#nvUBI

Jak swojej teściowej jakoś specjalnie nie lubię, to szanuję za to, jak potrafi sobie wszystko poukładać.

A było to tak: zadzwonili do niej jacyś ludzie, że ma szkodę na działce (to nic, że teściowa nie nie ma żadnej działki), bo się okazało, że działkę jej ktoś niby przekazał czy coś tam. I teściowa od razu kapnęła się, że to jakiś przekręt, ale postanowiła pociągnąć temat. Poinformowali ją, że musi wpłacić jedynie 800 zł na jakieś ubezpieczenie i będzie wszystko OK. Powiedziała, że wpłaci, ale ma tymczasowo zablokowany telefon i musi go odblokować, aby zrobić przelew...
I kolesie zapłacili jej kartę pre-paid na telefon za 25 zł.

Podsumowując: moja teściowa zrobiła scammerów na kasę :D

#gGSHx

Mój tata uraczył mnie taką oto historią, która przydarzyła się jego wujkom.
Oboje noszą sztuczne szczęki, co jest dość istotne w kontekście historii.

Pojechali razem nad morze, wiadomo, plaża, Bałtyk, do wody wejść trzeba. Jako że fale były tego dnia dosyć duże, jeden z wujków przewrócił się i zgubił... nie, nie kąpielówki, okulary czy cokolwiek, właśnie swoją szczękę.
Zaskoczenie, panika, bo jak to tak, bez zębów?!

Woła do pomocy drugiego wujka:
- Włodek, zęby zgubiłem! Chodź, pomóż mi szukać!
A że wspomniany Włodek to taki śmieszek, postanowił zrobić drugiemu żart. Wyjął swoje zęby, włożył do wody, demonstracyjnie wyjął i krzyknął:
- Patrz, Józek! Mam! Znalazłem!
Józek ucieszony, wkłada szczękę, ale coś mu nie pasuje, wiadomo, każda szczęka pasuje tylko właścicielowi.
- Łe tam, nie moja - rzekł, po czym wyrzucił ją, daleko, daleko w morze...

Żadna ze szczęk się nie znalazła, obydwaj do końca wakacji byli skazani na zupki i budynie :D

#4Bvqc

Właśnie zdałem sobie sprawę, jak to jest być przegrywem.

Na Facebooku napisała do mnie znajoma z zapytaniem, jak powinna poderwać kolegę.
Zażartowałem kilka razy, że "na kasztana", "małe kotki w piwnicy" etc... To dla niej krępująca sytuacja, bo od zawsze wszyscy się w niej zakochiwali i bardzo mnie bawiło, że trafiła wreszcie kosa na kamień. Jak już byłem usatysfakcjonowany poziomem zażenowania koleżanki, pomyślałem poważnie co mogłaby zrobić.
Wpadł mi do głowy pomysł, żeby zaprosiła go do siebie, pod pretekstem pomocy w odkręceniu kolanka, wymiany żarówki, zamontowania szafki czy czegokolwiek innego i zagrała trochę na jego poczuciu męskości.
Wiecie, taka szopka w stylu "niewiasta w opałach".
Wtedy coś zrozumiałem...

Kilka miesięcy temu inna koleżanka zaprosiła mnie do siebie, żebym jej pomógł w zawieszeniu w pokoju tablicy korkowej.
No to ja hyc, wiertarka pod pachę, poziomnica do plecaka, wkręty i kołki w kieszeń i jadę.
Na miejscu pukam. Ona w makijażu i z pięknie ułożonymi włosami. Wchodzę i widzę zawieszoną tablicę korkową.
- A, bo wiesz, jakoś sobie poradziłam. Ale skoro już tyle się najechałeś, to może się chociaż kawy napijesz?
A ja, jako tępa strzała, odpieram:
- Nieee no, wiesz, w zasadzie już piłem. Nie będę ci zawracał głowy i w ogóle.
- Okej...
I poszedłem.

Ironii dodaje fakt, że trochę się w niej wtedy podkochiwałem. Znajoma, która chciała pomysłów na podryw się uśmiała, a ja ostrzegłem ją, żeby przed użyciem tej metody upewniła się, że podrywany nie jest baranem.
Pamiętajcie, dziewczyny, mężczyźni równie często są pomocni, co niedomyślni.

