#WytsE

Jako dziecko często chorowałam, a nawet bardzo często. Mogłam leżeć w szpitalu tygodniami, dlatego też nieraz zawierałam tam przyjaźnie, niektóre z nich zresztą trwają do dziś... Ale od początku.

Historia miała miejsce w jednym z warszawskich szpitali. Z powodu przeludnienia zostałam przeniesiona z mojego oddziału dziewczęcego do oddziału chłopięcego. Trafiłam do niewielkiej sali, na której znajdywały się tylko 4 łóżka. Dzieliłam więc pokój z 3 chłopakami, w wieku podobnym do mojego. Jako dzieci lubiliśmy rozrabiać, więc o ile nie byliśmy akurat podłączeni do kroplówki uciekaliśmy z pokoju, aby bawić się na korytarzu. Oczywiście zawsze nam się później obrywało od rodziców. Znaczy, wszystkim, poza jednym chłopakiem. Nazwijmy go Łukasz. Do niego nigdy nie przychodzili rodzice. Zawsze siedział sam. Choć był ode mnie starszy o 4 lata, nieraz zdarzało mu się moczyć do łóżka. Więc gdy odwiedzała mnie mama, opowiadałam jej o wszystkim, co się działo, o chłopcu również.

Sama byłam 5-, 6-letnim dzieckiem i nie rozumiałam, dlaczego sprawa u niego tak wygląda. Moja mama zaniepokoiła się daną sytuacją i gdy następnego razu mnie odwiedziła, przyniosła ze sobą też jakieś ciastka i owoce dla chłopca. Zaczęła z nim rozmawiać, a jako psycholog potrafiła do niego dotrzeć. Łukasz otworzył się i zaczął opowiadać o swojej rodzinie. Okazało się, że jego mama zmarła na nowotwór. Ojciec był w stanie umierającym. Miał poza tym 7 rodzeństwa, z czego najstarsza dwójka miała już dzieci. Jednakże nikt z nich nie miał pracy i wszyscy razem zamieszkiwali mały, trzypokojowy domek, choć lepianka byłaby lepszym określeniem.

Mojej mamie zrobiło się Łukasza bardzo żal. Pamiętam, że gdy wyszłam ze szpitala, to dalej czasem go z mamą odwiedzałyśmy.
Gdy w końcu wyszedł, mama zabrała go z nami na wyjazd w góry. Niezwykłe było to, jak niewiele potrzebował, aby być szczęśliwym. Był za wszystko bardzo wdzięczny. Niestety niedługo po tym wydarzeniu zmarł też jego ojciec. Jego rodzinie było bardzo ciężko, a moja mama co roku ich odwiedzała w święta, przynosząc prezenty i słodycze dla najmłodszych i pomagając starszym w utrzymaniu domu.

Teraz Łukasz jest już pełnoletni i pracujący. Kilka dni temu odwiedził nasz dom z bukietem kwiatów dla mojej mamy. Podziękował za wszystko i obiecał postarać się spłacić dług, jaki ma u mojej mamy. Ta tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że to tak jakby oczekiwała zapłaty od syna.

Jestem dumna z mojej mamy i dumna z Łukasza. W świecie, gdzie głównie słyszy się o złych wydarzeniach uważam, że należy pamiętać o tym, że to od nas zależy, ile dobrego znajdziemy wokół siebie. Moja mama zaszczepiła we mnie chęć pomagania. Teraz również spędzam sporo czasu w szpitalach, ale już nie pacjent. Jako wolontariuszka i w przyszłości, mam nadzieję, jako lekarz.

#BOdFI

Chciałabym zacząć od tego, że mam 24 lata i od ponad 3 lat choruję na raka (nowotwór złośliwy). Po tylu leczeniach chemią, autoprzeszczepie i radioterapii, udało się i od 3 miesięcy wiem, że choroba ustąpiła.

A teraz do sedna sprawy.
Chciałabym podziękować każdemu, kto oddaje krew. To uratowało mi życie, bo dostałam od was jej sporo ;-)
DZIĘKUJĘ WAM SERDECZNIE!

I zachęcam wszystkich, którzy mogą, żeby oddawali krew, a także byli dawcami szpiku. Taki przeszczep wielu osobom z podobnymi chorobami bardzo pomaga.

A ja cieszę się każdą minutą życia, spędzoną z moim kochanym 4-letnim dzieckiem. ;*

#fWGNT

O tym jak karma wraca.

Kilka lat temu wychodząc z sali na moim wydziale znalazłam na korytarzu banknot stuzłotowy. Nikogo nie było w pobliżu. Stwierdziłam, że nawet gdybym zaczęła pytać po ludziach, to prawdopodobnie każdy by się z chęcią przyznał do zguby. Schowałam więc pieniądze do portfela.

