będzie wychowywał to dziecko, choć ojcem nigdy nie chciał być.
Szanuję to bardzo, to tylko kolejny przykład, jak dobrym jest człowiekiem. Ale jest mi przy tym tak strasznie smutno i nie wiem, co mam dalej robić.

#bLj57

Mam 40 lat i coraz częściej wspominam moje beznadziejne dzieciństwo. Byłem drugi i czułem się zaniedbywany. Zawsze sam. Ojciec awanturnik i alkoholik, zazdrosny o moją bliższą więź z matką. Mieszkanie w jednym pokoju we trójkę i słuchanie pijackich awantur zza ściany. Ucieczki do babci i radiowóz zabierający ojca na wytrzeźwiałkę. Bieda, brak wsparcia od matki. I nowi mężczyźni, którzy mieli być moimi ojczymami. Siostra w ciąży w wieku 17 lat. Potem nowy ojczym (narcyz), przez niego nie odzywałem się do nich przez prawie 10 lat.
Zawsze musiałem liczyć na samego siebie. Nikt nic mi nie dał. W wieku około 25 lat otrzymałem szansę wyjazdu za granice. Skorzystałem i dorobiłem się mieszkania. Teraz mam w miarę stabilną sytuację, ale mam też duże problemy. Nieprzerobione traumy z dzieciństwa. Wiem, że powinienem iść na terapię. Odczuwam złość do ojca, ale i matki, która też mnie zdradziła i zaniedbywała. Wyszło nawet, że to ja pomagałem mamie. A teraz mama pomaga siostrze, bo ta od młodości robi tylko problemy – wiele dzieci, różni ojcowie. Mnie nigdy nie pomogła, zresztą ja nie proszę, dam radę. W dysfunkcyjnych rodzinach tak jest, że jedno jest narcystyczne, a drugie to stłumiona przez niego ofiara. Jedno będzie uważało, że wszystko się mu należy, a drugie będzie grzeczne bez potrzeb. Mógłbym tak pisać i pisać. To wszystko jest takie bolesne i wraca za każdym razem.

#NP3MI

Kiedy miałem 20 lat, zmarł dziadek. Ze dwa lata później babcia trafiła do szpitala, a że miała w domu psa i kota, to przyjeżdżałem tam dość często, żeby się nimi zająć.
Przy drugiej wizycie rozlało mi się trochę soku na dywan. Postanowiłem to sprać. Na dywanie zrobiła się jasna plama po moim spieraniu. Zleciłem profesjonalne pranie. Wybrałem złą firmę, bo zniszczyli dywan. W czasie kiedy dochodziłem z nimi swoich racji, postanowiłem odkupić szybko taki dywan, bo dziadek go uwielbiał, a babcia miała duży sentyment do wszystkiego, co kojarzyło się z dziadkiem. Wydałem fortunę. Stanąłem na głowie, żeby taki zdobyć. Babci powiedziałem, że to ten stary, tylko wyprany.
Babcia oddała go do jakiegoś Caritasu czy czegoś takiego z tydzień po powrocie ze szpitala. Stwierdziła, że nigdy się jej nie podobał, a jak jest czysty i niezakurzony, to w końcu nie wstyd go oddać.

#6AQB2

Wchodząc w związek, wiedziałam, że jedną z najtrudniejszych rzeczy jest kłótnia i byłam gotowa, że jak takowa się pojawi, to trzeba do tego podejść rozsądnie. Jednak nie byłam gotowa na to, że jest coś gorszego, czyli cisza. Nie chodzi mi tutaj o ciszę typu: nie mamy o czym rozmawiać, tylko ciszę typu: dzwonię, a on nie oddzwania (i to nie tak, że nie oddzwania przez godzinę, dzień czy dwa, on w ogóle nie oddzwonił), proponuję spotkanie i okazuje się, że on nie może, ale nie pisze, kiedy będzie mógł... Chyba wolałabym straszną kłótnię niż coś takiego.

