#Q9lVM

Kilka lat starałam się z narzeczonym o dziecko. W końcu zaszłam w ciążę. Okazało się, że nasze upragnione dziecko ma wadę letalną, zespół Downa z ciężką wadą serduszka. Był tak zniekształcony, że prawdopodobnie zmarłby kilka godzin po porodzie, jeżeli udałoby się w ogóle donosić tę ciążę.
Cała rodzina wiedziała, że jestem w ciąży. Cała rodzina cieszyła się z wieści, że w końcu zostanę mamą.
Po kilkunastogodzinnych rozmowach z narzeczonym zdecydowaliśmy się na aborcję. Tego co się działo w gabinecie nie zapomnę chyba do końca życia. Jako że płód był już bądź co bądź duży (26 tydzień), podali mi jakieś leki rozkurczowe, podpięli pod kroplówkę i kazali mi leżeć i czekać. Po kilkunastu godzinach urodziłam syna. Nie chciałam nawet na niego patrzeć, kazałam go zabrać pielęgniarkom ode mnie. Nie nadałam mu imienia, nie zrobiłam mu pochówku, dalszym znajomym i większości rodziny powiedziałam, że poroniłam. Tylko dwie osoby wiedziały o tym, że usunęłam ciążę i oczywiście było gadane, że po co, a co jakby się urodziło zdrowe? Otóż nie mogło się urodzić zdrowe, byłam konsultowana z kilkunastoma ginekologami.

W tamtym roku w końcu zaszłam w upragnioną ciążę i urodziłam piękną, zdrową córeczkę. Chcemy mieć z narzeczonym jeszcze przynajmniej jedno dziecko, jednak po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego najzwyczajniej w świecie boimy się następnej ciąży. Boimy się tego, że dziecko może być tak samo uszkodzone jak tamto albo jeszcze gorzej.

#Imsmu

Sytuacja tragiczno-śmieszna.
Mój znajomy, załóżmy Andrzej, był po wypadku. Skoczył na główkę do wody i nie mógł ruszać nogami, lecz była to kwestia kilku lat rehabilitacji i Andrzej znów mógłby chodzić, nie tak sprawnie jak przed wypadkiem, ale prawie tak samo.

Siedzieliśmy u niego i graliśmy w jakąś grę (było to może dwa tygodnie od wypadku), przychodzi jego mama i mówi: 
- Andrzej, idź spać, bo jutro nie wstaniesz.

Pierwszy raz od wypadku widziałem, żeby Andrzej był taki uchachany.

#ylmzB

Robiłam dziś porządki w szafie i w ręce mi wpadła teczka z rysunkami mojego dziecka, a jeden z nich przypomniał mi pewną historię.

Syn chodził do podstawówki uznawanej za jedną z lepszych szkół w mieście - dzieciaki wygrywały konkursy, olimpiady, zawody sportowe itp. Modne wśród lekarzy czy prawników, ogólnie elity miasteczka, stało się umieszczenie swego dziecka właśnie w tej szkole. Doprowadziło to do chorego wyścigu między dzieciakami, do przesadnej rywalizacji. Już w najmłodszych klasach nieważne było koleżeństwo, ważne było by dostać piątkę i być najlepszym. O ile poziom wiedzy dzieci był możliwy do zbadania i niepodważalny, to na plastyce i zajęciach technicznych działy się cuda... Jeśli dzieci miały zrobić makietę domu, to niektóre makiety wyglądały jakby wyszły spod ręki architekta, a obrazy i portrety śmiało można by wieszać na ścianach muzeów. Piątki się sypały na prawo i lewo, prawie wszystkie dzieciaki miały same bardzo dobre oceny. Prawie, bo mój syn malował swoje prace samodzielnie, a że talent, a raczej jego brak, odziedziczył po mnie, to wysokich ocen nie dostawał, wręcz przeciwnie.

Tak się złożyło, że syn trochę chorował i całkiem zapomniał o namalowaniu obowiązkowej pracy na jakiś konkurs. Przypomniało mu się, gdy już zasypiał w łóżku, wpadł z płaczem do mojego pokoju i wykrztusił, że pracę trzeba zrobić, bo inaczej będzie jedynka. Co było robić, postanowiłam ten jeden jedyny raz syna ratować i sama złapałam za pędzel. Siedziałam ze dwie godziny, skończyłam w nocy, ale dzieło wyglądało całkiem nieźle, więc ze spokojnym sumieniem poszłam spać. Rano syn wziął malunek i poszedł do szkoły, pani na plastyce prace zebrała, jedynki młody uniknął, sprawa zakończona. Prawie...

