#74erk

Jak myślicie, jak daleko może posunąć się człowiek, żeby zemścić się za zdradę?

Siedzę właśnie na lotnisku i czekam na telefon od mojej "dziewczyny" z pytaniem gdzie jestem. Jakiś czas temu wpadł mi w ręce jej messenger, przeczytałem tam, że seks ze mną jest słaby, że myśli w jego trakcie o kimś innym, że mój rozmiar jest niewystarczający. Przeczytałem też, że jestem frajerem, którego można skubać na hajs i że mnie wkrótce zostawi. Dowiedziałem się kiedy mnie zdradza, wiem gdzie mnie zdradza i wiem z kim mnie zdradza. Więc co mogłem zrobić z takimi informacjami? Dałem się jeszcze raz oskubać na hajs, a internet podsunął mi pomysł.

Jesteśmy w Grecji, a ja za 40 minut mam samolot powrotny i mam go tylko ja. Moja "dziewczyna" myśli, że wracamy innego dnia. Powiedziałem jej, że idę pobiegać, nie zabrałem ciuchów, wystarczą mi dokumenty i telefon, powinna już dzwonić, gdzie jestem, ale widocznie za dobrze się bawi beze mnie. Jak zadzwoni, odbiorę, powiem, że wszystko wiem i zablokuję zdalnie telefon, który ja jej kupiłem, a który ona użytkuje. Zostanie bez pieniędzy i bez znajomości języka, bez telefonu w obcym kraju, 2 tys. km od domu.
Zastanawiałem się, czy to jest etyczne, ale skoro jestem frajerem, to będę już nim do końca. Jutro o 11 rano obsługa hotelu każe jej się wynosić z pokoju, bo po południu meldują się nowi goście. Ciekawe, czy ich zrozumie. Warte to było tych kilku tysięcy złotych.

#YOBnV

Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałam 6 lat. Razem z mamą wróciłyśmy do domu dziadków. Po 3 latach najpierw zmarła babcia, a po pół roku dołączył do niej dziadek. Po jakimś czasie mama powiedziała mi, że ona i jej kolega z pracy są parą, nawet się ucieszyłam, bo go znałam i lubiłam. Po roku wzięli ślub i Tadek się do nas wprowadził. Był dla mnie bardzo dobry i nawet zaczęłam mówić do niego tato. Po jakimś czasie rodzice oznajmili mi, że do domu wprowadzi się małżeństwo, znajomi rodziców. Dom był bardzo duży, jedno piętro stało puste, więc miało to sens. W ten sposób zyskałam ciocię i wujka. Nie mieszkaliśmy jak sąsiedzi, a bardziej jak rodzina. Dzięki temu miałam bardzo fajne dzieciństwo i dużo wsparcia jako nastolatka.

Co w tej historii anonimowego? A to, że dopiero jako mocno dorosła osoba dowiedziałam się, że mieszkałam z parą gejów i lesbijek udającymi małżeństwa. Na początku byłam w szoku, ale po zastanowieniu uznałam, że genialnie to sobie wymyślili. Nikt z sąsiadów nic nie podejrzewał, ja też w żaden sposób nie ucierpiałam z tego powodu. Dzisiaj rodzice i wujostwo są ludźmi w średnim wieku i nadal tworzą dwie zgodne pary i mam nadzieję, że tak już zostanie.

#3cf89

Oddałam psa. Nikt nie miał na niego alergii, pies był całkiem grzeczny, ułożony. Dlaczego?

