Pewnego razu, a było to w ósmym miesiącu mojej ciąży, weszłam do marketu, gdzie w sumie pracuję, zaczepiła mnie "koleżanka z pracy". I rzecze: Co tam? Pewnie będzie dziewucha, co? Odparłam, że i owszem. Na co ona: Tak myślałam, bo wyglądasz paskudnie.
Nawet nie pomyślałam nad tym co odpowiedzieć, bo mój język był szybszy.
I powiedział: No zobacz! Ty też wyglądasz paskudnie, a nie jesteś w ciąży.
Gdy dotarło do mnie co jej odpowiedziałam, szybko się pożegnałam i poszłam w swoją stronę. Możecie mi tylko zazdrościć jej miny. Widok bezcenny ;)
To było w czasach szkoły średniej, czyli daaawno temu. Organizowaliśmy sobie w klasie 18-urodziny. Kwota zbiórki na każdego ucznia wynosiła kilka złotych. Miało się zwrócić za torty. Klasa liczyła 30 osób. Każdy przystał na to, bo zawsze w tym dniu były spokojniejsze lekcje, a nauczyciele nie pytali. Prezenty były różne, ale zazwyczaj była to duża maskotka.
Ja mam urodziny na koniec roku. Po sylwestrze przyniosłam dwa torty. Jeden dla uczniów, a drugi do pokoju nauczycielskiego. Przyznam, że miło było dostać życzenia od dyrektora i nauczycieli. Do tej pory to pamiętam, jak po lekcjach nauczycielka od chemii pytała, z jakiej cukierni zamawiałam torty. Potrzebowała zamówić identyczny na prywatną uroczystość. A zawsze miałam jakiś zatarg z tą kobietą. Ludzie, których traktowałam zawsze jako zło, okazali się być w porządku.
Za to kiedy wniosłam tort do mojej klasy, nastała cisza. Tylko kilka osób odśpiewało mi sto lat. Część udawała, że mnie nie widzi. Nauczycielka, która też była moją wychowawczynią, zwróciła się do towarzystwa, że to już ostatnia taka uroczystość w klasie i powinni bardziej się zaangażować. Pokroiłam tort i... rzucili się na niego jak sępy. Nawet mi kawałka nie zostawili, bo niektórzy brali po dwa i wynosili z sali dla osób z innych klas. Usiadłam w ławce i zjadałam wafla. I przyszły do mnie trzy dziewczyny, które trzymały w ręce foliowy woreczek z 16 zł. "Każdy już się znudził tymi urodzinami, tylko tyle zebrałyśmy na ciebie od klasy". Jakbym dostała w twarz. Zawsze się składałam i nawet chętnie pomagałam w transporcie tortów, bo jako 17-latka zrobiłam prawo jazdy. Wtedy bardzo mnie lubili i nie miałam nigdy z nikim konfliktu.
Nie przyjęłam tych pieniędzy. Wracałam do domu ze łzami w oczach. Jak to wspomnę, to do tej pory zbiera mi się na płacz.
Płacę alimenty na syna w wysokości 1600 zł. W piątek po południu odbierałem go od matki i odwoziłem w niedzielę wieczorem. Alimenty ode mnie na syna na pewno nie są na niego przeznaczane. Syn ciągle chodził w tych samych ubraniach i butach, które ja mu kupowałem. Za to matka ciągle się pindrzy i jest bezrobotna. Zażądałem od matki dziecka rachunków na co przeznacza alimenty, to mnie wyśmiała. Prawnie nie mogę tego wyegzekwować i bardzo mnie to boli, że ona sobie te pieniądze przewala na swoje wydatki, a na bieżące potrzeby syna typu ubrania, szkolne składki, leki, rozrywki itp. ja muszę wykładać drugi raz. Nie żebym żałował, bo dziecku nie żałuję, ale to co ona robi jest bezczelne. Bezczelne do tego stopnia, że jakiś czas temu zażądała żebym płacił więcej i czy zgadzam się po dobroci, czy ma iść do sądu, żeby ten podwyższył alimenty do 2000. Dotychczas jako tako dogadywałem się z byłą kobietą, ale tym razem mnie zagotowała. Syn ma 11 lat i dotychczas wyglądało to tak, że miał u mnie własny pokój i mógł sobie dowolnie wynosić co chciał do domu swojej matki. Powiedziałem "dość". Od kilku tygodni wszystko co jest u mnie zostaje u mnie, a jeżeli chce z tego korzystać, musi przyjść do mnie.
