#rCbGc

Kiedyś na ulicy spotkałem bezpańskiego psa. Był zaniedbany, bardzo brudny i trochę wychudzony. Podchodził do każdego kogo zobaczył, aż w końcu ktoś go kopnął. Zrobiło mi się go żal, więc go pogłaskałem. Zaraz potem wsiadłem do auta i ruszyłem do domu, który był oddalony o 3 km od miejsca, w którym byłem. Kiedy dotarłem, zobaczyłem biegnącego za mną psa. Był to ten sam zaniedbany pies.

Mam go już od 2 lat.

#HpbYi

Czy znacie "Kamizelkę" Bolesława Prusa? Historia w niej przedstawiona kojarzy mi się z historią mojej babci i mojego dziadka.

Mimo trudów codzienności bardzo się kochali i szanowali. Babcia była piękną, zgrabną i elegancką kobietą. Któregoś dnia ubzdurała sobie, że musi schudnąć. Całymi dniami ciężko pracowała, czasy były jakie były, kobiety miały następujący pomysł na dietę cud - picie octu. Nie, nie octu jabłkowego, zwykłego octu z wodą. Dziadek prosił, żeby przestała go pić, tłumaczył, zapewniał, że jest piękna.
Nic nie pomagało do czasu kiedy mój dziadek, który był krawcem, wpadł na genialny pomysł. W nocy, kiedy babcia spała poszerzał jej spódnice i sukienki. Babcia "schudła" tak szybko, że roztwór wody i octu nie zdążył jej zaszkodzić. Zadowolona z efektu przestała go pić.

Sprawa się wydała, ale babcia nie odchudzała się już nigdy w tak głupi sposób. Żyli długo i szczęśliwie, mimo czasami kiepskiej sytuacji finansowej i chorób. Otoczeni troską i miłością, jaką dali swoim dzieciom i wnukom, taką też otrzymali z nawiązką.

Każdemu życzę takiej miłości, na swoją cierpliwie czekam.

#G7lrx

Było to kilka lat temu. Wracaliśmy z Niemiec. Ciągnęliśmy ze sobą ładny, duży kemping. Pomimo że podczas jazdy przebywanie w środku jest zabronione, to znajomemu chciało się spać i poszedł do środka. Rozebrał się i w majtkach spał sobie smacznie, kiedy my jechaliśmy dalej. 

Po dłuższym czasie stanęliśmy na stacji po kawę. Znajomy się w tym momencie przebudził, niepostrzeżenie wyszedł za kemping i oddawał w najlepsze sobie mocz, gdy my odjechaliśmy bez niego. Tak więc został przy granicy po polskiej stronie, w samych majtkach, bez telefonu. 

Szybko zjawiła się policja, wytłumaczył, że pomimo zakazu spał w kempingu podczas jazdy, a my lecimy właśnie A4 w kierunku Katowic. Policja na kogutach zaczęła nas gonić. Gdy nas złapali, zapytali kogo mamy w kempingu. Jak kogo? Przecież się nie przyznamy, bo jest za to mandat. Mówimy, że nikogo nie ma. Pytanie się powtórzyło kilka razy, aż wkurzony kumpel krzyczy z radiowozu "Kur.. zostawiliście mnie na stacji, wszystko powiedziałem". Dostaliśmy mandat, ale do dziś się śmiejemy ze spania w kempingu podczas jazdy.

#I99O6

Obrońcy życia, przeczytajcie proszę.

Mój brat przeszedł na świat w czasach, gdy aborcje przeprowadzało się wieszakiem, w tajemnicy przed światem, w strachu, w cierpieniu. Moja mama miała już trójkę dzieci i jedynie strach przed osieroceniem nas sprawił, że mama się nie odważyła na ten krok. Urodziła naszego brata i to był dzień, który zamienił nasze życie w piekło. Brat urodził się bardzo chory, z szeregiem upośledzeń, od wodogłowia, przez rozszczep kręgosłupa, po całkowitą ślepotę i głuchotę. Lekarze od początku przewidywali, że nie przeżyje pierwszej doby. Ale przeżył nie tylko pierwszą dobę, ale i 10 kolejnych lat. Nigdy nie powiedział ani słowa, nigdy się nie uśmiechnął, całe życie spędził w łóżku.

