Mam pomysł, jak skończyć z aborcjami - ze skutecznością o wiele większą niż wszystkie dotychczasowe rozwiązania.
Wazektomia.
Jest to zabieg odwracalny. Każdy mężczyzna, który zaczyna produkować plemniki, powinien być mu poddany. Dopiero kiedy jego sytuacja życiowa się ustabilizuje i zostanie uznany za zdolnego do utrzymania rodziny oraz do sprawowania roli męża oraz ojca - płodność zostanie mu przywrócona. Podczas zabiegu zostałyby również pobierane próbki DNA do bazy danych w celu ewentualnej błyskawicznej identyfikacji.
Korzyści są znacznie większe - odpada nie tylko problem niechcianych ciąż, ale i dyskomfortu antykoncepcji. Przywracanie płodności w podziemiu medycznym skutkowałoby niedozwoloną ciążą, a po zbadaniu DNA (również wyrywkowe kontrole samego nasienia) sprawca byłby natychmiast identyfikowany i podlegałby karze więzienia.
...co takiego?
Czyżby pojawił się dyskomfort na myśl o regulacjach prawnych dotykających was w ten sposób?
To świetnie. Jesteście coraz bliżej do zrozumienia, w jakim kraju żyją polskie kobiety.
Na studiach miałem obowiązkowe zajęcia z języka obcego. Na drugim roku odbywały się one w dobudówce, przylegającej do głównego budynku jakiegoś wydziału. Dobudówka była parterowa, stara i bardzo zaniedbana, mieściła bodajże trzy sale i dość obleśne toalety. Dodam jeszcze, że nasza grupa była mieszana, ja jedyny facet i ok. 15 dziewczyn z różnych kierunków.
Tego listopadowego dnia przed zajęciami (odbywały się ok 18:00) zjadłem pewną gotową zupę z torebki, po czym szybko ruszyłem na uczelnię, miałem tam jakieś 10 minut piechotą. Gdy tylko usiadłem, poczułem rewolucje żołądkowe, ale stwierdziłem, że to z powodu pośpiechu. Jednak po kwadransie wręcz zwijałem się z bólu, co zauważyła pani doktor prowadząca zajęcia (strasznie poczciwa kobieta) i powiedziała, że jeśli źle się czuję, mogę wyjść się przewietrzyć.
Po jej słowach wręcz wybiegłem do toalety, przestawiającej obraz nędzy i rozpaczy. Przesiedziałem tam jakieś 10 minut i możecie nie wierzyć, ale udało mi się zapełnić całą muszlę! Przeczyściło mnie jak nigdy, bałem się spłukiwać wodę, żeby nie wybiło. Po skorzystaniu otwarłem jedynie okno, by się przewietrzyło, bo oczywiście śmierdziało strasznie.
Po wyjściu z toalety okazało się, że... załatwiłem się w damskiej, a nie męskiej! Trudno, wyszedłem na podwórze, by pooddychać świeżym powietrzem. Ledwo dwie minuty później przyszła koleżanka z grupy i mówi, że przysłała ją prowadząca z pytaniem, jak się mam. Odpowiedziałem, że lepiej, ale poprosiłem o wodę z plecaka, znajdującego się z sali. Dziewczyna odeszła i po kilku minutach wróciła już nie ona, ale pani doktor, dość mocno przejęta. Wręczyła mi plecak i kurtkę, powiedziała, że mam iść do domu odpocząć. Dodała także, że moje złe samopoczucie to pewnie wynik tego obleśnego budynku, bo "jest tu grzyb na ścianach, zawsze tu śmierdzi, nawet teraz z damskiej toalety strasznie cuchnie, nie do wytrzymania, jak ona ma pozwolić dziewczynom na korzystanie z niej"!
Po tygodniu pani doktor oznajmiła, że poinformowała o mojej przygodzie szefa instytutu i udało się zmienić miejsce zajęć, w trosce o nasze zdrowie i samopoczucie, żeby nikt więcej nie podtruł się w tym zagrzybionym budynku, tak jak ja kilka dni wcześniej.