Okazało się, że rodzice jak zwykle się wykazali i dzieciaki poprzynosiły arcydzieła malarskie, ale miarka się przebrała. Szkolna komisja konkursowa stwierdziła, że na pierwszy rzut oka widać, że prace są niesamodzielne, że nie zostały wykonane przez uczniów, tylko przez rodziców, a że celem nauki ma być zdobycie odpowiednich umiejętności przez uczniów, to wszystkie te piękne prace zostały odrzucone. Wszystkie prócz jednej - pracy mego syna. Komisja stwierdziła, że mimo ewidentnego braku talentu autora widać, że praca jest samodzielna, dlatego jako jedyny będzie reprezentował szkołę w konkursie...

Ani syn, ani ja nigdy nie wyjawiliśmy prawdy - mnie było wstyd, a syn chciał utrzeć nosa kolegom, więc trzymał język za zębami, choć do dziś, już jako młody dorosły człowiek, ze śmiechem wypomina moje umiejętności plastyczne.

#hE9su

Parę lat temu, gdy byłem jeszcze małym brzdącem chodzącym do bodajże drugiej klasy podstawówki, zbliżały się święta, więc pani wychowawczyni zadała nam zadanie - napisać list do Świętego Mikołaja dla siebie i swoich bliskich. No to zaczęło się standardowo: dla siebie chcę lego, lalkę, dla taty nowy samochód, dla mamy lokówkę itp. Napisałem podobnie, nie pomijając w tym mojego starszego brata, pasjonata elektroniki i informatyki, czytającego co miesiąc nowe wydanie gazety, która nazywała się Chip. Nie wiedziałem jak sìę to pisze, więc poszedłem na kompromis. A napisałem tak: "[...] A dla mojego brata wszystkie Cipy 2013".
Sprawa nie obeszła się bez dyrektora, ale na szczęście szybko się wszystko wyjaśniło.

PS Do dziś wspominam minę wychowawczyni.

#xmKwG

Dokładnie w chwili, gdy piszę te słowa, naprzeciwko mojego domu, dosłownie pod oknem mojego pokoju stoi samochód, w którym jakaś pani oralnie zadowala kierowcę. W biały dzień, na osiedlu domków jednorodzinnych. Jak gdyby nigdy nic.

Naszła mnie taka refleksja – nie byłem tak blisko seksu od dobrych trzech lat!

#hkBpV

Kilka lat temu dopadło mnie (jak podejrzewałam) zapalenie gardła.
Wiedząc jak w moim przypadku kończą się takie historie (bez antybiotyku ani rusz), postanowiłam zarejestrować się do lekarza. Niby nic nadzwyczajnego...
Dzwonię więc, w słuchawce słyszę panią z rejestracji i nawiązuje się rozmowa:
- Dzień dobry, chciałabym zarejestrować się na wizytę do doktor Jeleń.
Chwila ciszy, po czym słyszę:
- Przykro mi, ale nie ma u nas takiej lekarki.
Po momencie namysłu odpowiadam:
- Aaaa faktycznie, coś mi się pomyliło, przepraszam, oczywiście chodziło mi o doktor Łoś.
Znowu cisza, pani odpowiada:
- W tej przychodni także doktor o takim nazwisku nie przyjmuje.
Ja już wyraźnie zdesperowana, bo przecież dokładnie wiem, do której przychodni należę... aż tu nagle z lekkim rozbawieniem w głosie miła kobieta pyta:
- Może chodzi pani o doktor Sarnę? Taka faktycznie u nas pracuje :)

Oczywiście chodziło mi właśnie o nią, nie wiem, co miałam w głowie... jeszcze chwila i wymieniłabym wszystkie zwierzęta leśne :) To uczucie, kiedy musiałam udać się do rejestracji potwierdzić przybycie na wizytę - bezcenne... :)

#4oZon

Zostałem zgwałcony. Tak, dobrze przeczytaliście. Jestem facetem i zostałem zgwałcony.

