W czasie liceum w klasie maturalnej złamałam nogę, a wiadomo - przed maturą miesiąca wolnego od szkoły sobie nie mogłam zrobić.
Tato zaczął wozić mnie do szkoły autem, a odbierał a to wujek, a to mama.
Schody zaczęły się, i to dosłownie, w szkole.
Trudno było mi wejść na drugie lub trzecie piętro o kulach, poprosiłam o pomoc kolegę, który nawet nie odpowiedział i pobiegł dalej. Myślę - trudno, jakoś spróbuję, a tu
nauczyciel matematyki podaje moje kule mojej koleżance, a mnie bierze na ręce i jak gdyby nigdy nic niesie na drugie piętro na polski. Jakoś wydukałam podziękowania, próbując to przyswoić.
Przez cały miesiąc nosili mnie na zmianę nauczyciel matematyki razem z wuefistą.
Po maturze obaj nauczyciele dostali ode mnie po dobrym alkoholu i dużym dziękuję :)
Latem pracowałam jako kelnerka w jednej z restauracji nad morzem. Jak to w sezonie, mieliśmy oblężenie. Jednymi z klientów, z którymi miałam do czynienia było małżeństwo z kilkuletnią córką. Niby nic nowego, ale ta sytuacja była inna.
Dziewczynka już na pierwszy rzut oka była upośledzona. Gdy zajęli miejsca, a rodzice zajęli się czytaniem menu, mała kręciła się i wierciła, rozsypywała sól i pieprz na obrus, wkładała sobie do buzi serwetki. Na szczęście rodzice interweniowali, nim się zadławiła. Po chwili dziewczynka wstała i zaczęła biegać po całej sali. Mnóstwo ludzi, czy to zajmujących miejsca, czy idących do toalety, ja spisująca zamówienia i przede wszystkim dziewczyny roznoszące jedzenie i napoje. Nietrudno więc było o to, by dziewczynka kogoś przewróciła. Jej rodzice kompletnie nie reagowali, byli zajęci rozmową. Dodam, że inni dorośli widząc ile osób kręci się po sali, pilnowali swoje dzieci. Widziałam też krzywe spojrzenia innych klientów.
Najpierw jedna z dziewczyn zaprowadziła małą do kącika dla dzieci - mamy tam klocki i puzzle. Dziewczynka nie zainteresowała się jednak i wróciła do biegania po sali. Po chwili stało się to, co było do przewidzenia - wpadła na jedną z kelnerek. Na szczęście koleżanka niosła tylko zimne napoje, ale całą bluzkę miała mokrą. Ponieważ przyjmowałam zamówienia obok stolika, który zajmowali rodzice dziewczynki, podeszłam do nich, delikatnie zwróciłam uwagę na to co się właśnie stało i poprosiłam by pilnowali córki.
No i się zaczęło. Matka nakrzyczała na mnie, że ich dyskryminuję, nie dostrzegam, że jej córka jest bardzo chora, że innym rodzicom nikt nie zwraca uwagi (bo nie było powodu), a w ogóle to wszystko wina tego, że nie mamy specjalnego miejsca dla takich dzieci jak jej córka. Następnie wstała, zabrała córkę i poszła "szukać lokalu, gdzie nie dyskryminują niepełnosprawnych". Jej skrępowany mąż przed odejściem wybąkał przeprosiny.
Nikogo nie dyskryminuję - szefowa sali nakazała nam grzeczną interwencję w podobnych sytuacjach. Postąpiłabym identycznie, gdyby sytuacja dotyczyła zupełnie zdrowego dziecka.
Możecie mnie hejtować, ale moim zdaniem nie powinno się chodzić w takie miejsca jak restauracja z dzieckiem, nad którym nie umiemy zapanować. Obojętnie, czy jest ono zdrowe czy chore.
Gdy miałam cztery latka, moi rodzice się rozwiedli. Sąd ustalił widzenia z tatą co tydzień w sobotę. Tata znalazł sobie nową żonę, którą nawet polubiłam. Starali się o dziecko, niestety jego nowa żona była bezpłodna. Postanowili więc spróbować metody in vitro. Za pierwszym razem nie udało się zapłodnić, za drugim udało się, ale dziecko niestety zmarło po urodzeniu.
W pewną sobotę poszłam z nową żoną taty na cmentarz, na grób jej zmarłego dziecka. Jako sześcioletnie dziecko nie rozumiałam za bardzo po co tam mnie zaprowadziła. Zaczęła mi opowiadać, że jak będę niegrzeczna, to też będę leżeć w takim grobie, że pewnie pójdę do piekła i moje zwłoki spalą. Gdy skończyła mi opowiadać te rzeczy kazała mi się przeżegnać, nie chciałam tego zrobić, ponieważ się bałam. Gdy odmówiłam, zaczęła mówić, że to dziecko zacznie mnie nawiedzać i że jak komuś o tym powiem, to w nocy zabierze mnie do piekła.
Jak wróciłam do domu, nic nie powiedziałam mamie. Przez pół roku moczyłam się w nocy. Mam uraz do dziś, a cmentarzy unikam.