Nie wyprowadziłem jej z błędu ;)
W czasie moich studiów na naszym wydziale pracowały bardzo fajne panie sprzątaczki. Trzy typowe panie Halinki - po pięćdziesiątce, trwała na głowie, zawsze uśmiechnięte, w obowiązkowych niebieskich fartuchach i z nieśmiertelnymi miotłami w rękach. Panie były bardzo miłe i rozmowne, dodatkowo każda z nich namiętnie paliła, a że często wychodziliśmy z kumplami na fajkę przed budynek wydziału, to rozmawialiśmy o różnych duperelach.
Na ostatnim roku studiów postanowiliśmy zrobić paniom prezent na Dzień Kobiet. Złożyliśmy się w szóstkę po dyszce i kupiliśmy każdej z pań pół litra wódki. Uznaliśmy, że skoro są takie rezolutne, to na pewno docenią nasz dar, a nawet jeśli nie, to przekażą mężom. Po zajęciach zapukaliśmy więc do kanciapy pań sprzątaczek.
Jedna z pań otwarła już lekko wstawiona. Na stole stała już prawie opróżniona butelka wódki, co prawda bez etykiety i banderoli, ale każdy domyślił się, o co chodzi. Na ten widok zaczęliśmy się trząść ze śmiechu, a jeden z kumpli, bez żadnego słowa, postawił na stole nasze trzy flaszki. Panie były strasznie skonsternowane, ale udało mi się je uspokoić, mówiąc, że przyszliśmy tu życzyć wszystkiego najlepszego z racji Dnia Kobiet, i że dołożymy im co nieco, bo widzimy, że już im się kończy.
Wtedy jedna z pań podeszła do szafy, z której wyciągnęła dwie butelki coli, i stwierdziła, że bez nas nie piją, szklanek wystarczy, tylko będziemy musieli stać. Z racji, że wydział był już praktycznie pusty, a z dozorcą mieliśmy dobre układy, zgodziliśmy się.
Spędziliśmy tam godzinę, w trakcie której kumpel poleciał po jeszcze dwie flaszki.
Na odchodnym panie prosiły, żeby nikomu o tym nie mówić, bo mają umowę z dziekanem, że mogą sobie popijać w pracy. "Byle po 18:00 i z flaszek bez etykiet i akcyzy, bo w razie czego można się wykpić, że to rozpuszczalnik (!)".
Na odchodnym pomachał nam dozorca. W drugiej ręce trzymał, a jakże, szklaną butelkę bez etykiety i banderoli...
Dawno temu w liceum od pewnej nauczycielki usłyszałem, że lepiej abym uważał na lekcji, bo za gapienie się przez okno nikt mi w przyszłości płacił nie będzie.
Od trzech lat pracuję jako pilot liniowy, więc można powiedzieć, że ta przepowiednia się nie sprawdziła.
Moja żona dużo podróżuje w ramach obowiązków służbowych. Ma do tego służbowy samochód. Najczęściej wraca do domu na noc, ale czasem zdarza się, że śpi w hotelu i wraca na drugi dzień. Tym razem zapowiadało się na długi wyjazd, może nawet z dwoma noclegami. Ponieważ miałem wolne w pracy postanowiłem spakować siebie i dzieciaka (3 lvl) i pojechać razem z nią, wyjazd służbowy połączyć z rodzinną wycieczką.
Najpierw Poznań. Żona wyrzuciła nas blisko mostu Lecha, bo niedaleko miała sprawy. Niedaleko jest osiedle, więc z młodą poszliśmy szukać placu zabaw. Znaleźliśmy. Zabawa była przednia, jak dobra zabawa znaczy, że ręce i buzia, nie wspominając o kolanach, brudne i w kolorze ziemi. Jednak spotkanie żony zaczęło się przedłużać, a ja jak na złość nie wziąłem portfela. Zaczynamy się robić niebezpiecznie głodni, a połówka ma wciąż wyłączony telefon. Mało tego młoda zaczyna się robić zmęczona bo pora na spanie już dawno minęła. Usiadłem z nią na przystanku bo między blokami wszedł cień i zrobiło się zimno, a przystanek osłaniał nas od wiatru i był w słońcu. Młoda zmęczona, brudna, ja zmęczony i brudny, oboje wyglądaliśmy jak bezdomni. Trzymam ją na kolanach i próbuję uśpić, ale jest głodna i rozdrażniona i nagle tak mocno rozgoryczona zaczyna płakać i krzyczeć "mamusiu czemu nas zostawiłaś, wróć do mnie".
