Studiuję, pracuję i wychowuję córkę jednocześnie. Nie jest łatwo. Czasami nie mam czym zapłaci za rachunki. Dziecko tanie też nie jest.
Pracuję jako sprzątaczka. Alimenty są bardzo małe, ale też coś. Po co ja to wszystko piszę? Nie chcę się żalić itp.
Moja córeczka miała urodziny. Postanowiłam zrobić jej przyjęcie urodzinowe. Zrobiłam zupę, trzy dania na ciepło i dwa ciasta. A moja rodzina zapytała się "dlaczego tak mało, ty przecież tylko w mieszkaniu siedzisz i alimenty dostajesz".
Ręce opadają :/
Mam 23 lata i pracuję na magazynie.
Z rok temu przyjechał po odbiór towaru starszy facet z synem, gdzieś w wieku 12-13 lat, akurat ja kręciłem się na przodzie magazynu, więc od razu podbijam, aby wydać towar. WZ wzięte, towar zlokalizowany, jak to mam w zwyczaju zawsze chętnie pomagam przy załadunku, aczkolwiek nie mam takiego obowiązku, już podchodzę do towaru, aby pomóc w załadunku, wtedy słyszę, jak ojciec mówi do syna:
- Widzisz, Kacper, pewnie mu się nie chciało uczyć, więc widzisz jak skończył.
Niewiele myśląc pokazuję palcem stertę grzejników (paki po 40 kg) i wypalam do młodego:
- Widzisz, Kacper, jak się nie ma choć krzty kultury i szacunku do innych, trzeba sobie radzić samemu.
Po czym mówię do jego ojca:
- To jest pańskie, dziękuję, do widzenia.
Obróciłem się na pięcie i poszedłem w głąb magazynu, słysząc jak ojciec morduje się z grzejnikami.
Nie będzie morału, a wnioski wyciągnijcie sami, ale przyznam, że niby nic takiego, ale w jednej chwili mnie zagotowało, a później od razu przyszła mega satysfakcja :D
Sytuacja miała miejsce jakieś 3 lata temu.
Na weekend przyjechał do mnie mój chłopak, z którym byłam od niedawna. To była jego pierwsza wizyta w moim domu. Pochodzimy z przeciwnych stron Polski (ja jestem ze Śląska, a on mieszka nad morzem). Wówczas nie mieliśmy częstych okazji do spotkań, głównie ze względu na odległość, więc cały jego pobyt gruchaliśmy jak te dwa gołąbki. Wszystko ładnie, pięknie... aż do dnia jego wyjazdu.
Siedzieliśmy akurat w salonie z moimi rodzicami i jedliśmy niedzielny obiad. Wszyscy rozmawiamy, śmiejemy się, kiedy nagle tąpnęło. Meble się zabujały dosyć mocno. Muszę przyznać, że był to jeden z silniejszych wstrząsów, ale byłam już do tego przyzwyczajona. W mojej miejscowości znajduje się kopalnia, więc taka sytuacja to nic nowego.
Zaczęłam więc kontynuować z rodzicami rozmowę jak gdyby nigdy nic. Dopiero po chwili spojrzałam na mojego chłopaka i oświeciło mnie - będąc pierwszy raz na Śląsku, pewnie nigdy nie miał z takim czymś do czynienia. Siedział wręcz sparaliżowany, a jego mina była bezcenna. Patrzył na nas z przerażeniem, nie wiedząc co się dzieje. Kiedy z mamą zaczęłyśmy się śmiać, mój tata próbował go uspokoić słowami „Ee... to jeszcze nie koniec świata, takiego tam bączka sobie puściłem”...
Jestem kobietą mam 34 lata, pracuję jako urzędnik i jestem singlem.
A mimo to ostatnio zachowałam się jak uczniak, ale od początku.
