#kNBZ9

Pracuję w zakładzie piekarskim. Ostatnio z powodu braku ludzi musiałem przesunąć osoby pomagające w produkcji. Dziewczyna 33 lata z trójką dzieci, która przychodziła do pracy na 3 godziny + deputat, trafiła do sekcji sprzątania. Tymczasowo, dosłownie na jeden tydzień.

Usłyszałem tekst, który mnie powalił:
"Nie po to kończyłam podstawówkę, żeby teraz sprzątać kible".

Sorry. Wybuchłem.

#Z2Y6Z

Parę dni temu, po 5 latach spędzonych w moim zdaniem udanym związku, mój luby odszedł ode mnie. Nagle. Jako powód podał to, że przestałam mu się podobać, złapałam kilka zbędnych kilogramów i że brzydzi się ze mną kochać. A jako że on prowadzi firmę, kobieta powinna go reprezentować w gronie znajomych.
Szkoda tylko, że zapomniał, że to ja wymyśliłam wszystko. Że pomogłam napisać biznesplan, że starałam się razem z nim o fundusze, że zarywałam nocki, ucząc się podstaw księgowości. Że pracowałam w swojej pracy, a po niej lub czasem przed nią w naszej firmie. Nie jadłam przez to zdrowo. Nie miałam czasu na kosmetyczki, zaniedbałam zakupy odzieżowe, bo cały czas wszystkie pieniądze inwestowałam w jego biznes. Prowadzenie domu, porządki, gotowanie też było na mojej głowie. Gdy był chory, wszystko za niego robiłam, a gdy ja zachorowałam, to mówił, że udaję i że nie ma czasu na takie bzdury.
Teraz, gdy jego biznes kwitnie, stałam się niepotrzebna.

Czuję ogromny ból, czuję się niedoceniona, wierzyłam, że poświęcamy się dla naszej przyszłości. A moja przyszłość okazała się porażką. Nie mam żadnych oszczędności, nie mam mieszkania, samochodu - wszystko szło na nasze wspólne gniazdko i firmę. Wszystko jest jego.

Mam swój honor, nie będę prosić się go o pieniądze. Dał mi czas do wyprowadzki do mojej wypłaty. Doradźcie mi, czy wyjazd za granicę w czasie koronawirusa to dobry pomysł.

#aozto

Są takie wydarzenia, które przypomniane nawet po latach przywołują uczucie przeszywającego trzewia zażenowania.

Kiedyś siedziałem z przyjacielem w restauracji, gdy usłyszałem, że jakaś niemłoda już klientka przy stoliku obok zadławiła się jedzeniem. Bohatersko zerwałem się i podbiegłem do niej, szybkim ruchem podniosłem ją z krzesła, a następnie zastosowałem tzw. chwyt Heimlicha – stojąc z tyłu, objąłem panią i zacząłem z całej siły naciskać na jej przeponę, licząc na to, że kobieta wykrztusi kawałek klopsika, który utknął gdzieś w jej przełyku. Tak się jednak nie stało, po paru sekundach bycia podrzucaną i szarpaną przeze mnie, babina wyrwała się z mojego uścisku i odwróciwszy się, zasadziła mi siarczysty policzek na oczach wszystkich widzów tego „spektaklu”. Upokorzony szybko wyszedłem z lokalu, gdzie po chwili dołączył do mnie mój przyjaciel.

Okazało się, że kojarzył panią, której „ratowałem życie” i dźwięk, jaki uznałem za odgłos dławienia się, w rzeczywistości był jej… śmiechem.

#u5nb7

Historia miała miejsce w zeszłoroczny Dzień Kobiet. Wracając z uczelni zajrzałem do piekarni, żeby kupić świeże bułki. Tuż za mną weszła piękna dziewczyna, przepuściłem ją w kolejce, podziękowała i obdarzyła mnie cudownym uśmiechem. Wzięła 2 pizzerki i próbowała zapłacić kartą. Okazało się, że kartą nie można płacić, więc dziewczyna wyszła z piekarni bez zakupów.

