Jestem w związku kilka lat. Nie dorobiliśmy się dzieci, nie mamy własnego mieszkania, wynajmujemy kawalerkę w Poznaniu, nie wzięliśmy ślubu, chociaż jesteśmy zaręczeni od kilku lat. Mój partner w ogóle nie podejmuje tematu rozmowy w tych trzech ww. kwestiach. Z perspektywy czasu widzę, że to ja jestem inicjatorką rozmów i działań dotyczących ważnych życiowych kwestii. Dodatkowo rodzice partnera narzucają mi swoje zdanie. Nie szanują tego, co mówię. Każde moje hobby czy chęć np. udziału w wolontariacie jest traktowane jako coś dziwnego. Wciskają mi na siłę rzeczy lub pieniądze, których nie chcę. A mój partner nie potrafi postawić w kulturalny sposób granic między naszym związkiem a swoimi rodzicami. Kiedy jego rodzice wyprowadzają mnie z równowagi, od partnera słyszę, że przesadzam i na pewno nie mieli nic złego na myśli...
Mam 34 lata, za osiągnięcie uważam zdobycie wyższego wykształcenia i w miarę dobrej pracy. Życie prywatne to pasmo frustracji.
Moi rodzice mieli dość... charakterystyczne podejście do higieny osobistej. Zawsze chciałam kąpać się pierwsza, bo nie podobała mi się zimna, mętna woda w wannie, w której już się ktoś kąpał. Poza tym matka próbowała mnie nakłonić do bardzo ekonomicznego zwyczaju, tj. używania brudnych majtek zamiast gąbki. Nie muszę wydawać forsy na specjalną gąbkę do mycia i przy okazji od razu piorę majtki! Same korzyści! Mnie to się bardziej kojarzyło z rozcieraniem kupy po skórze. Ojciec z kolei nie uznawał istnienia szczoteczki do zębów, a po całym dniu kopania działki wstawiał stopę do umywalki i w malowniczej pozie obmywał ją z kurzu. Potem drugą. I tyle. Reszta ciała nie wymagała moczenia, prawda?
W siódmej klasie podstawówki (14 lat) przeżyłam na lekcji biologii ciężki szok, kiedy dowiedziałam się, że te wszystkie zwyczaje są... poza zakresem pojmowania zdrowego człowieka. A najbardziej mnie zszokowało, że kąpać się i zmieniać bieliznę wypadałoby częściej niż raz na tydzień. Tak, mycie się raz w tygodniu w wodzie po kilku innych osobach, które kąpały się raz w tygodniu i dokonywanie tych ablucji noszonymi tydzień majtkami, to była zdaniem moich rodziców norma. Tak samo zresztą normą było, że matka nosiła moje majtki, kiedy urosłam już na tyle, że się w nie wcisnęła. Bieliznę na wyłączność, mimo moich protestów, miałam dopiero, kiedy wyprowadziłam się na studia.
Dziękuję wam, kochani rodzice, że dzięki wam inne dzieci się ze mnie śmiały, a ja nawet nie wiedziałam o co chodzi. A jeszcze bardziej wam dziękuję za wyśmiewanie mnie, kiedy zaczęłam się kąpać w innych terminach niż w soboty i dosłowne ''zapisywanie kredą w kominie'' (tj. kanale wentylacyjnym w kuchni) dat, kiedy robię coś tak nienormalnego, jak umycie się.
Nigdy nie byłam zbyt urodziwa. W szkole jak to w szkole, dzieci, zwłaszcza chłopcy nie pozwalali mi zapomnieć o odstających uszach, rudych włosach, krzywym nosie. Coraz to nowsze ksywki, wyzwiska, popychania, śmiech, gdy przechodziłam obok to była norma. O znalezieniu chłopaka mogłam zapomnieć. Teraz jestem już dorosła i mimo wszelkich starań upiększenia się – makijaż, fajne ubrania – marnie mi to wychodzi. Pięknością nadal nie jestem ani nawet nie zaliczam się do grupy kobiet przeciętnych. Trudno się mówi, przyzwyczaiłam się, jestem pogodnym, uśmiechniętym człowiekiem, cały czas liczącym na to, że w końcu miłość mnie znajdzie.
