#1y20S

Miałam wtedy 5 lat i nie znałam jeszcze znaczenia słowa "na piechotę". Za to słowo "kościół" znałam aż za dobrze, bo rodzice co niedzielę mnie tam zabierali. Nudziło mi się tam niemiłosiernie, więc zawsze próbowałam się jakoś wykręcić. Dlatego gdy pewnej niedzieli usłyszałam jak tata pyta mamę "Czy jedziemy do kościoła, czy może idziemy na piechotę?", zaczęłam krzyczeć, że koniecznie musimy iść na piechotę. 

Zatem poszliśmy. To była długa droga. W kółko pytałam mamę, czy idziemy na piechotę, a ona odpowiadała "No przecież właśnie idziemy". Ja oczywiście nie rozumiałam i szłam dalej przekonana, że ta cała "piechota" jest już niedaleko. Wszystko było lepsze od godziny spędzonej w kościele... Gdy moim oczom w końcu ukazał się "dom Boży" rozryczałam się i zarzuciłam rodzicom oszustwo. Krzyczałam, że mieliśmy pójść "na piechotę", a nie do kościoła i że nie ma mowy, abym tam weszła i że sama sobie pójdę na piechotę.

#NJTMX

Będzie o tym, jak nie zależy wcinać się w cudze życie, zwłaszcza jak nic się o nim nie wie.

Jestem samotnym ojcem. Moja żona zmarła podczas porodu, była młoda i zdrowa, a los i tak nam ją zabrał.

Nasz synek ma teraz 4 miesiące. Jest ciężko, ale jestem silny dla niego, ale nie o tym jest ta historia.
Oczywiście mały od początku jest karmiony mlekiem modyfikowanym, innego wyboru nie mam.

Byłem z synem w sklepie. Standardowe zakupy, między innymi właśnie mleko. Stoimy przy kasie, wyładowuję zakupy, za mną w kolejce stoi starsze małżeństwo. Coś tam ze sobą rozmawiają, ale na początku się nie przysłuchiwałem, do czasu gdy zaczęły do mnie dochodzić pojedyncze słowa ich rozmowy. Krótko mówiąc kobieta, teatralnym szeptem, tak żebym doskonale mógł to usłyszeć, komentowała mnie i moje dziecko. Streszczając jej wywód: kobiety w tych czasach są strasznie leniwe i nawet im się dzieckiem nie chce zająć, tylko mąż razem z dzieciakiem muszą jej zakupy robić (jakby było w tym coś złego...), a teraz to nawet karmić jej się samej nie chce, tylko jakąś paszę dziecku podaje (na taśmie wyraźnie było widać mleko).

Poczekałem, aż kasjerka mnie skasuje, spakowałem zakupy, a gdy oni byli już przy kasie, specjalnie przeszedłem koło nich, mówiąc "No tak, moja żona jest tak strasznie leniwa, że nie żyje i nie chce się dzieckiem zająć". Coś tam do mnie jeszcze powiedzieli, ale ja szybko poszedłem w stronę wyjścia.

Z różnymi sytuacjami  się przez te 4 miesiące spotkałem, w Polsce samotnemu ojcu naprawdę nie jest łatwo, ale z taką bezczelnością się jeszcze nie miałem do czynienia. Po tej sytuacji jeszcze długo nie mogłem dojść do siebie, chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie odczułem braku mojej żony jak wtedy.

#L6Rtt

Oto jedna z najbardziej żenujących historii w moim życiu. :)

Dostałam okresu i jak zwykle używałam tamponów. Po kilku dniach, mimo zachowywania nienagannej higieny, zaczęłam po prostu... śmierdzieć. I to jak!

To było lato, a ja z miejsc intymnych waliłam jak skunks. Normalnie śmierdziałam tak strasznie, że nie dało się ze mną wytrzymać w jednym pokoju przy otwartych oknach.

W te pędy poleciałam prywatnie do swojego ginekologa i ze łzami w oczach, kuląc się z upokorzenia, powiedziałam o co chodzi. Lekarz posadził mnie na fotel i aż go odrzuciło jak się tam nachylił.

Nie minęły 2 minuty a ginekolog z czeluści mnie wyciągnął tampon. Patrzyłam przez chwilę oniemiała. Najwyraźniej przez roztargnienie nie wyjęłam jednego a wsadziłam drugi. Podobno był bardzo głęboko i daleko...

