#CDpY6

Sytuacja miała miejsce jakieś 15 lat temu, kiedy byłam jeszcze brzdącem uczęszczającym do 1 klasy podstawówki. Jedną z umiejętności, które miałam tam posiąść, było rozwiązywanie prostych zadań matematycznych. Pamiętam, że każde dziecko miało swój zeszycik, w którym obliczało zadane działania. Zeszyt był następnie zabierany przez nauczycielkę do oceny. Po jednym z takich sprawdzianów byłam z siebie bardzo zadowolona, bo obliczenia nie sprawiły mi wielkiej trudności. Byłam więc bardzo zdziwiona, kiedy zeszyt wrócił do mnie z niezbyt wysoką oceną.

Okazało się, że przy kilku równaniach nauczycielka przyznała mi zero punktów. Były to zadania na odejmowanie typu 3-5, 2-7. Jako wynik tych działań podałam odpowiednie liczby ujemne. Zapytałam nauczycielki, dlaczego nie otrzymałam punktów za moje rozwiązania, a ta odpowiedziała, że powinnam wpisać 0, bo nie uczyliśmy się jeszcze liczb ujemnych...

#XNMhb

Jako małe dziecko byłam molestowana przez osobę z rodziny. Wszystko to trwało od trzech do czterech lat. Ciężko jest mi to uporządkować chronologicznie w głowie. Nie wiem, czy to nie ze względu na to, że przez długi okres czasu starałam się o tym zapomnieć tak, jakby to wszystko się nigdy nie wydarzyło.

Molestowanie zakończyło się tak naprawdę dzięki mojej własnej interwencji. Gdy trochę podrosłam, odważyłam się komuś o tym powiedzieć (co wcale nie było takie proste). Przyznałam się osobie z rodziny, która musiała przekazać to dalej (nie wiem ile osób wie, na pewno moi rodzice). Już wtedy czułam się strasznie 'brudna". Osoba, której się zwierzyłam, zapewne ze względu na swój podeszły wiek, też nie wytłumaczyła mi tego w rzetelny sposób. Powiedziała, że ten kontakt fizyczny, w tym wieku i to w dodatku z "nim" jest strasznym grzechem i za takie czyny mogę się potem smażyć w piekle (tak, teraz gdy już nieco dorosłam widzę, jak niedorzeczne to brzmi).

Nikt nigdy o tym ze mną do dziś nie porozmawiał. Nawet rodzice nigdy nie poruszyli ze mną tego tematu, co mnie po prostu bardzo boli.
Wiem, że wiele kobiet jak i mężczyzn przeżyło molestowanie, a nawet o wiele gorsze rzeczy. Wiem też, że wiele z tych silnych ludzi radzi sobie po tym w mniejszy lub większy sposób. Ale ja po prostu nie potrafię.

Od gimnazjum zmagam się z ciągle nawracającymi myślami samobójczymi. Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Zaczęłam się samookaleczać i udawało mi się to maskować przed wszystkimi przez ponad rok. Mama odkryła moje rany przypadkiem, w końcu nie mogłam tego ukrywać w nieskończoność. Nie potrafiłam i nie potrafię się nikomu zwierzyć, przez co gdy dopytywała w kółko, czy robię to dla "atencji", w końcu ze łzami skłamałam, że tak. Chciałam jak najszybciej uciec od tej rozmowy.

Dziś, gdy jestem w klasie maturalnej, doszło mi wiele nowych problemów, nie tylko tych szkolnych. Nie wiem, do czego dążę, a tym bardziej po co. Nienawidzę swojego odbicia w lustrze, brzydzę się tym, co w nim dostrzegam. Boję się dotyku. Mam ochotę ze sobą skończyć i choć kilka lat temu bałam się śmierci, dziś jest mi naprawdę obojętne to, czy żyję.