Nagle przechodząca kobieta wkłada mi do leżącego obok kubka po kawie dwie piątki, a po chwili kolejna osoba dyszkę. Musieliśmy wyglądać naprawdę żałośnie. Z jednej strony wstyd mi było, z drugiej mogłem młodej kupić jedzenie i picie, a potem spokojnie utulić do snu. Efektem tej historii jest to, że od tamtej pory wydaję sporo pieniędzy na różne "zrzutki" "się pomaga" i inne. To tylko 20 złotych, które otrzymałem, a moje życie nie było zagrożone, ale czuję od tamtej pory ogromną wdzięczność za to co mam.
Żona się znalazła, spotkanie mocno się przedłużyło.
Mam młodszego o 8 lat brata, jest aktualnie w 2 klasie podstawówki. Nasi rodzice mają dość ciekawą pracę, a mianowicie są patologami.
I tu do akcji wkracza mój brat na rozmowie z pedagogiem szkolnym. Miał opowiedzieć coś o swojej rodzinie.
Możecie sobie wyobrazić minę moich rodziców, gdy ich latorośl oznajmiła dumnym tonem pani pedagog, że pochodzi z rodziny patologicznej.
Kiedyś napisałem "wyznanie" a raczej historyjkę o ASG. Niedawno wydarzyło się coś, co pasuje do tematyki. Historia jak z taniego romansidła, ale zapewniam, ze autentyczna.
Repliki ASG (To takie karabiny na plastikowe kulki) często kupuję używane, albo sprzedawane w niższych cenach, bo wolę wydać 600 zł za Scara dobrej firmy (Scar - model broni), niż 1100 zł.
I tym razem też tak zrobiłem. Z nudów szperałem sobie na pewnym forum, akurat zbierałem się do kupienia jakiegoś fajnego pistoletu. Znalazłem. Przystępna cena, na zdjęciach ładny stan, miłe dodatki w postaci jakichś tam magazynków, gazu i innych takich. Dziewczyna (bo to była dziewczyna) mieszkała niedaleko mnie, więc zadzwoniłem, umówiłem się na wizytę - wiecie, jak jest możliwość, to fajnie obmacać przed zakupem (replikę, nie dziewczynę).
Przyjeżdżam, obczajam pistolet, jak dla mnie stan taki, że przeżył może dwie-trzy strzelanki, także bardzo dobry, tylko wyczyścić i jak nowy. Chwilkę pogadałem z nią, okazała się super dziewczyną, a sprzedaje klamkę, bo był to prezent od byłego chłopaka. Chciała się pozbyć pistoletu, dlatego tak tanio. Chwilę pogadaliśmy, zapłaciłem, wsadziłem zdobycz do plecaka i poszedłem.
Była godzina 21. Gdy przechodziłem przez pewne miejsce w moim mieście, od razu spotkałem znajomych. Były to typowe drechole, ale znałem ich od gnoja, więc mimo że dres ze mnie żaden, to lubiliśmy się. No i piąteczki, teksty typu "siema mordeczko", chwila gadki i poszedłem dalej.
Nie uszedłem daleko, przechodząc przez ciemny zakamarek mojego ukochanego miasta maczet, usłyszałem krzyk kobiety. Podbiegłem do rogu budynku i widzę jak dwóch typków przyparło do ściany jakąś dziewczynę. Pomyślałem co tu robić, jak sam tam wyjdę to po mnie, jak pobiegnę po kumpli, to goście zdążą już coś jej zrobić. No to trudno, idę. Ale zatrzymałem się w półkroku i przypomniałem robię o replice. Wyjąłem pistolet z plecaka, wyszedłem na kozaka i krzyczę żeby spie*****li. Jak zobaczyli mnie z klamką to od razu wzięli nogi za pas. Podchodzę do dziewczyny i pytam czy wszystko w porządku, ale ta była zestrachana, że mam broń.
Nagle przybiegli koledzy z ławki. Zobaczyli mnie z pistoletem - "no no, stary, miałem cię za takiego nieszkodliwego". Wtedy już mogłem powiedzieć, że to tylko replika, bo nawet jakby tamci usłyszeli, to stało teraz tutaj sześciu moich ziomków, którzy przybiegli i jak tylko usłyszeli krzyk.
I co się okazało? Że to była siostra tej samej dziewczyny, od której kupiłem pistolet!