Kilkanaście minut później udałam się do wydziałowego sklepiku z materiałami (wydział artystyczny). Przede mną w kolejce była jedna dziewczyna. Jakież było moje zdziwienie kiedy zaczęła żalić się sprzedawczyni, że zgubiła 100 zł. Nie było opcji żeby wiedziała, że to ja je mam, ponieważ nikomu o znalezisku nie mówiłam. Oddałam jej te pieniądze, byłam pewna, że należały do niej. W życiu nie widziałam tyle szczęścia w oczach człowieka, dziewczyna nie przestawała mi dziękować.

O sprawie zapomniałam aż do niedawna.

Potrzebowałam gotówki, udałam się więc do bankomatu w centrum handlowym, by wypłacić pieniądze. Następnie poszłam do sklepu. Kiedy stałam w kolejce coś mnie tknęło i zajrzałam do portfela - a tam pusto. Zapomniałam zabrać pieniędzy, zostały w bankomacie! Pognałam z powrotem do maszyny, z niewielką nadzieją. Oczywiście kasy ani śladu. Stoję wyklinając na samą siebie, gdy nagle ktoś puka mnie w ramię. Odwracam się, a tam dziewczyna mówi, że była za mną, widziała, że kasę zostawiłam, wzięła ją i czekała w razie gdybym wróciła. Mało się nie popłakałam z radości, dziewczynę prawie uściskałam i serdecznie podziękowałam.

Wtedy przypomniała mi się sytuacja, którą opisałam na początku. Uczciwość popłaca! :)

#3UwWH

Kiedy byłam młodą dorastającą dziewczyną, lubiłam zaszyć się w łazience. Było to pomieszczenie tylko dla mnie - mogłam być sama, miałam gwarancję intymności. Niestety moi rodzice w pewnym okresie stwierdzili, że zbyt długo siedzę w łazience po kąpieli bądź za długo się kąpię. Znaleźli na to złotą metodę. Wchodzili w dwie osoby (tata i mama), łapali mnie nagą za ręce i za nogi i wyciągali z wanny, porzucając nagą na środku domu, na korytarzu. Nie mieszkaliśmy sami, mieszkał z nami dziadek. Upokorzenie, wstyd, w końcu miałam te 16, 17, 18, a potem 19 lat.

To co robili wpływa na mnie do tej pory. Bardzo brzydzę się sobą, dotykiem partnera i wciąż towarzyszy mi okropne uczucie, gdy to wspominam.

Było i jest mi bardzo przykro. Nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Jest mi z tym bardzo źle, nikt z rodziny (parę osób wiedziało - babcia, siostra taty, ale nikt mnie nie ochronił przed tym) nie zareagował, a to tak bardzo boli.

#ziuKV

Zacznę od tego, że jestem wielkim fanem Realu Madryt.

Kilka lat temu, gdy jeszcze chodziłem do liceum, szkoła organizowała dzień sportu. Każdy mógł przyjść w jakiejś klubowej koszulce. Oczywiście ja pognałem do szkoły w śnieżnobiałej koszulce Realu.

Idę sobie z kolegami korytarzem i widzę dziewczynę, która też ma koszulkę tego klubu. Nie znałem jej, ale kojarzyłem z widzenia. Dla zabawy, żeby rozśmieszyć kolegów, podszedłem do niej, uklęknąłem i powiedziałem "wyjdziesz za mnie?". Zaśmiała się i powiedziała, że tak. Na korytarzu była niezła beka z mojego wyczynu. Ale jakoś do końca liceum nie gadaliśmy ze sobą więcej.
Skończyłem liceum. Poszedłem na studia. Na drugim roku studiów do mieszkania, które wynajmowałem ze znajomymi, wprowadziła się właśnie dziewczyna od śnieżnobiałej koszulki. Zaczęliśmy rozmawiać i spotykać się ze sobą...

W zeszłym roku znowu jej się oświadczyłem. Powiedziała tylko, że przecież już raz się zgodziła, to po co drugi raz pytam.
Więc chłopaki, uważajcie na żarty :)

#IsAqT

Będąc na studiach miałam koleżankę, która była jednym, wielkim, chodzącym kompleksem. Podczas jednego z jej ataków histerii, podczas którego jęczała, że jest gruba i że zawsze będzie gruba i że nikt nie lubi ludzi grubych, usiłowałam ją jakoś pocieszyć mówiąc: „Baśka, daj spokój, wcale nie jesteś gruba. W zasadzie to masz dokładnie taką samą figurę jak ja!”. Na chwilę przestała płakać i załzawionymi oczami spojrzała na mnie od góry do dołu, a następnie jeszcze głośniej załkała, drąc się skrzecząco: „Jestem gruuuubaaaa! Taka gruuuubaaaa!”.