Na szczęście dzięki koronawirusowi nie spotkamy się na święta. Nie będę musiała znowu sztucznie uśmiechać przy świątecznym stole, dzielić się z nim opłatkiem i słuchać pochwał rodziny, jaki to on nie jest wspaniały, na jakie to studia nie chodzi i jaką to on ma wspaniałą i piękną dziewczynę. Dobre i to.

#yVFuw

Potrąciłem starszą panią na pasach.

Było to około 10 lat temu. Początek pamiętam jak przez mgłę. Mimo szoku, w którym byłem, włączyłem awaryjne. Miałem koc w bagażniku, więc poszkodowaną z pomocą innych przechodniów posadziliśmy na nim. Starsza pani płacze i pokazuje prawą rękę, że mocno boli. Szczęście w nieszczęściu, że jechałem powoli, bo mogłoby się to gorzej skończyć.

Ktoś postawił trójkąt, ktoś zadzwonił po karetkę. Ludzie będący tam zachowali się naprawdę dobrze, pomogli tyle, ile mogli i umieli. Ale nie wszyscy.


Trzy młode dziewczyny jakieś 18-20 lat stały obok i dosyć długo się na mnie darły, puszczały mnóstwo niemiłych komentarzy w moim kierunku. Nie reagowałem na to, bo po pierwsze miały trochę racji, a po drugie byłem skupiony na pomocy poszkodowanej. Starszą panią podnosiliśmy z mokrej ulicy na koc na suchym chodniku, dziewczyny protestowały, krzyczały, że nie mam prawa zacierać śladów. Dobrze, że ich protest był tylko słowny, zignorowaliśmy je i robiliśmy swoje. Docinki dziewczyn nie ustawały, z perspektywy czasu wyobrażam je sobie jako trzy małe wrzaskliwe pieski szczekające na mnie.

Pierwsze przyjechało pogotowie, gdy pakowali panią do karetki, podszedł do mnie syn poszkodowanej. Facet w średnim wieku, po wyglądzie łatwo było zgadnąć, iż trzeźwość to termin znany mu z dzieciństwa. No ale potrąciłem mu matkę, więc trzymając bezpieczny dystans do ucieczki, przystępuję grzecznie do rozmowy. Facet mnie zdziwił, zaczął mnie uspokajać. Mówił: "każdemu może się zdarzyć", "dobrze, że to tylko tak się skończyło". Nie zasłużyłem sobie na takie słowa, ale poczułem mocno, że tego potrzebowałem. Następnie facet spytał mnie o 5 zł. Dałem mu kilkanaście złotych, wysypując drobne z portfela do jego rąk. Dopiero jak poszedł zrozumiałem, że albo nie jest jej synem i wykorzystał sytuację, albo sprzedałby za alkohol najwyższe ludzkie wartości.


Odjazd karetki i słowa faceta trochę mnie uspokoiły. Dziewczyny szczekały trochę mniej i czekały na policję, którą zawiadomiły. Syn poszedł pić. Jedna ze szczekających sama podsunęła mi pomysł, powiedziała, że zezna, iż źle udzielałem pomocy i że za to też jest parę latek. Podszedłem do nich wolnym krokiem, ucichły, jakby się wystraszyły, co teraz zrobię. Powiedziałem: "nie udzieliłyście pierwszej pomocy, za to grozi odpowiedzialność karna". Odwróciłem się i poszedłem do samochodu poczekać na policję. Gdy wsiadłem, dziewczyn już nie było, nawet nie zdążyłem się zorientować kiedy i w którą stronę uciekły. Zadzwoniłem do żony, znając moje przesadne poczucie humoru nie uwierzyła mi i się rozłączyła. Telefon się rozładował. Syn potrąconej wrócił. Mówię, że potrzebuję telefonu. Poszedł po kolegę, który miał telefon. Kolega też okazał się być spragnionym. Po drugim telefonie żona mi uwierzyła.


Reasumując: 8 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata i 1000 zł kary.
Poszkodowana 18 tys. z OC.

