#InLCq

Z kumplami mamy czasem gówniarskie pomysły.

Rok temu na rozpoczęcie wakacji przebraliśmy się za piratów, kupiliśmy rum i wypożyczyliśmy sobie rowerek wodny. W pewnym momencie coś mi zaczęło chyba mocniej do głowy uderzać, bo gdy zobaczyłem w oddali jakąś parę z dzieckiem, krzyknąłem do reszty moich kamratów: "CHŁOPAKI! KUHHWA! ABORDAŻ!".
Wiele nie myśląc podpłynęliśmy możliwie blisko, a ja, myśląc jeszcze mniej, przeskoczyłem na rower rodzinki z pirackim okrzykiem.

Oczywiście koledzy szybko zawinęli z powrotem do "portu", a ja wraz z tą rodzinką spędziłem 20 najbardziej krępujących minut mojego życia.

#zhgzC

Relacje z moją mamą były różne, ale zawsze starała się ze mną rozmawiać na wszystkie tematy. Od zawsze miałyśmy umowę, że zanim gdzieś pójdę czy podejmę decyzję, spytam co ona o tym myśli.

Pewnego dnia, mając około 10- 12 lat, bawiłam się na podwórku. Podszedł do mnie dorosły mężczyzna i powiedział, że jestem śliczną dziewczynką, spytał, czy chcę być modelką. Mówił, że ma studio i tam zrobimy kilka zdjęć. Ja się ucieszyłam, że zostałam tak doceniona. Powiedziałam mu, że skoczę do mamy, powiem gdzie idę i już będę gotowa do wyjścia. Jak się domyślacie po ''fotografie'' nie było śladu, kiedy moja roztrzęsiona mama zbiegła na dół rozprawić się z nim.
Dzięki jej wychowaniu uniknęłam traumy na całe życie. Dziękuję, mamo :)

#VFmNL

Współlokator mojego chłopaka pojechał do swoich rodziców na weekend, więc wieczorem, po spotkaniu z przyjaciółmi, nieco podpici przyszliśmy do mieszkania i od razu zabraliśmy się do amorów. Wreszcie mogłam jęczeć, krzyczeć i pozwolić sobie na rzucanie świńskimi tekstami (mojego chłopaka bardzo to kręci, mnie w sumie też). Cała „akcja” trwała dobre pół godziny i zwieńczona została bardzo głośnym finałem.

Po wszystkim, kiedy już leżeliśmy zasapani, z kuchni znajdującej się tuż za ścianą dobiegł nas głos: „Jezusie najsłodszy, co to kur#a było?!”.
Jednak nie pojechał do swoich rodziców na weekend.

#EocTS

Dwa lata temu poznałam swojego wymarzonego mężczyznę. Jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało, taka była prawda. Tomek jest miły, troskliwy, inteligentny i czuły. Trzy miesiące temu oświadczył mi się, a ja się zgodziłam. Dzisiaj zastanawiam się, czy nasze wspólne życie jest w ogóle możliwe.

Tomek jest wdowcem. Jego żona zginęła w wypadku, zostawiając go samego z trzyletnią córeczką. Kamilę kocham bardzo – Tomek żartuje czasem, że bardziej od niego – ale jego zmarłej żony, mimo że nigdy jej nie znałam, zaczynam powoli nienawidzić.

Rodzice A. po jej śmierci całkowicie się załamali. Tomek dużo pracuje, nie był w stanie sam zająć się córką, więc poprosili, by przeniósł się do nich. Zamieszkali razem – duży dom, kiedy chcą, nie wchodzą sobie w drogę. Tomek nie ma rodziców, z teściami jest bardzo zżyty. Kiedy zaczęliśmy omawiać wspólne życie, byłam zaskoczona - zaproponował, byśmy zamieszkali wszyscy razem. Rodzice A. lubili mnie i akceptowali. Zgodziłam się.
Nie powinnam była tego robić.

