Gdy byłam w wieku głęboko przedszkolnym, moim ulubionym miejscem była podłoga pod biurkiem. Miałam tam na dole swoją ścianę, na której mogłam rysować i przyklejać naklejki. To miejsce było dla mnie bardzo ważne, dlatego postanowiłam udekorować je w jakiś symbol. Ale jaki? Dziecięca wyobraźnia podsunęła mi krzyż! Ale nie byle jaki...
Tym sposobem przez wiele miesięcy modliłam się do podpaski ze skrzydełkami przyklejonej do ściany :)
Mam pewien problem z przyjaciółką, nazwijmy ją Kasia. Otóż znamy się około półtora roku, a poznałyśmy się przez Internet przez wspólne zainteresowania. Wielokrotnie rozmawiałyśmy przez telefon oraz komunikatory internetowe, parę razy także widziałyśmy się na żywo. Jest ona naprawdę w porządku osobą i prawie że nigdy się nie kłóciłyśmy. Ostatnio jednak znajomość z nią zaczęła mnie niesamowicie męczyć.
Jestem studentką, a poza tym mam pracę zaoczną, więc to oczywiste, że nie mam tak dużo czasu wolnego jakbym chciała. Niedawno tkwiłam także w szale sesji na studiach, więc tym bardziej ledwo znajdowałam chwilę na złapanie oddechu. Kasia za to pracuje, ale zaledwie po trzy godzinny dziennie bez weekendów, również zaocznie, więc ma więcej wolnego czasu. Ostatnio napisała do mnie, że ma wrażenie, że nasza przyjaźń się rozluźnia - rzeczywiście, mniej pisałyśmy, ponieważ jak wspomniałam wyżej, brakowało mi czasu, ale to nie było też tak, że całkiem urwał nam się kontakt. Z natury nie jestem także osoba, która randomowo podbija do swoich znajomych z pytaniem ''co tam?'', robię to bardzo okazjonalnie, a jeżeli z kimś rozmawiam, to całkiem naturalnie opowiadając o swoim dniu albo zadając pytania związane z tym, co zakomunikuje mi znajomy. Odpisałam więc, że zwyczajnie wykańcza mnie sesja, a poza tym przyjaźń nie urywa się nagle, jeśli nie ma się ze sobą kontaktu parę dni... Ona jednak wciąż nie daje mi spokoju! Co chwila do mnie wypisuje o jakieś głupoty, czasem parę razy dziennie, wysyła obrazki, które wyglądają jak randomowo wpisane w Google grafika, a kiedy przykładowo czegoś nie odpiszę, bo mi wyleci z głowy, to mówi, że ją ranię albo że na pewno jej nienawidzę, zupełnie jakby próbowała we mnie wzbudzić poczucie winy, ponieważ śmiem mieć własne życie. Ogólnie od jakiegoś czasu także non stop mówi o sobie bardzo negatywne rzeczy i choć początkowo zapewniałam, że tak naprawdę jest fajną osobą, ona nie odpuszcza, wygląda to niemal jakby celowo na siebie wrzucała, byle dostać pochwały. Ostatnio wysłała mi masę serduszek i buziaków, a jak zareagowałam na to neutralnie, tzn. nie zaczęłam jej słodzić, to się obraziła... Czasem, gdy rozmowa w większym gronie przez 5 minut nie dotyczy tematu, o którym ona ma pojęcie, to też wychodzi z pokoju albo grupowej konwersacji. Jak wychodzę gdzieś ze znajomymi, to sobie "żartuje", że ona jest zazdrosna... Kiedy za to zwróci jej się delikatnie uwagę na jakąś rzecz, to ona się od razu denerwuje i potrafi na przykład w przypływie emocji opuścić konwersację naszych wspólnych znajomych.
Ja nie wiem, może to ja jestem okropna, ale zaczynam odczuwać wobec niej okropną niechęć, to wszystko mnie przytłacza.