#6lzC9

Byłam przykładną żoną przez ponad dekadę, dopóki ten zupełnie nieudany związek nie ulał mi się po tym, gdy odkryłam wieloletni romans mojego byłego już męża z moją byłą przyjaciółką. Ogólnie - postanowiłam zrzucić ciążące mi podwójne poroże za jednym zamachem.

Przez cały ten pieprzony czas, a przypominam, że czasu i okazji było sporo, nigdy nie otrzymałam od mojego byłego nic z okazji moich urodzin, bez okazji tym bardziej. Żeby była jasność, NIC oznacza w tym przypadku NIC. I spoko, zawsze usprawiedliwiałam to jakoś, życzenia złożone zawsze były, więc pamiętał. Zresztą nie jestem roszczeniowym typem, no i samowystarczalna jestem na tyle, że jeśli coś bardzo mi się podoba, potrafię sobie to wcześniej lub później sprawić.

Może to dziecinne, ale kiedy od wspólnych znajomych dowiedziałam się o tym, że standardem w nowym związku mojego eks prezenty dla nowej są na porządku dziennym, a z okazji urodzin tylko takie na totalnym wypasie, poczułam się po raz kolejny, jakby ktoś walnął mnie w pysk.

Pierwszy raz w życiu zapragnęłam być dla kogoś tak ważna, tak kochana, tak warta czegokolwiek, żeby ten ktoś chciał mi coś dać. Doszłam do wniosku, że pomijając fakt, iż mój były był i jest pod pewnym względem typowym pizdokleszczem, to jednak jego traktowanie mnie było moją winą. Pozwoliłam na to, uległa i wyrozumiała. Samowystarczalna. Wiecznie go usprawiedliwiająca.

Raz jedyny chciałabym umieć odpuścić takie podejście i w jego miejsce stać się wymagającą, roszczeniową panną, której jakiś typek chce zaimponować, pokazać, że mu zależy, czy nawet próbuje kupić drogimi prezentami.

Okropne uczucie. Na tyle nowe i kijowe dla mnie, że mam ochotę tym zwyczajnie rzygnąć.
No i wyznanie anonimowe, bo za nic w świecie nie przyznam się głośno do tego, że jestem zwyczajnie zazdrosna... nawet za te pieprzone prezenty.
:/

#WsYYO

Moja siostra i babcia prowadzą między sobą wojnę przez ostatnie 2 lata. Mimo wszystkich obrońców babci i znawców od tego, że to siostra powinna ją szanować - młoda ma rację. Nie będziemy wnikać w sytuację rodzinną, ale generalnie to babcia nie jest w porządku.
Dodam jeszcze, że babcia za młodu dwa razy zaszła w ciążę i dwójkę dzieci oddała... Pozostałą trójkę postanowiła wychować.

No więc sytuacja wydarzyła się kilka dni temu, na rocznicy śmierci naszego ojca, a jej syna. Cała rodzina jak zwykle w ten dzień przygnębiona, rozmowy niby żwawe, ale nastrój wyjątkowo okropny. Młodzi oczywiście zostali wypytani o związki, o szkołę... Właśnie - o szkołę.

Moja siostra jest wyjątkowo zdolną dziewczyną. Szkołę średnią zaczynała w technikum, ale kierunek po prostu jej się nie spodobał... Dużo też chorowała, miała zaległości. Tak też po pierwszym semestrze zapadł wyrok - zmiana szkoły. Jedyną opcją na uratowanie roku było liceum zaoczne. Mojej siostrze to pasuje - pracuje sobie w dzień i bardzo pomaga w domu... Ale babcia oczywiście chciała jej dopiec:
- Przecież to wstyd, co ludzie powiedzą, zaraz pomyślą, że jesteś w ciąży!
Siostra nie wytrzymała. Spojrzała na babcię i odparła:
- Wiesz babciu, to nie są te czasy, kiedy panna z dzieckiem musi je oddawać obcym, bo to wstyd.

Pierwszy raz w życiu ktoś zgasił naszą wredną babkę... Chociaż przy stole zapadła niezręczna cisza, to siostra jawnie mówi, że "warto było".