Ach, Tinder... Od kiedy korzystam z tej aplikacji, moje życie obfituje w naprawdę dziwne sytuacje. Teraz jeszcze bardziej nie jestem w stanie zrozumieć płci przeciwnej. Parę razy dostałem kosza, trafiło się też kilka randek, które były zupełnym niewypałem, a raz umówiłem się z niewiastą, która na zdjęciach wyglądała niczym smukła bogini, a na spotkaniu pojawiła się istota o kształcie arbuza. Najdziwniejszą schadzkę miałem jednak wczoraj.
Dziewczyna była miła i szalenie zabawna. Poszliśmy do restauracji, wypiliśmy kilka kieliszków. Gadka kleiła się – cały czas rechotaliśmy i zachowywaliśmy się, jakbyśmy znali się całe życie. Zauważyłem też, że dziewczyna jest nie tylko urocza, ale i bardzo ładna. No i chyba „chętna”. Zaczęła mnie obmacywać pod stołem, szeptać różne sprośności do ucha i zachowywać się tak, jakby dalsza część randki miała się odbyć w sypialni. Po chwili takich pieszczot pani rzekła: „Muszę do łazienki. Za momencik wracam… i może pójdziemy do ciebie?”. Skinąłem głową i odprowadziłem ją wzrokiem do toalety. Tyle że zamiast tam wejść, dziewczyna zdecydowanym krokiem podeszła do drzwi restauracji, wyszła z knajpy, wsiadła do taksówki, którą musiała zamówić w czasie naszej rozmowy, i pojechała w siną dal.
Nie mam zielonego pojęcia co się stało, a próba ogarnięcia tej sytuacji moim małym męskim rozumkiem sprawia, że mózg mi się gotuje...
Rok temu 1 listopada, tuż przed godziną 9:00, stoję na parkingu przy kościele. Nagle podbiega do mnie mama mojej przyjaciółki i prosi o pomoc, ponieważ jej ojcu coś się stało. Biegnę za nią do mieszkania, wchodzę, widzę - starszy pan leży na podłodze. Sprawdzam puls, oddech - nieprzytomny, ale oddycha - układam w pozycji bocznej. Mija minuta i zauważam brak oddechu, bez zastanowienia rozpoczynam RKO. Po jakichś 20 min przyjeżdża karetka, widzę, że ratownik stoi już za mną przygotowany, więc po dokończeniu "serii" uciśnięć mówię "zmiana". Nie chcąc robić tłoku i dając miejsce ratownikom odchodzę do pomieszczenia obok, po chwili słyszę "nie żyje".
Poczułem się wtedy bezsilny, bezradny, jakby ktoś mi nóż w plecy wbił. Lekarz mówił, że mimo starań nie było szans.
Jestem strażakiem, widziałem już wiele krwi i ludzkich nieszczęść, typu poszkodowani w wypadkach, wisielcy, ale nic mnie tak nie dobiło jak ta sytuacja, gdy osoba, którą znałem umiera na moich oczach. Której rodzina patrzyła na mnie w trakcie akcji z wielką nadzieją, że będzie dobrze. Czułem się beznadziejny, wychodziłem ze spuszczoną głową, wtedy mama przyjaciółki mnie przytuliła i powiedziała, że dziękuje mi, że się starałem, to mnie trochu podniosło na duchu.
Jak widać życie, choć piękne, tak kruche jest.
Spotkałam mężczyznę, który od samego początku mi się spodobał. Takie wielkie wow na pierwsze przypadkowe spotkanie. Zaczęło się od SMS-ów, później spacery, wieczorne spotkania... Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że był w związku. Był to związek partnerski, nie mieli dzieci, mówił, że się im nie układa, że traktuje ją jako przyjaciółkę, nie mieszkali razem. I stało się, weszłam w taki "układ". Myślałam, że jego uczucia w stosunku do mnie są szczere. Minął rok, a nic się nie zmieniło, dalej spotykaliśmy się potajemnie. To z nią spędzał święta, imprezy, wakacje. Dotarło do mnie, że byłam po prostu kochanką...
Inaczej to sobie wyobrażałam. Na początku gdy zaczęliśmy się spotykać myślałam, że zmieni swoje życie. Niestety tak się nie stało, ale chyba nie umiałam odpuścić i tak tkwiłam w takich relacjach. Dużo się kłóciliśmy, miał do mnie o wszystko pretensje, kłótnie też były wynikiem tego, że nie umiałam sobie poradzić z całą tą sytuacją... Tak zwyczajnie po prostu chciałam być kochana i szczęśliwa.
Wiem, że źle zrobiłam, w ogóle nie powinnam wchodzić w ten związek, ale stało się. Wspólna praca w jednej firmie nie ułatwia, aby zapomnieć i ruszyć dalej. Jeszcze fakt, że on mnie obwinia, że to ja go zostawiłam, że on jest bardziej poszkodowany sprawia, że jeszcze mi ciężej na sercu... Nie wiem co zrobić aby zapomnieć i ruszyć dalej.