#D88Su

Mam 35 lat, jak byłem mały, nie było zbyt dużo pieniędzy w domu, zresztą w latach 90. mało która rodzina je miała.
Pamiętam, jak w TV zaczęli pokazywać los rodzin, które zbierały pieniądze na operację, leczenie dla swoich dzieci, zazwyczaj Fundacja Polsat itp. Pokazywali domy, w jakich ci ludzie żyją – takie przybliżenie widzom rodziny, której trzeba pomóc. Zawsze te domy były naprawdę ładne, dzieci miały komputery, co nie było czymś normalnym w tamtych czasach. Zastanawiałem się wtedy, jak to możliwe, że żyją w tak dobrych warunkach, że mają takie drogie rzeczy, bo skoro ktoś potrzebuje pieniędzy, to nie kupuje zbędnych przedmiotów.
Miałem nawet takie przemyślenie, może i trochę straszne, ale byłem wtedy dzieckiem, że rodzicom to pasuje, bo dzięki temu nie muszą pracować i żyją na dobrym poziomie.

#cgdlk

Jestem niezależny, pracuję, ubieram się w normalne, czyste ubrania, dbam o higienę, myję zęby. Nie jestem chamem ani popychadłem, jestem miły, potrafię rozbawić, potrafię zainteresować, pogadać o byle czym, mam przeróżne zainteresowania. Nie mam żadnego schorzenia ani choroby fizycznej, nie mam żadnej choroby psychicznej
ani nie jestem zboczony. Mimo to wszystkie moje relacje są kruche jak szkło.
Nie chodzi mi o miłosne relacje. Czy to kobieta, czy mężczyzna – możemy gadać, śmiać się, dyskutować, wypić piwo, ale to wszystko nie znaczy nic.
Mam wrażenie, jakby wszyscy podświadomie uznawali mnie za złego i odrzucali.
Ludzie nie odzywają się pierwsi, przedkładają błahe relacje z byle jaką pierwszą osobą ponad mnie. Mogą mi się zwierzać z bóg wie czego, mogę pomagać im w wielu rzeczach, ale to nic nie znaczy. Minie trochę czasu i nikt nie napisze „co tam?”, nikt nie chce się spotkać, nikt nie podeśle nawet głupiego mema, nikt nie przejdzie choć centymetr w stronę głębszej znajomości. Nikogo nie obchodzę.
Tak wyglądają relacje międzyludzkie dorosłych.

Czasami czuję się, jakbym był jedyną osobą na świecie.

#v514n

Zamieszkałam trzy miesiące temu z chłopakiem. I zaczynam się sama sobie dziwić, że nie pożegnałam się z nim po pierwszych dwóch tygodniach. O co chodzi? O ciągłe wojny między nami. Według mnie facet ma absolutnie chore wymagania wobec naszego wspólnego mieszkania. Nie powiem, że nic w domu nie robi, ale o to, co uważa za standard i wiecznie mi robi awantury, że nie jest zrobione.

Wstaję wcześniej od niego. Potrzebuję więcej czasu na umycie włosów, wysuszenie ich, ułożenie, zjedzenie śniadania i makijaż. On jednak uważa, że skoro wstaję wcześniej, to mam rano więcej czasu niż on. W związku z tym nim on wstanie, powinnam ogarnąć z rana mieszkanie, czyli jeśli wisi pranie, to sprawdzić, czy coś nie wyschło i ewentualnie to zdjąć, złożyć i schować, wypakować zmywarkę, przygotować mu śniadanie (bo przecież wiem, że on nie ma czasu rano tego zrobić, a inaczej będzie musiał iść do pracy głodny) itp. Potem gdy już wstanie, powinnam pościelić wspólne łóżko, a w międzyczasie oczywiście powinnam według niego posprzątać po jego wczorajszej kolacji, bo on biedak już nie miał siły wieczorem. A skoro zanosiłam swój kubek z wodą na noc do kuchni, to powinnam sprzątnąć też po nim. Znów: „Bo wstajesz wcześniej, masz więcej czasu. No i u moich rodziców tak to działa”. I już są awantury, bo ja nie będę wstawała wcześniej, żeby ogarnąć szanownego pana i mieszkanie, tylko samą siebie. 
Potem wracamy do domu. Ja 20 minut przed nim. I już ma żal, że obiad niezrobiony, a przecież mam więcej czasu, bo przecież wcześniej wracam do domu. No pewnie, że w 20 minut max zrobię pełen obiad. I już jest obrażony i on w takim razie będzie chodził głodny. I a to tylko początek. Bo sprawdził, że część prania wyschła, a ja nadal tego nie ogarnęłam. Bo jego brudne naczynia z wczoraj dalej zdobią stół w jadalni. Potem odkrywa, że coś w lodówce jest po terminie. To moja wyłączna wina, bo on myślał, że ja będę tego pilnować. Nieważne, czy to było coś dla nas dwojga, czy coś, co jada wyłącznie on. Tak samo jak próbuje mnie zmusić, żebym tylko ja wykonywała te najgorsze obowiązki, których nikt nie lubi, bo, uwaga, ja to przecież lubię. Tłumaczę jak krowie na rowie, że nie będę wstawała wcześniej dla jego widzimisię, tłumaczę, że nie będę ciągle po nim sprzątała, tłumaczę, że ja też nie lubię tych obowiązków, więc wykonujmy je np. na zmianę. Tworzymy zespół, nie pana i służkę. I ciągle są awantury. Moim zdaniem spokojnie mogę wypakować zmywarkę po pracy itd. Już pomijając te wszystkie sytuacje, kiedy ma focha, bo miał jakieś życzenie, a ja się nie domyśliłam.
 