#q8bYG

Kiedy wspominam moją babcię, mam łzy w oczach, bo widzę wszechogarniającą miłość, która niczego nie wymaga i wszystko daje. Wspaniale wspominam dzieciństwo z nią, a ostatnie spotkanie zapadło mi na zawsze w pamięci.

Przyszedłem do babci, kiedy była już bardzo chora i leżała w zasadzie na łożu śmierci. Zobaczyła, że jestem, uśmiechnęła się, wyciągnęła 10 zł spod poduszki i dała mi mówiąc:
- Masz, wnusiu...
- Ale ja mam.
- Weź, na pewno potrzebujesz...

Mimo choroby, do ostatniej chwili wnuczek był najważniejszy...

#6NuJF

Mój obecny mąż, a wcześniej chłopak uwielbiał mnie straszyć. A to nagle krzyknął, a to wyskoczył gdzieś zza rogu. Bardzo mnie to denerwowało, bo myślał, że jest zabawny, a to po prostu mnie drażniło, rozpraszało i było głupie… Nie mogłam się naprosić, żeby przestał.

Pojechaliśmy na wakacje na wieś. Lata 80., dziura zabita deskami, kibel w polu kukurydzy – na większe tylne danie trzeba wykopać dziurę w ziemi (o ile dziki nie przeszkodzą), brak łazienki, jedynie bieżąca woda w kranie, więc myjemy się w misce. Obok zakwaterowana rodzina z 5-giem dzieci, matka potężna, a ojciec szczuplutki, nie za wysoki, ale dużo pijący i bardzo agresywny po wódce. Na dwa tygodnie naszego pobytu, kilka razy pojawiała się ówczesna milicja (tak, to nie pomyłka), bo nie można było gościa uspokoić po wódce, dostawał małpiego rozumu. Pewnego dnia znowu zaliczył cug, latał z siekierą w ręku i szukał ofiary. Schowaliśmy się, obserwowaliśmy i czekaliśmy na rozwój wypadków. W pewnym momencie mój chłopak zgłodniał i poszedł po coś do jedzenia, a w tym samym czasie żona agresora, wykorzystując swoją siłę zamknęła męża-pijaka w komórce, oczywiście odebrała mu siekierę. Dokładnie widziałam gdzie ją położyła i w mojej głowie zalągł się szatański plan… ;)

Powiedziałam chłopakowi, że nie mogą pijaka znaleźć, gdzieś się schował z tą siekierą, chyba uciekł w kukurydzę. A że jest już późno, to myjemy się i idziemy spać. Wymyliśmy się w misce, no i teraz trzeba tę wodę z miski wylać. Więc chłopak wychodzi ostrożnie na długi ciemny korytarz, szybkim krokiem udaje się w kierunku pola kukurydzy, a ja w tym czasie chwyciłam siekierę i usiadłam w ciemnym kącie pod naszym pokojem. Chłopak wszedł z miską, ja się nie ruszam. Chłopak zaczyna widzieć jakiś cień, napięcie rośnie, stawia kroki coraz wolniej… w tym czasie ja powoli wstaję i unoszę z warkotem siekierę w górę nad głowę… Mina chłopaka bezcenna, panika, wrzask pod niebiosa, kupa w portkach, rzucił we mnie miską, sama posikałam się ze śmiechu, kiedy mój chłopak uciekał przerażony w kukurydzę…

