#WAsSj

Historia, która sprawia, że na serduchu robi się cieplej.

Parę lat temu znalazłam pracę dodatkową jako hostessa. Pracowałam w parze z pewną dziewczyną. Nasza praca poległa na staniu przez 11 godzin od 7 rano i na dworze przy ruchliwej drodze i trzymaniu baneru reklamującego sklep.
Pogoda w dzień pracy była okropna. Od rana padał deszcz, grad, wiał siny wiatr i nie było żadnej nadziei, że to się zmieni.
Przez te 11 godzin mijało nas naprawdę dużo ludzi, jedni się śmiali (szczególnie ci w wieku 20-30 lat), inni mówili, że pewnie nam zimno i nam współczują. Jednak jednego pana, który nas mijał, zapamiętam do końca życia.
Był to straszy pan, który spacerował ze swoimi psami. Mijał nas 4 razy. Ostatniego zatrzymał się i zaczął mówić, że jest zimno, że powinnyśmy iść wypić coś ciepłego, jednak my odpowiedziałyśmy, że nie możemy odejść i musimy stać jeszcze 1,5 godziny.

Starszy pan odszedł, jednak po chwili zobaczyłyśmy go jak idzie w naszą stronę i niesie w ręku dwie herbatki dla nas. Podszedł, potrzymał baner, abyśmy mogły sobie wypić herbatę, życzył powodzenia i odszedł.

Miałam łzy w oczach. Jeszcze nigdy nie było mi tak miło jak w tamtej chwili.

#7Vgze

Ostatnio stałam w kolejce w markecie, kiedy do kasjerki podeszła druga kasjerka z ochroniarzem i kasetką - zmiana kasjerek. Oczywiście dla mnie to nie problem, też pracowałam na kasie i rozumiem. Ale nie spodobało się to jednej staruszce stojącej w kolejce. Wywiązała się taka rozmowa:
- No teraz musicie zmieniać? Jak kolejki są? - rzekła babcia.
- Tak, teraz, kasjerka kończy zmianę i idzie do domu - powiedział ochroniarz.
- Ale kolejki są!
- Minęło mi osiem godzin pracy! - oznajmiła kasjerka.
- Za moich czasów to się po dwanaście godzin pracowało, siedem dni w tygodniu i się człowiek cieszył, że praca jest! Wy młodzi to się oszczędzacie, osiem godzin i już zmęczona! Phi! - rzuciła oburzona babunia.

Zwykle nie wtrącam się w takich sytuacjach, ale ostatnio miałam sporo przemyśleń na ten temat. Np. właśnie to, czy warto pracować po 12 godzin i tracić zdrowie, czy lepiej mniej pracować, mniej zarobić, żyć skromnie, ale na starość być zdrowym. Moje przemyślenia jakie snułam parę dni wcześniej sprawiły, że odezwałam się bez większego zastanowienia:
- I dlatego teraz pani o lasce, przygarbiona chodzi.
- Słucham? - spytała oburzona babcia. Wszyscy, którzy mogli to słyszeć spojrzeli na mnie.
- No, ten... - w tym momencie trochę straciłam pewność siebie, bo ludzie na mnie patrzyli, a ja mimo że nie jestem osobą nieśmiałą, to nie nawykłam do publicznych przemówień, więc zaczęłam się lekko jąkać. Jednak udało mi się powiedzieć, co chciałam. - Pracowała pani ponad normę bez chwili wytchnienia, w domu pewnie też pani robiła, pewnie spała pani mniej niż powinna, a w pracy dźwigała duże ciężary, bo trzeba być twardym, a nie miętkim, co nie... No i ma pani teraz na starość problemy ze zdrowiem i dlatego chodzi o lasce, zgarbiona. Dlatego właśnie nie chcemy pracować ponad siły, żeby na starość nie chodzić o lasce.