Sytuacja miała miejsce kilka lat temu. Byłem na imprezie u znajomych. Była tam pewna dziewczyna, która cały czas do mnie się zalecała. Nie byłem nią zainteresowany, co jej grzecznie mówiłem, ale nie odpuszczała. Miała ok. 190 cm wzrostu, ponad 100 kg. Sam jestem bardzo chudy. Trochę za dużo wypiłem i postanowiłem położyć się spać. Położyłem się do łóżka i usnąłem. Po pewnym czasie czułem coś dziwnego. Jakieś bodźce z moim przyrodzeniem. Obudziłem się i zobaczyłem, jak ta dziewczyna siedzi na mnie i co chwilę podskakuje. Próbowałem się wydostać i uciec, ale niestety była zbyt silna i mnie trzymała. Zacząłem wrzeszczeć. Kilka osób przybiegło, zobaczyli co się dzieje i... zaczęli wszystko nagrywać, dopingując ją. Kiedy zrobiła co miała zrobić, puściła mnie, wzięła chusteczki, wytarła się i poszła jak gdyby nigdy nic! Natychmiast się ubrałem i chciałem uciec. Nagrywający śmiali się ze mnie, że miałem seks niespodziankę. Wyleciałem jak z procy.

Przez kilka dni nie wychodziłem z mieszkania, rodzicom nic nie mówiłem. Postanowiłem zgłosić sprawę na policję. Policjanci przyjęli zgłoszenie i ruszyła lawina. Została zatrzymana, przesłuchana, telefony zabezpieczone. Sprawa trafiła do sądu. Dostała wyrok. Sprawa odbiła się w lokalnych mediach.

Wiecie co jest przerażające? Komentarze KOBIET po postami na Fb odnośnie tego gwałtu. Komentarze z serii: „Faceta nie da się zgwałcić! To był seks niespodzianka! Skoro miał wytrysk, to było mu dobrze! Powinien się cieszyć! Co za frajer! Dziewczyna go wyrwała, a on mówi, że zgwałciła!”. Takich komentarzy było całe mnóstwo. Oczywiście po czasie rodzice się dowiedzieli (mieszkałem jeszcze z nimi). „Znajomi”, którzy nagrywali to całe zdarzenie też mieli konsekwencje prawne - za to, że nic nie zrobili. Naturalnie w mieście dużo osób wiedziało, że chodziło o mnie. Wieczne dogryzanie mi, robienie ze mnie potwora, bo „dobra dziewczyna ma problem przez ciebie”, kilka razy byłem pobity. Postanowiłem ze sobą skończyć. Linka, na której się chciałem powiesić nie wytrzymała i przeżyłem próbę samobójczą. Kilka lat spotkań z psychologiem, terapii - wyszedłem z dołka i żyję normalnie.

Dlaczego o tym piszę? Bo przeraża mnie dzisiejszy świat i podwójne standardy. Jak facet zgwałci kobietę - od razu kara śmierci. Jeśli kobieta zgwałci mężczyznę - to nie gwałt, to seks niespodzianka. Po jakimś czasie była sprawa gwałtu na kobiecie w moim mieście. Te same kobiety, które pisały o mnie, że jestem ciapa, pisały, że gwałciciela należy wykastrować, torturować i gwałcić, bo jak on mógł.

Wyprowadziłem się z rodzinnego miasta. Nikt w nowym mieście nie wie o mojej przeszłości. Niby było to kilka lat temu, a do tej pory nie ułożyłem sobie życia. Nie potrafię. Po prostu.

#xmflY

Jestem pielęgniarką. Od paru tygodni zajmuję się umierającym mężczyzną, niesamowicie optymistycznym i wesołym. Prawie codziennie odwiedza go rodzina: żona, nastoletnia córka i siedmioletni synek. Żona zawsze płacze, mały nie rozumie jeszcze co się dzieje, ale córka... Córka wchodzi ostatnia, dopiero jak matka z bratem wyjdzie. Zachowuje się normalnie, rozmawia z nim i żartuje. Wczoraj ojciec spytał się jej ze łzami w oczach, czy nie jest jej smutno. "Oczywiście, że nie. Nie mam się czym martwić, przecież wyzdrowiejesz i wszystko będzie dobrze". Pocałowała go i wyszła. Na korytarzu usiadła na podłodze i zaczęła płakać.

Zawsze płakała po wyjściu.

