Obrońcy życia, przeczytajcie proszę.
Mój brat przeszedł na świat w czasach, gdy aborcje przeprowadzało się wieszakiem, w tajemnicy przed światem, w strachu, w cierpieniu. Moja mama miała już trójkę dzieci i jedynie strach przed osieroceniem nas sprawił, że mama się nie odważyła na ten krok. Urodziła naszego brata i to był dzień, który zamienił nasze życie w piekło. Brat urodził się bardzo chory, z szeregiem upośledzeń, od wodogłowia, przez rozszczep kręgosłupa, po całkowitą ślepotę i głuchotę. Lekarze od początku przewidywali, że nie przeżyje pierwszej doby. Ale przeżył nie tylko pierwszą dobę, ale i 10 kolejnych lat. Nigdy nie powiedział ani słowa, nigdy się nie uśmiechnął, całe życie spędził w łóżku.
Moi rodzice poświęcili całe swoje dotychczasowe życie na opiekę nad dzieckiem. Mama musiała zrezygnować z pracy i zamknąć swoją firmę, która była dla niej wszystkim. Tata również musiał zmienić pracę na taką, która umożliwiała mu częste wyjazdy. Zaczęły się rehabilitacje, 24-godzinna opieka, wyjazdy na specjalistyczne turnusy, szukanie pomocy, gdzie tylko się da. Tygodnie, a nawet całe miesiące spędzane w szpitalach. Niewiele rodziców pamiętam z tamtych czasów. Nigdy nie mieli czasu dla mnie ani rodzeństwa. Miałam 8 lat, gdy musiałam dorosnąć, zająć się sama sobą, nauczyć się sprzątać, gotować, przewijać i karmić brata. Moi rodzice nie mieli czasu na mój ból, mieli swój własny, o wiele głębszy. Przez cały czas kombinowali, w jaki sposób zdobyć pieniądze na leczenie. Wtedy jeszcze nie było internetu, nie było zbiórek.
Mój brat przeżył 10 lat. Cały ten czas przeleżał w łóżku, nigdy nie nauczył się mówić, komunikować ze światem, reagować na innych. Jego krótkie życie było wypełnione szpitalem, operacjami, rehabilitacjami, ale przede wszystkim bólem.
I wiecie co? Gdy umarł, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Moja mama płakała często przez te 10 lat, ale po raz pierwszy w jej łzach nie było rozpaczy, tylko prawdziwa radość. Pamiętam mojego tatę, gdy przyszedł do nas tego samego dnia i jego pierwszym słowem było "przepraszam". Później, o wiele później, wytłumaczył nam, czym były te przeprosiny. Tym, że nie dał nam takiego dzieciństwa, na jakie zasłużyliśmy. Że nie dał nam tyle uwagi, miłości, a przede wszystkim spokoju. Płakaliśmy wszyscy, ale to były łzy szczęścia. Do dziś pozostało to naszą rodzinną tajemnicą.
To jedno życie, o które tak walczycie, zniszczyło pięć innych żyć, zniszczyło naszą psychikę. Zniszczyło mamę, która musiała zrezygnować ze swoich marzeń i szczęścia. Zniszczyło tatę, który popadł w alkoholizm.
Zniszczyło mnie i moje rodzeństwo, bo żadne z nas nie chce mieć dzieci.
A mi pozostał ogromny żal w sercu. Żal do polityków, do systemu, do ludzi. Mam żal o to, że to jedno "życie" jest ważniejsze od żyć nas wszystkich.
Nie kocham swojego dziecka.
Moja żona od zawsze wiedziała, że nie chcę mieć dzieci. Dzieci nie lubię, nie znoszę i ich nie chcę mieć. Jak byliśmy parą, zawsze jej to podkreślałem.
Kilka lat temu żona odstawiła tabletki, zaszła w ciążę. Wszyscy szczęśliwi. Rodzina bliższa i dalsza mówiła nam, jak wspaniałe. Dziecko pojawiło się na świecie, a ja nigdy go nie pokochałem. Jedyne co czuję, to przyzwyczajenie do niego. Nie przytulam dziecka, nie noszę na rękach, nie bawię się z nim. Totalnie nic. Jedyne co robię, to płacę za jego rzeczy, takie jak przedszkole, ubrania itd. Zawsze mam jedną i tę samą wymówkę "dużo pracuję i jestem zmęczony" - co jest prawdą. Mam firmę, zatrudniam ludzi.