O ciężarach to mi akurat przyszło na myśl z opowieści mojej matki, ciotek i babci, które uważały się za takie wielce bohaterki, bo dźwigały wory z mąką po 50 kg i potem kręgosłupy miały zniszczone. Opowiadały to tak, jakby uważały, że to super przykład, bohaterstwo i co najmniej ordery za te wyczyny powinny dostać. Dla mnie to nic innego jak brak szacunku do swojego zdrowia, więc chyba ordery za głupotę. No ale wiadomo, co pokolenie, to inne podejście. Ojciec też nabijał się z młodych osób, które przychodziły pracować tam gdzie on i szybko się zwalniali, bo nie wytrzymywali pracy po 10-14 godzin dziennie za najniższą krajową. Jakie to słabe, jakie to delikatne i tak dalej. Więc wprost go pytałam: czy warto było? Czy warto było dawać się wykorzystywać, żeby teraz w wieku 60 lat ledwie chodzić przez zniszczone stawy i kręgosłup?

Nie rozumiem tego pokolenia. Czy oni nie wyciągnęli żadnych wniosków? Czy serio uważają, że niszczenie sobie zdrowia dla pracy jest takie super?

#mXKEg

Moja siostra zrobiła sobie dziecko z jakimś totalnym dupkiem, który ją zostawił, jak tylko dowiedział się o ciąży. Siostra sobie jakoś radzi, ale tylko dlatego, że rodzice jej pomagają jak mogą.
Ja już od pewnego czasu spotykam się z rozwódką, która ma czteroletniego synka. Jej były mąż płaci alimenty, ale z dzieckiem rzadko się widuje. Mówi, że nie może częściej, bo jego obecna kobieta jest w ciąży bliźniaczej i musi przy niej być. Ja natomiast naprawdę zżyłem się z tym dzieciakiem. Bardzo kocham jego matkę i traktuję ten związek poważnie. Poinformowałem więc moich rodziców, że zamierzam się oświadczyć. A w nich nagle jakby coś wystąpiło. Zaczęli krzyczeć, że chyba zwariowałem, że chcę się pakować w takie coś i wychowywać cudzego bachora i że moja dziewczyna tylko szuka takiego jelenia.
Wyszedłem. Niepotrzebne im może o wszystkim powiedziałem, ale zawsze mieliśmy dobre relacje, więc chciałem, żeby wiedzieli.
 
Nie rozumiem ich ostrej reakcji. I to są ci sami ludzie, którzy aktywnie szukają nowego faceta dla mojej siostry. Dosłownie - aktywnie. Próbują ją swatać z każdym synem ich znajomych i znajomych ich znajomych (nawet z tymi, których sami ledwo znają. Byleby tylko trafił się jakiś facet). Siedzą z dzieckiem siostry, kiedy ta chodzi na randki, bo przecież ona musi sobie kogoś znaleźć. Zasługuje na uczciwego mężczyznę, który pokocha ją i jej dziecko i się nimi zaopiekuje - ich słowa.
Hipokryzja level hard. Ręce opadają. Naprawdę się tego po nich nie spodziewałem.

#kNBZ9

Pracuję w zakładzie piekarskim. Ostatnio z powodu braku ludzi musiałem przesunąć osoby pomagające w produkcji. Dziewczyna 33 lata z trójką dzieci, która przychodziła do pracy na 3 godziny + deputat, trafiła do sekcji sprzątania. Tymczasowo, dosłownie na jeden tydzień.

Usłyszałem tekst, który mnie powalił:
"Nie po to kończyłam podstawówkę, żeby teraz sprzątać kible".

Sorry. Wybuchłem.

#Z2Y6Z

Parę dni temu, po 5 latach spędzonych w moim zdaniem udanym związku, mój luby odszedł ode mnie. Nagle. Jako powód podał to, że przestałam mu się podobać, złapałam kilka zbędnych kilogramów i że brzydzi się ze mną kochać. A jako że on prowadzi firmę, kobieta powinna go reprezentować w gronie znajomych.
Szkoda tylko, że zapomniał, że to ja wymyśliłam wszystko. Że pomogłam napisać biznesplan, że starałam się razem z nim o fundusze, że zarywałam nocki, ucząc się podstaw księgowości. Że pracowałam w swojej pracy, a po niej lub czasem przed nią w naszej firmie. Nie jadłam przez to zdrowo. Nie miałam czasu na kosmetyczki, zaniedbałam zakupy odzieżowe, bo cały czas wszystkie pieniądze inwestowałam w jego biznes. Prowadzenie domu, porządki, gotowanie też było na mojej głowie. Gdy był chory, wszystko za niego robiłam, a gdy ja zachorowałam, to mówił, że udaję i że nie ma czasu na takie bzdury.
Teraz, gdy jego biznes kwitnie, stałam się niepotrzebna.

