Brak asertywności i wiary w siebie doprowadziły mnie do ściany. Czuję się jak służąca rodziców i mojego faceta.
Wykorzystują mnie, a w zasadzie moje dobre serducho, a ja nie umiem powiedzieć „dość”. Dzieje się to często moim kosztem finansowym i emocjonalnym. Za to kiedy ja mam problem, nie ma nikogo, kto chciałby mi pomóc. Zmuszona jestem liczyć sama na siebie. Jaki jest tego efekt? Ano taki, że najpierw ogarniam rzeczy innych, a moje na końcu, więc nie starcza już czasu na moje sprawy.
Czy kiedyś się zdobędę się na odwagę i powiem „dość”?
Historia nie dotyczy mnie osobiście, a mojej mamy, jednak mam nadzieję, że nie złamię zasad, jak ją przedstawię.
Moja mama zawsze była bardzo oschła i zdystansowana, ale pomagała innym. To ona rządziła w domu, nie ojciec (który był 20 lat starszy). Była bardzo surowa. Co ciekawe, nigdy nie uderzyła żadnego ze swoich dzieci. Najprawdopodobniej na charakter mojej mamy wpłynęły trudne doświadczenia z dzieciństwa (wychowywała się podczas wojny, jej rodzinę spotkało wiele nieszczęść).
A teraz historia właściwa.
Już za komuny mama pracowała w mleczarni. Była tam kobieta, która fałszywie oskarżyła moją mamę o kradzież sera, zapewne by zająć jej stanowisko. Złożyła też kilka innych donosów, więc mama kilkakrotnie musiała tłumaczyć się przed zarządem.
Jakiś czas później tej kobiecie spaliło się mieszkanie. Mama zaprosiła ją do naszego domu, powyciągała z szaf pościele, ręczniki, ubrania etc. Następnie kazała jej to zabrać. Kobieta oponowała: „Ależ pani Nowakowa, przecież pani pewnie wie, że to ja donosiłam na panią, a pani mi pomaga?”. Na to moja mama: „Bierz i WYPIE*DALAJ!”.
Koniec :)
Z mężem jesteśmy 15 lat po ślubie, niedługo oboje dobijemy czterdziestki. Można powiedzieć, że powiodło nam się w życiu. Oboje pracujemy na kierowniczych stanowiskach w dużych firmach, mamy piękne mieszkanie rodem z katalogu, luksusowe samochody, dwa razy do roku latamy na zagraniczne wakacje. I wiecie co? Oboje oddalibyśmy to wszystko, żeby co roku nie zapalać czterech symbolicznych świeczek dla naszych nienarodzonych dzieci.
12 lat starań, setki prób, in vitro... Za każdym razem sromotna klęska. Nie zliczę, ile nocy przepłakałam, ile razy chciałam odejść od męża, uwolnić go od „wybrakowanej imitacji kobiety'”. Został. Mimo wszystko.
Parę dni temu zrobiłam test. Trzymajcie kciuki.
Pewnego styczniowego poranka szłam właśnie na praktyki do hotelu oddalonego jakieś 15 minut na piechotę od mojego domu, było zimno jak cholera, bo około -15 stopni, po drodze mijałam przedszkole i była to akurat pora, gdzie rodzice odprowadzali tam swoje pociechy. Przed wejściem zauważyłam przywiązanego psa, stary amstaf, strasznie się trząsł, zaniepokoiło mnie to, że ktoś na taki mróz zabiera psa i zostawia go choćby na chwilę bez opieki, ale dałam spokój, bo zapewne właściciel zaraz po niego wyjdzie.
Po 8 godzinach odbębnionych praktyk wracam tą samą trasą, temperatura nadal dawała w kość, więc jak najszybciej chciałam się znaleźć w domu. Docieram do ulicy, na której znajduje się wyżej wspominane przedszkole, moim oczom ukazuje się ten sam trzęsący się pies, w tym samym miejscu. Pierwsze co to spanikowałam, ale chwilę potem zaczęłam działać. Zabrałam psa do pobliskiej bramy, akurat była ogrzewana. Telefon do mamy i przedstawiam jej sytuację, ona też się przejęła losem psa i zapewniła, że zaraz przyjdzie.
Czekam dłuższą chwilę, po czym wychodzę sprawdzić co z mamą. Stała przed wejściem do przedszkola z jakimś panem, pan okazał się być właścicielem psa. Miałam go już zjechać, że w taki mróz na tyle godzin psa zostawił, ale się okazało, że pan rano szedł zaprowadzić dziecko do przedszkola i przy okazji zabrał psa na spacer i to samo zrobił przy odbieraniu dzieciaka. Było mi tak strasznie wstyd... Chciałam dobrze, a wyszło jak zawsze.