Mam siostrę młodszą o pięć lat, ale już zamężną i mająca trójkę dzieci - bliźniaki 3 lata i 5 lat syn. Gdy siostra urodziła pierwszego syna, bardzo dużo jej pomagałam, gdy na świat przyszły bliźniaki, to ja odbierałam małego z przedszkola i zajmowałam się nim. Obecnie często bez zapowiedzi zostawia u mnie całą trójkę na cały weekend, bo razem z mężem chcą odpocząć, a gdy zaczynam protestować, to nasyła na mnie naszych rodziców. Jej tłumaczenie – skoro jesteśmy rodziną, a ja nie mam własnych dzieci, to nie rozumiem jak ona jest zmęczona i choć trochę mogę jej pomóc.
Przypominam, że cała trójka chodzi do przedszkola.
W ostatni piątek gdy wracałam z pracy byłam zła, telefon mi się rozładował, spóźniłam się na autobus i wracałam na piechotę. Przechodząc na skróty między blokami i wychodząc w moją uliczkę zauważyłam, że pod moim domem stoi siostra z mężem i dziećmi i już wiedziałam, że znów chcą mi wcisnąć dzieci... Szybko schowałam się za budynek i niewiele myśląc odeszłam w stronę, z której przyszłam. Jakiś czas chodziłam bez celu, a w końcu poszłam do koleżanki, by posiedzieć przy kawie. Do domu wróciłam późno i już nikogo nie było pod moim domem.
Gdy podłączyłam telefon, zauważyłam kilkanaście nieodebranych połączeń od siostry i mamy. Zrobiłam sobie herbaty i oddzwoniłam do siostry, a ona z pretensją pyta, czemu nie odbieram, no to jej mówię, że telefon był rozładowany. W końcu siostra powiedziała, że wykupiła sobie razem z mężem weekend w spa, a że mnie nie zastali, to musieli go odwołać. Ja oczywiście powiedziałam, że mi przykro...
Obecnie zapisałam się na roczny kurs języka, który będzie odbywał się w weekendy i poinformowałam o tym fakcie siostrę, że niestety, nie może już na mnie liczyć co do opieki nad dziećmi. Siostra była oburzona, że co sobie wymyśliłam, ojciec był po mojej stronie, że ten kurs przyda mi się jeszcze w pracy, za to matka stwierdziła, że może poznam tam kogoś, bo powinnam pomyśleć o ślubie.
Anonimowe: nie chodzi mi o lepsze kwalifikacje ani o poznanie faceta, ale o spokój i wolne od dzieci siostry.
Oglądaliście "Ile waży koń trojański"? Kobieta w 2000 roku stwierdza, że żałuje, że z niektórymi decyzjami w swoim życiu tyle zwlekała, że gdyby była młodsza i wiedziała to, co wie teraz, postąpiłaby zupełnie inaczej. I budzi się następnego ranka, 12 lat wcześniej, ma szansę wszystko zmienić.
Przez całe swoje życie się odchudzam. Ciągle beznadziejne diety, aż po głodówki, ćwiczenia bez ładu i składu, a na końcu wielkie obżarstwo bez pamięci. Po studiach i dwóch ciążach - jeszcze gorzej, dojechałam do 128 kg.
Kilka dni po narodzinach młodszej córki, kiedy już doszłam do siebie po porodzie, śni mi się sen: Mam 50 lat, wyglądam jak matka Gilberta Grape'a, w domu syf i karaluchy, moje dorosłe dzieci przyjeżdżają na chwilę, żeby zobaczyć się z matką, ale w ich oczach widzę zobojętnienie i obrzydzenie, przeglądamy zdjęcia z albumu. W albumie zdjęcia z czasu jak miałam 27 lat i coraz nowsze, jak ewoluuję w wieloryba, odcinam się od dzieci, bo żarcie na pierwszym miejscu, bo nie mam siły ani chęci za nimi biegać i się z nimi bawić, zdjęcia z mojej nowej pracy w spelunie, bo zwolnili mnie z mojej aktualnej fajnej pracy. Jakoś tak podświadomie wiem, że z mężem się rozwiodłam, bo nie miał ochoty być z taką egoistką, co wszystkiego się czepia i poza zawartością szafy ze słodyczami widzi tylko czubek własnego nosa... I stwierdzam, że gdybym wszystko zmieniła, gdybym miała te 27 lat, to moje życie wyglądałoby całkiem inaczej.