Czuję ogromny ból, czuję się niedoceniona, wierzyłam, że poświęcamy się dla naszej przyszłości. A moja przyszłość okazała się porażką. Nie mam żadnych oszczędności, nie mam mieszkania, samochodu - wszystko szło na nasze wspólne gniazdko i firmę. Wszystko jest jego.

Mam swój honor, nie będę prosić się go o pieniądze. Dał mi czas do wyprowadzki do mojej wypłaty. Doradźcie mi, czy wyjazd za granicę w czasie koronawirusa to dobry pomysł.

#aozto

Są takie wydarzenia, które przypomniane nawet po latach przywołują uczucie przeszywającego trzewia zażenowania.

Kiedyś siedziałem z przyjacielem w restauracji, gdy usłyszałem, że jakaś niemłoda już klientka przy stoliku obok zadławiła się jedzeniem. Bohatersko zerwałem się i podbiegłem do niej, szybkim ruchem podniosłem ją z krzesła, a następnie zastosowałem tzw. chwyt Heimlicha – stojąc z tyłu, objąłem panią i zacząłem z całej siły naciskać na jej przeponę, licząc na to, że kobieta wykrztusi kawałek klopsika, który utknął gdzieś w jej przełyku. Tak się jednak nie stało, po paru sekundach bycia podrzucaną i szarpaną przeze mnie, babina wyrwała się z mojego uścisku i odwróciwszy się, zasadziła mi siarczysty policzek na oczach wszystkich widzów tego „spektaklu”. Upokorzony szybko wyszedłem z lokalu, gdzie po chwili dołączył do mnie mój przyjaciel.

Okazało się, że kojarzył panią, której „ratowałem życie” i dźwięk, jaki uznałem za odgłos dławienia się, w rzeczywistości był jej… śmiechem.

#u5nb7

Historia miała miejsce w zeszłoroczny Dzień Kobiet. Wracając z uczelni zajrzałem do piekarni, żeby kupić świeże bułki. Tuż za mną weszła piękna dziewczyna, przepuściłem ją w kolejce, podziękowała i obdarzyła mnie cudownym uśmiechem. Wzięła 2 pizzerki i próbowała zapłacić kartą. Okazało się, że kartą nie można płacić, więc dziewczyna wyszła z piekarni bez zakupów.

I tu do głowy wpadł mi genialny pomysł - trzeba kupić te pizzerki i polecieć za nią. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Wybiegam na ulicę i widzę ją, odchodzi powolnym krokiem. Dogoniłem ją i złapałem za ramię. Po jej wzroku poznałem, że chyba już o mnie zapomniała, dlatego zaczynam nieudolnie tłumaczyć, że Dzień Kobiet jest, więc chciałem być miły i kupiłem za nią te pizzerki.
Zajęło to dłuższą chwilę, ale w końcu zmieszana dziewczyna podziękowała i poszła.

Zacząłem się zastanawiać, czemu tak dziwnie to wyszło, co zrobiłem źle i czy coś pomieszałem. I tak rozmyślając, przypatrzyłem się tej dziewczynie, jak odchodziła.
To nie była ona...

#jICvz

Jest wielka nagonka na koronę. Wszystko pozamykane, obostrzenia itp. Ale po co to, jeśli sam sanepid, po zgłoszeniu osoby zakażonej, potwierdzonej badaniem, po zgłoszeniu wszystkich domowników, nakłada obowiązek izolacji tylko na wybrane z nich?? Jeden z domowników nie został zarejestrowany na kwarantanne ponieważ... Uwaga! Nie podał numeru PESEL. Przy zgłoszeniu nieprzestrzegania przez niego zasad kwarantanny okazało się, że wcale nie musi jej odbywać. Dlaczego? Bo nie odebrał od nich telefonu i nie podał swoich danych. A rejestrując kolejno nas, podaliśmy, że mieszka z nami jeszcze jedna osoba. Podaliśmy jej imię, nazwisko i numer telefonu.