Po licznych kłótniach i zarzutach ze strony matki, że jestem wyrodnym ojcem i próbie blokowania weekendowych widzeń, wyobraźcie sobie, że mój syn wymógł na niej buntem częstsze odwiedziny u mnie. Więcej czasu spędza teraz ze mną i żałuję, że nie postawiłem sprawy wcześniej na ostrzu noża. Moje relacje z dzieckiem nigdy nie były lepsze, zwłaszcza że jego matka nie ma już tyle czasu na indoktrynowane go, a syn powoli sam dostrzega, że to nie jego ojciec był potworem, a matka nim jest. Zadałem sobie drugie pytanie, dlaczego ja mam płacić alimenty mojej byłej, skoro syn i tak większość tygodnia spędza u mnie? Poczekam jeszcze trochę i skieruję sprawę na drogę sądową i może, przy sporej dozie szczęścia, to ona będzie płaciła mi alimenty.
Piszę to wyznanie ku pokrzepieniu serc wszystkich oszukanych przez byłe kobiety. Da się, naprawdę się da.
Gdy byłam w wieku głęboko przedszkolnym, moim ulubionym miejscem była podłoga pod biurkiem. Miałam tam na dole swoją ścianę, na której mogłam rysować i przyklejać naklejki. To miejsce było dla mnie bardzo ważne, dlatego postanowiłam udekorować je w jakiś symbol. Ale jaki? Dziecięca wyobraźnia podsunęła mi krzyż! Ale nie byle jaki...
Tym sposobem przez wiele miesięcy modliłam się do podpaski ze skrzydełkami przyklejonej do ściany :)
Mam pewien problem z przyjaciółką, nazwijmy ją Kasia. Otóż znamy się około półtora roku, a poznałyśmy się przez Internet przez wspólne zainteresowania. Wielokrotnie rozmawiałyśmy przez telefon oraz komunikatory internetowe, parę razy także widziałyśmy się na żywo. Jest ona naprawdę w porządku osobą i prawie że nigdy się nie kłóciłyśmy. Ostatnio jednak znajomość z nią zaczęła mnie niesamowicie męczyć.
Jestem studentką, a poza tym mam pracę zaoczną, więc to oczywiste, że nie mam tak dużo czasu wolnego jakbym chciała. Niedawno tkwiłam także w szale sesji na studiach, więc tym bardziej ledwo znajdowałam chwilę na złapanie oddechu. Kasia za to pracuje, ale zaledwie po trzy godzinny dziennie bez weekendów, również zaocznie, więc ma więcej wolnego czasu. Ostatnio napisała do mnie, że ma wrażenie, że nasza przyjaźń się rozluźnia - rzeczywiście, mniej pisałyśmy, ponieważ jak wspomniałam wyżej, brakowało mi czasu, ale to nie było też tak, że całkiem urwał nam się kontakt. Z natury nie jestem także osoba, która randomowo podbija do swoich znajomych z pytaniem ''co tam?'', robię to bardzo okazjonalnie, a jeżeli z kimś rozmawiam, to całkiem naturalnie opowiadając o swoim dniu albo zadając pytania związane z tym, co zakomunikuje mi znajomy. Odpisałam więc, że zwyczajnie wykańcza mnie sesja, a poza tym przyjaźń nie urywa się nagle, jeśli nie ma się ze sobą kontaktu parę dni... Ona jednak wciąż nie daje mi spokoju! Co chwila do mnie wypisuje o jakieś głupoty, czasem parę razy dziennie, wysyła obrazki, które wyglądają jak randomowo wpisane w Google grafika, a kiedy przykładowo czegoś nie odpiszę, bo mi wyleci z głowy, to mówi, że ją ranię albo że na pewno jej nienawidzę, zupełnie jakby próbowała we mnie wzbudzić poczucie winy, ponieważ śmiem mieć własne życie. Ogólnie od jakiegoś czasu także non stop mówi o sobie bardzo negatywne rzeczy i choć początkowo zapewniałam, że tak naprawdę jest fajną osobą, ona nie odpuszcza, wygląda to niemal jakby celowo na siebie wrzucała, byle dostać pochwały. Ostatnio wysłała mi masę serduszek i buziaków, a jak zareagowałam na to neutralnie, tzn. nie zaczęłam jej słodzić, to się obraziła... Czasem, gdy rozmowa w większym gronie przez 5 minut nie dotyczy tematu, o którym ona ma pojęcie, to też wychodzi z pokoju albo grupowej konwersacji. Jak wychodzę gdzieś ze znajomymi, to sobie "żartuje", że ona jest zazdrosna... Kiedy za to zwróci jej się delikatnie uwagę na jakąś rzecz, to ona się od razu denerwuje i potrafi na przykład w przypływie emocji opuścić konwersację naszych wspólnych znajomych.
Ja nie wiem, może to ja jestem okropna, ale zaczynam odczuwać wobec niej okropną niechęć, to wszystko mnie przytłacza.