Moja żona ciągle mi powtarza, że chciała mieć dzieci i powinienem stanąć na wysokości zadania. Ale jak mam to zrobić?! Jak?! Nie czuję nic do naszego dziecka. Jest mi totalnie obojętne. Jak dowiedziałem się, że żona jest w ciąży, to o mały włos nie dostałem zawału. Nasze dziecko ma prawie 4 lata. Najlepszym momentem w każdym dniu jest ten, jak jadę do pracy. Pracuję do późna, jadę na siłownię. Wracam do domu i dziecko już śpi.
Skąd mam takie podejście? Byłem wychowywany w domu, gdzie rządziła przemoc, alkohol. Nie znam innego wychowania niż bicie. Dziecko pewnie mnie nienawidzi, ale to i lepiej. Jak kiedyś mnie zabraknie, to nie będzie tęsknić. Żona jest na mnie obrażona za to, że dużo pracuję. No cóż - utrzymuję całą rodzinę.
Wszystkie moje plany, marzenia zostały zniszczone przez ciążę żony. Kocham żonę, ale dziecka nie potrafię. Próbowałem, starałem się, ale nie potrafię. Na każde urodziny dziecka przyjeżdża rodzina, znajomi. Jest wypasiony tort, impreza. Wszyscy mówią jak cudownie i pięknie nam się układa. Jak raz na urodzinach dziecka miałem je wziąć na ręce, to powiedziałem, że mnie bark strasznie boli i tyle. Nie mam żadnej relacji z dzieckiem. Żadnej.
Ostatnio żona mówi mi, że przydałoby się rodzeństwo dla dziecka. Nie wiem jak jej tłumaczyć i mówić, że nie chcę kolejnego dziecka. Nie chcę się rozwodzić z żoną, bo kocham ją nad życie, ale do niej nic nie dociera... Kiedy jadę na spotkanie biznesowe z żoną to zawsze podkreślam, żeby nie mówiła, że mamy dziecko bo jest mi głupio. Moi pracownicy czy bliscy kontrahenci nie wiedzą, że mamy dziecko.
Może to będzie dziwne wyznanie. Nie wiem. Nie miałem nikogo, komu mógłbym o tym powiedzieć. Może zostanę zlinczowany za to co napisałem. Nie wiem. Chciałem po prostu z siebie to wyrzucić. Wiele osób przekonywało mnie, że jak się urodzi, to pokocham i wszystko się zmieni. Nie... Nie pokochałem. Nic się nie zmieniło. Wręcz odwrotnie. Nocne płacze, wstawanie, karmienie... Czasem sam nie wiem, zostać i nie czuć nic do dziecka czy odejść i tęsknić za żoną? Za jej uśmiechem, zapachem, oczami...
Puenty nie ma. Jestem złym człowiekiem.
Pracowałam wtedy w samodzielnym sklepie umieszczonym w pasażu marketu. Sobota, więc zapierdziel konkretny. Do kasy kolejka ludzi, ale szło sprawnie. Przyszła pora na babeczkę koło 50. Chciała zapłacić stówką, ale że kwota była niewielka to wygrzebała jednak dwie dyszki. Zwróciłam uwagę, bo banknoty miała strasznie wymiętolone. No ale nic, obsłużyłam ją, kolejnych kilka osób i jak się zluzowało całkiem uznałam, że czas na toaletę. Wracam, patrzę, a przy kasie... 50 zł! Wymięty banknot pysznił się na podłodze. Podniosłam, położyłam pod ladą z myślą, że jak ktoś się zgłosi, to wtedy się będę zastanawiać. A warto dodać, że moje zarobki można było określić krótko - żałosne.