Moi rodzice poświęcili całe swoje dotychczasowe życie na opiekę nad dzieckiem. Mama musiała zrezygnować z pracy i zamknąć swoją firmę, która była dla niej wszystkim. Tata również musiał zmienić pracę na taką, która umożliwiała mu częste wyjazdy. Zaczęły się rehabilitacje, 24-godzinna opieka, wyjazdy na specjalistyczne turnusy, szukanie pomocy, gdzie tylko się da. Tygodnie, a nawet całe miesiące spędzane w szpitalach. Niewiele rodziców pamiętam z tamtych czasów. Nigdy nie mieli czasu dla mnie ani rodzeństwa. Miałam 8 lat, gdy musiałam dorosnąć, zająć się sama sobą, nauczyć się sprzątać, gotować, przewijać i karmić brata. Moi rodzice nie mieli czasu na mój ból, mieli swój własny, o wiele głębszy. Przez cały czas kombinowali, w jaki sposób zdobyć pieniądze na leczenie. Wtedy jeszcze nie było internetu, nie było zbiórek.

Mój brat przeżył 10 lat. Cały ten czas przeleżał w łóżku, nigdy nie nauczył się mówić, komunikować ze światem, reagować na innych. Jego krótkie życie było wypełnione szpitalem, operacjami, rehabilitacjami, ale przede wszystkim bólem.

I wiecie co? Gdy umarł, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Moja mama płakała często przez te 10 lat, ale po raz pierwszy w jej łzach nie było rozpaczy, tylko prawdziwa radość. Pamiętam mojego tatę, gdy przyszedł do nas tego samego dnia i jego pierwszym słowem było "przepraszam". Później, o wiele później, wytłumaczył nam, czym były te przeprosiny. Tym, że nie dał nam takiego dzieciństwa, na jakie zasłużyliśmy. Że nie dał nam tyle uwagi, miłości, a przede wszystkim spokoju. Płakaliśmy wszyscy, ale to były łzy szczęścia. Do dziś pozostało to naszą rodzinną tajemnicą.

To jedno życie, o które tak walczycie, zniszczyło pięć innych żyć, zniszczyło naszą psychikę. Zniszczyło mamę, która musiała zrezygnować ze swoich marzeń i szczęścia. Zniszczyło tatę, który popadł w alkoholizm.
Zniszczyło mnie i moje rodzeństwo, bo żadne z nas nie chce mieć dzieci.
A mi pozostał ogromny żal w sercu. Żal do polityków, do systemu, do ludzi. Mam żal o to, że to jedno "życie" jest ważniejsze od żyć nas wszystkich.

#GBgqu

Nie kocham swojego dziecka.

Moja żona od zawsze wiedziała, że nie chcę mieć dzieci. Dzieci nie lubię, nie znoszę i ich nie chcę mieć. Jak byliśmy parą, zawsze jej to podkreślałem.
Kilka lat temu żona odstawiła tabletki, zaszła w ciążę. Wszyscy szczęśliwi. Rodzina bliższa i dalsza mówiła nam, jak wspaniałe. Dziecko pojawiło się na świecie, a ja nigdy go nie pokochałem. Jedyne co czuję, to przyzwyczajenie do niego. Nie przytulam dziecka, nie noszę na rękach, nie bawię się z nim. Totalnie nic. Jedyne co robię, to płacę za jego rzeczy, takie jak przedszkole, ubrania itd. Zawsze mam jedną i tę samą wymówkę "dużo pracuję i jestem zmęczony" - co jest prawdą. Mam firmę, zatrudniam ludzi.

Moja żona ciągle mi powtarza, że chciała mieć dzieci i powinienem stanąć na wysokości zadania. Ale jak mam to zrobić?! Jak?! Nie czuję nic do naszego dziecka. Jest mi totalnie obojętne. Jak dowiedziałem się, że żona jest w ciąży, to o mały włos nie dostałem zawału. Nasze dziecko ma prawie 4 lata. Najlepszym momentem w każdym dniu jest ten, jak jadę do pracy. Pracuję do późna, jadę na siłownię. Wracam do domu i dziecko już śpi.

Skąd mam takie podejście? Byłem wychowywany w domu, gdzie rządziła przemoc, alkohol. Nie znam innego wychowania niż bicie. Dziecko pewnie mnie nienawidzi, ale to i lepiej. Jak kiedyś mnie zabraknie, to nie będzie tęsknić. Żona jest na mnie obrażona za to, że dużo pracuję. No cóż - utrzymuję całą rodzinę.

Wszystkie moje plany, marzenia zostały zniszczone przez ciążę żony. Kocham żonę, ale dziecka nie potrafię. Próbowałem, starałem się, ale nie potrafię. Na każde urodziny dziecka przyjeżdża rodzina, znajomi. Jest wypasiony tort, impreza. Wszyscy mówią jak cudownie i pięknie nam się układa. Jak raz na urodzinach dziecka miałem je wziąć na ręce, to powiedziałem, że mnie bark strasznie boli i tyle. Nie mam żadnej relacji z dzieckiem. Żadnej.