W domu, który niedługo będzie moim własnym, czuję się jak gość. Nieustannie poprawiana, porównywana, ganiona. A. inaczej gotowała makaron. A. nie malowała się tak mocno. A. mówiła, że dziecka nie należy przegrzewać, A. zdjęłaby małej te spodnie.
A. nie żyje, a jest w naszym życiu stale. Wiedziałam, że w pewnym sensie tak będzie i akceptowałam to, ale ostatnio... Matka A. oczekuje, że ślub wezmę w sukni, którą nosiła A. Jej ojciec stale dziwi się, że nie umiem rysować – A. bardzo lubiła to robić.
Kamila nazywa mnie mamą. To czyni mnie szczęśliwą, ale... Tomek już dwa razy nazwał mnie imieniem A. Bardzo przepraszał. A potem zrobił to znowu.

Sama nie wiem, to wszystko może są dla kogoś bzdury.
To zdziwienie, że używam innych perfum i nie chciałam wziąć tych po A. - przecież perfumy się nie przeterminowały, o co mi chodzi? Inaczej ścielę łóżko, mówię do niego "skarbie", a nie "kochany".
Wszystko robię inaczej.
Inaczej niż robiła to A.
Zaczynam nienawidzić martwej kobiety, tkwię w sytuacji, którą nie wiem jak rozwiązać, wszelkie próby rozmowy, czy z Tomkiem, czy rodzicami A. nic nie dają. Przesadzam. Wyolbrzymiam. A. nie była taką histeryczką.

#KnGM3

Jestem w 9 tygodniu ciąży. Teściowa ciągle wypytuje, czy to chłopiec czy dziewczynka. Tłumaczymy jej, że to za wcześnie by stwierdzić, jednak ona ciągle swoje.

Wczoraj dla spokoju odpowiedziałam jej, że na 50% chłopak. Odpowiedź uradowała mamusię, do tego stopnia, że zadzwoniła do swojej siostry, by się pochwalić. Dopiero ona sprowadziła ją na ziemię i wytłumaczyła jak działają procenty ;)

No cóż, teściowa ma focha, a ja święty spokój ;)

#DOIU4

Jakieś dwa lata temu byliśmy ze znajomymi większą grupką w zoo. Ciepły dzień, ludzi dużo. Na wejściu do zoo można wypożyczyć takie drewniane wózeczki. Dziecko może w takim siedzieć, a rodzic ciągnie wózek i wozi dzieciaka.

Szliśmy sobie po chodniku, analizując mapkę. Przed nami szedł między innymi pan, który ciągnął za sobą około 2-letniego dzieciaczka, na takim właśnie wyżej wymienionym wózeczku. W pewnym momencie facet dość niedbale szarpnął mocno wózkiem przy próbie ominięcia kogoś przed sobą i... dzieciak wypadł z wózka twarzą na chodnik. Mały podniósł się oszołomiony, patrzy pytająco na ojca, jakby sam nie wiedział, czy sytuacja jest poważna i można płakać, czy może jednak nie.
Ludzie wokół patrzą na faceta ze wzrokiem pełnym chęci mordu. Facet przerażony, stoi jak stał, podrapał się po głowie i rzecze z lekkim oburzeniem: SZYMEK, ALE MÓW JAK WYSIADASZ!

Ludzie wokół jak stali wściekli na faceta, tak prychnęli. Dzieciak nawet nie zapłakał :D.

#BUlK4

Kiedyś siedziałam sobie z przyjaciółmi w pizzerii (pozdro Andrzej i Karol) i czekaliśmy na pizzę.

Siedziałam dokładnie naprzeciwko otwartych drzwi wejściowych.

W pewnym momencie obok pizzerii przechodziło kilku policjantów. Jeden z nich spojrzał na mnie, a ja w tym momencie... pokazałam mu język.
Zanim się zorientowałam, co właściwie zrobiłam (dorosła kobieta!), policjant zawrócił, zatrzymał się, pokazał mi język i zwiał.

#65Pqy

Historia nie do końca anonimowa, bo opowiadam ją wszystkim znajomym, ale na tyle ciekawa i zaskakująca, że postanowiłam opisać ją też tutaj.