Mój mąż jest Włochem, ale w miarę dobrze zna język polski, jednak często myli się mu znaczenie pewnych słów. Gdy zaczęliśmy się spotykać, chciał być bardzo romantyczny... Więc pewnego razu złapał mnie za rękę, spojrzał mi głęboko w oczy i czułym głosem rzekł „Jesteś bezwartościowa” (jak się okazało, chciał powiedzieć, że jestem bezcenna).
Myślałam, że umrę ze śmiechu... Do dziś mu to wypominam :)
Byłam dość ciekawskim dzieckiem, i do tego gadatliwym. Potrafiłam zadać trzy pytania na jednym wydechu. Moi rodzice (wraz z resztą rodziny) byli często zmęczeni moim gadulstwem. Właściwie tylko jedna osoba jakoś tak chętniej mnie słuchała, a był to młodszy brat mojej mamy. Dogadywaliśmy się tak dobrze, że nawet nie mówiłam do niego "wujku", tylko po imieniu, bo jakoś tak nam bardziej odpowiadało (nazwę go K.).
A teraz historia właściwa.
Było lato 2000 r. szłam się spotkać z moją paczką przyjaciół, którzy mieszkali blisko mnie. Napotkałam wtedy młodą dziewczynę (nazwę ją A.), miała jakieś 18 lat. Zapytała mnie, gdzie znajdzie taki i taki numer domu. W tamtym czasie dość ciężko było się zorientować o położeniu adresów w mojej miejscowości, gdyż wiele ulic nie miało swoich nazw. Od razu zaczęłam wypytywać A. o szczegóły (skąd jest, a co tutaj robi itd.), a ona cierpliwie na wszystko mi odpowiadała. Była czymś w rodzaju akwizytorki, ale pracowała dla jakiejś sieci komórkowej. Zaoferowałam się, że ją oprowadzę i tak zaczęłyśmy robić przystanki po domach sąsiadów. W międzyczasie dołączyły osoby z mojej paczki i tak bawiliśmy się w przewodników. Gdzieś na koniec postanowiłam, że zaprowadzę dziewczynę do domu moich dziadków. Nie było ich w domu, ale otworzył nam K. Od razu zauważyłam, że jakoś tak dziwnie się zachowywał, uśmiechał się i zaprosił ją do środka, a mnie dał drobne na słodycze i polecił, bym przyszła później. Zadowolona poszłam razem z moją paczką do sklepu i nie domyśliłam się o co chodzi.
Musicie sobie wyobrazić moje zaskoczenie, jak niecały miesiąc później przyprowadził A. na rodzinny obiad jako swoją dziewczynę. Rodzinka się śmiała, że pierwszy raz moja nadzwyczajna ciekawość i gadulstwo wyszły komuś na dobre. I rzeczywiście wyszły na dobre tak bardzo, że jakieś 7 lat później dostałam zaproszenie na wesele K. i A. :D. Oczywiście nie mogło zabraknąć przemówienia Pana Młodego, który opowiedział, jak za moją sprawą poznał swoją żonę. Do dziś jest to jedna z ulubionych historii rodzinnych :D
Masz dziecko? To się nim zajmuj, wychowuj, interesuj!
Mam syna, Franek, lat 3. Młody uwielbia inne dzieci, lubi się z nimi bawić, potrafi się dzielić zabawkami. Ale jest jedna rzecz, którą się nie dzieli i ja to rozumiem. Taki wymęczony już na maksa rudy, pluszowy kocur. Może to głupie porównanie, ale ja też nie chciałabym, żeby ktoś bawił się moim telefonem. Dotyczy to tylko tej jednej zabawki.
Przed właściwą historią dodam jeszcze tylko, że jestem rodzicem, który stara się nie mieszać w sprawy dzieciaków, dopóki sytuacja nie robi się nieciekawa. Ale to nie znaczy, że nie reaguję. Obserwuję i wkraczam, jeżeli sytuacja tego wymaga.
Akcja właściwa:
Odwiedziła mnie koleżanka z synem Stasiem w podobnym wieku. Dzieciaki się bawią, my kawka. Ale widzę, że kolega zaczyna się interesować kocurem. Więc od razu tłumaczę Stasiowi, że nie bardzo, bo to ulubiona zabawka Franka, ale tutaj mamy całe mnóstwo innych zabawek, wybierz coś z tego.
Staś ciągnie kocura i zaczyna się histeria. Matka Stasia zero reakcji, przegląda twarzoksiążkę w telefonie. OK, udało mi się załagodzić sytuację. Chłopaki bawią się dalej, ale po 5 minutach znowu atak na kocura. Tym razem nie zdążyłam zareagować, ponieważ mój syn odepchnął kolegę, na tyle mocno, że ten wpadł pod stół. Z premedytacją nie powiedziałam ani słowa...
