#mebSM

Moi rodzice do bogatych nie należą, ja skończywszy technikum próbowałam znaleźć pracę w zawodzie - nic z tego. Decyzja - wyjazd za granicę, i powiem wam, wcale nie było mi lekko. Pracowałam u gospodarza na polu dosłownie 11 h na dobę, a następnie 4 h w magazynie, pokój dzieliłam z sześcioma dziewczynami. Harówka, spanie i tak przez sześć miesięcy. Oszczędzałam, nie palę, nie piję, więc uzbierałam sporą sumkę.
A teraz najlepsze: gdy wróciłam do domu, CAŁA rodzina sobie o mnie przypomniała, koleżanki zapraszały na kawę, tylko zawsze w okazywało się, że wszyscy mają problemy finansowe. A to jakaś awaria, a to choroba, a to już sama nie wiem. A mnie po prostu było przykro, bo gdy odmówiłam, okazywało się, że jestem chytrą suką. Pieniądze przeznaczyłam na rozkręcenie własnej firmy, niby nic wielkiego, ale pracuję na swoim.

Miałam dość docinków rodzinki, dlatego gdy ZNOWU kuzynka próbowała mnie przekonać, aby ją wspomóc (naprawdę nie miałam gotówki), wpadłam na pomysł. Moja kuzynka to taka dama, co pracą się nie splami. Zaproponowałam jej przy rodzinnym obiedzie, że załatwię jej pracę w Holandii. Dobre pieniądze, tylko trzeba się narobić (nie miałam takiej możliwości tak naprawdę). Jej mina bezcenna, jej rodzice namawiali ją, że to okazja, a ona wiła się ja piskorz i zaczęła się wykręcać.
Więcej o kasę nie poprosiła :)

#97vsZ

Jechałam kiedyś z koleżanką pociągiem na majówkę, nocnym pociągiem. Jako że jest dzień przed długim weekendem, pociąg wypełniony po brzegi. A jeśli ktoś nie wie co znaczy "po brzegi", odpowiadam: znalazłyśmy miejsce o powierzchni łącznej mniejszej niż potrzeba na postawienie wszystkich naszych czterech stóp. Pociąg jedzie, my stoimy, trudno się nawet odkręcić, a czeka nas 6 godzin jazdy.
Po 2 godzinach pan X staje na początku korytarza w wagonie i każdemu popchniętemu i nadeptanemu pasażerowi tłumaczy, że on "do kolegów na końcu przedziału", w ręku sześciopak. Po trupach, ale jakoś przeszedł, nawet jak go nie było widać, to po jękach pasażerów można się było zorientować gdzie aktualnie jest. Pół godziny później facet wraca z tym samym tłumaczeniem, w ręku tylko 4 piwa.

Sytuacja powtarza się, Pan X coraz bardziej pijany i w coraz gorszej koordynacji ruchowej, mijając nas przygważdża moją koleżankę do ściany i ciężko na nią dyszy, więc łapię gościa za chachoły i przepycham dalej. W kolejnej edycji przejścia Pan X rzyga na dziewczynę i dostaje w pysk od jej ojca, zaczyna się jatka. Na pierwszym przystanku ludzie, którzy dopchnęli gościa go końca wagonu mówią do niego "Panie, to twoja stacja!" on na to "A to już jesteśmy w Gdyni?!" (okolice Olsztyna). "Tak, panie! Gdynia! Wysiadaj pan!" i wykopsali go z pociągu :D
Reszta trasy minęła nam bez większych ekscesów :)

#261SY

Sytuacja z dzisiaj. Siedzę z mamą w salonie, gdy nagle ktoś do niej zadzwonił. Była to moja cioteczka, która dzwoniła dzisiaj już kilka razy. Łzy, użalanie się nad swoim życiem i takie tam. Generalnie trochę stało się to już męczące.

Mama po około 20 minutach rozmowy przez telefon wstała i wyszła z domu. Usłyszałam tylko dzwonek do drzwi i głos mamy "Ktoś przyszedł i dzwoni do drzwi. Musze otworzyć. Będę już kończyć. Pa", po czym mama przyszła do salonu  i spokojnie usiadła obok mnie.

Mistrzostwo świata :D

#Bopmo

Historia pewnego znajomego. Jego siostra pracowała na Filipinach, wiec postanowił się wybrać ją odwiedzić.

Przyleciał, ale siostra akurat była w pracy i nie mogła go odebrać z lotniska, tylko zostawiła mu u portiera klucze do mieszkania. Pojechał więc do jej mieszkania, budynek niczego sobie, taki elegancki drapacz chmur, wszystko odpicowane, wchodzi do mieszkanka na 18. piętrze, też wszystko Francja-elegancja. Czuł się trochę niepewnie, bo w końcu pierwszy raz w obcym mieszkaniu, w dodatku bez właściciela i nie bardzo wiadomo co robić. No ale głód doskwiera po tak długiej podróży, więc wchodzi do kuchni i decyduje się odgrzać sobie coś w mikrofalówce. Wkłada sobie zupkę do mikrofalówki, naciska na niej jakiś czerwony guzik, który wygląda na start... i w tym samym momencie podłoga ucieka mu spod stop, meble zaczynają się trząść, szklanki i sztućce zderzać, coś spada na podłogę...