Dwa tygodnie temu zmieniłam pracę na pracę biurową. Mały zespół – sześć osób, trzy babki i trzech chłopaków w jednym biurze. Myślałam, że trafiłam na fajnych, miłych ludzi. Każdy mi tu pomagał, gdy czegoś nie ogarniam, z dziewczynami byłam na „integracyjnej kawie”, chłopaki też OK... Do czasu. Niedawno był Dzień Kobiet. Koleżanki opowiadały mi, jak co roku dostają od kolegów po kwiatku i po bombonierce. Ucieszyłam się, bo mając 25 lat nigdy nie miałam chłopaka, nigdy nie dostałam żadnego kwiatka, prezentu, nic.
W Dzień Kobiet podekscytowana przyszłam do pracy. Zawsze zazdrościłam, czy w walentynki czy w Dzień Kobiet innym dziewczynom, gdy szły z kwiatami, dziś to ja będę dumnie szła z kwiatkiem do domu (jakkolwiek dziwnie to brzmi, że ktoś może cieszyć się z takich rzeczy). Moja radość długo nie trwała.Szłam w stronę kuchni, by zostawić w lodówce obiad, słyszałam, że w środku są chłopaki z naszego biura. Szeptali coś po cichu. Odruchowo stanęłam za drzwiami, chciałam podsłuchać i to był błąd, bo usłyszałam: „A brzydkiej kto da kwiatka?”. „Ja jej nie dam”, „Ja też nie”, „Nasza ruda piękność pewnie dziś tyle kwiatów dostanie, że do domu nie doniesie, tylu ma amantów, tylu na nią leci”... I inne przepychanki, który ma się ze mną umówić itp. Zamarłam, nie oczekiwałam przecież nie wiadomo czego, tylko szacunku. Zwyklej kumpelskiej relacji, a tu znowu powtórka ze szkoły? Znowu poniżanie? Dlatego że jestem brzydsza? Na nic starania, bycie miłym, życzliwym, bo jak widać bardziej od środka liczy się okładka.
Tego samego dnia zwolniłam się z pracy, chłopaki nie zdążyli przyjść z tymi kwiatkami. W sumie zrobiłam im przysługę, bo nie musieli się kłócić o to, który będzie tym przegranym i będzie musiał dawać „brzydkiej” kwiatka.
Jeśli jakimś cudem któryś z Was to czyta... To nie ma za co, nie musicie mi dziękować za wybawienie z tak trudnego, wymagającego poświęcenia zadania. Dla Was to tylko kwiatek dla „brzydkiej rudej”, dla mnie to kwiatek, którego nigdy nie dostałam i nadzieja na to, że coś w końcu może się zmienić, ludzie zobaczą we mnie człowieka, że uwierzę w to, że jestem coś warta.
Jak wiadomo, przed pójściem do pierwszej komunii trzeba się wyspowiadać. Oczywiście na naukach musieliśmy się uczyć grzechów itp. Pewnego razu usłyszałem rozmowę rodziców o tym, że sąsiad żyje bez ślubu i że cudzołoży. Ja wtedy myślałem, że to polega na tym, że "mąż zdradza mamusię albo na odwrót", tak nas uczyli. A tu się okazuje, że to życie bez ślubu.
Jako pobożny chłopczyk, który chciał na poważnie podejść do pierwszej komunii nie mogłem przestać o tym myśleć. Dodam jeszcze, że mieszkałem z siostrą w pokoju, a ślubu z nią nie brałem, przestraszyłem się, że cudzołożę. Więc przekonany, że grzeszę, bo z nią mieszkam bez ślubu poszedłem do spowiedzi i gdy przyszło do wymieniania grzechów, na pierwszy ogień poszedł ten.
Wyobraźcie sobie 8-latka, który mówi, że cudzołoży i księdza, który po chwili wybucha śmiechem w konfesjonale.
Skończyło się na tym, że ksiądz wytłumaczył mi, że nie grzeszę, ale gdy już zacznę, żebym przyszedł. Dziś mam 20 lat i stwierdzam, że nie ma potrzeby, bo nie zacząłem :(
Od kilku dni mieszka ze mną Ukrainka z synem. Uciekli nocą pod ostrzałem z okolic Kijowa. Mam duże mieszkanie, mieszkam sama, więc zdecydowałam oddać jeden pokój uchodźcom.