I tu do głowy wpadł mi genialny pomysł - trzeba kupić te pizzerki i polecieć za nią. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Wybiegam na ulicę i widzę ją, odchodzi powolnym krokiem. Dogoniłem ją i złapałem za ramię. Po jej wzroku poznałem, że chyba już o mnie zapomniała, dlatego zaczynam nieudolnie tłumaczyć, że Dzień Kobiet jest, więc chciałem być miły i kupiłem za nią te pizzerki.
Zajęło to dłuższą chwilę, ale w końcu zmieszana dziewczyna podziękowała i poszła.

Zacząłem się zastanawiać, czemu tak dziwnie to wyszło, co zrobiłem źle i czy coś pomieszałem. I tak rozmyślając, przypatrzyłem się tej dziewczynie, jak odchodziła.
To nie była ona...

#jICvz

Jest wielka nagonka na koronę. Wszystko pozamykane, obostrzenia itp. Ale po co to, jeśli sam sanepid, po zgłoszeniu osoby zakażonej, potwierdzonej badaniem, po zgłoszeniu wszystkich domowników, nakłada obowiązek izolacji tylko na wybrane z nich?? Jeden z domowników nie został zarejestrowany na kwarantanne ponieważ... Uwaga! Nie podał numeru PESEL. Przy zgłoszeniu nieprzestrzegania przez niego zasad kwarantanny okazało się, że wcale nie musi jej odbywać. Dlaczego? Bo nie odebrał od nich telefonu i nie podał swoich danych. A rejestrując kolejno nas, podaliśmy, że mieszka z nami jeszcze jedna osoba. Podaliśmy jej imię, nazwisko i numer telefonu.

Facet wychodzi sobie parę razy dziennie po piwko, bo jest alkoholikiem, w dupie to ma, że był przez nas powiadomiony, że jesteśmy chorzy i musi pozostać w domu. Sam kaszle i pluje, ale co tam - hulaj dusza, w dupie ze wszystkimi, on browara musi mieć, podczas gdy mamusia załatwia mu wolontariusza, aby przyniósł synkowi pod drzwi jedzonko... No ku#!a mać! Coś jeszcze lepszego powiem - gdy po paru dniach udało się go zgłosić do sanepidu, dzięki czemu jest w końcu formalnie na kwarantannie, zadzwoniliśmy na policję zgłosić, że on parę razy dziennie wychodzi po piwo. Komisariat oddzwonił i stwierdził, że nic z tym nie zrobią, bo tym zajmuje się inna placówka - która z kolei nie odbiera telefonów, sanepid też kieruje nas gdzieś... Nic, wielka olewka, a on będzie tak sobie wychodził, dopóki wystarczy mu kasy.

Uprzykrza nam życie swoim pijaństwem, obsikiwaniem całej łazienki, nocnym wyciem... już nie będę mówić o zapachu, jaki po sobie pozostawia, przechodząc obok. Nieprzestrzeganie kwarantanny bezkarne, jak i zakłócanie spokoju domowników - czy to w dzień, czy w nocy. Policja reagować nie zamierza, bo to niska szkodliwość jest. Żeby ktokolwiek z mundurowych się tym panem zainteresował, musiałby nas chyba pozabijać.

Pozdrawiam i bardzo dziękuję za ten cały system i rządzących, którzy takie komedie tworzą.

#pYtTZ

Kiedyś umówiłem się na randkę z bardzo ładną dziewczyną, która sama podeszła do mnie w pubie. Zaprosiłem ją do restauracji, a gdy przyszło mi zapłacić za posiłek, okazało się, że mój portfel zniknął. Najadłem się sporo wstydu, ale moja partnerka okazała się wyrozumiała i pokryła koszt naszej „randki”, słodko śmiejąc się, że równość między płciami polega też na tym, że czasem kobieta powinna zapłacić za jedzenie faceta, który się jej podoba. Miałem nadzieję, że uda się nam spotkać jeszcze raz. Niestety, nie odbierała moich telefonów, a jedyne co mi po niej zostało, to nasz selfik, który zrobiłem przed wyjściem z lokalu.
Portfela nie znalazłem. Już pół biedy z pieniędzmi – sporo czasu zajęło mi wyrabianie dowodu osobistego, prawa jazdy, kart do bankomatu itp.