Minęło trochę czasu, przychodzi tamta babeczka od pomiętych banknotów i pyta, czy aby u mnie jej 50 zł nie wypadło, bo później była jeszcze znicze kupować i odkryła, że nie ma. Nie miałam wątpliwości, że to jej, bo wymiętolone było. Skłamałabym pisząc, że nie pojawił się w mojej głowie głos szepczący, żeby zaprzeczyć - babeczka nic mi nie udowodni, a 50 zł to przy moich zarobkach było całkiem konkretna kwota. Ale porządne wychowanie się odezwało i pieniądze oddałam. Jak chowała je do portfela, to zauważyłam, że trzęsą jej się ręce. A ona wtedy zaczęła przepraszać, że taka roztrzepana, że problem mi zrobiła, ale dziś pochowała drugiego syna. Wmurowało mnie. Naprawdę się cieszę z podjętej decyzji. Gdybym zatrzymała te pieniądze, do końca życia czułabym się jak ostatnia szm*ta.
W weekend poszłam na imprezę, z powrotem nigdy nie mam problemu, tyle że tym razem kumpela, która zwinęła się do domu wcześniej, miała w torebce mój portfel z całą zawartością. Godzina 2-3, jadę windą. Zaczepiłam dwóch chłopaków w wieku 20-25 lat, czy mogą mi sprawdzić tramwaj, bo w nocy ciężko o jakikolwiek dojazd (mój telefon się rozładował, jak mieć pecha, to mieć pecha). Jedziemy windą, chłopak dał mi telefon, sprawdzam. Wychodzimy, już prawie się załadował rozkład, już się cieszę, że będę wiedziała, czy mam jak wracać. Jeden z chłopaków pyta, gdzie jadę, odpowiedziałam mu. Nagle wziął mi ten telefon, ja stoję jak głupia, nie wiem, o co chodzi, po czym powiedział, że zapłaci mi za taksówkę. Ja zaskoczona pytam dlaczego, a on mówi, że chce żebym bezpiecznie dotarła. Zapłacił taksówkarzowi, życzył bezpiecznej drogi i odszedł.
Pierwszy raz w życiu zdarzyła mi się taka bezinteresowna pomoc od obcej osoby.
Trochę obrzydliwe i nie jest to historia, którą opowiedziałbym komukolwiek.
Za dzieciaka, lata temu, wracaliśmy z kuzynem ze sklepu. Idziemy sobie i nagle mój kuzyn się zatrzymał. Podniósł coś z ziemi. Okazało się, że był to zużyty kondom związany w supeł... Wymyśliliśmy genialny plan, mianowicie, że rozwiążemy go, umyjemy i damy go mojej nieogarniętej siostrze, którą uważaliśmy za głupią i z którą ciągle się kłóciliśmy. Mieliśmy jej zamiar powiedzieć, że to balon o takim nietypowym kształcie, i myśleliśmy, że go nadmucha, a my będziemy mieli z niej ubaw. Kuzyn schował gumkę do kieszeni i poszliśmy dalej. Po drodze kłóciliśmy się kto go rozwiąże, a kto go umyje, padło na mnie... Plan wydawał nam się genialny, a wizja mojej poniżonej siostry utrudniła nam racjonalne myślenie.
Minęło ponad 15 lat, a siora do dzisiaj ma ubaw i płacze ze śmiechu na wspomnienie mnie stojącego przy zlewie i usiłującego zębami rozsupłać zużytą gumkę. Ja wspominając to myślę tylko jedno - fuj!
Pracuję jako nauczycielka w szkole podstawowej. Tego dnia na długiej przerwie obiadowej miałam dyżur na stołówce. Jak zwykle chodziłam między stolikami, gdy zauważyłam na podłodze 2 grosze. Podniosłam, chuchnęłam i zadowolona z siebie schowałam do kieszeni. Nie wierzę w zabobony, ale akurat ten przesąd, że chuchnięcie na znalezioną monetę przynosi szczęście, wydaje mi się sympatyczny.
Parę chwil później, niedaleko tego miejsca, znalazłam kolejną dwugroszówkę. Rozejrzałam się, podniosłam, chuchnęłam i do kieszeni. Nie minęły trzy minuty, a tu kolejna! Niedługo potem następna! Nie mogłam się nadziwić, że tyle tych monet znajduję, łącznie było ich z dziesięć, „Jak tak dalej pójdzie wkrótce podwoję moją nauczycielską pensję!” - pomyślałam.