Mój mąż musiał ostatnio wyjechać na parę dni z domu. Postanowiłam go przywitać pyszną kolacją z winkiem, a że winko było w dużej promocji i zostały ostatnie sztuki, to wzięłam od razu trzy butelki.
Wychodzę obładowana ze sklepu, widzę, że zbierają się czarne chmury, ale miałam nadzieję, że zdążę jeszcze przed deszczem, więc idę do domu. Przeliczyłam się - po dwóch minutach zerwała się straszliwa ulewa. Niestety nie miałam się gdzie schować przed deszczem, nie miałam przy sobie parasola ani nawet kaptura, tak że idę dalej i moknę (odeszłam na tyle daleko od sklepu, że nie opłacało mi się już wracać). Włosy przyklejają mi się do twarzy, a jako że mam w obu rękach ciężkie torby (ach, ta promocja na wino), to nie mam ich nawet jak odgarnąć, po policzkach spływa mi tusz, ale chociaż do domu coraz bliżej.

Nagle zatrzymuje się przy mnie samochód (widać, że drogi) i kierowca, młody chłopak, pyta się, czy mnie nie podwieźć. Nie wiem co mną wtedy kierowało, ale zgodziłam się i wpakowałam mu się z tymi ciężkimi torbami na tylne siedzenie. Powiedziałam mężczyźnie gdzie mieszkam, pogadaliśmy o deszczu i po chwili byliśmy u mnie pod domem.
Podziękowałam za podwózkę i wysiadam z samochodu i akurat w tym samym momencie ze swojego samochodu wysiadł mój mąż. Widać, że zszokował go widok mnie, ociekającej wodą, z rozmazanym makijażem, wysiadającej z jakiegoś super auta. Mąż patrzy na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, ja w milczeniu podnoszę w górę siatkę z ziemniakami (chyba stwierdziłam, że jak zobaczy te ziemniaki, to od razu zrozumie co się dzieje, bo kto by jeździł z właścicielem takiego auta na randkę kupować ziemniaki).

Wtedy też z samochodu wysiadł kierowca i mówi, że żeby nie było nieporozumień, to on od razu mówi, że mnie tylko podwiózł, żebym nie mokła. Mój mąż jak zobaczył kierowcę, to oczy mu się zaświeciły, od razu mu podziękował i zaprosił go na kawę. Ten najpierw odmówił, a po chwili powiedział, że w sumie czemu nie. Mąż odebrał ode mnie torby i przy okazji mówi mi, że ten facet to Iksiński, piłkarz. Ja piłką nożną się nie interesuję, tylko czasem obejrzę jakiś mecz reprezentacji, więc go nie poznałam (chociaż czasem gra w reprezentacji, ale nie w głównym składzie).

Mężczyzna wyjaśnił, że przyjechał na parę dni do rodziców, a że już od dawna z nimi nie mieszka, to się odzwyczaił od ciągłego siedzenia w domu i musiał na trochę wyjść. Wszystko zamknięte, to stwierdził, że sobie chociaż po mieście autem pojeździ.

Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy, on nawet pograł z moim mężem w Fifę, pobawił się z naszym psem, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie na pamiątkę i pojechał.

Taka pozytywna historia o tym, że nie każdemu odwala od kasy i że jednak warto ufać ludziom :)

#Bgvk2

Przez kilka lat byłem prezesem dużej firmy, która zajmowała się programowaniem i projektami graficznymi opartymi o istniejące rozwiązania programowe. Tworzyliśmy wizualizacje, animacje, grafiki, strony itd. Firma zajmowała całe piętro biurowca – 15 różnych pomieszczeń i zatrudniała 50 osób. Ponieważ bardzo naciskaliśmy na ład i porządek, każdy miał swoją turę „utrzymania porządku”, ażeby nie utrzymywać osób z działu utrzymania porządku i móc przeznaczyć zaoszczędzone środki na lepsze wypłaty (taka polityka firmy – działała). I w związku z tym każdy miał swój dyżur z miotłą. Ja także.

Pewnego dnia robię „rejony”, sprzątam biuro projektowe i myję podłogę przy stanowisku młodego, wysokiego chłopaka, który akurat wykonuje swoją pracę. Tego człowieka nie znałem. Sprzątam i zerkam... zerkam... gość się męczy z zadaniem i denerwuje. Obserwuję go kątem oka i widać, że popełnia ten sam błąd.
- Weź wrzuć ten asset w katalog silnika, potem skonwertuj z poziomu programu, to zadziała – doradzam człowiekowi.
Gość obraca głowę, robi dziwną minę i rzuca mi pełne nienawiści spojrzenie.
- Czy wyglądam, jakbym chciał słuchać rad od kolesia z miotłą? Ogarniaj swój syf!
Wracam do swojego zajęcia, tańczę z mopem.