Nie, nie jesteśmy parą. Ale chyba do tego zmierza ;)
Wiosną zeszłego roku, przed Dniami Otwartymi Szkoły, zostałam poproszona, wraz z koleżanką, o pomoc w przygotowaniu tego arcyważnego wydarzenia. Brakowało rąk do pracy, ponieważ akurat trwał sezon praktyk zawodowych.
Oddano nas do dyspozycji nauczycielowi, którego średnio lubimy, no ale zwolniono nas ze wszystkich zajęć tego dnia, więc kto by nie poszedł? Pan umieścił nas w jednej z sal, w której tego dnia nie odbywały się żadne lekcje. Wewnątrz było dużo elektroniki (telewizor, rzutniki, laptopy, etc.), więc "dla bezpieczeństwa" zostałyśmy zamknięte od zewnątrz. Robimy swoje, gadu-gadu, muzyczka gra. Tak beztrosko mija jedna godzina, potem druga, trzecia... piąta. Zaczynamy się zastanawiać dlaczego jeszcze nikt do nas nie zajrzał, ale szybko dochodzimy do wniosku, że nauczyciele nas lubią, ufają nam i nie czują potrzeby kontrolowania nas. Upajamy się naszą "władzą" i jedziemy dalej z pracami.
Godzina siódma, po dzwonku mamy wychodzić do domu, a my wciąż zamknięte. Przecież o nas nie zapomnieli, prawda? Możemy tego nauczyciela nie lubić, ale to jednak nauczyciel. Zaczyna się ósma godzina. A my w sali. Zaczynamy się zastanawiać, czy krzyczeć, walić w drzwi... no ale przecież to tak głupio, nauczycielowi widocznie coś na przerwie wpadło, a my zrobimy z siebie nienormalne idiotki.
Zaczyna się godzina dziewiąta (!). Do sali, razem z drzwiami, futryną oraz kawałkiem ściany, wpada Pan Nielubiany. Fryzura niczym piorun w pietruszkę, lico koloru dorodnego buraczka, łachy rozwiane wieczornym wiatrem... I rzecze do nas te oto (pamiętne) słowa:
- O ku*wa! Dziewczyny! Zapomniałem o was! W domu mi się przypomniało!
Kurtyna.
Pewnego razu poszedłem ze swoją dziewczyną na jakąś imprezę, osiemnastka czy coś w tym stylu. Siedzieliśmy przy stoliku i gadaliśmy, aż nagle podeszła jej przyjaciółka i pyta się nas: "Trójkąty są dla chłopaków czy dla dziewczyn?". Jako że jestem osobą lubiącą dyskusje i ogólnie temat relacji damsko-męskich, z pasją zacząłem swą przemowę, że raczej dla chłopaków, bo to fajnie mieć dwie dziewczyny, no i takie tam, wiadomo.
Dziewczyna słuchała uważnie i patrzyła na mnie z miną w stylu "No no, mów dalej, zaraz cię zabiję" (nie od razu zdałem sobie z tego sprawę), a wyraz twarzy jej przyjaciółki mówił "Co ty pieprzysz w ogóle człowieku, dobrze się czujesz?". Gdy po kilku minutach zakończyłem swój monolog usłyszałem od tejże przyjaciółki: "Ale mi chodziło o znaczek na drzwiach toalety"...
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie.
W dzieciństwie na wycieczce szkolnej zatrzymaliśmy się autokarem przy jakimś hotelu, gdyż dużo dzieciaków miało pilną potrzebę, w tym ja. Wychowawczyni prosiła personel, by wpuścili nas do WC. Nie bardzo chcieli się zgodzić, ale się udało. Gdy już skorzystałem z pisuaru, nacisnąłem przycisk do spłukiwania, który się zablokował i woda wraz z uryną zaczęła się wylewać na posadzkę. Kombinowałem, by to jakoś naprawić, ale się nie udało. Zawołałem nauczycielkę, która gdy to zobaczyła, wzięła mnie za rękę, zawołała resztę dzieciaków i oddaliliśmy się w ekspresowym tempie, nie informując nikogo z personelu o zdarzeniu.
Przez kilkanaście lat miałem awersję do korzystania z pisuaru, bo bałem się, że to się powtórzy. A do dzisiaj dziwię się, że nauczycielka tego nie zgłosiła, tylko uciekła.
Dodaj anonimowe wyznanie