Gdy zbliżał się dzwonek sięgnęłam do kieszeni, aby nacieszyć oczy nowo nabytą fortuną. Kieszeń była pusta, zostałam okradziona! Zaczęłam się rozglądać i zauważyłam podejrzanych chłopców z 6 klasy, którym było wyjątkowo wesoło. Podeszłam i spytałam co ich tak bawi, a jeden z nich odpowiedział “Proszę dokładniej sprawdzić kieszeń”. Sięgnęłam ręką głębiej i okazało się, że miałam w niej dziurę. Chłopcy cały ten czas oglądali, jak pani nauczycielka zadowolona w kółko podnosi tę samą monetę…
Wracałem dość późno od dziewczyny rowerem (koło 22/23). Ona mieszka w mieście, a ja jakieś 15 km za miastem, na wsi. Kiedy już wyjechałem z miasta, po pewnym czasie zauważyłem jakieś czarne auto stojące na poboczu. Było ciemno, więc nie widziałem rejestracji ani marki auta. Przez to, że auto było czarne i wyglądało jak Opel Insignia pomyślałem, że to "tajniaki". Moją pierwszą myślą było, czy mam wyposażony cały rower. Ale lubię jeździć, więc miałem wszystko oprócz dzwonka.
Gdy przejeżdżałem obok tego auta, kątem oka zauważyłem, że koleś siedzący w nim na mnie patrzy. Pomyślałem tylko o tym, że pewnie mnie zatrzyma, spóźnię się do domu i rodzice się zdenerwują i nie pozwolą mi przez najbliższy czas jeździć do dziewczyny.
Kiedy już przejechałem obok tego samochodu i pojechałem dalej, usłyszałem, jak auto rusza tuż za mną. Nie powiem, trochę się bałem. Po chwili, kiedy auto było obok mnie, zauważyłem, że zwalnia. Popatrzyłem na kolesia z auta, który miał wyciągniętą rękę z kamizelką odblaskową i powiedział: "Załóż, słabo cię widać".
Od razu podziękowałem i założyłem otrzymaną kamizelkę.
Do samego domu jechałem z uśmiechem na twarzy.
Mam pomysł, jak skończyć z aborcjami - ze skutecznością o wiele większą niż wszystkie dotychczasowe rozwiązania.
Wazektomia.
Jest to zabieg odwracalny. Każdy mężczyzna, który zaczyna produkować plemniki, powinien być mu poddany. Dopiero kiedy jego sytuacja życiowa się ustabilizuje i zostanie uznany za zdolnego do utrzymania rodziny oraz do sprawowania roli męża oraz ojca - płodność zostanie mu przywrócona. Podczas zabiegu zostałyby również pobierane próbki DNA do bazy danych w celu ewentualnej błyskawicznej identyfikacji.
Korzyści są znacznie większe - odpada nie tylko problem niechcianych ciąż, ale i dyskomfortu antykoncepcji. Przywracanie płodności w podziemiu medycznym skutkowałoby niedozwoloną ciążą, a po zbadaniu DNA (również wyrywkowe kontrole samego nasienia) sprawca byłby natychmiast identyfikowany i podlegałby karze więzienia.
...co takiego?
Czyżby pojawił się dyskomfort na myśl o regulacjach prawnych dotykających was w ten sposób?
To świetnie. Jesteście coraz bliżej do zrozumienia, w jakim kraju żyją polskie kobiety.
Na studiach miałem obowiązkowe zajęcia z języka obcego. Na drugim roku odbywały się one w dobudówce, przylegającej do głównego budynku jakiegoś wydziału. Dobudówka była parterowa, stara i bardzo zaniedbana, mieściła bodajże trzy sale i dość obleśne toalety. Dodam jeszcze, że nasza grupa była mieszana, ja jedyny facet i ok. 15 dziewczyn z różnych kierunków.
Tego listopadowego dnia przed zajęciami (odbywały się ok 18:00) zjadłem pewną gotową zupę z torebki, po czym szybko ruszyłem na uczelnię, miałem tam jakieś 10 minut piechotą. Gdy tylko usiadłem, poczułem rewolucje żołądkowe, ale stwierdziłem, że to z powodu pośpiechu. Jednak po kwadransie wręcz zwijałem się z bólu, co zauważyła pani doktor prowadząca zajęcia (strasznie poczciwa kobieta) i powiedziała, że jeśli źle się czuję, mogę wyjść się przewietrzyć.