Mam 31 lat i wrażenie, że mając 13 lat myślałam tak jak teraz (chyba to przez to, że musiałam szybko dorosnąć). Mój ojciec był alkoholikiem, skończył z piciem, kiedy urodziła się moja młodsza siostra, od tamtej pory był to główny temat do pochwalenia się. Nie mówię, że to nie lada wyczyn przestać pić po ciągach jakie miał, ale do pracy to raczej się nie kwapił, żył ot tak sobie, a mama kombinowała. Później był ich wyjazd za granicę, żeby chociaż trochę polepszyć finanse, ja zostałam z młodszą siostrą, miała wtedy 8 lat. Do dziś mam wyrzuty sumienia, że za ostro ją traktowałam, miałam trochę żalu, że zamiast samej zacząć układać życie, muszę się nią opiekować i swoją frustrację przekładałam na nią, chociaż zawsze o nią dbałam jak umiałam. Teraz na szczęście ma się dobrze i mamy fajny kontakt, a ja ciągle nie mogę ułożyć swojego życia... Mam za sobą same toksyczne związki, ciągle przewijają się używki.
Ostatni związek to porażka, a w nim pokładałam największe nadzieje. Zakochany na zabój przystojny, prosty chłopak, również po przejściach. Myślę – to musi być to, trochę go naprostuję i będzie tak po prostu normalnie (rodzina, dom). Sielanka długo nie trwała. Każdego dnia walczyłam, żeby nie zwariować – wahania nastroju, jego problem z uzależnieniem... Mamy wspólnie dziecko, wspaniałą córeczkę. Zdradził mnie, gdy mała miała 8 miesięcy. To był moment, że nie wytrzymałam i chciałam się rozstać, wtedy potoczyła się lawina złych zdarzeń. Czułam się jak w filmie (nie wiem, czy kojarzycie serial "Sprzątaczka"? To bardzo podobnie, tyle o ile mam gdzie mieszkać). Agresja, niby walka o dziecko z jego strony, chociaż absolutnie mu jej nie broniłam. Ciężko to wszystko opisać, ale najgorsze co może być, to słyszeć od osoby, którą się kochało, że mnie zabije, że jestem suką, szmatą etc.
Teraz mam chwilę oddechu i czasu do działania, bo jest zatrzymany już po raz drugi. Ciągle mnie martwi, czy po tym wszystkim dam radę dobrze wychować swoje dziecko. Czy będę na tyle silna, by przetrwać to co jeszcze mnie czeka, gdy on wyjdzie na wolność.
Na ostatniej imprezie byłam tak pijana, że obgadywałam byłego z nikim innym jak z nim samym...
Od jakiegoś czasu mieszkam z moją dziewczyną. Oboje studiujemy i pracujemy, mój skarb jest dopiero na pierwszym roku, ja za to w studiowaniu mam nieco doświadczenia. Kilka dni temu odwiedzili nas moi rodzice, są już trochę starsi, ale naprawdę wyluzowani, uwielbiają moją wybrankę serca.
Ponieważ pracuję do późna, dopiero w nocy jak wróciłem do domu powiedziałem, że jutro odwiedzą nas rodzice. Gdy obudziłem się rano (a była to niedziela, oboje wtedy nie pracujemy), mojej ukochanej nie było w łóżku, zdziwiony wstałem, by jej poszukać, bo zazwyczaj w niedzielę lubi sobie trochę poleniuchować. Znalazłem ją w łazience, jak szorowała prysznic. W korytarzu stał odkurzacz i wiadro z mopem, a w kuchni w piekarniku piekł się indyk. Okazało się, że wstała o 5, umyła się, wypiła kawę, by o 6 wraz z otwarciem sklepu kupić indyka, wróciła do domu, posprzątała wszędzie oprócz naszego pokoju, bo nie chciała mnie budzić. A rodzice chcieli tylko tak wpaść, zobaczyć jak nam się mieszka.
Moja dziewczyna tak bardzo boi się, że zostanie oceniona, że usłyszy od moich rodziców negatywne komentarze na temat tego, jak prowadzi dom, jak gotuje, w ogóle jaka jest. Bo jej rodzice tak robili. Nieważne jak wspaniale by się uczyła, jak smacznie by gotowała i jaką czystość by utrzymywała, to zawsze była krytykowana, obrażana i mieszana z błotem. Bywały dni, że nie jadła i nie spała, bo nauka i obowiązki w domu pod okiem rodziców były tak stresujące, że jej organizm nie dawał rady. I bardzo ją podziwiam, bo ona bardzo ich kocha. Nie chciała się wyprowadzać, bo mówiła, że nie chce sprawiać im przykrości, zawsze przyznawała im rację i zgadzała się ze wszystkim co mówili, mimo że doszczętnie niszczyli jej życie.