Mając do wyboru pomiędzy wpadnięciem w podobna karuzelę kompleksów a zerwaniem znajomości z Baśką, wybrałam to drugie.

#F0TQx

Przeczytałam tutaj kilka wyznań o tym, jak rodzice maltretują swoje dzieci fizycznie i psychicznie, a po latach twierdzą, że nic takiego nie miało miejsca i dziecko wszystko sobie wymyśliło. Oczywiście zazwyczaj tacy rodzice są odsądzani od czci i wiary, jako oprawcy, którzy nie mają odwagi przyznać się do tego, co zrobili. Jednak czasem bywa tak, że dziecko faktycznie wymyśla, albo przynajmniej wyolbrzymia pewne sytuacje. Przykładem tego jest moja rodzina.

Moja 10 lat młodsza siostra twierdzi, że w wieku przedszkolnym była przez mamę bita i głodzona. Tymczasem ja doskonale pamiętam, że nic takiego nie miało miejsca. Siostra często przywołuje sytuację, kiedy rzekomo była głodna, płakała i prosiła mamę o kanapkę, a ta nie chciała jej dać. Tymczasem wyglądało to zupełnie inaczej. Mama zapytała Młodą co chce na śniadanie, ta odpowiedziała, że płatki z mlekiem. Kiedy dostała płatki stwierdziła, że jednak woli jajecznicę. Mama przygotowała jej tę jajecznicę, Młoda nawet nie spróbowała i zawołała, że chce kanapkę z dżemem. Mama powiedziała, że nie ma mowy, bo nie będzie w nieskończoność przygotowywać posiłków, których siostra i tak nie zjada. Młoda wyła o tę kanapkę chyba z godzinę, ale ostatecznie zjadła zimną już jajecznicę. Taka sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie. Mama w końcu powiedziała dość. Nie będzie jej zmuszać do jedzenia, ale albo je pierwszą rzecz, którą wybrała, a jak nie, to nie musi jeść wcale.

Co do bicia; ja nigdy nie dostałam lania, w przypadku siostry pamiętam jedną taką sytuację. Młoda miała zwyczaj wkładać sobie jedzenie do buzi i tak biegać i tańczyć po całym domu. Nie zliczę ile razy się zakrztusiła. Oczywiście rodzice prosili, tłumaczyli na wszystkie sposoby, ale na nią nic nie działało. Którejś niedzieli, kiedy przyszli goście, siostra swoim zwyczajem napchała ciastek do buzi i zaczęła biegać. Nagle zaczęła się dławić. Zrobiła się sina i nie oddychała. Mama spanikowała, na szczęście ciotka, która nas wtedy odwiedziła była emerytowaną pielęgniarką i sprawnie udzieliła Młodej pierwszej pomocy. Mnie kazała zadzwonić po pogotowie, ale kiedy przyjechali z siostrą było już OK i praktycznie nie byli potrzebni. Mimo tej przygody siostra wcale nie nabrała rozumu, więc kiedy następnym razem zaczęła tańczyć z jedzeniem, mama nie wytrzymała i sprała ją po tyłku. Od tej pory faktycznie zawsze kiedy siostra próbowała tańczyć czy biegać z jedzeniem, mama mówiła jej, że ma siedzieć przy stole, póki się nie naje, albo dostanie lanie, ale te groźby nie zostały wprowadzone w czyn.

Oczywiście nie byłam z siostrą i mamą 24 na dobę, ale wszystkie domowe posiłki jadłyśmy razem, bo do 15 Młoda była w przedszkolu, więc wiem, że nie była bita. Pewnie, że moi rodzice nie byli idealni, ale starali się jak mogli i nigdy żadnego ze swoich dzieci nie dręczyli.

#TeZX7

Od dnia, w którym zostałem adoptowany, robiłem wiele przykrości rodzicom, bo w domu dziecka miałem wielu przyjaciół i żal mi było ich zostawiać. Byłem chyba jedynym dzieckiem, które chciało tam trafić znowu. Mój tata, mimo że robiłem mu przykrości, pewnego dnia zabrał mnie na spotkanie ze swoimi przyjaciółmi na boisko do siatkówki. Patrzyłem jak grają i jaką im to sprawia przyjemność i zapragnąłem też spróbować. Od tamtego czasu moje zachowanie zmieniło się, pokochałem rodzinę i ten sport. Tata zawsze wspierał mnie na każdym meczu, graliśmy razem prawie codziennie.