K. z synem przyjechała z dwiema reklamówkami. Nie mieli nawet plecaka, walizki. W tej reklamówce miała zestaw nożyczek i brzytwę, ponieważ jest fryzjerką. Przyjechali w nocy i od razu mi powiedziała czym się zajmuje i spytała, czy ktoś nie chce skorzystać, bo ona nie chce nic za darmo, chce zarobić na swoje jedzenie. Powiedziała, że będzie mi sprzątać, ale odmówiłam, bo nie oferowałam jej domu, żeby wykorzystywać jej sytuację. Oddałam jej do dyspozycji moją kuchnie, żeby mogła gotować dla siebie i syna po swojemu, bo każdy ma swoje smaki i nasza polska kuchnia nie musi smakować Ukraińcom. Ja nie jem mięsa, oni tak, ale mimo to K. codziennie się zamartwia i zachodzi w głowę, żeby mi coś dobrego bez mięsa przygotować. Jak wracam z pracy, to czeka na mnie albo sałatka, albo zupa (wszystko pyszne, jest świetną kucharką!). Staram się podsyłać znajomych i ludzi z okolicy do podcięcia i wymodelowania włosów (dużo osób przychodzi, chociaż wcale nie potrzebuje, ale chcą tak okazać wsparcie) i ona za każdą osobę mi dziękuje oraz bardzo wypytuje, czy byli zadowoleni i czy nie zrobiła czegoś źle.
Są bardzo oszczędni, szybki prysznic, mimo że namawiałam ich na kąpiele, w każdym pokoju bardzo pilnują, żeby było zgaszone światło, przykręcają grzejniki. Nie marnują jedzenia, dbają o rzeczy, które dostali od Polaków.
Chłopiec ma 9 lat i mimo że ja nie znoszę dzieci i mam alergię na bombelki, tego małego polubiłam. Jest grzeczny, sympatyczny, słucha mamy.
Ja jestem typem samotnika, uwielbiam mieszkać sama, ale nawet przez sekundę nie żałowałam, że zaoferowałam im schronienie i że są tutaj ze mną. Nie są uciążliwi, nie denerwują mnie. A nawet jeśli muszę znieść jakiś mały dyskomfort, to jest to niczym w porównaniu do ostrzałów rosyjskich i bombardowań :(
Po obydwojgu widać, że przeszli ogromną traumę, ale to już zupełnie inna historia.
Dlaczego o tym piszę? Bo chcę przekazać, że warto pomagać, nie bójcie się przyjmować uchodźców. Są oczywiście różne przypadki, słyszy się w internecie o osobach roszczeniowych, cwaniakach. Ale to margines. Dlatego chcę rozpropagować pozytywny obraz uchodźców. Proszę, nie przekazujcie negatywnych opowieści o uchodźcach, słyszanych gdzieś tam od kogoś tam. Często biorą one początek u rosyjskich trolli. Promujcie te pozytywne, budujące historie.
Dzisiaj odpowiedział mi dział HR jednej z czterech największych na świecie firm audytorskich z zaproszeniem do rekrutacji na pozycję związaną z modelowaniem finansowym. Pierwszym etapem rekrutacji było rozwiązywanie na czas gierek webowych typu dopasuj puzzle, żeby powstał korytarz...
Jednak rodzice nie mieli racji, że granie na komputerze mi się nie przyda :)
Związałem się z kobietą z dzieckiem. Dzieciak ma 8 lat i po niecałych 2 miesiącach znajomości zrozumiałem, że nic z tego nie będzie. Biologiczny ojciec dzieciaka nastawiał go przeciwko mnie. Miałem z nim trzy światy, a matka nie potrafiła nic z tym zrobić. Nie chciało mi się walczyć z alkoholikiem po wyroku i nabuntowanym przez niego dzieciakiem, który robił mi po złości. Starałem się zbliżyć do chłopca, bo zależało mi na jego matce. Dałem sobie ostatnią szansę i pojechaliśmy na kilka dni w góry. Były sanie, ognisko, kiełbaski, zwiedzanie i inne atrakcje. Chłopak był zachwycony, nigdy czegoś takiego nie przeżył. 4 tys. zł później wróciliśmy do domu, a po jego pierwszym kontakcie z biologicznym ojcem znów stałem się dla niego wrogiem numer 1.