Nie muszę chyba dodawać, w jakim tempie opuściłam gabinet. Gonił mnie za to śmiech lekarza, który krzyknął, że to najszybciej wyleczone zapalenie, jakie widział.

#u5kcH

Po 3 latach związku postanowiłem oświadczyć się dziewczynie. Byłem w sumie pewny, że to ta jedyna. Pół roku później zostawiła mnie dla ćpuna, o którego zawsze byłem zazdrosny mimo jej zapewnień, że to tylko koleżeństwo. Po miesiącu z płaczem wróciła do mnie mówiąc jaki to był błąd i że żałuje tego. Wybaczyłem.

Było przez 3 miesiące wręcz idealnie. Przez kilka dni totalnie mnie ignorowała, a dzisiaj zerwała i wróciła do niego. Serce mówi walcz, ale mózg mówi zostaw bo zrobi to samo.

#00a2x

Muszę to z siebie wyrzucić.

Nasza rodzina od zawsze była biedna i nasz zły status materialny był bardzo widoczny. Chodziliśmy właściwie wyłącznie w ubraniach z lumpeksu, ale takich, na które nawet najskromniejsze osoby nie chciałyby spojrzeć. O ile koszulki i dżinsy jakoś udawało się znaleźć - praktycznie zawsze za duże "bo w końcu urośniemy", tak z butami był problem. Najpierw mama kupowała nam za duże rozciągnięte trampki z lumpka, ale kiedy zauważyła, że źle się nam w nich chodzi, z wielkim żalem kupiła nam po jednej parze nowych. Ile się przy tym napłakała w sklepie, to już pominę.

Wstyd za każdym razem, jak kazała nam grzebać na najniższych półkach w sklepie i szukać nabiału po dacie, zgniłych warzyw i starych wędlin. Gdy ciągnęła nas do mięsnego i na nasze smutne oczy próbowała wyłudzić skrawki, które potem dawała nam do kanapek. Byliśmy wiecznie niedożywieni, brudni, nasze ubrania śmierdziały papierosami i potem. Ani razu nie pojechaliśmy na wycieczkę szkolną, nie mieliśmy nowych książek, ubrań, zabawek.

Spaliśmy w czwórkę w jednym małym pokoju, który zajmowały głównie materace. Do dwunastego roku życia nie miałam nawet biurka, by móc normalnie odrobić lekcje. Zazdrościłam koleżankom ich łóżek, mebli, pięknych kolorowych ścian, ubrań, kosmetyków. Co noc pytałam w myślach Boga, dlaczego ja nie mogę ich mieć. Dlaczego moje życie to walka o przetrwanie, podczas gdy one co pół roku jeżdżą do innego kraju, chodzą na basen, uczą się angielskiego albo gry na instrumentach.

Kiedy miałam szesnaście lat, próbowałam trochę sobie dorobić, opiekując się dziećmi jakichś dalszych ciotek i kuzynek, za symboliczne pięć złotych - dla mnie był to wówczas majątek. Odłożyłam sobie pewną sumkę, planowałam kupić za nią jakieś perfumy, książkę - nigdy nie miałam własnej książki, jedynie pożyczoną z biblioteki. Rodzice jednak dowiedzieli się o moim małym biznesie i od tamtego momentu musiałam im oddawać wszystko co zarobiłam na opiece nad dziećmi i koszeniu trawy u sąsiadów.

Obecnie zbliżam się do trzydziestki. I nadal czuję na sobie ciężar biedy i wiecznego odmawiania sobie przyjemności. Od lat noszę te same ubrania z przeceny, chyba że już naprawdę nie da się ich zaszyć albo doprać. Kostka mydła starcza mi na prawie miesiąc, szampon na trzy. Staram się być w miarę czysta, ale wciąż mam wizję matki, która stoi nade mną i patrzy, ile wody zużywam. Jem tylko tyle, by nie czuć głodu, choć stać mnie na wychodzenie do dobrej restauracji i zamawianie wyszukanych dań. W mieszkaniu mam tylko szafę, materac, stół i dwa składane krzesła. Nadal nikogo nie zapraszam do domu, bo boję się, że nagle z pokoju wyjdzie mój pijany ojciec w samych majtkach i zacznie być agresywny.

