Od dwóch lat spotykałam się z pewnym facetem. Obydwoje pracowaliśmy na różne zmiany, więc nie mieliśmy bardzo dużo czasu dla siebie. Mimo to staraliśmy się spędzać ze sobą wszystkie wolne chwile, a on często odwiedzał mnie w moim mieszkaniu, bo sam mieszkał pod miastem i był problem z dojazdem. Były rodzinne spotkania, wspólne wycieczki, pikniki, weekendowe wyjazdy. Wszystko układało się wspaniale i byłam naprawdę szczęśliwa.
Snuliśmy wspólne plany na przyszłość, mówiliśmy o domu i dzieciach.
Myślałam się, że trafiłam na tego jedynego. Ale tego, że trzy tygodnie po tym, jak zdecydowaliśmy starać się o dziecko on oświadczy się innej lasce, to się zupełnie nie spodziewałam.
Czuję się jak idiotka, wykorzystywana i oszukiwana przez tyle czasu, okłamywana prosto w twarz. Koleżanki i rodzina pytają o niego, a ja wstydzę się wyznać im prawdę, że byłam tylko jego zabawką, odskocznią od jego prawdziwego życia.
Dobrze przynajmniej, że nie zdążyłam zajść w ciążę.
Mój brat pracuje w zakładzie pogrzebowym. A konkretniej - jest kierowcą karawanu.
Jako że często przejeżdża obok mojej uczelni, to czasem podrzuca mnie do domu. Oczywiście prywatnym samochodem i bez "pogrzebowego" mundurka.
Pewnego dnia zadzwonił i zapytał, o której kończę, bo niedługo kończy pracę, to może mnie wziąć do domu. Jako że miałam już ostatnie zajęcia, to się zgodziłam. Myślałam, że przyjedzie jak zwykle swoim samochodem i ubrany w normalne ciuchy. Nie doceniłam brata-śmieszka.
Wyobraźcie sobie miny ludzi, kiedy pod uczelnię podjeżdża karawan, wysiada z niego człowiek od stóp do głów ubrany na czarno i z grobową miną oznajmia: "Marta, na ciebie już czas...".
Moja dziewczyna Gosia bywa strasznie roztrzepana, ale dziś to już przegięła. Zadzwoniła do mnie z płaczem, że złamała kluczyk w zamku swojego samochodu i że spóźni się na obiad do mamy. Wybiegłem więc przed dom, aby ratować sytuację. Okazało się, że usiłowała otworzyć drzwi w aucie sąsiada z klatki obok...
Gdyby pojazdy były identyczne, to może i potrafiłbym to zrozumieć, ale jedyną wspólną cechą pomiędzy oboma samochodami jest ich kolor. Cała reszta – od marki, rozmiarów, przez wygląd karoserii jest zupełnie inna! No i teraz Gosia pojechała do mamy Uberem, a ja siedzę ze złamanym kluczem i zastanawiam się, jak to wszystko wytłumaczę sąsiadowi...
Mając jakieś 5 lat, byłam z rodzicami na festynie w naszej miejscowości. Odbywała się tam konkurencja 3 drużyn: czerwonej, zielonej i niebieskiej. Zawodnicy biegali, coś przenosili na czas, była konkurencja ze skakanką. Mimo że stałam z rodzicami z przodu widowni, nie skupiłam się na tym, co się działo na boisku. Skupiłam się natomiast na ślicznej cekinowej torebce, mieniącej się wszystkimi kolorami tęczy, należącej do pani, która stała obok.
Nagle podszedł do mnie pan wodzirej całej imprezy, przyłożył mi mikrofon do ust i zapytał "Jak masz na imię, dziewczynko?". Odpowiedziałam, że Ania. "Aniu, masz decydujący głos, powiedz, która drużyna wygrała?" Ja zmieszana, zawstydzona, przestraszona, bo przecież nie przyglądałam się szczególnie poczynaniom drużyn, ale powiedziałam "Niebiescy" (tylko dlatego, że lubiłam kolor niebieski).
Niebiescy oczywiście okrzyki radości. Spora część widowni niby klaskała, ale słyszałam pojedyncze głosy "Cooo? Byli najgorsi!", "Ślepa ta gówniara?", "Powinni wygrać czerwoni", kilka osób gwizdało, ale wodzirej imprezy jak to wodzirej "Super, bawimy się, brawo dla zwycięzców, gratulacje"...
I na tym mogłoby się to zakończyć, gdyby nie fakt, że czułam się z tym wszystkim bardzo źle.
Resztę czasu na festynie byłam przybita, miałam poczucie, że może wyrządziłam krzywdę innym uczestnikom, może będą mieć do mnie pretensje oni i inni ludzie z widowni. Bałam się nawet patrzeć na tych ludzi. Marudziłam rodzicom, żeby wracać już do domu, ale oni chcieli jeszcze zostać.