Facet wychodzi sobie parę razy dziennie po piwko, bo jest alkoholikiem, w dupie to ma, że był przez nas powiadomiony, że jesteśmy chorzy i musi pozostać w domu. Sam kaszle i pluje, ale co tam - hulaj dusza, w dupie ze wszystkimi, on browara musi mieć, podczas gdy mamusia załatwia mu wolontariusza, aby przyniósł synkowi pod drzwi jedzonko... No ku#!a mać! Coś jeszcze lepszego powiem - gdy po paru dniach udało się go zgłosić do sanepidu, dzięki czemu jest w końcu formalnie na kwarantannie, zadzwoniliśmy na policję zgłosić, że on parę razy dziennie wychodzi po piwo. Komisariat oddzwonił i stwierdził, że nic z tym nie zrobią, bo tym zajmuje się inna placówka - która z kolei nie odbiera telefonów, sanepid też kieruje nas gdzieś... Nic, wielka olewka, a on będzie tak sobie wychodził, dopóki wystarczy mu kasy.

Uprzykrza nam życie swoim pijaństwem, obsikiwaniem całej łazienki, nocnym wyciem... już nie będę mówić o zapachu, jaki po sobie pozostawia, przechodząc obok. Nieprzestrzeganie kwarantanny bezkarne, jak i zakłócanie spokoju domowników - czy to w dzień, czy w nocy. Policja reagować nie zamierza, bo to niska szkodliwość jest. Żeby ktokolwiek z mundurowych się tym panem zainteresował, musiałby nas chyba pozabijać.

Pozdrawiam i bardzo dziękuję za ten cały system i rządzących, którzy takie komedie tworzą.

#pYtTZ

Kiedyś umówiłem się na randkę z bardzo ładną dziewczyną, która sama podeszła do mnie w pubie. Zaprosiłem ją do restauracji, a gdy przyszło mi zapłacić za posiłek, okazało się, że mój portfel zniknął. Najadłem się sporo wstydu, ale moja partnerka okazała się wyrozumiała i pokryła koszt naszej „randki”, słodko śmiejąc się, że równość między płciami polega też na tym, że czasem kobieta powinna zapłacić za jedzenie faceta, który się jej podoba. Miałem nadzieję, że uda się nam spotkać jeszcze raz. Niestety, nie odbierała moich telefonów, a jedyne co mi po niej zostało, to nasz selfik, który zrobiłem przed wyjściem z lokalu.
Portfela nie znalazłem. Już pół biedy z pieniędzmi – sporo czasu zajęło mi wyrabianie dowodu osobistego, prawa jazdy, kart do bankomatu itp.

Parę tygodni później podzieliłem się z kolegą moim smutkiem związanym z nieudanymi próbami skontaktowania się z tą piękną niewiastą. Przy okazji pokazałem mu nasze wspólne zdjęcie. „O, stary! Znam ją! Poszliśmy kiedyś na piwo. Przypał był straszny, bo mi tego dnia portfel ktoś ukradł i nie miałem jak zapłacić!” - krzyknął kolega.
I wtedy coś do mnie dotarło...

#SiStN

Ludzie śmieją się ze mnie ze względu na mój tatuaż - znajduje się na przedramieniu i widnieją tam dwie "zniekształcone ręce" i imię Franek. 
Nigdy go nie ukrywałam, wręcz przeciwnie. W szkole byłam wytykana palcami, pytali mnie, czy robiłam go po pijaku, a nawet trafiłam na stronę typu "najbardziej nieudolne tatuaże". W miejscach publicznych ludzie pytali, jak mogłam to zrobić, przecież zostanie mi na całe życie, a z tym "chłopakiem i tak się rozejdę".

Kiedy miałam 4 lata, śmierć przeleciała mi przed oczami. Pokój, w którym spałam, zapalił się. Na całe szczęście zjawił się mój bohater, który wyniósł mnie z płonącego pomieszczenia. Na nieszczęście poważnie poparzył sobie dłonie. Stracił trzy palce i nie mógł już dalej grać w siatkówkę - co było jego pasją. Mój bohater sprawował nade mną opiekę, troszczył się jak ojciec - którego nie miałam, pomagał odrabiać lekcje, chodził na wywiadówki, pomagał, pocieszał. Mimo okropnych obrażeń jakich doznał, by mnie uratować, nie załamał się, wiecznie był uśmiechnięty i zawsze powtarzał, że "są rzeczy ważne i ważniejsze".

Rok temu mój wzór do naśladowania zmarł. 
Franek, mój ukochany braciszku, okropnie za Tobą tęsknię...
Dodaj anonimowe wyznanie