#VSJN7

Lubię kawę. I to do tego stopnia, że jedną z szafek w kuchni poświęciłem na kolekcję moich kawowych zdobyczy. Są tu odmiany naprawdę bardzo rzadkie, z różnych zakątków świata, prażone w odpowiedni sposób, mielone, ale też np. różne egzotyczne mieszanki. Do tego pokaźny zestaw mleczek, słodzików, a nawet kilka specjalnych kubeczków. O tej pasji wie mój pięcioletni syn, który ostatnio bardzo tematem się interesuje, więc wyjaśniłem mu, że kawa to taki napój, który piją dorośli i że ja osobiście bardzo lubię zarówno jego smak, jak i energetyzujące działanie kofeiny. Powiedziałem mu też, że jak już będzie starszy, to dam mu spróbować.

Jakiś czas temu zostałem wezwany przez panią dyrektor z przedszkola, do którego Młody uczęszcza. Okazało się, że od kilku dni moja pociecha rozpowiadała na lewo i prawo, że jestem wielkim amatorem kokainy, która działa na mnie energetyzująco. Nie omieszkał też dodać, że jak dorośnie, to tata poczęstuje go tym specyfikiem...

#6jlL5

Moi rodzice nigdy za bardzo o mnie nie pamiętali, zajęci byli moim starszym bratem.
Wczoraj były moje 18 urodziny, nie wyprawiałam żadnego przyjęcia, bo nie mam zbyt wielu znajomych. W domu nikt nawet nie pamiętał, niezbyt się tym zmartwiłam. Zadzwoniła do mnie moja babcia, która jako jedyna o mnie pamiętała, powiedziałam jej, że nie świętuję tego dnia, więc zaprosiła mnie do siebie. Gdy do niej przyjechałam, dała mi 100 zł, nie chciałam przyjąć tego prezentu, bo wiem jak ciężko jest utrzymać się z renty. Babcia nalegała, więc szybko skoczyłam do sklepu obok, kupiłam wino i czekoladki.

Od babci wróciłam dziś rano. Od razu jak weszłam, moja mama czekała na mnie w salonie, myślała, że wracam z jakieś imprezy, a że było mi to zabronione, zrobiła mi awanturę. Padły słowa:
- Jak będziesz miała 18 lat, to będziesz mogła sobie wychodzić.
Więc uświadomiłam jej, że od wczoraj jestem już pełnoletnia. Strzeliła buraka, a jej mina była nie do opisania :)

#cQj3g

Na studiach mieliśmy wykładowcę z ekonomii, który był najbardziej zatwardziałym szowinistą, jakiego znam. Jego pogarda dla płci pięknej była wręcz absurdalna. Złośliwe uwagi na temat kobiet, niestosowne żarty i tyrady na temat niedoskonałości kobiecego umysłu – to była norma i w zasadzie nikt się tym nie przejmował, bo facet w gruncie rzeczy był naprawdę znakomitym nauczycielem. Raz jednak zrobił numer, który na trwałe zapisał się w historii naszej uczelni.

Jako że wykład był dość późno, razem z grupą znajomych zgadaliśmy się na przerwie, aby kolektywnie dać dyla z zajęć. Nasze narady usłyszało paru innych chłopaków i wkrótce z gromadki pięciu kumpli zrobiła się wataha 20 facetów. W rezultacie cała męska część naszego roku, która miała uczestniczyć w zajęciach, pomaszerowała na piwo, zostawiając na pastwę wykładowcy same dziewczyny.

Profesor wszedł do auli, starł tablicę, otworzył dziennik, wyciągnął z szafki książki i położył je na swoim biurku, dostojnie odchrząknął i powoli przejechawszy wzrokiem po sali, mruknął: „A co to? Nikt nie przyszedł?”. Następnie zamknął dziennik, schował książki do szafki i bez słowa wyszedł z sali… Podobno dziewczyny przez dłuższą chwilę siedziały w ciszy, próbując zrozumieć co się właśnie stało.

#WTVaO

Idę ulicą. Moje 134 kg cielska tańczy pod ubraniami niby osobna istota. Łapię pogardliwe spojrzenia. Na prawo jakaś kobita się krzywi. No tak, idę i jem. Grubasom nie wypada jeść, wiecie? My żyjemy powietrzem. A przynajmniej, zdaniem społeczeństwa, powinniśmy.
Ignoruję. Staram się dalej uśmiechać.
Przecież nie pokona mnie krzywe spojrzenie.
Za dużo już przeszłam, żeby się przejmować.

Jadę autobusem. Poluję na siedzenie, jakby było wybawieniem.
Jakaś starsza pani sapie mi nad uchem. Udaję, że jestem w ciąży, żeby nikt mnie nie zgonił. Jak się odezwę, będzie źle. Nie należę do miłych osób, jestem wredna i pyskata. Nie mam ochoty psuć sobie dnia.
Dzieciaki na tyle śmieją się z wieloryba. Chyba ze mnie? Nie wiem, ignoruję.
Za dużo już przeszłam, żeby się przejmować.