Kulminacją był moment, gdy do taty podszedł pan z zielonej drużyny. W myślach widziałam jak wyrzuca mi niesprawiedliwy werdykt, już prawie się rozpłakałam, ale okazał się on być kolegą taty z pracy, więc chwilę pogadali i poszedł sobie jak gdyby nic.
Dziś nawet się z tego śmieję, bo wiem, że której z drużyn bym nie wybrała, zawsze pojawiłyby się w tłumie głosy niezadowolonych, ale wtedy dla mnie była to bardzo trudna sytuacja bo (w moim poczuciu) miałam decydować o czyimś życiu i śmierci, niosłam ciężar strachu, niepewność, czy to była dobra decyzja, czy nikt mnie teraz nie zlinczuje, czy nikt publicznie nie powie "to przez ciebie przegraliśmy". Ech... co te dzieci mają w głowach ;)
Czytam anonimowe już od kilku lat i zauważyłam, że pewien temat powiela się na okrągło - "w naszym związku nie ma seksu", "zdradzam ją, bo mi nie daje", "ona nic nie robi w łóżku", "to zawsze ja wykazuję inicjatywę", "seks to tylko od święta". Być może was oświecę. Nie wypowiadam się za każdą kobietę, ale za naprawdę sporą część z nich.
W wielu, bardzo wielu przypadkach dziewczyna nie ma ochoty na seks, ponieważ NIE DOCHODZI. Tak, właśnie. Zobrazuję wam, jak to wygląda od strony wielu kobiet. Otóż jak powszechnie wiadomo, faceci na tym punkcie mają bardzo delikatne ego, wy zawsze musicie być tymi, którzy zadowolą swoją partnerkę jak żaden inny - dlatego kobiety kłamią, że mają orgazm.
Wyobraźcie sobie, że uprawiacie cudowny seks ze swoją partnerką, jest bliskość, namiętność, no i oczywiście orgazm. Bo jak by nie patrzeć, pod koniec zawsze chodzi o orgazm. A co jeśli go zabraknie? No właśnie, co gdybyście WY nigdy/ bardzo rzadko dochodzili podczas seksu? Kilka razy da się wytrzymać, przynajmniej dużo kobiet tak robi. A co jeśli to trwa tygodnie, miesiące, a nawet lata, a seks trwa tylko kilka minut?
Więcej orgazmu = więcej seksu. Zero orgazmu = zero seksu.
Narzekacie, że wasze partnerki po urodzeniu dzieci nie mają ochoty na seks - a z jakiej racji mają mieć, skoro żadnej przyjemności w formie orgazmu z niego nie mają? Po co mają wracać do czegoś, co tak krótko trwa i nigdy im nie przynosi spełnienia ? Ile wy byście takich stosunków wytrzymali? I nie, kobiety (w większości ) wam o tym nie powiedzą, za bardzo zraniłoby to wasze ego.
Historia sprzed kilku dni.
Jedna z głównych dróg w moim mieście. Ma ona jednak jedno dziwne skrzyżowanie - wykonując lewoskręt mam pierwszeństwo przed jadącym autem z naprzeciwka. Oznaczenie tego pierwszeństwa - prawidłowe.
Jadę więc sobie w miarę pewnie (zasada ograniczonego zaufania włączona). Daję kierunkowskaz. Auto z naprzeciwka zwalnia, po czym gwałtownie przyspiesza. No i niestety - mamy stłuczkę. Wysiadam z auta. Z tego drugiego wysiada facet w wieku około 60 lat. Od razu wydziera się na mnie: "No tak, baba za kierownicą! Jak pani nie umie jeździć, to do garów!". I tym podobne hasła. Odpowiadam więc grzecznie, że baba to wielkanocna, albo z piasku. I że niestety - ale to jest jego wina. Że nie patrzy na znaki. Facet do mnie znowu z krzykiem, że albo mu płacę 1000 zł za szkody, albo wzywa policję i dostanę dużo większą karę. Cóż. Odpowiadam grzecznie, że w takim razie wzywamy policję. Wybieram numer - a facet mówi do mnie, że przecież możemy się jakoś dogadać. No już niestety nie.
Panowie przyjeżdżają bardzo szybko. Zeznajemy. Policjanci tłumaczą temu panu, że to jego wina. Ponieważ ja mam kamerkę - pokazuję nagranie. Policjanci proszą nas o dokumenty. I cóż się tutaj okazuje - facet nie posiada przeglądu auta. Mało tego - nie posiada ważnej polisy OC. Był bardzo tym zdziwiony. Dostaje mandat, punkty, auto zabiera laweta na policyjny parking. Do tego wniosek do sądu.
Gość chciał wyłudzić kasę, strasząc mnie policją. Cóż. Kto babą wojuje, ten od baby ginie :)
Kilka miesięcy temu, jadąc autem, potrąciłam kobietę na rowerze (nic jej się nie stało, spokojnie!). Wysiadam z auta bardzo przestraszona, martwię się o nią, podbiegam i pytam, czy nic jej się nie stało, na co ona:
- No ku*wa, już drugi raz dzisiaj!