Nie ma morału, zwyczajnie: moja dziewczyna jest dla mnie bohaterem.
Nigdy nie potrafiłam zrozumieć kobiet, które przyłapały swojego faceta na zdradzie i po prostu wychodziły z pomieszczenia, zalewając się łzami. Zawsze mówiłam, że gdyby to mnie spotkało takie coś, zrobiłabym karkołomną awanturę, leciałyby przekleństwa i fruwały talerze.
Wczoraj zastałam mojego faceta śpiącego w łóżku z inną kobietą. I nie zrobiłam nic takiego. Po prostu stałam. Stałam i patrzyłam jak osoba, która jeszcze wczoraj mówiła mi, że mnie kocha, śpi wtulona w ciało innej kobiety, obejmując ją dokładnie tak samo, jak zawsze obejmowała mnie.
Stałam i patrzyłam.
Moje ciało sparaliżowało. Moje serce pękło. Mój mózg nigdy nie usunie z pamięci tego obrazu.
Zastanówcie się dziesięć razy, zanim wyznacie komuś miłość, bo miłość wiąże się z nadzieją, a jak wiadomo, nadzieja to najgorsze sk*rwysyństwo, jakie wylazło z puszki Pandory.
Muszę coś z siebie wyrzucić. Nie powiedziałem nawet najlepszemu przyjacielowi, wstyd, poczucie porażki... Sam nie wiem. Jest tego zbyt dużo. Popełniłem błąd. Ogromny, życiowy błąd i teraz czuję się jak śmieć. Mam 34 lata, a czuję się jak cholernie stary, zmęczony dziad.
Jakieś osiem lat temu poznałem dziewczynę, przez wspólnych znajomych. Byłem dość świeżo po bardzo bolesnym zerwaniu, a Patrycja, jak się okazało dłuższy czas potem, znajdowała się w układzie "to skomplikowane" ze starszym facetem o mentalności Piotrusia Pana. Ale nie wnikałem w to, w końcu to jej relacja, jej życie. Patrycja była niesamowicie radosna, we wszystkim potrafiła znaleźć dobrą stronę, energia jej nie opuszczała, a ze spojrzenia zawsze biło jakieś takie ciepło. Gdzie nie poszła, przyciągała ludzi – każdy szybko zaczynał ją lubić, każdy czuł się dobrze w jej towarzystwie. Była jak taki niegasnący promyk słońca. Z czasem zaprzyjaźniliśmy się. Ufałem jej tak, jak dotąd ufałem tylko najlepszemu kumplowi, którego przecież znałem od dzieciństwa. Patrycja była jedyna w swoim rodzaju i nie wiem kiedy to się stało, ale zakochałem się. Tak mocno, jak jeszcze nigdy w życiu. Rozumiała mnie, potrafiła rozśmieszyć, umiała wysłuchać, zawsze szukała rozwiązania problemu, nigdy się nie poddając. Nie miałem szans, przepadłem. Kiedy przeniosła znajomość ze swoim panem "to skomplikowane" na koleżeńską stopę, zacząłem się zbierać na odwagę. Nieśmiało jak jakiś młokos, robiłem szczeniackie podchody, ale Patrycja szybko mnie przejrzała. Pogadaliśmy wtedy – właściwie rozmawialiśmy całą noc. I postanowiliśmy dać sobie szansę. Byłem szczęśliwy jak cholera, związek kwitł, znajomi nam gratulowali, zaczęły się przyjacielskie przytyki "no wreszcie!". Rok później oświadczyłem się, niedługo potem odbył się ślub. Kiedy kolejny rok po weselu Patrycja oświadczyła mi, że jest w ciąży, prawie oszalałem ze szczęścia! Zaś na wieść, że zostanę tatą bliźniąt prawie zemdlałem... Kolejne dwa lata i chłopcy na Gwiazdkę dostali młodszą siostrę. W pracy szło świetnie – awans, podwyżka, nawet z rodziną, z którą bywało różnie, zacząłem się dogadywać.