Zajęło mu ładnych parę chwil zrozumienie, że nie zrobił nic złego i przypomnienie sobie, że Filipiny są dość aktywnym tektonicznie regionem :D

#2gNuu

Co tu dużo mówić...

Mieszkam na 5 piętrze i na mojej ulicy są dwa konkurujące ze sobą burdele, które widać z mojego okna jak na dłoni.

Jak mi się nudzi, to wyciągam lornetkę i sprawdzam kto wchodzi lub wychodzi i robię zdjęcia twarzy, a następnie sprawdzam ich profile na Facebooku (czasem nawet liczę punkty dla każdego domu – żonaci liczą się podwójnie).

Nawet nie wiecie jaką mam satysfakcję, jak przyłapię jakąś znajomą twarz 😈

#VdeRu

Historia mojego psa i dwóch panów policjantów

A więc pewnego popołudnia, jak co dzień, udałam się ze swoim psem na spacer. Spuściłam go ze smyczy, w końcu niech się mały wybiega. Zazwyczaj się słucha i nigdzie nie ucieka, Ale akurat na tym jednym spacerze zachciało mu się porozrabiać. Nagle wystrzelił jak z procy przed siebie i zniknął w oddali. Ja przestraszona i dość mocno zdezorientowana pobiegłam za nim. 

Na końcu ścieżki, którą podążył, stał wóz policyjny. Podchodzę bliżej, widzę jak pies siedzi w samochodzie przy policjancie i już naprawdę przestraszona zaczynam przepraszać, po czym drugi z panów mnie uspokaja mówiąc:
- Niech się pani nie denerwuje, psa po prostu ciągnie do swoich.

Widać gliniarz też człowiek.

#hLk4s

Moi rodzice zawsze mocno się kłócili. Taka natura, ale jako że byłam dosyć wrażliwym dzieckiem, za każdym razem mocno to przeżywałam. Nieraz brałam winę na siebie i zawsze myślałam co mogę zrobić, żeby ich pogodzić/uniknąć kłótni w przyszłości.

Gdy miałam ok. 8 lat, po jednej z większych kłótni, gdy nie odzywali się do siebie kilka dni, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Usiadłam przy biurku i uruchomiłam wszelkie pokłady kreatywności, jakie tliły się w mojej główce. Owocem mojego dziecięcego "geniuszu" był list miłosny napisany do mamy w imieniu taty. 
Podrzuciłam go mamie na szafkę nocną i zadowolona czekałam na efekty. Oczywiście mama od razu domyśliła się, kto ten list napisał (nie miałam wtedy komputera, a pomimo wszelkich starań moje dziecięce pismo za żadne skarby jakoś nie chciało przypominać pisma mojego taty), jednak osiągnęłam upragniony efekt. List ją tak rozbawił, że pokazała go tacie, a później wszystkim znajomym... Ba! Jeden ze znajomych miał dostęp do kserokopiarki i nie omieszkał porobić kopii mojego listu...

I generalnie historia jest dosyć urocza i słodka, dopóki nie dojdziemy do treści listu... Do tej pory palę się ze wstydu i nie mam pojęcia skąd wzięły mi się teksty typu:
"Twoje oczy są jak jezioro, w którym chciałbym się utopić, Twoje włosy są jak las, w którym mógłbym się zgubić, Twoje usta..." itd.

#jaGzf

Wiecie co to jest perpetuum mobile? Ja już wiem.

Kilka dni temu, po długim okresie problemów z układem trawiennym, poszłam do lekarza, który uzmysłowił mi, że mój stan zdrowia to efekt lat pracy w dość napiętej, korporacyjnej atmosferze. Okazuje się, że mam ataki chronicznej biegunki za każdym razem, gdy się stresuję.

Informacja ta wcale mi nie pomogła, a wręcz przeciwnie. Teraz dostaję bowiem jeszcze częstszych ataków sraczki, bo denerwuję się tym, że się zdenerwuję i dostanę ataku sraczki. Pomocy...

#gvb5V

Od paru lat jestem pracownikiem opieki społecznej. W mojej pracy zarówno ja, jak i moi koledzy spotykamy się z różnymi sytuacjami rodzinnymi. W związku z ostatnimi debatami aborcyjnymi i walką państwa o odpowiednio wysoki przyrost naturalny chciałabym Wam przybliżyć parę z nich. Nie wiem jak Wam, ale mnie dają do myślenia.

#1. Mieszkanie socjalne. Otwiera mi kobieta przed 40. Raz samotna, raz nie samotna, matka 5 dzieci w wieku od 4 do 17 lat. Głównym problemem tej rodziny jest alkoholizm i zaniedbywanie dzieci. Sprawdzam porządek, przyglądam się dzieciom, rozmawiam z nimi i z matką. Jednak gwiazdą tej wizyty jest najstarsza córka - Sylwia. Mama 2 dzieci (1,5-roczne i 2-miesięczne). Sylwia ma się dobrze, cieszy się, że ma córeczkę, bo ubrania dla dziewczynek są takie słodkie. Pytam jej partnera, z czego się utrzymuje. Odpowiada, że pracuje dorywczo, że się żenią i że "jakoś to będzie", bo 500+, bo opieka społeczna itd. Matce Sylwii na hasło 500+ też się oczy zaświeciły, bo w końcu ma 2 tys. więcej do kieszeni. Wyprawi Sylwii wesele, niech się dziewczyna bawi.