No i budzę się, mam 27 lat. Dzieciaki śpią, mąż też. Wychodzę do kuchni, wywalam wszystkie słodycze do olbrzymiej torby. W 3 godziny ogarnęłam cały dom, zrobiłam mężowi śniadanie, żeby zjadł zanim pójdzie do pracy. Ściągnęłam z garażu orbitreka, na którego nie wsiadałam od 5 lat. Rano zrobiłam zakupy i zameldowałam w lodówce na stałe 3 półki warzywne. Ne czepiam się, nie doszukuję się drugiego dna tam gdzie go nie ma. Od roku schudłam 35 kg, ale to nie koniec. Częściej bawię się z dziećmi, częściej rozmawiam z mężem, zaczęliśmy znowu chodzić na randki (skoro już mieszczę się w sukienki ;)). Mam plan założyć własną firmę.
Jeden sen. Żadnych leków, psychiatrów, programów telewizyjnych, poradników ani prywatnych instruktorów. To co nas hamuje siedzi w naszych głowach.
Córka (lat 4) wróciła dziś podekscytowana z weekendu u taty i z błyszczącymi oczkami opowiedziała mi, że tatuś i ciocia Ewa biorą ślub, ciocia założy śliczną białą sukienkę, będą kwiaty, goście, nawet tort, a ona będzie niosła obrączki!
"Ciocię Ewę", nazywaną przez mojego partnera "nową stażystką" miałam wątpliwą przyjemność poznać w całej okazałości, kiedy będąc w pierwszym trymestrze ciąży gorzej się poczułam w pracy. Szefowa litując się nade mną kazała mi spadać do domu, a tam mój facet beztrosko zabawiał się z Ewunią w tym samym łóżku, w którym zrobił mi dziecko kilka tygodni wcześniej. Powiedzieć, że byłam załamana, to jakby nie powiedzieć nic. Gdyby nie wsparcie najbliższych, nie podniosłabym się. Ojcu dziecka nie wybaczyłam, ale nigdy nie utrudniałam mu kontaktu z dzieckiem.
I aż do dziś sądziłam, że już to przebolałam, ale wiadomość o ich ślubie zwaliła mnie z nóg. Przecież to ja miałam mieć białą sukienkę, tort i kwiaty, to nasze obrączki córka miała ponieść do ołtarza! I już nie chodzi nawet o to, że nam nie wyszło, ale szczytem sk@#$%syństwa jest moim zdaniem fakt, że moja córka ma ponieść obrączki tej cudownej parce, a Ewunia w białej sukni i welonie będzie zgrywać niewiniątko.
Wybrałam się z rana z chłopakiem załatwić pewne sprawy.I tak sobie jedziemy drogą ekspresową po wyjechaniu z głównego miasta, nagle jakieś uderzenie, chwilę potem, jak się okazało, wielki kapeć na tyle auta. No cóż. Jesteśmy na zwężeniu, po obu stronach barierki, nie możemy zjechać, co i tak nie miałoby sensu, bo nie mamy zapasówki, a do znajomych nie ma sensu dzwonić, bo to godzina drogi z domu.