Mój chłopak ma na imię Tomasz, więc w moim telefonie jest zapisany tuż obok taty. Wczoraj będąc w dobrym humorze napisałam wiadomość "Jesteś wspaniałym tatą!" i przez przypadek wysłałam ją do Tomka, zamiast do mojego ojca. Nie zorientowałam się aż do późnego wieczoru, kiedy to mój ukochany przyjechał pijany, bo był z kolegami "opić" fakt, że zaszłam w ciążę.
Przykro mi było wyprowadzić go z błędu, ponieważ nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego.
Wszystko zaczęło się, gdy byłem mały. Czasy pierwszego szczepienia. Wiadomo, że jak każdy dzieciak, za wszelką cenę chciałem uniknąć kontaktu z katem i jego narzędziem egzekucyjnym. I tutaj zaczyna się cała intryga mojej babci...
Na początek powiem, że od zawsze mieszkałem z rodzicami, siostrą i babcią razem w jednym domu. Byłem z nią bardzo zżyty. Wszędzie chodziłem z nią, jeździłem na wakacje w jej rodzinne strony itp. Była moją drugą mamą.
Jako że była ona pielęgniarką i pochodzimy z małego, 30-tysięcznego miasteczka, znała się na wylot z całym miejskim personelem pielęgniarskim. A dzięki niej wszystkie pielęgniarki znały mnie, jako że zawsze z nią chodziłem na szczepienia, badania itp., a ona wykorzystywała swoje znajomości :). Od zawsze byłem zapisany do przychodni dziecięcej w naszym mieście, gdzie pielęgniarki były starsze i przyjaźniły się z moją babcią jeszcze z czasów szpitalnych :). Tu powstała intryga babci. Ja mały brzdąc przeraźliwie bojąc się pierwszego szczepienia i tego jak śmiertelnie jest bolesne, zostałem uratowany przez kochaną babcię! Ja nie chciałem, żeby w ogóle bolało, więc moja genialna, troskliwa babcia dogadała się na boku z koleżankami, aby mnie podpuścić.
Otóż babcia przed zastrzykiem powiedziała: (na potrzebę opowieści przyjmijmy, że koleżanka mojej Babci zwała się Basia):
- Basiu, daj mu znieczulenie, żeby go nie bolało.
Wtedy pani Basia wzięła ten gazik nasączony alkoholem do dezynfekcji skóry, potarła miejsce do ukłucia tak jak to zawsze robią i wmówiły mi razem z babcią, że to właśnie jest znieczulenie. Uwierzyłem. Fakt, nie bolało, nigdy zastrzyki mnie jakoś nie bolały, ale cóż, może to efekt placebo. Te kłamstwo o znieczuleniu ciągnęło się za mną latami. Gdy byłem u dentysty babcia wmawiała mi, że tu daje się inne znieczulenia niż na zastrzyk - mocniejsze. Wierzyłem.
Minęły lata. Skończyłem osiemnastkę. Jak wiadomo, w tym wieku każdy dostaje wezwanie na pewne szczepienie, nie pamiętam od czego, ale mniejsza z tym. Moja "rodzinna, dziecięca przychodnia" została zamknięta. Przeniosłem się do innej, takiej dla dorosłych. Chodziłem już oczywiście bez babci. Przyszedłem na szczepienie. Dorosły, duży chłop. Siadam na fotel, podwijam rękaw i mówię do lekarki:
- Tylko ze znieczuleniem poproszę!
Ona patrzy na mnie jak na debila lub nienormalnego. Poszedł facepalm i pyta z niedowierzaniem:
- Chcesz zastrzyk, żeby zastrzyk mniej bolał?!
A ja do niej ze stoickim spokojem i półżartem w głosie:
- Nieeee, ja poproszę to słabsze, to pocieranie gazikiem.
Lekarka zaczęła się tak śmiać, że spadła z taboretu i wtedy mi to wytłumaczyła. Dostałem buraka życia i czułem się żałośnie.
TAK, do 18 roku życia wierzyłem, że dezynfekcja to znieczulenie... Nikt z rodziny nie wie o mojej głupocie. Zmieniłem po tym szczepieniu przychodnię...
Dziś rano nakładałam sobie maseczkę na twarz, kiedy mój pięcioletni syn wparował, niczym huragan, do łazienki. Zaintrygowany moją czynnością przez chwilę przyglądał się co robię, a następnie zapytał czemu właściwie nakładam sobie to świństwo na buzię. Wytłumaczyłam mu, że to taki specjalny krem, który sprawia, że zmarszczki znikają, a człowiek wygląda młodziej, piękniej i zdrowiej. Młody zmrużył oczy i z rozbrajającą szczerością odparł: „Obawiam się, że to nie działa”, a następnie odwrócił się na pięcie i wyszedł, zostawiając mnie samą z moimi kompleksami...
Dodaj anonimowe wyznanie