Siedzę w poczekalni w szpitalu, czekam na tomografię. Dosiada się do mnie jakiś starszy pan. I narzeka. To go boli, tamto, a bo już miał taką poważną operację. Proponuję mu, żeby się uśmiechnął. Zbywa mnie pogardliwym spojrzeniem i, tradycyjnym już, "pani młoda, zdrowa, pani nic nie rozumie".
Milczę, ignoruję, łapię swój stan zen. Nic nie wytrąci mnie z równowagi.

Dosiada się kobieta, również niezbyt młoda. I narzeka. Bo ciągle ją wenflon boli, bo ciągle glukozę dostaje i w ogóle jest strasznie, bo ma guza na trzustce i tak bardzo się boi. Nucę sobie coś pod nosem, grzebię w telefonie, oglądając wzory zaproszeń. Lada chwila biorę ślub. Cała moja dusza śpiewa, ciężko to utrzymać w sobie. Zatem i ustami coś tam się wypsnie.
Pani nie ustaje w marudzeniu. Prosi, abym przestała nucić. Bo nie wypada, bo ona nie jest w nastroju, bo może ma raka.
Staram się ją podnieść na duchu, ale nie wychodzi. Ona wie lepiej.
"Bo co może wiedzieć dziewczyna grubo przed trzydziestką? Taka roześmiana, żwawa, szczęśliwa?"
Ignoruję. Za dużo przeszłam...

Nie opowiadam już o sobie ludziom spotkanym na ulicy, w sklepie, czy w szpitalu.
Chcę zapomnieć.
Chcę zapomnieć, że w ciągu dwóch lat więcej czasu spędziłam w szpitalach niż w domu. Chcę zapomnieć o chemioterapii, o operacji, podczas której przestało działać znieczulenie.
Nie chcę pamiętać, że byłam młodą, zgrabną dziewczyną, pełną siły i energii. Nie mówię już nikomu, że przez chemię w ciągu roku przytyłam 50 kg.

Mam więcej guzów w ciele niż włosów na głowie.
Nie przy każdej chemii się łysieje. Nie muszę nosić chustki, czapki czy peruki.
Chciałabym schudnąć, ale najmniejszy spadek wagi jest "korygowany" sterydami.

Cieszę się życiem, które mi zostało. Dawali mi pół roku życia. Z tą informacją przeżyłam ostatnie dwa lata.
Nie jestem zdrowa, jeszcze nie jestem (a może nigdy nie będę?).
Ale to nie zmienia faktu, że jestem człowiekiem.
Każdemu należy się szacunek.
Nawet wielorybowi, któremu sadełko trzęsie się przy każdym kroku.

#GgOMH

Jako dziecko dosyć wcześnie domyśliłem się, że Święty Mikołaj nie istnieje. Doszedłem do wniosku, że musi być jakieś racjonalne wytłumaczenie pojawiania się prezentów pod moją poduszką. Jednak nie dzieliłem się swoimi podejrzeniami z rodzicami. Bałem się, że ta informacja będzie dla nich szokiem, jako że tak zawzięcie wierzyli w Świętego Mikołaja.

Rok I
Upewniłem się co do swoich podejrzeń, gdy udając, że śpię, podejrzałem moją babcię podkładającą prezent. Moja babcia mieszkała z nami w jednym domu.

Rok II
Moi rodzice jak zwykle z wielkim entuzjazmem opowiadali mi o nadchodzącej wizycie Mikołaja. Zacząłem się denerwować. Wyobraziłem sobie, jak im będzie smutno, gdy dowiedzą się prawdy. Dlatego też podjąłem decyzję, że zrobię wszystko, aby utrzymywać ich w nieświadomości.

W noc mikołajkową rodzice szybko poszli spać, więc trochę mi ulżyło. Mimo to nie zrezygnowałem z czuwania, żeby w razie czego zainterweniować. Jakieś dwie godziny po pójściu do łóżka zobaczyłem, że w łazience się świeci. Jak się okazało, był to mój tata. Powiedziałem mu, żeby wracał do łóżka, bo nie powinien chodzić nocą po domu. Zdziwił się, ale posłuchał.

Było blisko.

Rok III
Zdałem sobie sprawę, że środki podjęte rok wcześniej były niewystarczające. Istniało duże ryzyko, że rodzice dowiedzą się prawdy. Usłyszałem gdzieś, że ciepłe mleko z miodem powoduje senność. W wieczór przed Mikołajami poprosiłem babcię, żeby zagotowała mleko i nalała do dwóch kubków. Dodałem do tego dużo miodu i kazałem rodzicom wypić. Później uznałem to za skuteczne rozwiązanie, bo tamtej nocy nie było żadnych incydentów.