Tak szczerze, to zanim zamieszkaliśmy razem, to był zupełnie innym facetem. Jeszcze próbuję się z nim dogadać, ale nie widzę dużych szans. Cóż, wygadałam się.

#DGxZ7

Wstydzę się przyznać ludziom, ale chyba nie radzę sobie z życiem.

Do tej pory pracowałam dorywczo, potem byłam za granicą. Wcześniej również studiowałam, ale rzuciłam to, nie widziałam sensu. Lubię pracować, nie jestem leniwa, ale nie wyobrażam sobie poświęcać na to ponad ośmiu godzin dziennie przez następne 30 lat. Tak naprawdę chciałabym mieć szczęśliwą rodzinę, chciałabym być żoną, matką, gotować obiady, zajmować się domem, sprzątać, wychowywać dzieci. Mnie to cieszy, to mnie uskrzydla (wiem, bo pracowałam jako opiekunka, gosposia, interesuję się psychologią dziecięcą, różnymi nowinkami dotyczącymi miru domowego itd.). Nie chcę być niezależna finansowo, nie chcę robić kariery (bez studiów to w supermarkecie chyba...). Nie chcę też leżeć i pachnieć. Chcę się poświęcić dla związku i dzieci, chcę zapierdzielać tak, żeby stworzyć dom przez duże D, ognisko domowe, żeby dzieci wychować (włącznie z nauczaniem domowym), a nie wyhodować. Takie mam ambicje. Dla mnie bardziej ambitne jest dbanie o dom niż robienie 8h dziennie czegoś, co nie daje mi radości. Chcę żyć pełnią życia, nie chcę wracać do domu zmęczona po pracy i zarażać tym zmęczeniem resztę rodziny, chcę te domowe obowiązki podzielić w trochę staroświecki sposób (facet w robocie, baba w domu), ale jednocześnie korzystać z życia z moim partnerem (raz na jakiś czas wycieczka, wyjście do parku – nie że cały czas w domu). Chcę przy tym pracować na pół etatu albo dorywczo, żeby mieć kontakt ze światem.

Kilka razy zwierzyłam się znajomym z tego, jakie mam marzenia, ale to było zawsze wyśmiewane. Albo traktują mnie jak pasożyta, który chce siedzieć i pachnieć, albo mają mnie za kogoś, kto nie ma własnego zdania i chce być kurą domową, podporządkować się całkowicie mężczyźnie. Jakby partnerstwo nie mogło się opierać na podziale ról: jedna osoba zajmuje się domem, a druga pracuje. I teraz już sama nie wiem... Czy to, czego pragnę, naprawdę jest takie nienormalne i nieosiągalne? Czy powinnam te marzenia porzucić i stać się kolejnym trybikiem w wyścigu szczurów? I jeśli tak, to nawet nie wiem, jak mam to zrobić. Mnie praca dla kogoś nie jara, ja muszę mieć konkretną emocjonalną motywację w formie faceta, dzieci, a nie pracować, żeby pracować. W takim trybie długo nie wytrzymam. Jestem w impasie.
Dodaj anonimowe wyznanie