Mój jedenastoletni syn od kilku lat nudził nam z mężem o zwierzę. Nie mam nic przeciwko psom ani kotom, ale nigdy nie chciałam ich mieć - pracuję zdalnie, mąż rzadko bywa w domu, więc znaczna większość obowiązków spadłaby oczywiście na mnie, a ja zwyczajnie nie miałam na to ochoty. Ale że syn był bardzo zdeterminowany i jednak powoli przestawał być dzieckiem, zdecydowaliśmy z mężem, że jeżeli to on będzie się psem zajmował, to możemy przygarnąć nowego członka rodziny. Zanim zaczęliśmy wybierać, wzięliśmy syna na rozmowę, gdzie dobitnie dałam mu do zrozumienia, że pies będzie jego odpowiedzialnością, i czy jest gotowy na wychodzenie na spacery kilka razy dziennie, sprzątanie po nim i inne tego typu codzienne sprawy. Syn rozpromieniony, oczywiście potakiwał ochoczo i obiecywał, że będzie robił wokół psa wszystko. Powiedziałam też, że jeżeli z obowiązków nie będzie się wywiązywał, pożegnamy się z psem. Także przytaknął.

Zapewne domyślacie się dalszej części historii. Syn po kilku tygodniach zaczął kompletnie lekceważyć obowiązki. Nie przychodził do domu o określonych porach, wysyłał lakoniczne SMS-y, że siedzi u kolegi i będzie tam do późna, niemal co rano wstawał tuż przed wyjściem do szkoły i kiedy przypominałam mu o wyjściu z psem, dostawałam tylko oburzone okrzyki, że chcę żeby się spóźnił do szkoły i że przecież widzę, że on nie ma czasu. Byłam wściekła, bo tak jak się spodziewałam, cała opieka nad psem spoczęła na moich barkach. Mąż na początku wstawiał się za synem i mówił mi, że przesadzam, ale odkąd zasugerowałam, żeby po dziesięciogodzinnej zmianie to on wychodził na spacer z psem, to zrozumiał mój punkt widzenia. Wzięliśmy syna na poważną rozmowę, przypomniałam mu, że nie taka była umowa i że obietnic należy dotrzymywać. Od nowa zaczął obiecywać, że teraz na pewno się poprawi. Postawiłam sprawę jasno - jeszcze jeden wybryk w ciągu najbliższych dni i żegnamy się z psem. Syn wyraźnie sądził, że blefuję, bo już dwa dni później nie informując mnie wcześniej został u kolegi aż do wieczora, po powrocie reagując na moje słowa wzruszaniem ramionami.

Następnego dnia z mężem zaczęliśmy szukać domu dla naszego psa. Prawie od razu zgłosiła się młoda para, na początku po usłyszeniu historii trochę się zaniepokoili, że za kilka dni możemy zachcieć psa z powrotem, ale zapewniłam ich, że na to nie ma szans. Stwierdziłam, że muszę być konsekwentna.

Syn zareagował na wiadomość bardzo źle, nazwał mnie potworem. Przesyła mi zdjęcia z internetu, że psy to nie zabawki, że to żywe istoty i trzeba brać za nie odpowiedzialność, kiedy już znajdą się pod naszym dachem. W swoim zachowaniu nadal nie widzi nic złego.

#8KtAR

Moim dzieciom mówię prawie wszystko o swoim dzieciństwie - jak się uczyłam, jak było w domu, jak spędzaliśmy wolny czas. No właśnie, wolny czas... O jednej zabawie nigdy im nie mówię i nigdy nie powiem, moi rodzice też nic nie wiedzieli, a na samą myśl, że moje dzieci mogłyby "bawić się" tak samo cierpnie mi skóra.

Mieszkaliśmy niedaleko parku, przez park biegły tory kolejowe. Miejsce dla nas zakazane: park dziki, niezagospodarowany, można było tam spotkać jedynie pijaków i młodzież, nikt tam raczej nie chodził, czasem przemknął jakiś wędkarz.

Nie wiem kto wymyślił tę zabawę, ale powtarzaliśmy ją co roku, to była taka nasza inicjacja, test na odwagę. Zabawa polegała na tym, żeby wpasować się w wykonane przez nas zagłębienie między podkładami kolejowymi, nakryć się kawałkiem gazety czy jakąś bluzą i poczekać, aż nadjedzie pociąg, a następnie przeczekać, aż cały skład przetoczy się nad głową... Po przejeździe pociągu można było wyjść z tej dziury i napawać się podziwem koleżanek i kolegów obserwujących całą akcję z krzaków przy nasypie kolejowym.