Mam 31 lat i wrażenie, że mając 13 lat myślałam tak jak teraz (chyba to przez to, że musiałam szybko dorosnąć). Mój ojciec był alkoholikiem, skończył z piciem, kiedy urodziła się moja młodsza siostra, od tamtej pory był to główny temat do pochwalenia się. Nie mówię, że to nie lada wyczyn przestać pić po ciągach jakie miał, ale do pracy to raczej się nie kwapił, żył ot tak sobie, a mama kombinowała. Później był ich wyjazd za granicę, żeby chociaż trochę polepszyć finanse, ja zostałam z młodszą siostrą, miała wtedy 8 lat. Do dziś mam wyrzuty sumienia, że za ostro ją traktowałam, miałam trochę żalu, że zamiast samej zacząć układać życie, muszę się nią opiekować i swoją frustrację przekładałam na nią, chociaż zawsze o nią dbałam jak umiałam. Teraz na szczęście ma się dobrze i mamy fajny kontakt, a ja ciągle nie mogę ułożyć swojego życia... Mam za sobą same toksyczne związki, ciągle przewijają się używki.
Ostatni związek to porażka, a w nim pokładałam największe nadzieje. Zakochany na zabój przystojny, prosty chłopak, również po przejściach. Myślę – to musi być to, trochę go naprostuję i będzie tak po prostu normalnie (rodzina, dom). Sielanka długo nie trwała. Każdego dnia walczyłam, żeby nie zwariować – wahania nastroju, jego problem z uzależnieniem... Mamy wspólnie dziecko, wspaniałą córeczkę. Zdradził mnie, gdy mała miała 8 miesięcy. To był moment, że nie wytrzymałam i chciałam się rozstać, wtedy potoczyła się lawina złych zdarzeń. Czułam się jak w filmie (nie wiem, czy kojarzycie serial "Sprzątaczka"? To bardzo podobnie, tyle o ile mam gdzie mieszkać). Agresja, niby walka o dziecko z jego strony, chociaż absolutnie mu jej nie broniłam. Ciężko to wszystko opisać, ale najgorsze co może być, to słyszeć od osoby, którą się kochało, że mnie zabije, że jestem suką, szmatą etc.
Teraz mam chwilę oddechu i czasu do działania, bo jest zatrzymany już po raz drugi. Ciągle mnie martwi, czy po tym wszystkim dam radę dobrze wychować swoje dziecko. Czy będę na tyle silna, by przetrwać to co jeszcze mnie czeka, gdy on wyjdzie na wolność.
Na ostatniej imprezie byłam tak pijana, że obgadywałam byłego z nikim innym jak z nim samym...
Od jakiegoś czasu mieszkam z moją dziewczyną. Oboje studiujemy i pracujemy, mój skarb jest dopiero na pierwszym roku, ja za to w studiowaniu mam nieco doświadczenia. Kilka dni temu odwiedzili nas moi rodzice, są już trochę starsi, ale naprawdę wyluzowani, uwielbiają moją wybrankę serca.
Ponieważ pracuję do późna, dopiero w nocy jak wróciłem do domu powiedziałem, że jutro odwiedzą nas rodzice. Gdy obudziłem się rano (a była to niedziela, oboje wtedy nie pracujemy), mojej ukochanej nie było w łóżku, zdziwiony wstałem, by jej poszukać, bo zazwyczaj w niedzielę lubi sobie trochę poleniuchować. Znalazłem ją w łazience, jak szorowała prysznic. W korytarzu stał odkurzacz i wiadro z mopem, a w kuchni w piekarniku piekł się indyk. Okazało się, że wstała o 5, umyła się, wypiła kawę, by o 6 wraz z otwarciem sklepu kupić indyka, wróciła do domu, posprzątała wszędzie oprócz naszego pokoju, bo nie chciała mnie budzić. A rodzice chcieli tylko tak wpaść, zobaczyć jak nam się mieszka.
Moja dziewczyna tak bardzo boi się, że zostanie oceniona, że usłyszy od moich rodziców negatywne komentarze na temat tego, jak prowadzi dom, jak gotuje, w ogóle jaka jest. Bo jej rodzice tak robili. Nieważne jak wspaniale by się uczyła, jak smacznie by gotowała i jaką czystość by utrzymywała, to zawsze była krytykowana, obrażana i mieszana z błotem. Bywały dni, że nie jadła i nie spała, bo nauka i obowiązki w domu pod okiem rodziców były tak stresujące, że jej organizm nie dawał rady. I bardzo ją podziwiam, bo ona bardzo ich kocha. Nie chciała się wyprowadzać, bo mówiła, że nie chce sprawiać im przykrości, zawsze przyznawała im rację i zgadzała się ze wszystkim co mówili, mimo że doszczętnie niszczyli jej życie.
Nie ma morału, zwyczajnie: moja dziewczyna jest dla mnie bohaterem.