Koleżanka szybko się zawinęła oburzona, że dziecko mam takie niewychowane i agresywne. Wydaje mi się, że nieprędko się znowu spotkamy.
Możecie mnie zlinczować, ale uważam, że dobrze postąpiłam. Tłumaczyłam wcześniej na tyle głośno i wyraźnie, że i dziecko, i matka mogli zrozumieć, że akurat ta zabawka jest wyjątkowa i powinni to uszanować.
Po wyjściu gości wyjaśniłam tylko synowi, że mógł być trochę delikatniejszy :)
Umawiałam się z chłopakiem od półtora roku. Kiedyś on i jego współlokatorzy urządzili imprezę, na której przesadziłam z drinkami.
Rozbolał mnie brzuch i poszłam do łazienki. Siedząc na sedesie poczułam, że chce mi się rzygać. Pochyliłam się w stronę wanny i zaczęłam do niej wymiotować. Zdążyłam w międzyczasie napisać do chłopaka, żeby przepędził ludzi stojących w kolejce do łazienki. Zrobił to, a potem wszedł do łazienki i trzymał moje włosy, gdy rzygałam do wanny. Potem, gdy w końcu wstałam z sedesu, gołymi rękami przerzucił moje rzygi z wanny do ubikacji. Nawet mu powieka nie drgnęła.
Jeśli to nie jest miłość, to nie wiem co nią jest.
Jako nastolatka byłam molestowana. Teraz sama jestem mamą, więc w związku z tym, że córa szła do przedszkola, chciałam ją trochę uświadomić, że nikt nie ma prawa dotykać jej części intymnych. Ćwiczyłyśmy nawet w domu, że jak ktoś ją dotknie, to ma głośno krzyczeć: „nie dotykaj mnie!”.
Jakiś czas temu byliśmy rodziną w restauracji. Córce zachciało się kupę. Mąż z nią poszedł, bo ja musiałam zostać z synkiem.
Wrócił po 5 minutach czerwony jak burak po tym, jak córka po zrobieniu zaczęła na niego krzyczeć, że ma jej nie dotykać (chciał ją wytrzeć).
Bał się wyjść z łazienki. W sumie się nie dziwię ;)
Mam 6 lat starszą siostrę. W domu nam się nie przelewa, jednak nie jest źle. Pochodzimy też z bardzo konserwatywnej rodziny, która bardzo stawiała nas pod wzór naszej starszej kuzynki. Od małego z siostrą słuchałyśmy, że musimy się dobrze uczyć, chodzić na zajęcia, które wymyślali nam rodzice, którzy mieli na nas swój, niekoniecznie dopracowany plan. Gdy siostra była w gimnazjum, nasiliły się nasze problemy finansowe – nasza mama jest chora, a jej leki są drogie. Raz mama powiedziała, że chce, abyśmy nigdy nie musiały się tak męczyć. Siostra wzięła te słowa bardzo do siebie. Przestała wydawać pieniądze. Nigdy już nie widziałam jej z drożdżówką, tylko ze zrobioną kanapką itp. Nie wydawała na spotkania ze znajomymi. Nie paliła, nie piła. I zaczęły się plany. Że siostra musi iść do najlepszego liceum w mieście. Profil humanistyczny. Bo kuzynka była, a to mądra dziewczynka. Siostra jednak się uparła i poszła do technikum. Wtedy się zaczęła jatka. Że nie chce jej się uczyć, że woli z chłopakami, że męża bogatego chce sobie znaleźć i to jej plan na przyszłość. Ogólnie siostra nie miała życia. Ja grzecznie poszłam za radą rodziny, jako ta "lepsza" córka.
Cztery lata później siostra dobrze zdała maturę, zawodowe i poszła na wybrane wcześniej studia związane z zawodem (oczywiście rodzice nie byli z tego zadowoleni i próbowali jej to wybić z głowy). W końcu jednak miała tego dość i wyprowadziła się. Wynajęła małą kawalerkę z chłopakiem, który stawiał pierwsze kroki w fachu. Wtedy zaczęły się komentarze, że grzesznica, że na kocią łapę. I powoli zacierał się między nimi kontakt. Ja w tym czasie grzecznie kułam.
Dopiero dzisiaj zdałam sobie sprawę, że mimo iż jestem "oczkiem w głowie" mamy, to nic nie znaczy. Siostra znalazła pracę, zaryzykowała i zaczęła prowadzić własną działalność wraz ze swoim chłopakiem. Gdy spytałam ją o zarobki, powiedziała, że jest to obecnie 5 tysięcy na rękę, jednak firma się rozwija. Powoli odkłada pieniądze na operację mamy.
A ja? Po moim humanie nie wiem co ze sobą zrobić i żałuję, że nie poszłam w ślady siostry.
Dodaj anonimowe wyznanie