Rok IV
Od pewnego czasu miałem wrażenie, że moi rodzice robią się coraz bardziej sceptyczni. Raz mój tata skomentował reklamę proszku do prania, mówiąc, że to bzdura. Innym razem moja mama powiedziała, że nie ufa jakiemuś tam politykowi. Bałem się, że w końcu również prawda o Mikołaju do nich dotrze, a wtedy ich światopogląd legnie w gruzach.

Żeby zapobiec katastrofie, pomyślałem, że wymyślę wiarygodną teorię naukową, która potwierdzi istnienie Mikołaja. Posiłkowałem się książką dla dzieci, której tematyką była astronomia, fizyka, chemia i biologia.

Zrobiłem rodzicom wykład, na którym tłumaczyłem im, że Mikołaj umie niwelować grawitację, że lekceważy upływ czasu dzięki czarnym dziurom, że renifery zawdzięczają swoją szybkość modyfikacjom genetycznym, że skrzaty pochodzą od neandertalczyków, że NASA chce wykorzystać sanie Mikołaja do podróży kosmicznych, że Mikołaj używa gazu usypiającego. Miałem nadzieję, że dzięki temu rodzice utrzymają swoją wiarę w Mikołaja.

Dopiero w wieku 11 lat zdałem sobie sprawę, że rodzice nie wierzą w Mikołaja. Stało się to wtedy, gdy wreszcie powiedziałem babci, by nie udawała Mikołaja, bo miesza rodzicom w głowach.

#LoAp9

Pracuję w szpitalu jako sanitariusz medyczny. Fajna praca tak naprawdę, ale dla ludzi o stalowych nerwach.

Feralnego dnia musiałem zwieźć zwłoki do kostnicy. No i tak se jadę, jadę i nagle wózek wjechał w pęknięty kafelek i podskoczył... Plama krwi, a bezwładne ciało leży na ziemi. Podnieść to ciężko, więc szybko po inny wóz, by tam dać zwłoki, zmazać plamę... Aż się dziwię, że nikt tego nie widział. A potem ten strach, czy nie zostało nagrane, czy duchy będą mnie odwiedzać, bo nieboszczyk zaliczył glebę.

Na szczęście nikt nie widział, pracuję dalej.
I żaden duch mnie nie odwiedził.

#SXgWB

Mój pierwszy pocałunek? Bardzo proszę...

Sytuacja miała miejsce w ostatniej klasie gimnazjum. Z powodu ukończenia szkoły zorganizowaliśmy 3-dniowy wyjazd w góry wszystkich klas trzecich. Wśród masy nieznajomych mi osób był chłopak, nad którym od pewnego czasu trochę zbyt intensywnie myślałam. Rozmawialiśmy kilkakrotnie, ale nie była to jakaś zażyła znajomość... Do czasu. Nigdy nie myślałam, że przez 3 dni można się tak zbliżyć. Podczas wypraw w góry nie mogliśmy przestać ze sobą gadać, a w nocy on i jego koledzy siedzieli u nas w pokoju. Oczywiście cala ekipa już zdążyła zrobić z nas parę. Nie mówię, że mi to nie odpowiadało. ;)

Przyszedł czas wyjazdu. Postanowiliśmy usiąść razem. Mieszkamy na środku Polski, więc podróż powrotna autokarem trwała ok. 6 godzin. Żeby wyciągnąć z wycieczki jak najwięcej, wyjechaliśmy dopiero wieczorem. Kiedy zrobiło się już ciemno, większość uczniów, zmęczona nieprzespanymi nocami i kilkugodzinnymi wędrówkami, usnęła.
Jak pewnie wiecie, ciemność wspomaga miłosne uniesienia. Z nami było podobnie. Siedzieliśmy przytuleni, on szeptał mi słodkie słówka... I stało się. W pewnym momencie ujął moją twarz i pocałował. Byłoby idealnie, czyż nie? Gdyby nie to, że w tym momencie zakręciło mi się w nosie i musiałam kichnąć... Prosto w jego twarz. Wraz z moimi (zapewne zielonymi) smarkami, które rozbryzgły się mu po całej twarzy...

Gdy ktoś pyta o mój pierwszy pocałunek, palę buraka i mówię, że nie ma o czym opowiadać. Totalne upokorzenie.
Z moim przyszłym-niedoszłym chłopakiem straciłam kontakt po tej całej sytuacji. Może i lepiej...
I kto powiedział, że pierwszy pocałunek musi być romantyczny?

Żałosna M.
Dodaj anonimowe wyznanie