Bardzo bym chciała, by ten idiotyczny lęk minął.

#5U6ep

Pracuję w galerii handlowej na wyspie ze świeżo wyciskanymi sokami. Kubeczki, w których podajemy soki, mają pojemności zaznaczone kreską. Nad nią znajduje się jeszcze miejsce na ok. 50-100 ml soku.

Jeśli klient jest uprzejmy i miły: odpowie na "dzień dobry" (a duża część osób nawet tego nie potrafi), położy, a nie rzuci pieniądze na ladę i użyje "proszę" oraz "dziękuję", dostaje ode mnie te 50-100 ml ekstra. Osoby, które nie potrafią żadnej z wyżej wymienionych rzeczy, dostają sok nalany idealnie do miarki.

Bądźcie mili dla osób, które przygotowują dla was napoje lub jedzenie. Nie mówię o dawaniu napiwków, ale o zwykłej kulturze osobistej!

#QBGqH

Niedawno wróciłam z wakacji z przyjaciółmi. Pierwsze wakacje jako osoba pełnoletnia. Jeździliśmy po kilku polach namiotowych w kilku miejscach - potem wspinaczki, kajaki, spływy, pływanie itp. Na jednym z takich miejsc poznałam fajną dziewczynę, z którą od razu złapałam super kontakt - te same zainteresowania, podobny styl życia, wiedziałam, że możemy się zaprzyjaźnić, tym bardziej, że mieszkała jakieś 70 km od mojego miejsca zamieszkania. Wymieniłyśmy się numerami i social media, i cały czas do siebie pisałyśmy.

Po powrocie do domu przeglądałam z mamą zdjęcia z wycieczki i opowiedziałam o nowej koleżance. Mama mi powiedziała, że jakoś znajomo wygląda, ale nie wiedziała skąd ją zna.

Przypomniała sobie następnego dnia. Nowa koleżanka była w jakiejś bazie osób zaginionych, którą przeglądała mama. Porównałyśmy zdjęcia i racja, były bardzo podobne, chociaż imię i nazwisko się nie zgadzało. Koleżanka zaginęła kilka lat temu, już jako osoba dorosła, kilka dni po swojej osiemnastce. Poinformowałam fundację, sprawę potraktowano bardzo poważnie, nawet policja tego samego dnia ze mną rozmawiała.

Niedługo potem jej zdjęcie zdjęto z "bazy", w fundacji powiedziano nam, że sprawa jest nieaktualna. Ona zlikwidowała social media, nr jest wyłączony. Strasznie to przeżyłam. Mama pojechała ze mną pod adres, który ona mi podała, ale jej współlokatorki poinformowały nas, że wyprowadziła się w pośpiechu i nie zabrała większości rzeczy.
Jest pełnoletnia. Wydawało nam się z mamą, że pomagamy, bo rodzina ją szukała, ale teraz myślę, że ona nie chciała być znaleziona. Że z jakiegoś powodu uciekła i przeze mnie musi znowu uciekać. Zniszczyłam jej życie i jest mi z tym bardzo źle. Bardzo żałuję, jeżeli to czytasz - przepraszam.

#DpBoh

Parę miesięcy temu, stanąwszy przed lustrem, uznałam, że powinnam zgubić parę kilogramów, bo mój brzuch jest wyjątkowo „piwny” jak na młodą kobietę. Zabrałam się za siebie: dieta, ćwiczenia, bieganie… Dziś mogę pochwalić się wynikami. Muszę nosić mniejszy stanik, mój tyłek jest płaski, natomiast brzuch jaki był, taki jest.

#rRrmM

Dwa lata temu do naszego mieszkania wprowadził się nowy domownik – Lucjusz. To przeuroczy młody psiak, którego wzięliśmy ze schroniska. Zwierzak szybko ze wszystkimi się zaprzyjaźnił i bardzo go polubiliśmy. Niestety, jak to często bywa w przypadku czworonogów wziętych z psich przytułków, Lucjusz miał pewne nawyki, których długo nie mogliśmy go oduczyć. Jednym z nich było to, że skubaniec żarł dosłownie wszystko i trzeba było dbać o to, aby nic nie leżało w zasięgu jego pyska.