Ostatnio żona mówi mi, że przydałoby się rodzeństwo dla dziecka. Nie wiem jak jej tłumaczyć i mówić, że nie chcę kolejnego dziecka. Nie chcę się rozwodzić z żoną, bo kocham ją nad życie, ale do niej nic nie dociera... Kiedy jadę na spotkanie biznesowe z żoną to zawsze podkreślam, żeby nie mówiła, że mamy dziecko bo jest mi głupio. Moi pracownicy czy bliscy kontrahenci nie wiedzą, że mamy dziecko.

Może to będzie dziwne wyznanie. Nie wiem. Nie miałem nikogo, komu mógłbym o tym powiedzieć. Może zostanę zlinczowany za to co napisałem. Nie wiem. Chciałem po prostu z siebie to wyrzucić. Wiele osób przekonywało mnie, że jak się urodzi, to pokocham i wszystko się zmieni. Nie... Nie pokochałem. Nic się nie zmieniło. Wręcz odwrotnie. Nocne płacze, wstawanie, karmienie... Czasem sam nie wiem, zostać i nie czuć nic do dziecka czy odejść i tęsknić za żoną? Za jej uśmiechem, zapachem, oczami...

Puenty nie ma. Jestem złym człowiekiem.

#AUpbI

Pracowałam wtedy w samodzielnym sklepie umieszczonym w pasażu marketu. Sobota, więc zapierdziel konkretny. Do kasy kolejka ludzi, ale szło sprawnie. Przyszła pora na babeczkę koło 50. Chciała zapłacić stówką, ale że kwota była niewielka to wygrzebała jednak dwie dyszki. Zwróciłam uwagę, bo banknoty miała strasznie wymiętolone. No ale nic, obsłużyłam ją, kolejnych kilka osób i jak się zluzowało całkiem uznałam, że czas na toaletę. Wracam, patrzę, a przy kasie... 50 zł! Wymięty banknot pysznił się na podłodze. Podniosłam, położyłam pod ladą z myślą, że jak ktoś się zgłosi, to wtedy się będę zastanawiać. A warto dodać, że moje zarobki można było określić krótko - żałosne.
Minęło trochę czasu, przychodzi tamta babeczka od pomiętych banknotów i pyta, czy aby u mnie jej 50 zł nie wypadło, bo później była jeszcze znicze kupować i odkryła, że nie ma. Nie miałam wątpliwości, że to jej, bo wymiętolone było. Skłamałabym pisząc, że nie pojawił się w mojej głowie głos szepczący, żeby zaprzeczyć - babeczka nic mi nie udowodni, a 50 zł to przy moich zarobkach było całkiem konkretna kwota. Ale porządne wychowanie się odezwało i pieniądze oddałam. Jak chowała je do portfela, to zauważyłam, że trzęsą jej się ręce. A ona wtedy zaczęła przepraszać, że taka roztrzepana, że problem mi zrobiła, ale dziś pochowała drugiego syna. Wmurowało mnie. Naprawdę się cieszę z podjętej decyzji. Gdybym zatrzymała te pieniądze, do końca życia czułabym się jak ostatnia szm*ta.

#VRhZA

W weekend poszłam na imprezę, z powrotem nigdy nie mam problemu, tyle że tym razem kumpela, która zwinęła się do domu wcześniej, miała w torebce mój portfel z całą zawartością. Godzina 2-3, jadę windą. Zaczepiłam dwóch chłopaków w wieku 20-25 lat, czy mogą mi sprawdzić tramwaj, bo w nocy ciężko o jakikolwiek dojazd (mój telefon się rozładował, jak mieć pecha, to mieć pecha). Jedziemy windą, chłopak dał mi telefon, sprawdzam. Wychodzimy, już prawie się załadował rozkład, już się cieszę, że będę wiedziała, czy mam jak wracać. Jeden z chłopaków pyta, gdzie jadę, odpowiedziałam mu. Nagle wziął mi ten telefon, ja stoję jak głupia, nie wiem, o co chodzi, po czym powiedział, że zapłaci mi za taksówkę. Ja zaskoczona pytam dlaczego, a on mówi, że chce żebym bezpiecznie dotarła. Zapłacił taksówkarzowi, życzył bezpiecznej drogi i odszedł.