Dlaczego o tym piszę? Może dlatego, że tata umarł na zawał i zawsze gdy gram, czuję jego obecność przy mnie. Moi znajomi śmieją się, że gdy ledwie trafiam w boisko, to znaczy, że tata z nieba przesuwa piłkę tak, by trafiła ;)

#ZhGrS

Robiłam zimą prawo jazdy, byłam wtedy na "jazdach". Była to 13 i 14 godzina mojego kursu praktycznego. Przypomniałam mojemu instruktorowi, że jeszcze nie byłam na placu manewrowym, więc tam pojechaliśmy.

Ale nie, nie ćwiczyliśmy łuku czy ruszania na wzniesieniu. Gdy tylko wjechaliśmy na plac (cały pokryty śniegiem), usłyszałam:
- Gaz do dechy, młoda!
No to grzecznie cisnę do spodu.
A instruktor co?
- Ręczny!
I tak oto driftowaliśmy sobie L-ką po placu manewrowym :D

Mam najlepszego nauczyciela jazdy!

#9isjI

Około rok temu poznałem kobietę, przez miesiąc ukrywała fakt posiadania dziecka. Stwierdziła, iż zrobiła to po to, żebym mógł ją lepiej poznać, zamiast skreślić na początku. Już wtedy powinienem dać sobie spokój, ale serce już zdążyło zabić.

Piękna sielanka bardzo szybko się kończy, zwłaszcza po zamieszkaniu razem. Bardzo szybko doszło do mnie, że każdy wieczór będziemy spędzać w domu, ewentualnie na spacerze, bo nie ma z kim dziecka zostawić, bo w przeciwnym razie trzeba je wieźć do jej matki 60 km dalej i rano odebrać, a to wiąże się z trzeźwymi weekendami. Ja mam 27 lat i nie chcę spędzać życia jak emeryt. Popukać się też jak młodzi ludzie nie bardzo mogliśmy, ewentualnie w nocy, i to po cichu, żeby małej nie zbudzić. Już wtedy zaczynało mnie to wszystko irytować. Ona nie pracowała, bo mała miała 4 lata i chciała się nią zajmować. Już wtedy powinna mi się zapalić czerwona lampka, dlaczego dziecka nie można oddać do żłobka, a ona do pracy.

Doszło do mnie po czasie, że jako facet w tej relacji zawsze będę pełnił rolę drugoplanową i moje potrzeby zawsze będę na drugim miejscu - ja śpię w salonie, bo mała chce z matką, na wypadzie w góry musimy wracać, bo mała zmęczona. Chcę sobie obejrzeć coś w TV - nie, bo mała chce akurat bajkę itd. Paradoksalnie rękę po hajs wyciągała, kiedy pokazałem jej, że potrafię kupić małej to czy tamto, ale decyzji odnośnie wychowywania już nie mogłem podjąć. To nic, że mieszkali u mnie i żyli za moje, ale kto by się na to patrzył.

Czara goryczy przelała się, kiedy mała utopiła mój telefon służbowy, gdzie były wszystkie kontakty do klientów i inne ważne rzeczy. Uniosłem się na nią i usłyszałem od matki, że nie jestem jej ojcem i nigdy nie będę i mam nie podnosić głosu na jej dziecko.

Wylała mi na głowę kubeł zimnej wody. Poczułem się tak jakby ktoś mnie uderzył tępym narzędziem. Emocje wzięły górę i kazałem jej zabierać małego bachora i wyp…ć z mojego życia.

Była to najlepsza decyzja, jaką podjąłem od dłuższego czasu. Czuję w tym momencie psychiczną ulgę. Skończyło się znoszenie jej humorów i humorów małej, bo matka nie potrafiła zapanować nad własnym dzieckiem. Skończyło się oglądanie jej byłego faceta, który przychodził do dziecka i który wtrącał się na tyle, że w pewnym momencie miałem wrażenie, że jest nas w związku troje. Skończyło ogołacanie z hajsu, bo wszędzie gdzie byliśmy musiałem liczyć wydatki razy trzy, nie mówiąc już o lekach w razie choroby, ubrankach itp., które ja pokrywałem w większości. Żadnego pożytku z takiego związku. Seksu jak na lekarstwo, no bo nie ma kiedy przy wszędzie obecnym dziecku, które ma ADHD. Moje inne potrzeby też były marginalizowane lub ignorowane, no bo dziecko.

Nigdy więcej takiego bagna i jak najdalej od samotnych matek. Tylko bezdzietne.
Dodaj anonimowe wyznanie