No to jedziemy 20/h na łysej feldze, przytuleni do prawej strony jezdni na tyle ile się da. Opona już spada, podarta, a na tym odcinku laweta by nas nie zabrała nawet jakby chciała. Cały czas mija nas sznur samochodów, ciężarówek, tirów, no wszystkiego. I tylko słychać "ha, ha, debile, na feldze jadą" , "o nie, jacy idioci, eeee kapcia macie, ha, ha". Po zjechaniu z głównej drogi i znalezieniu jakiegoś miejsca na postój sprawdzamy najbliższy warsztat. Super – 5 km stąd. No to długo nie myśląc, wykręcamy koło i idziemy z buta. Zostawiliśmy auto na awaryjnych i idziemy. Nagle tak po prostu sam z siebie zatrzymuje się samochód i ktoś proponuje podwózkę. Mówi "widziałem auto na awaryjnych i was niosących koło. Wsiadajcie, spieszę się do pracy, ale podrzucę was szybko na warsztat". My w szoku, zimno było niesamowicie i w sumie ucieszyliśmy się. Miły pan został z nami podczas naprawy i jeszcze zawiózł nas z powrotem do auta, chociaż był już spóźniony. Nie chciał nic w zamian, tylko powiedział, żeby pomagać, jak będziemy widzieć kogoś w podobnej sytuacji.
W sumie nie ma morału, ale jest mi bardzo miło na sercu, że są tacy ludzie ;)
Szłam sobie elegancko chodnikiem. Chciałam sprawdzić swój makijaż, więc - jak to zwykle kobiety robią - podeszłam do pierwszego lepszego auta i przejrzałam się w jego szybie.
Pasażer chyba mnie nie zauważył i równie elegancko energicznie przyłożył mi drzwiami w ryj.
Mój chłopak kiedyś chcąc zarobić sobie trochę dodatkowej gotówki postanowił grać na dworcu na ukulele. Ludzie z reguły byli dość życzliwi i doceniali pomysłowość mojego ukochanego, mimo że - jak wiadomo - ukulele to niezbyt wymagający instrument. Jednak pewna starsza pani przebiła wszystkie inne osoby.
Otóż wspomniana wcześniej staruszka dość długo stała i przysłuchiwała się melodii wygrywanej przez mojego chłopaka. W końcu podeszła bliżej i wrzuciła mu do pokrowca 20 zł w banknocie. Kiedy chciał podziękować, starsza pani go uprzedziła i dodała: „Mam nadzieję, że z tych pieniędzy kupisz sobie taką większą gitarę i nie będziesz musiał grać na takiej dla dzieci, bo masz prawdziwy talent!“.
Mój ukochany oczywiście się uśmiał i podziękował, ale jednak został przy ukulele :)
Historia opowiedziana mi przez mojego tatę. Pochodzi sprzed około 30 lat, tj. z okresu, kiedy chodził do technikum.
Mój tata mieszkał stosunkowo blisko od szkoły, więc dojeżdżał do niej codziennie autobusem. Inni zaś mieszkali w internacie, w tym kolega mojego taty. Pewnego razu postanowili w sobotę urządzić imprezkę w internacie. Poczyniono niezbędne przygotowania, zaopatrzono się w alkohol, papierosy, koleżanki, coby impreza była udana. Z powodów bezpieczeństwa zakazane było palenie w pokojach, więc ekipa znalazła sobie miejsce w pomieszczeniu gospodarczym internatu. W razie przyłapania uczniów na obecności w tym pomieszczeniu groziły surowe konsekwencje, z wyrzuceniem z internatu włącznie.
Kiedy więc późną nocą spod drzwi "składziku'' zaczął wydobywać się dym, uczestnicy wpadli w panikę, że spowodowali pożar od niedopałka. Dzielni młodzieńcy bohatersko chwycili za gaśnice i ruszyli do akcji. Pożar został szybko ugaszony. Jednak kiedy zbadano przyczyny okazało się, że przyczyną pożaru nie był niedopałek, a zwarcie instalacji. Dzielni uczniowie, którzy w pijackim amoku ruszyli w panice ratować swoje być albo nie być w internacie, z miejsca stali się bohaterami. Odbyła się uroczysta gala, na której zostali odznaczeni medalem przez ówczesną władzę i dyrektora szkoły.
Poza samymi uczestnikami nikt nie poznał prawdy. A ich bohaterski czyn wspominany jest w tej szkole do dziś.
Dodaj anonimowe wyznanie