Po jej słowach wręcz wybiegłem do toalety, przestawiającej obraz nędzy i rozpaczy. Przesiedziałem tam jakieś 10 minut i możecie nie wierzyć, ale udało mi się zapełnić całą muszlę! Przeczyściło mnie jak nigdy, bałem się spłukiwać wodę, żeby nie wybiło. Po skorzystaniu otwarłem jedynie okno, by się przewietrzyło, bo oczywiście śmierdziało strasznie.
Po wyjściu z toalety okazało się, że... załatwiłem się w damskiej, a nie męskiej! Trudno, wyszedłem na podwórze, by pooddychać świeżym powietrzem. Ledwo dwie minuty później przyszła koleżanka z grupy i mówi, że przysłała ją prowadząca z pytaniem, jak się mam. Odpowiedziałem, że lepiej, ale poprosiłem o wodę z plecaka, znajdującego się z sali. Dziewczyna odeszła i po kilku minutach wróciła już nie ona, ale pani doktor, dość mocno przejęta. Wręczyła mi plecak i kurtkę, powiedziała, że mam iść do domu odpocząć. Dodała także, że moje złe samopoczucie to pewnie wynik tego obleśnego budynku, bo "jest tu grzyb na ścianach, zawsze tu śmierdzi, nawet teraz z damskiej toalety strasznie cuchnie, nie do wytrzymania, jak ona ma pozwolić dziewczynom na korzystanie z niej"!
Po tygodniu pani doktor oznajmiła, że poinformowała o mojej przygodzie szefa instytutu i udało się zmienić miejsce zajęć, w trosce o nasze zdrowie i samopoczucie, żeby nikt więcej nie podtruł się w tym zagrzybionym budynku, tak jak ja kilka dni wcześniej.
Nie wyprowadziłem jej z błędu ;)
W czasie moich studiów na naszym wydziale pracowały bardzo fajne panie sprzątaczki. Trzy typowe panie Halinki - po pięćdziesiątce, trwała na głowie, zawsze uśmiechnięte, w obowiązkowych niebieskich fartuchach i z nieśmiertelnymi miotłami w rękach. Panie były bardzo miłe i rozmowne, dodatkowo każda z nich namiętnie paliła, a że często wychodziliśmy z kumplami na fajkę przed budynek wydziału, to rozmawialiśmy o różnych duperelach.
Na ostatnim roku studiów postanowiliśmy zrobić paniom prezent na Dzień Kobiet. Złożyliśmy się w szóstkę po dyszce i kupiliśmy każdej z pań pół litra wódki. Uznaliśmy, że skoro są takie rezolutne, to na pewno docenią nasz dar, a nawet jeśli nie, to przekażą mężom. Po zajęciach zapukaliśmy więc do kanciapy pań sprzątaczek.
Jedna z pań otwarła już lekko wstawiona. Na stole stała już prawie opróżniona butelka wódki, co prawda bez etykiety i banderoli, ale każdy domyślił się, o co chodzi. Na ten widok zaczęliśmy się trząść ze śmiechu, a jeden z kumpli, bez żadnego słowa, postawił na stole nasze trzy flaszki. Panie były strasznie skonsternowane, ale udało mi się je uspokoić, mówiąc, że przyszliśmy tu życzyć wszystkiego najlepszego z racji Dnia Kobiet, i że dołożymy im co nieco, bo widzimy, że już im się kończy.
Wtedy jedna z pań podeszła do szafy, z której wyciągnęła dwie butelki coli, i stwierdziła, że bez nas nie piją, szklanek wystarczy, tylko będziemy musieli stać. Z racji, że wydział był już praktycznie pusty, a z dozorcą mieliśmy dobre układy, zgodziliśmy się.
Spędziliśmy tam godzinę, w trakcie której kumpel poleciał po jeszcze dwie flaszki.
Na odchodnym panie prosiły, żeby nikomu o tym nie mówić, bo mają umowę z dziekanem, że mogą sobie popijać w pracy. "Byle po 18:00 i z flaszek bez etykiet i akcyzy, bo w razie czego można się wykpić, że to rozpuszczalnik (!)".
Na odchodnym pomachał nam dozorca. W drugiej ręce trzymał, a jakże, szklaną butelkę bez etykiety i banderoli...
Dodaj anonimowe wyznanie