Pierwszy raz w życiu zdarzyła mi się taka bezinteresowna pomoc od obcej osoby.

#ZTWok

Trochę obrzydliwe i nie jest to historia, którą opowiedziałbym komukolwiek.

Za dzieciaka, lata temu, wracaliśmy z kuzynem ze sklepu. Idziemy sobie i nagle mój kuzyn się zatrzymał. Podniósł coś z ziemi. Okazało się, że był to zużyty kondom związany w supeł... Wymyśliliśmy genialny plan, mianowicie, że rozwiążemy go, umyjemy i damy go mojej nieogarniętej siostrze, którą uważaliśmy za głupią i z którą ciągle się kłóciliśmy. Mieliśmy jej zamiar powiedzieć, że to balon o takim nietypowym kształcie, i myśleliśmy, że go nadmucha, a my będziemy mieli z niej ubaw. Kuzyn schował gumkę do kieszeni i poszliśmy dalej. Po drodze kłóciliśmy się kto go rozwiąże, a kto go umyje, padło na mnie... Plan wydawał nam się genialny, a wizja mojej poniżonej siostry utrudniła nam racjonalne myślenie.

Minęło ponad 15 lat, a siora do dzisiaj ma ubaw i płacze ze śmiechu na wspomnienie mnie stojącego przy zlewie i usiłującego zębami rozsupłać zużytą gumkę. Ja wspominając to myślę tylko jedno - fuj!

#fuzh3

Pracuję jako nauczycielka w szkole podstawowej. Tego dnia na długiej przerwie obiadowej miałam dyżur na stołówce. Jak zwykle chodziłam między stolikami, gdy zauważyłam na podłodze 2 grosze. Podniosłam, chuchnęłam i zadowolona z siebie schowałam do kieszeni. Nie wierzę w zabobony, ale akurat ten przesąd, że chuchnięcie na znalezioną monetę przynosi szczęście, wydaje mi się sympatyczny.

Parę chwil później, niedaleko tego miejsca, znalazłam kolejną dwugroszówkę. Rozejrzałam się, podniosłam, chuchnęłam i do kieszeni. Nie minęły trzy minuty, a tu kolejna! Niedługo potem następna! Nie mogłam się nadziwić, że tyle tych monet znajduję, łącznie było ich z dziesięć, „Jak tak dalej pójdzie wkrótce podwoję moją nauczycielską pensję!” - pomyślałam.

Gdy zbliżał się dzwonek sięgnęłam do kieszeni, aby nacieszyć oczy nowo nabytą fortuną. Kieszeń była pusta, zostałam okradziona! Zaczęłam się rozglądać i zauważyłam podejrzanych chłopców z 6 klasy, którym było wyjątkowo wesoło. Podeszłam i spytałam co ich tak bawi, a jeden z nich odpowiedział “Proszę dokładniej sprawdzić kieszeń”. Sięgnęłam ręką głębiej i okazało się, że miałam w niej dziurę. Chłopcy cały ten czas oglądali, jak pani nauczycielka zadowolona w kółko podnosi tę samą monetę…

#D8Ju2

Wracałem dość późno od dziewczyny rowerem (koło 22/23). Ona mieszka w mieście, a ja jakieś 15 km za miastem, na wsi. Kiedy już wyjechałem z miasta, po pewnym czasie zauważyłem jakieś czarne auto stojące na poboczu. Było ciemno, więc nie widziałem rejestracji ani marki auta. Przez to, że auto było czarne i wyglądało jak Opel Insignia pomyślałem, że to "tajniaki". Moją pierwszą myślą było, czy mam wyposażony cały rower. Ale lubię jeździć, więc miałem wszystko oprócz dzwonka.

Gdy przejeżdżałem obok tego auta, kątem oka zauważyłem, że koleś siedzący w nim na mnie patrzy. Pomyślałem tylko o tym, że pewnie mnie zatrzyma, spóźnię się do domu i rodzice się zdenerwują i nie pozwolą mi przez najbliższy czas jeździć do dziewczyny.

Kiedy już przejechałem obok tego samochodu i pojechałem dalej, usłyszałem, jak auto rusza tuż za mną. Nie powiem, trochę się bałem. Po chwili, kiedy auto było obok mnie, zauważyłem, że zwalnia. Popatrzyłem na kolesia z auta, który miał wyciągniętą rękę z kamizelką odblaskową i powiedział: "Załóż, słabo cię widać".
Od razu podziękowałem i założyłem otrzymaną kamizelkę.

Do samego domu jechałem z uśmiechem na twarzy.
Dodaj anonimowe wyznanie