Żadnemu z nas nic się nie stało, nikt przez pociąg nie został uszkodzony, czasem maszynista zatrąbił widząc grupę dzieciaków przy torach i tyle.

A ja dopiero po latach przeczytałam, że niektóre pociągi mają pod wagonem taki jakby pręt - gdyby którekolwiek z nas podniosło głowę zbyt wysoko, to zafundowałoby traumatyczne wspomnienia całej grupie dzieci i pracownikom kolei...

#bNdTL

Od 5 lat jestem hochsztaplerem. Oszustem. Sprzedawczykiem. Sprzedałem duszę i marzenia. Tak się czuję, ale nic z tym nie robię, bo pieniądze się zgadzają.

Skoczyłem ASP, próbowałem się wybić, brałem udział w wielu konkursach, stworzyłem strony internetowe. Moje obrazy na aukcjach chodziły za cenę minimalną, zamówień mało i za marne pieniądze, żeby przyciągnąć ludzi robiłem wszystko. Zajmowałem się też renowacją obrazów i ikon, ale zysk również mały. Już nawet nie udawało mi się związać końca z końcem. Rodzina mnie wyśmiała, mnie i moje marzenia. Miałem naprawdę mroczne myśli.

Niespodziewanie koleś, który przyniósł mi ikonę do renowacji zapytał, czy nie stworzę mu ikony od podstaw, na starej desce, dodatkowo nie postarzając jej. Zgodziłem się, zarobiłem niezłe pieniądze. Obiecałem też, że nie wystawię ich na swoich stronach. I tak przynosił mi deski, a ja na nich pisałem ikony. Potem poszło to dalej, przynosił srebrne i pozłacane okłady (srebrna nakładka na ikonę, na której są tłoczone kształty ubrań itp, z otworem na namalowane twarze czy ręce na desce), które skupował na targach staroci, a ja pod to dorabiałem święte postacie. Nawet zacząłem wytwarzać własne farby na wzór tych sprzed 50, a nawet 200 lat, tak się w to zaangażowałem, a gość dodatkowo płacił mi za to, jak użyłem akurat tych farb. Wiedziałem, że musi to sprzedawać i wmawiać ludziom, że to oryginał, ale ja nie pytałem, kasa była, rodzina się nie czepiała. Namaluję jeden obraz na miesiąc, żeby zaktualizować stronę, a tak to piszę z 10 ikon w miesiącu. Mam z tego ładne pieniądze. Moje obrazy jak nie pójdą na aukcji to sprzedaję je za bezcen. Już zatraciłem własny styl. Odtwarzam ikony z licznych albumów, które kupiłem...

Wszystko zmieniło się tydzień temu, gdy przeszedł do mnie facet, który przyniósł mi do renowacji moją własną ikonę. Zleceniodawca "postarzał" ją jeszcze bardziej... Z ciekawości zapytałem, ile za nią zapłacił, a facet z zadowoleniem przyznał, że zrobił interes życia, bo zaledwie 3800 zł. Ja na tych ikonach zarabiam ( w zależności od wielkości i postaci) od 500 do 2000 zł. Za tą akurat dostałem 800 zł. Koleś pokazał też swoją drugą ikonę, ze wspomnianym wcześniej srebrnym okładem (wziąłem za nią 500 zł, bo roboty mało, tylko twarz Maryi z dzieciątkiem), i przyznał, że zapłacił 8000 zł. Gdy nie wiedziałem, tylko podejrzewałem, nie czułem się jak śmieć. Teraz się tak czuję.
Chciałbym wrócić do moich obrazów, ale nie widzę sensu. Znowu będę klepał biedę. Teraz oszczędzam, odkładam te brudne wg mnie pieniądze, bo nie wiadomo, kiedy zleceniodawca wpadnie i zakręci kurek. O dziwo przez ostatnie pół roku było tyle roboty, bo ludzie tak się na antyki rzucili, że lekką ręką odłożyłem z 60 tys. Marzenia umierają powoli, a na mnie patrzą oczy samych świętych. Uważajcie, co kupujecie.