Nigdy nie potrafiłam zrozumieć kobiet, które przyłapały swojego faceta na zdradzie i po prostu wychodziły z pomieszczenia, zalewając się łzami. Zawsze mówiłam, że gdyby to mnie spotkało takie coś, zrobiłabym karkołomną awanturę, leciałyby przekleństwa i fruwały talerze.
Wczoraj zastałam mojego faceta śpiącego w łóżku z inną kobietą. I nie zrobiłam nic takiego. Po prostu stałam. Stałam i patrzyłam jak osoba, która jeszcze wczoraj mówiła mi, że mnie kocha, śpi wtulona w ciało innej kobiety, obejmując ją dokładnie tak samo, jak zawsze obejmowała mnie.
Stałam i patrzyłam.
Moje ciało sparaliżowało. Moje serce pękło. Mój mózg nigdy nie usunie z pamięci tego obrazu.
Zastanówcie się dziesięć razy, zanim wyznacie komuś miłość, bo miłość wiąże się z nadzieją, a jak wiadomo, nadzieja to najgorsze sk*rwysyństwo, jakie wylazło z puszki Pandory.
Muszę coś z siebie wyrzucić. Nie powiedziałem nawet najlepszemu przyjacielowi, wstyd, poczucie porażki... Sam nie wiem. Jest tego zbyt dużo. Popełniłem błąd. Ogromny, życiowy błąd i teraz czuję się jak śmieć. Mam 34 lata, a czuję się jak cholernie stary, zmęczony dziad.
Jakieś osiem lat temu poznałem dziewczynę, przez wspólnych znajomych. Byłem dość świeżo po bardzo bolesnym zerwaniu, a Patrycja, jak się okazało dłuższy czas potem, znajdowała się w układzie "to skomplikowane" ze starszym facetem o mentalności Piotrusia Pana. Ale nie wnikałem w to, w końcu to jej relacja, jej życie. Patrycja była niesamowicie radosna, we wszystkim potrafiła znaleźć dobrą stronę, energia jej nie opuszczała, a ze spojrzenia zawsze biło jakieś takie ciepło. Gdzie nie poszła, przyciągała ludzi – każdy szybko zaczynał ją lubić, każdy czuł się dobrze w jej towarzystwie. Była jak taki niegasnący promyk słońca. Z czasem zaprzyjaźniliśmy się. Ufałem jej tak, jak dotąd ufałem tylko najlepszemu kumplowi, którego przecież znałem od dzieciństwa. Patrycja była jedyna w swoim rodzaju i nie wiem kiedy to się stało, ale zakochałem się. Tak mocno, jak jeszcze nigdy w życiu. Rozumiała mnie, potrafiła rozśmieszyć, umiała wysłuchać, zawsze szukała rozwiązania problemu, nigdy się nie poddając. Nie miałem szans, przepadłem. Kiedy przeniosła znajomość ze swoim panem "to skomplikowane" na koleżeńską stopę, zacząłem się zbierać na odwagę. Nieśmiało jak jakiś młokos, robiłem szczeniackie podchody, ale Patrycja szybko mnie przejrzała. Pogadaliśmy wtedy – właściwie rozmawialiśmy całą noc. I postanowiliśmy dać sobie szansę. Byłem szczęśliwy jak cholera, związek kwitł, znajomi nam gratulowali, zaczęły się przyjacielskie przytyki "no wreszcie!". Rok później oświadczyłem się, niedługo potem odbył się ślub. Kiedy kolejny rok po weselu Patrycja oświadczyła mi, że jest w ciąży, prawie oszalałem ze szczęścia! Zaś na wieść, że zostanę tatą bliźniąt prawie zemdlałem... Kolejne dwa lata i chłopcy na Gwiazdkę dostali młodszą siostrę. W pracy szło świetnie – awans, podwyżka, nawet z rodziną, z którą bywało różnie, zacząłem się dogadywać.
I parę dni temu dowiedziałem się, dzięki znajomej. Żona kilka miesięcy po weselu odnowiła kontakt z "to skomplikowane". Możliwe, że dzieciaki, które tak kocham, nie są nawet moje. Skonfrontowałem się z Patrycją. Na początku zaprzeczała, a wreszcie rozpłakała się i wykrzyczała, że nigdy mnie nie kochała. Byłem tylko bezpiecznym kołem zapasowym, pocieszeniem. Mogła na mnie polegać, miałem pracę, własne mieszkanie, byłem nijaki, a ona potrzebowała zapomnieć o tamtym i uciec z toksycznego domu. Chciała tylko stabilizacji w życiu. A ja, głupek, myślałem, że się kochamy. Że jesteśmy prawdziwą rodziną. Czuję się jak nikt, jak śmieć.
Dodaj anonimowe wyznanie