I parę dni temu dowiedziałem się, dzięki znajomej. Żona kilka miesięcy po weselu odnowiła kontakt z "to skomplikowane". Możliwe, że dzieciaki, które tak kocham, nie są nawet moje. Skonfrontowałem się z Patrycją. Na początku zaprzeczała, a wreszcie rozpłakała się i wykrzyczała, że nigdy mnie nie kochała. Byłem tylko bezpiecznym kołem zapasowym, pocieszeniem. Mogła na mnie polegać, miałem pracę, własne mieszkanie, byłem nijaki, a ona potrzebowała zapomnieć o tamtym i uciec z toksycznego domu. Chciała tylko stabilizacji w życiu. A ja, głupek, myślałem, że się kochamy. Że jesteśmy prawdziwą rodziną. Czuję się jak nikt, jak śmieć.
Brak asertywności i wiary w siebie doprowadziły mnie do ściany. Czuję się jak służąca rodziców i mojego faceta.
Wykorzystują mnie, a w zasadzie moje dobre serducho, a ja nie umiem powiedzieć „dość”. Dzieje się to często moim kosztem finansowym i emocjonalnym. Za to kiedy ja mam problem, nie ma nikogo, kto chciałby mi pomóc. Zmuszona jestem liczyć sama na siebie. Jaki jest tego efekt? Ano taki, że najpierw ogarniam rzeczy innych, a moje na końcu, więc nie starcza już czasu na moje sprawy.
Czy kiedyś się zdobędę się na odwagę i powiem „dość”?
Historia nie dotyczy mnie osobiście, a mojej mamy, jednak mam nadzieję, że nie złamię zasad, jak ją przedstawię.
Moja mama zawsze była bardzo oschła i zdystansowana, ale pomagała innym. To ona rządziła w domu, nie ojciec (który był 20 lat starszy). Była bardzo surowa. Co ciekawe, nigdy nie uderzyła żadnego ze swoich dzieci. Najprawdopodobniej na charakter mojej mamy wpłynęły trudne doświadczenia z dzieciństwa (wychowywała się podczas wojny, jej rodzinę spotkało wiele nieszczęść).
A teraz historia właściwa.
Już za komuny mama pracowała w mleczarni. Była tam kobieta, która fałszywie oskarżyła moją mamę o kradzież sera, zapewne by zająć jej stanowisko. Złożyła też kilka innych donosów, więc mama kilkakrotnie musiała tłumaczyć się przed zarządem.
Jakiś czas później tej kobiecie spaliło się mieszkanie. Mama zaprosiła ją do naszego domu, powyciągała z szaf pościele, ręczniki, ubrania etc. Następnie kazała jej to zabrać. Kobieta oponowała: „Ależ pani Nowakowa, przecież pani pewnie wie, że to ja donosiłam na panią, a pani mi pomaga?”. Na to moja mama: „Bierz i WYPIE*DALAJ!”.
Koniec :)
Z mężem jesteśmy 15 lat po ślubie, niedługo oboje dobijemy czterdziestki. Można powiedzieć, że powiodło nam się w życiu. Oboje pracujemy na kierowniczych stanowiskach w dużych firmach, mamy piękne mieszkanie rodem z katalogu, luksusowe samochody, dwa razy do roku latamy na zagraniczne wakacje. I wiecie co? Oboje oddalibyśmy to wszystko, żeby co roku nie zapalać czterech symbolicznych świeczek dla naszych nienarodzonych dzieci.
12 lat starań, setki prób, in vitro... Za każdym razem sromotna klęska. Nie zliczę, ile nocy przepłakałam, ile razy chciałam odejść od męża, uwolnić go od „wybrakowanej imitacji kobiety'”. Został. Mimo wszystko.
Parę dni temu zrobiłam test. Trzymajcie kciuki.
Dodaj anonimowe wyznanie