#BEGVM

Ostatnio jechałem autobusem nocnym do domu. Na siedzeniu przede mną usiadły dwie podpite dziewczyny, które od razu zaczęły się ze mnie śmiać. Z jakiegoś powodu uznały, że maseczka, którą nosiłem na twarzy jest czymś szalenie zabawnym. Obie niewiasty oczywiście nie miały zasłoniętych buzi. W końcu jedna z nich ostentacyjnie rzuciła w moim kierunku: „Czyżbyś tak bardzo bał się tej całej sztucznej PLANDEMII? Boisz się, że zachorujesz?”.

Nachyliłem się w ich kierunku i odparłem: „Drugi raz tego gówna nie złapię. Maseczkę noszę, aby nie zarazić innych. W tym i was”.

Jeszcze nigdy nie widziałem, aby komuś tak szybko zszedł uśmiech z twarzy. Dziewczyny, blade jak tyłek albinosa, dość szybko ewakuowały się na tył pojazdu. Gdy wysiadałem na następnym przystanku, widziałem jak smarują się nawzajem żelem antybakteryjnym...

#MjsBk

Jestem opiekunem drużyny harcerskiej. Kilka lat temu byliśmy na biwaku o kilka miejscowości oddalonej od naszego przysiółka. Wyjazd bardzo udany, ale późnym wieczorem dwie zuchenki zgłosiły, że z pokoju kadry przybocznej dochodzi smród papierosowego dymu.
Nie mogłam zlekceważyć tego faktu, ale wiedziałam też, że w pokoju tym są sami prawie pełnoletni ludzie.

Zapukałam kulturalnie i mówię, że czuję dym. Proszę o to, żeby za 5 minut osoba paląca zgłosiła się do mnie, w przeciwnym wypadku wszyscy zostaną wydaleni z obozu.

I pojawił się jeden delikwent z paczką papierosów i skruchą w oczach. Żal mi go było, ale jakieś konsekwencje wypadało wyciągnąć. Kazałam mu się spakować i udawałam, że dzwonię po rodziców. Prosiłam, żeby "zgłosili się po syna z powodu niewłaściwego zachowania".
Później urządziłam 3-kilometrowy bieg przez las - do głównej drogi, tłumacząc, że starsi nie dojadą po niego do harcówki przez las w środku nocy. Na poboczu w "oczekiwaniu" na nadjeżdżających rodziców wykonał chyba 100 pompek i przysiadów.
Pokutnik był załamany, bo ojca miał surowego i wydalenie z obozu wiązałoby się z ogromną karą.

Pomimo zmęczenia wykonywał jednak wszystkie polecenia.

W końcu przyznałam się, że to był tylko blef i że mam nadzieję, że jest to dla niego nauczka.
Takiego szczęśliwego człowieka, jeszcze nie widziałam. Dziękował mi, że nie zadzwoniłam po rodziców. Z plecaka wyjął jeszcze dwie paczki papierosów i powiedział: "Druhna to weźmie, bo ja już sam sobie nie ufam".
Całą drogę do harcówki dziękował i przepraszał. A do dziś z daleka wita się ze mną, jak mnie widzi.
Nawet nie wie, że jest to jedno z najmilszych wspomnień z całej pracy z młodzieżą, jakie kiedykolwiek miałam :)

#WjJjP

Mój dwa lata starszy brat jest chory psychicznie. Widzi osoby, których nie ma, czasami z nimi rozmawia, ale ogólnie to jest coś w stylu, że opisują mu one różne rzeczy, sytuacje i tak dalej.
Nigdy nie próbowały go namawiać do złych czy dziwnych rzeczy (kilku lekarzy próbowało przypisywać mu leki, ale jest on na naprawdę wiele rzeczy uczulony, a takie, które akurat może brać działają tylko negatywnie na jego ciało i nie sprawiają, że wymyśleni ludzie znikają).