Jakoś chwilę przed świętami Bożego Narodzenia moja młodsza siostra przyniosła do domu zrobioną na plastyce szopkę z ulepionymi z gliny i utrwalonymi w piecu figurkami Matki Boskiej, Józefa, pastuszków, zwierzątek, trzech króli itd. Lucjusz, korzystając z okazji, że nikt nie patrzył, wziął i spałaszował małego Jezuska…

W domu panika, młoda płacze, ojciec desperacko szuka w Internecie informacji na temat wpływu gliny na układ trawienny psów… Tylko matka wykazała pełne opanowanie. Czym prędzej załadowała mnie razem z Luckiem do samochodu i pognaliśmy do weterynarza. Ten okazał się starszym panem o bardzo stoickiej minie. Prześwietlił nieco skołowanego pacjenta, a następnie wrócił ze zdjęciem do gabinetu, w którym czekaliśmy. Przez dłuższą chwilę analizował fotografię, a następnie z absolutnym spokojem rzekł: „Drogie panie. Psu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo. Jeśli zaś chodzi o Jezusa, to powinien, jak to ma w zwyczaju, wrócić do nas za jakieś trzy dni...”.

#OWMH8

W tym roku byłam nad naszym pięknym morzem. Szczęśliwie pogoda w większości była wietrzna i lekko deszczowa, co pozwoliło uniknąć ogromnych tłumów, ale jest jedna kwestia, której nie uniknie  się w tym kraju. No chyba że wszędzie na świecie tak jest, to przepraszam za aluzje tylko do kraju.

Wszędzie gdzie się nie pójdzie, gdzie się nie stanie, absolutnie zawsze przyjdzie ktoś, kto pali fajki. Nienawidzę tego smrodu najbardziej na świecie. Już zapach gó*na jest przyjemniejszy, nawet zapach rozkładających się zwłok.

Zakładasz sobie, że siądziesz z dziećmi na dwie godziny na plaży. Po 20 minutach obok rozkłada się z 8-osobowa rodzina. Wszyscy bez wyjątku opaleni na heban, połowa w tatuażach, a zdecydowana większość z rażącym brakiem uzębienia. I mimo że cała jebana plaża prawie wolna, oni rozłożą się 10 cm od rodziny z dziećmi i absolutnie wszyscy wyciągają fajki i palą. Zwracasz kulturalnie uwagę, udają, że nie słyszą i palą jednego papierosa za drugim. Człowiek wytrzymał 10 minut, zabrał się w piz*du i poszedł. Klnąc pod nosem, że jeszcze nie pojawił się jakiś współczesny wariat, który by tych wszystkich śmierdzących palaczy, zatruwającym innym życie, w pizdu wymordował.

Idziemy coś zjeść. Siadamy w ogródku restauracji. Zamawiamy, czekamy na dania. Przychodzi towarzystwo kilku panów, w ciuchach do jazdy na motorach. Siadają nieopodal. Zamówili. I co? I chwila na palenie! Ale tutaj pełna kultura! Odeszli od swojego stolika, stanęli przy naszym i buch buch faja za fają!
Absolutnie podczas każdego spaceru szedł przed lub za nami palacz, który kopcił. Pierwszy raz w życiu cały nasz wyjazd zdominował wszechobecny odór fajek.

I wiecie co? Palacze to debile. Każdy, absolutnie każdy bez wyjątku. Są na tyle egocentryczni, że uważają, że jak oni się trują i smrodzą, to każdy ma to akceptować. Gdybym ja szła i takiemu cała drogę psikała śmierdzącymi perfumami w kark, to myślicie, że by się nie oburzył? Bo oni mają prawo, wolność wszystkiego! Tylko ty nie masz prawa do oddychania powietrzem bez tego smrodu.

Jest to mowa nienawiści, ale ostatnio nic tak bardzo mnie nie wyprowadziło z równowagi, jak te kilka dni w oparach fajek. Absolutnie wszędzie. Taki tam kraj brudactwa i patologii. Wytrzymaliśmy trzy dni, z pozostałych trzech dni wyjazdu zrezygnowaliśmy, ponieważ w każdym zoo, w każdej atrakcji turystycznej, w której byliśmy wszędzie było brudactwo palące i dmuchające innym w kark! Może tych kulturalnych palaczy chodzących na bok nie zauważyłam, bo mi opary dymu przeszkadzały.
Dodaj anonimowe wyznanie