Parę tygodni później podzieliłem się z kolegą moim smutkiem związanym z nieudanymi próbami skontaktowania się z tą piękną niewiastą. Przy okazji pokazałem mu nasze wspólne zdjęcie. „O, stary! Znam ją! Poszliśmy kiedyś na piwo. Przypał był straszny, bo mi tego dnia portfel ktoś ukradł i nie miałem jak zapłacić!” - krzyknął kolega.
I wtedy coś do mnie dotarło...

#SiStN

Ludzie śmieją się ze mnie ze względu na mój tatuaż - znajduje się na przedramieniu i widnieją tam dwie "zniekształcone ręce" i imię Franek. 
Nigdy go nie ukrywałam, wręcz przeciwnie. W szkole byłam wytykana palcami, pytali mnie, czy robiłam go po pijaku, a nawet trafiłam na stronę typu "najbardziej nieudolne tatuaże". W miejscach publicznych ludzie pytali, jak mogłam to zrobić, przecież zostanie mi na całe życie, a z tym "chłopakiem i tak się rozejdę".

Kiedy miałam 4 lata, śmierć przeleciała mi przed oczami. Pokój, w którym spałam, zapalił się. Na całe szczęście zjawił się mój bohater, który wyniósł mnie z płonącego pomieszczenia. Na nieszczęście poważnie poparzył sobie dłonie. Stracił trzy palce i nie mógł już dalej grać w siatkówkę - co było jego pasją. Mój bohater sprawował nade mną opiekę, troszczył się jak ojciec - którego nie miałam, pomagał odrabiać lekcje, chodził na wywiadówki, pomagał, pocieszał. Mimo okropnych obrażeń jakich doznał, by mnie uratować, nie załamał się, wiecznie był uśmiechnięty i zawsze powtarzał, że "są rzeczy ważne i ważniejsze".

Rok temu mój wzór do naśladowania zmarł. 
Franek, mój ukochany braciszku, okropnie za Tobą tęsknię...

#Q9lVM

Kilka lat starałam się z narzeczonym o dziecko. W końcu zaszłam w ciążę. Okazało się, że nasze upragnione dziecko ma wadę letalną, zespół Downa z ciężką wadą serduszka. Był tak zniekształcony, że prawdopodobnie zmarłby kilka godzin po porodzie, jeżeli udałoby się w ogóle donosić tę ciążę.
Cała rodzina wiedziała, że jestem w ciąży. Cała rodzina cieszyła się z wieści, że w końcu zostanę mamą.
Po kilkunastogodzinnych rozmowach z narzeczonym zdecydowaliśmy się na aborcję. Tego co się działo w gabinecie nie zapomnę chyba do końca życia. Jako że płód był już bądź co bądź duży (26 tydzień), podali mi jakieś leki rozkurczowe, podpięli pod kroplówkę i kazali mi leżeć i czekać. Po kilkunastu godzinach urodziłam syna. Nie chciałam nawet na niego patrzeć, kazałam go zabrać pielęgniarkom ode mnie. Nie nadałam mu imienia, nie zrobiłam mu pochówku, dalszym znajomym i większości rodziny powiedziałam, że poroniłam. Tylko dwie osoby wiedziały o tym, że usunęłam ciążę i oczywiście było gadane, że po co, a co jakby się urodziło zdrowe? Otóż nie mogło się urodzić zdrowe, byłam konsultowana z kilkunastoma ginekologami.

W tamtym roku w końcu zaszłam w upragnioną ciążę i urodziłam piękną, zdrową córeczkę. Chcemy mieć z narzeczonym jeszcze przynajmniej jedno dziecko, jednak po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego najzwyczajniej w świecie boimy się następnej ciąży. Boimy się tego, że dziecko może być tak samo uszkodzone jak tamto albo jeszcze gorzej.