# 2. Dom na wsi, a w nim 8-osobowa rodzina. Ciężki przypadek. Ojciec należy do ludzi agresywnych i nie raz trafiał za to na policję. Matka zahukana, ale chętnie dotrzymuje mężowi towarzystwa przy wódce. Dzieci, które z nimi zostały chodzą obdarte i brudne. Na tle innych dzieci wybija się szesnastoletnia Ania. Świetnie się uczy, w gimnazjum dostała stypendium burmistrza. W papierach jest napisane, że Ania uczy się w szkole w innym mieście, dlatego nie mieszka w domu. Po jakimś czasie wraca... z dzieckiem. Syn Ani - Jaś - jest chorowity i ciągle płacze. Ania nie potrafi się nim zająć, ma depresję. W papierach napisane - ojciec nieznany. Wygląda to podejrzanie, bo Ania to dobre dziecko, inne niż wszyscy. Badamy sprawę. Okazuje się, że ojciec Ani jest też ojcem Jasia. Facet trafia do więzienia za gwałt i kazirodztwo, dziewczyna dostaje zapomogę. Jednak nikt nie zwróci jej godności i szansy na lepsze życie, a Jasiowi zdrowia.

# 3. Jak co tydzień odwiedzam Panią Elę. Pani Ela nie wygląda najlepiej, ale uśmiecha się i jest pogodna. Od 20 lat nieprzerwanie zajmuje się chorym synem. Chłopak jest całkowicie sparaliżowany, nie mówi, towarzyszy mu praktycznie nieustanny ból. Ela mieszka razem z nim i córką. Jej mąż odszedł 15 lat temu, bo nie był w stanie zająć się chorym dzieckiem. Pani Ela pozostawiła świetnie rozwijającą się karierę w banku, żeby zająć się chłopcem. Siedzimy sobie przy herbacie, a w tle debata o aborcji. Pani Ela patrzy i ze łzami w oczach mówi, że gdyby mogła, oszczędziłaby swojemu dziecku tego bólu, samotności i wytykania palcami, jaki towarzyszy mu od dnia narodzin. Mówi, że "wszyscy święci" chcą, żeby kobiety rodziły dzieci, ale kiedy urodzi się chore, to nie ma chętnych do pomocy. Poza pożałowaniem, nie dostajesz nic. Nieś ten krzyż sama.

I tak to często wygląda.

#L42vy

Miałam jakieś 6 czy 7 lat. Wakacje. Szłam do domu, prawdopodobnie wracałam na obiad, żeby potem wrócić do zabawy z koleżankami z podwórka. Środek dnia, słonko świeci, ptaszki śpiewają.

Nagle podchodzi do mnie pan, na oko trochę więcej niż 20 lat i trochę mniej niż 30. Przystojny, szczupły, dwudniowy zarost, schludnie ubrany. Wyglądał jak taki zwyczajny chłopak, świeżo po ślubie, pierwsza praca, pierwsze właśnie mieszkanie. Mówi: "Przepraszam, nie widziałaś może gdzieś w okolicy psa? Wilczur, takiej wielkości, ciemna sierść...". Ja, jako miłośniczka istot szczekających, od razu się przejęłam. Ale widzieć nie widziałam, więc po chwili namysłu odpowiadam przecząco. Pan wyglądał na zatroskanego, coś chyba chwilę mówił - że wyszedł z nim na spacer, a ten się zerwał, czy coś w ten deseń. Po chwili namysłu zapytał, czy nie pomogłabym mu szukać psa. Mimo nieśmiałości zgodziłam się, bo szkoda mi było i pana, i pieska. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że to trochę dziwne, że mała dziewczynka ma szukać dorosłego wilczura, jakieś 40 kg wagi i ostre kły... Ale pan powiedział, żebym przeszła kawałek, on pójdzie inną drogą i spotkamy się w jakimś tam punkcie, powiedzmy przy sklepie. Osiedle znałam jak własną kieszeń, więc pognałam przed siebie, przy okazji rozglądając się za czworonogiem. Ani widu, ani słychu. Kiedy doszłam do punktu kontrolnego, ustaliliśmy, że on idzie tą drogą, ja tamtą i spotykamy się tam i tam. Okej, idę, rozglądam się, pieska niet.
Spotykamy się w kolejnym miejscu, a pan zrezygnowany mówi: "To teraz ty idź w stronę lasu, ja pójdę inną drogą i spotkamy się na jego obrzeżu". Powiedziałam "Dobrze", przełknęłam ślinę i poczekałam kilka chwil, aż przemiły pan zniknie z mojego punktu widzenia.


Nigdy wcześniej i nigdy później tak szybko nie spie*dalałam.
Dodaj anonimowe wyznanie