Teraz, kiedy jest już starszy, nauczył się odróżniać "wymyślonych ludzi" od tych prawdziwych, ale kiedy był dzieckiem, szło mu z tym znacznie ciężej.

Ogólnie chorobę zdiagnozowano u niego w pierwszej podstawówki. Wcześniej rodzice myśleli po prostu, że ma bardzo dużą wyobraźnię. W każdym razie po tym, jak okazało się, że jest chory, rodzice przenieśli go do szkoły prywatnej ze względu na to, że w pierwszej szkole nauczyciele traktowali go bardzo źle. Wyzywali i zakazywali innym dzieciom z nim rozmawiać, mówiąc, że je "pozaraża" swoim świrostwem (co oczywiście było zupełnie niemożliwe, ale co z tego).

Na mnie samą jego choroba nie miała żadnego większego wpływu, jako dziecko uważałam ją za coś zabawnego.

To była chyba jego druga klasa podstawówki, kiedy przyprowadził do domu koleżankę z klasy. Rodzice byli akurat w pracy, a ja siedziałam większość czasu w swoim pokoju, bo oglądałam bajki, wyszłam tylko kilka razy do łazienki i chyba raz do kuchni po jakieś ciasteczka (brat z koleżanką siedzieli w salonie, który połączony był właśnie z kuchnią).
Nie wiem co strzeliło mi do głowy, ale postanowiłam sobie z mojego brata zażartować.

Kiedy ta koleżanka wyszła, zapytałam go z kim dzisiaj rozmawiał, jak to miałam w zwyczaju, gdy widziałam, że mówi "do siebie".

Do dziś pamiętam, jak stanął jak wryty, a potem spojrzał na mnie z czystym szokiem w oczach.

#asRr0

W czasie pandemii dostałam paczkę, co prawda z moim adresem wysyłkowym, ale nie moimi danymi. Paczkę przyjęłam nie sprawdzając danych, bo czekałam na prezent urodzinowy dla męża. Ponieważ na etykiecie był podany numer telefonu Pani Olusi (tak, ktoś wpisywał tak swoje imię), zadzwoniłam i poinformowałam, że pomyliła adresy i proszę o odbiór paczki. Olusia stwierdziła, że nie ma czasu na jej odbiór i żebym jej tę paczkę przyniosła po 16.00, bo tak wraca z pracy. Odmówiłam, bo nie będę nikomu nosić paczek. Po trzech dniach przysłała swojego męża. O sprawie bym zapomniała, gdyby nie fakt, że w następnym tygodniu dostałam kolejną paczkę, której przyjęcia odmówiłam. Następnego dnia przyszedł do mnie wspomniany mąż po odbiór paczki. Poinformowałam go przez domofon, że odmówiłam przyjęcia paczki i żeby skontaktował się z pocztą, i że żadnych ich paczek nie będę odbierać. Nie dość, że wirus, to jeszcze tak roszczeniowa Olusia.
Paczek pojawiło się około 5, systematycznie odmawiałam przyjęcia każdej z nich.

Po paru tygodniach, gdy już zapomniałam o tej sytuacji, do moich drzwi zapukała policja. Okazało się, że Olusia oskarża mnie o kradzież jej rzeczy. Musiałam iść na komisariat i tłumaczyć się, że nie jestem złodziejem. To była zemsta Olusi, bo jej zakupy wróciły do nadawców i musiała ponownie płacić za transport.

Do tej pory nie wiem, dlaczego ta kobieta kazała wysyłać te rzeczy na mój adres, a nie na swój. Sprawa na policji została umorzona, a ja nawet nie usłyszałam słowa przepraszam.
Dodaj anonimowe wyznanie