Nigdy więcej mnie już nie straszył, tak jesteśmy razem 27 lat…

#O45FU

Z reguły w dzieciństwie byłam grzecznym dzieckiem. Kłamstwa, afery i kłótnie to nie była moja bajka. Do czasu...
Ponad 10 lat temu, mając 5 lat na karku, jechałam z mamą samochodem (istotne jest tu, że był to samochód dziadka) do lekarza na badania. Podczas jazdy były śpiewy, śmiechy i żarty, aż nie zatrzymała nas policja. Mama bezstresowo odsuwa szybę i zaczyna się standardowa rozmowa z policjantem. Po usłyszeniu prośby o podanie dokumentów zaczyna się wertowanie wszystkich schowków. Jak się okazało, nie było niektórych dokumentów od samochodu, bo dziadek miał je ze sobą, miny mamy nie zapomnę do końca życia. Na szczęście jej ukochana córeczka wpadła na genialny pomysł...
Zaczęłam się dusić i kaszleć. Tak, specjalnie. Z małych zielonych oczu zaczęły płynąć łzy, a między oddechami błagania o pomoc. Mina policjanta oczywiście bezcenna. Mama wyczuła, o co mi chodzi i zaczęła szukać w torebce inhalatora, a potem krzyczeć, że go nie wzięła, a mam atak astmy. Policjant kazał jechać szybko do domu i uważać, bo 2 km dalej stoi następny patrol, ale przekaże, żeby nas nie zatrzymywać.

Za to "małe" przedstawienie dostałam wielki domek dla lalek, którego wcześniej nie chcieli mi kupić. A jednak kłamstwo czasem się opłaca.

#qc0ug

O mojej "traumie" z dzieciństwa.

Moja mama ma koleżankę, jeszcze z podstawówki. Koleżanka urodziła syna z niepełnosprawnością. Nie wiem dokładnie co to było - psychicznie i umysłowo był kumaty, nawet bardzo, ale fizycznie niemal warzywo. Czy muszę dodawać, że mąż tej pani stwierdził, że sytuacja go przerosła i szybko zniknął?
Chłopak był trochę starszy ode mnie, czasami bywałyśmy u nich z mamą, czasem bywałam razem z dzieciakami ze szkoły. Szkoła i cała społeczność osiedlowa bardzo angażowały się w pomoc tej rodzinie. Nie ukrywam jednak, że mnie jako dziecko ten chłopak trochę przerażał. Był miły, fajny, raczej chodziło o tę jego fizyczną inność tak obcą dla nas, zdrowych dzieciaków.

Któregoś dnia mama wróciła od koleżanki bardzo poruszona. Syn koleżanki zapytał, czy ona w trakcie ciąży wiedziała, że on się taki urodzi. Powiedziała, że tak. Wtedy on zapytał - "Mamo, to dlaczego nie usunęłaś ciąży? Zobacz, jak wygląda nasze życie - ja się męczę i ty się męczysz. Nie masz koleżanek, bo ciągle zajmujesz się mną, a ja nigdy nie mogłem nawet zrobić ci laurki na Dzień Matki. Gdybyś mnie usunęła, to pewnie tata by od ciebie nie odszedł i byłabyś szczęśliwa"...
Nie pamiętam ile miałam wtedy lat i pewnie nie powtórzyłam tu jego słów dokładnie, ale sens był właśnie taki. Moją mamę to poruszyło, ale dla mnie jako dziecka to był prawdziwy wstrząs etyczny.

Minęło wiele lat i ja ciągle myślę o tym chłopaku. Myślę o tym, że nigdy sobie nie pobzyka, nie upije się tanim winem, nie pójdzie na koncert rockowy ani na studia, nie pojedzie z plecakiem w Bieszczady, nie zmieni pieluchy swojemu dziecku. Myślę o jego życiu, w którym nic od niego nie zależy. O życiu w więzieniu ciała. O życiu, którego nawet nie może sobie sam odebrać.
Zastanawiam się też, czy świadome urodzenie dziecka z taką niepełnosprawnością jest aktem odwagi i miłosierdzia czy raczej egoizmu. Nigdy nie pomyślałam źle o żadnej osobie, która usunęła nieprawidłową ciążę. Myślę, że ocaliła duszę, która być może dostała szansę urodzić się w innym, zdrowym ciele. A jeśli nie ma reinkarnacji, to przynajmniej nie cierpiała tak bardzo...
Dodaj anonimowe wyznanie