Jakiś czas temu siedziałem sobie w autobusie, szary zwykły człowiek jadący na uczelnię jako student, nie mający dziewczyny i cierpiący z tego powodu. Siedział przede mną "pulchny" chłopak, niezbyt urodziwy. Moje myśli przepełniły się żalem, że on to będzie miał ciężko znaleźć jakąś bliską osobę, dziewczynę – ciężej ode mnie. Zrobiło mi się go naprawdę żal i pomyślałem, że gdyby wziął się za siebie, zaczął ćwiczyć, zmienił się, mógłby poznać dziewczynę i być szczęśliwym.
Jadąc parę przystanków z takimi myślami, podczas gdy sam mam problem ze znalezieniem drugiej połówki, oceniłem po wyglądzie gościa, którego nigdy nie znałem, wydawał mi się po prostu przegrany życiowo.
W pewnym momencie delikwent wysiadł z autobusu, a na niego czekała piękna dziewczyna, którą pocałował na powitanie i poszli w dal... a ja odjechałem dalej autobusem z takim uczuciem, że nigdy go nie zapomnę. W tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że już nigdy nikogo nie ocenię, tylko będę patrzył na swoje życie i na swoje błędy.
Pracuję w miejscu, gdzie klient nasz PAN. Dosłownie. Zdarzają się bardzo mili goście, zarówno Polacy, jak i obcokrajowcy. Ale ostatnio przydarzyła mi się sytuacja, która doprowadziła mnie pierwszy raz do szaleńczej zemsty. A mianowicie obcokrajowiec był tak chamski i wulgarny, że zwyzywał mnie od najgorszych tylko dlatego, że powiedziałam, że musi zapłacić za pobyt u nas w innym biurze. Później żądał, bym zamówiła mu taksówkę.
Zamówiłam. Najdroższą, jaką tylko znalazłam, za sam przejazd na lotnisko samochodem VIP gość zapłacił trzy moje dniówki. A rzuciłam jeszcze taksówkarzowi, by przejechał dłuższą trasą, ze względu na to, że PAN chce pozwiedzać miasto.
Satysfakcja niesamowita.
Wyznanie na gorąco...
Spiknąłem się z kolegami i jeden z nich stwierdził, że potrafi się uwolnić z każdej dźwigni, którą mu się założy, nie robiąc przy tym krzywdy napastnikowi. Niewielkie doświadczenie ze sztukami walki mam, toteż zgodziłem się założyć mu ''balachę''.
Wiecie co on zrobił? Połaskotał mnie po jajkach... Faktycznie się uwolnił.
Mieszkam na wsi, mamy gospodarstwo, a w nim po trochu wszystkiego - krowy, świnie, wszelaki drób domowy, za domem kilka starych owocowych drzew. Co ważne, przy płocie rozrosły się maliny - nienawożone, pozostawione same sobie, krzaki wysokie już na około półtora metra. Obok malin stoi szklarnia i jest ogródek warzywny.
Historia dotyczy sąsiadów, którzy dwa lata temu sprowadzili się tu z miasta wojewódzkiego. Raz, na samym początku jak tu zamieszkali, w przypływie dobroci pozwoliłem ich dzieciom narwać malin, bo przecież jest ich mnóstwo, nie zbiednieję, jak dzieciaki sobie kilka zerwą. Ale jak to mówią - daj palec, wezmą całą rękę. Krzaki zostały praktycznie ogołocone - dobra, mój błąd, bo nie powiedziałem ile mogą zerwać. Potem się zaczęło. Nie zliczę, ile razy przez te dwa lata przyłapałem te dzieciaki po prostu kradnące owoce i warzywa ze szklarni czy ogródka. Poszedłem, grzecznie powiedziałem, że jak coś chcą, to niech przyjdą i poproszą, a nie kradną. Usłyszałem że "i tak leży, to co mi szkodzi". Ja jestem nauczony, że cudze to cudze, choćby miało zgnić, to nie ruszaj bez pozwolenia. Po tej akcji ulubioną rozrywką sąsiadów stało się rzucanie kamykami różnej wielkości w kury i gęsi na podwórku. Kilka zwierzaków padło, sprawę zgłosiłem sołtysowi, ale za rękę nikogo nie złapałem, dowodów brak, więc sprawa nie do rozwiązania. Odgrodziłem drób, a kontrolę na podwórku przejął młody owczarek niemiecki imieniem Teksas. Niestety, po kilku tygodniach względnego spokoju pies z dnia na dzień zaczął niknąć w oczach, nie dało się go uratować. Jestem przekonany, że zginął, bo bronił tej hołocie dostępu do skarbów z mojego terytorium.
Drugiego psa nie wziąłem, szkoda zwierzaka. Szkoda mi było pieniędzy na wyższy płot, zresztą pewnie i tak by nie stanowił większej przeszkody. Ze skargą do sołtysa też nie poszedłem. Postanowiliśmy więc z żoną całkowicie przeorganizować nasze podwórko - maliny wykopujemy, ogródek też można zrobić gdzie indziej. A na honorowym miejscu stanie płyta na obornik.
Dodaj anonimowe wyznanie