Dwie godziny później mamy spotkanie rady nadzorczej i przedstawiają mi dwa nowe nabytki, czyli nowych pracowników. Jednym z nich jest pan, który wcześniej mnie zrugał.
Jego mina, gdy stał w sali konferencyjnej, była bezcenna. Tego nie da się zapomnieć.

Nie został zatrudniony. Wyjaśniłem mu, że szanujemy każdą pracę i nie ma miejsca na podziały – człowiek dbający o nasze otoczenie jest równie ważny, co prezes albo projektant.

#zoXsu

Pracuję w dużej, międzynarodowej firmie (pracują u nas ludzie dosłownie z całego świata). W firmie zdominowanej przez mężczyzn, poniekąd ze względu na charakter pracy, który powiązany jest z koniecznością posiadania uprawnień do obsługi różnych maszyn i pojazdów. Kobiet niebojących się takich wyzwań jest poza mną garstka, choć sporo jest kobiet od różnych prac biurowych.

Kiedy zwolniło się stanowisko osoby koordynującej pracę mojego działu, poszłam do szefa, aby przekonać go, że to właśnie ja najlepiej się na nie nadaję. Do rozmowy przygotowałam się dobrze, więc gdy szef początkowo próbował mnie zbyć, ani na chwilę nie spuściłam z tonu, podając kolejne argumenty poparte moimi konkretnymi osiągnięciami i dowodami ciężkiej pracy dla firmy. Dostałam to stanowisko. Ostrzyło sobie na nie zęby kilku mężczyzn, gdyby nie fakt, że szef jest zadeklarowanym gejem żyjącym w oficjalnym związku z mężczyzną, na 100% gadano by, że awans dostałam przez łóżko.
I tak nie obeszło się bez głupich uśmieszków i gadania za plecami, że pewnie wzięłam go na litość i sobie to wybłagałam.

Wszystko szło wzorowo, a ja radziłam sobie świetnie, mimo iż panowie zazdrośnicy co jakiś czas próbowali robić mi różne psikusy, żeby mi to utrudnić, ale nic z tego.
Każda kobieta o twarzy anioła i diabelskim charakterze wie, że od najmłodszych lat uczysz się jak sobie radzić z ludzką zawiścią i stereotypami, próbującymi upchnąć cię w szufladce słodkiego, głupiutkiego szczeniaczka (nawet mój mąż przyznaje, że takie miał skojarzenie, jak pierwszy raz zobaczył moje sarnie oczęta ;)).

Ale do sedna.

Pewnego dnia gorączka rozłożyła mnie na dobre, a że nastały już czasy "zostań w domu, nie zarażaj", spędziłam 3 długie tygodnie w domu. Summa summarum, szef musiał znaleźć kogoś na zastępstwo, pracy tej nie da się wykonywać zdalnie, poza tym czułam się naprawdę bardzo źle.

Oczywiście moi dawni konkurenci rzucili się w te pędy, udowodnić kto jest najlepszy. Szef każdemu dał szansę i okazało się, że żaden z nich się do tego nie nadaje. Mało tego, jeden tak namieszał, że firma poniosła sporą stratę finansową + opiernicz bardzo dużego kontrahenta, przyjeżdżali "garniaki z centrum dowodzenia" (z głównego zarządu) i wszystkim solidnie dostało się po uszach, było nawet straszenie zwolnieniami.

Kiedy wróciłam, nie było już uśmieszków. Parskania za plecami. Padło tylko "fajnie, że już jesteś".
Ktoś przyniósł czekoladki, ktoś kwiatki.

Morał z tego taki, że codzienne zapracowywanie się nie sprawi, że zostaniesz dostrzeżony. Zostaniesz dostrzeżony, jak cię zabraknie.

A o swoje trzeba w życiu walczyć, ale to chyba każdy już wie.
Dodaj anonimowe wyznanie