#v5JHp

Niefart miał początek 13 lat temu, na kolonii, której uczestnicy wywodzili się dokładnie stąd, co ja. Byłem poważnym (na ile może być poważny ośmiolatek) chłopcem, od początku kolonii to ja panowałem nad ładem w dwuosobowym pokoju. Mogłem się zdać na tyle "sztywny", że współlokator przeżył szok, gdy po jakimś tygodniu podniosłem pierwszy raz głos, by bawił się ciszej kupionym nad wybrzeżem resorakiem. Walczyłem ze sobą, by nie zdradzić, jak bardzo zazdrościłem mu tego małego plastiku próbującego udawać Mustanga Shelby GT500. Dlatego starałem się wyśmiać Michała, ilekroć chwalił się "zdobyczą", choć moje oczy naprawdę świeciły się na widok tego modelu. Był na swój sposób idealny, stanowił kolonijne ucieleśnienie marzeń ośmiolatka o pamiątce znad morza.

Któregoś dnia, gdy Michał brał prysznic, podszedłem do jego szafki targany zwierzęcą żądzą wejścia w posiadanie tej zabawki. Biłem się z myślami, ale doszedłem do wniosku, że ciężko byłoby mnie nawet podejrzewać - przez całe kolonie miałem czyste konto, byłem wzorowy. Kiedy Michał wrócił, "Shelby" parzył mnie w kieszeni. Dzień później sprawy przyjęły dramatyczny obrót - Michał płakał za stratą, szukał jej dosłownie wszędzie, a gdy zapytał mnie, czy na pewno nic nie wiem, dopadł mnie strach, że jakimś cudem mógł zwietrzyć tę kradzież. Nie miałem wyboru, podczas wieczornego prysznica "Shelby" wjechał do "garażu", w którym nikt by go nawet nie pragnął szukać. Dla mniej domyślnych: schowałem go do dupy.


Kiedy dzień później w toalecie zorientowałem się, że mój wóz nie ma ochoty wyparkować, wpadłem w panikę. Nie mogłem go wyjąć, nic nie pomagało. Ze wstydem poprosiłem o pomoc pana Kubę, który wydawał się być równym, młodym gościem. Pan Kuba rozumiał. Oznajmił innym wychowawcom, że jedziemy do szpitala. Niestety, dobrze zaparkowany Mustang może być wyjęty tylko podczas zabiegu. Gdy pan Kuba czekał ze mną na przyjazd rodziców, powiedział mi, że każdy mężczyzna napotyka na swej drodze problemy, ale tylko ten odważny umie im sprostać. Obiecał, że to zostanie między nami i wiedziałem, że mówi prawdę.


Minęły lata.
Na sylwestrze poznałem śliczną dziewczynę i często bywam u ukochanej w domu. Jest z tradycyjnej rodziny, która weekendy spędza razem. Jej brat dobija czterdziestki i w każdą niedzielę przyjeżdża z rodziną na obiad.
Tak... To Kuba, który przy pierwszym spotkaniu przywitał mnie serdecznie słowami: "Znamy się, młody człowieku!". Też go rozpoznałem, do uściśnięcia rąk łudziłem się, że mi się tylko wydaje.

Kuba dotrzymał tajemnicy - dziewczyna na szczęście nic nie wie. Kuba też nie wraca do tego tematu, nie opowiada o kolonii.


Może dlatego spłonąłem ze wstydu, gdy ostatnio zapytał, czy wyparkuję auto z garażu. Ostrzegł mnie o trudnym, ciasnym wyjeździe...

#V9jcL

Sytuacja sprzed godziny.
Pojechałem do marketu po rzeczy na jutrzejszy obiad. Na kartce mam zapisane "pierś z kurczaka lub pierś z indyka". I, teraz, kojarzycie te januszowe żarty pt. "Interesują mnie piersi?". Ekspedientki najwyraźniej też. I mają także poczucie humoru i potrafią zaskoczyć.

Podchodzę do lady mięsnej. Rozglądam się za towarem kilka chwil. Miła i młoda (i ładna!) dziewczyna zagaja:
- Co podać?
- Rozglądam się za piersiami, ale nie widzę...
- Bo mam małe...

Ani o milimetr nie podniosłem oczu, aby ocenić.
Dodaj anonimowe wyznanie