#Imsmu

Sytuacja tragiczno-śmieszna.
Mój znajomy, załóżmy Andrzej, był po wypadku. Skoczył na główkę do wody i nie mógł ruszać nogami, lecz była to kwestia kilku lat rehabilitacji i Andrzej znów mógłby chodzić, nie tak sprawnie jak przed wypadkiem, ale prawie tak samo.

Siedzieliśmy u niego i graliśmy w jakąś grę (było to może dwa tygodnie od wypadku), przychodzi jego mama i mówi: 
- Andrzej, idź spać, bo jutro nie wstaniesz.

Pierwszy raz od wypadku widziałem, żeby Andrzej był taki uchachany.

#ylmzB

Robiłam dziś porządki w szafie i w ręce mi wpadła teczka z rysunkami mojego dziecka, a jeden z nich przypomniał mi pewną historię.

Syn chodził do podstawówki uznawanej za jedną z lepszych szkół w mieście - dzieciaki wygrywały konkursy, olimpiady, zawody sportowe itp. Modne wśród lekarzy czy prawników, ogólnie elity miasteczka, stało się umieszczenie swego dziecka właśnie w tej szkole. Doprowadziło to do chorego wyścigu między dzieciakami, do przesadnej rywalizacji. Już w najmłodszych klasach nieważne było koleżeństwo, ważne było by dostać piątkę i być najlepszym. O ile poziom wiedzy dzieci był możliwy do zbadania i niepodważalny, to na plastyce i zajęciach technicznych działy się cuda... Jeśli dzieci miały zrobić makietę domu, to niektóre makiety wyglądały jakby wyszły spod ręki architekta, a obrazy i portrety śmiało można by wieszać na ścianach muzeów. Piątki się sypały na prawo i lewo, prawie wszystkie dzieciaki miały same bardzo dobre oceny. Prawie, bo mój syn malował swoje prace samodzielnie, a że talent, a raczej jego brak, odziedziczył po mnie, to wysokich ocen nie dostawał, wręcz przeciwnie.

Tak się złożyło, że syn trochę chorował i całkiem zapomniał o namalowaniu obowiązkowej pracy na jakiś konkurs. Przypomniało mu się, gdy już zasypiał w łóżku, wpadł z płaczem do mojego pokoju i wykrztusił, że pracę trzeba zrobić, bo inaczej będzie jedynka. Co było robić, postanowiłam ten jeden jedyny raz syna ratować i sama złapałam za pędzel. Siedziałam ze dwie godziny, skończyłam w nocy, ale dzieło wyglądało całkiem nieźle, więc ze spokojnym sumieniem poszłam spać. Rano syn wziął malunek i poszedł do szkoły, pani na plastyce prace zebrała, jedynki młody uniknął, sprawa zakończona. Prawie...

Okazało się, że rodzice jak zwykle się wykazali i dzieciaki poprzynosiły arcydzieła malarskie, ale miarka się przebrała. Szkolna komisja konkursowa stwierdziła, że na pierwszy rzut oka widać, że prace są niesamodzielne, że nie zostały wykonane przez uczniów, tylko przez rodziców, a że celem nauki ma być zdobycie odpowiednich umiejętności przez uczniów, to wszystkie te piękne prace zostały odrzucone. Wszystkie prócz jednej - pracy mego syna. Komisja stwierdziła, że mimo ewidentnego braku talentu autora widać, że praca jest samodzielna, dlatego jako jedyny będzie reprezentował szkołę w konkursie...

Ani syn, ani ja nigdy nie wyjawiliśmy prawdy - mnie było wstyd, a syn chciał utrzeć nosa kolegom, więc trzymał język za zębami, choć do dziś, już jako młody dorosły człowiek, ze śmiechem wypomina moje umiejętności plastyczne.
Dodaj anonimowe wyznanie