Wyjaśniłem kobiecie co i jak i odszedłem. Wiem, że to nie jej wina, ale mimo tego nie zamierzam tkwić w jakiejś toksycznej modzie na sukces i borykać się z jej problemami z byłym i brać na barki ciężaru tej patologii, która się za nią ciągnie. Szukam szczęścia, a nie problemów. Szkoda było na to wszystko pieniędzy, czasu i nerwów. Znów samotność.
Od kilku miesięcy zmagam się z depresją, a wraz z tym z myślami samobójczymi. Nikt z rodziny prawdopodobnie się nie domyśla, no bo skąd. Ale nie w tym rzecz. Kiedyś przed całym tym syfem przeczytałam, że osoby z myślami samobójczymi szukają choć jednego małego powodu, żeby tego nie zrobić. Wtedy pomyślałam, że to głupie. Jednak teraz troszkę zmądrzałam i zrozumiałam. Moją blokadą przed zrobieniem tego jest mój pies. Dla wielu może wydawać się to śmieszne albo nielogiczne. Osobiście uważam, że psy tak samo jak my odczuwają wiele emocji, również tęsknotę. Więc kiedy pomyślę, jak by było, gdybym to zrobiła, i widzę mojego psa, który codziennie śpi w moim pokoju i nie potrafi zrozumieć dlaczego nie wracam, dlaczego nie leżę obok niego jak zawsze, mówię sobie „nie”. Ta mała istotka nieświadomie dzień w dzień ratuje moje życie.
Oboje moich rodziców w młodości tańczyło, ale im ostatecznie nie wyszło. Nic zatem dziwnego, że oboje się uparli, aby zapisać mnie do szkoły baletowej. Nie było co prawda tak, że musieli jakoś szczególnie naciskać - sama uwielbiałam taniec. Ale dwa lata w tej okropnej szkole wystarczyły, aby pasja stała się moim koszmarem.
Chodziłam do tej szkoły na początku lat 90. Był w niej nauczyciel tańca klasycznego, Pan X. Wśród uczniów mojej szkoły miał bardzo charakterystyczne przezwisko, którego nie zdradzę. Pan X uwielbiał rzucać w nas przedmiotami, kiedy coś mu się nie spodobało. Sama nieraz oberwałam dziennikiem w głowę, ponieważ byłam jedną z jego ulubienic. Musicie wiedzieć coś o nauczycielach klasyki - bardzo charakterystyczne dla nich jest to, że najbardziej znęcają się nad tymi, w których widzą potencjał. Ja miałam świetne warunki fizyczne do baletu, więc moja poprzeczka była wyżej niż poprzeczka większości koleżanek. Mimo że byłam tak samo szczupła, jak każdy w naszej klasie, ciągle słyszałam, że powinnam schudnąć.
Najgorsza sytuacja miała miejsce, gdy miałam około 12 lat. Do dziś to wspomnienie żyje w mojej pamięci. W tym wieku zaczęłam bardzo intensywnie dojrzewać i się zaokrąglać, co nie jest nigdy mile widziane w tym zawodzie. To była pierwsza lekcja klasyki po przerwie świątecznej. Co miesiąc mieliśmy publiczne ważenie na początku klasyki i akurat niefortunnie wypadło na lekcję zaraz po przerwie świątecznej. Pan X spojrzał na mnie z niesmakiem:
- Ania nażarła się w święta. Może nam się pochwali, co dobrego jadła? Wszyscy ciężko pracują i decydują się na wyrzeczenia, to chociaż sobie posłuchają.
Byłam przestraszona i nie wiedziałam, co powiedzieć, więc milczałam.
- Powiesz nam sama, ile przytyłaś od ostatniego ważenia, czy chcesz się przed wszystkimi skompromitować?
- 5 kilo - rzuciłam jakąkolwiek odpowiedź w nadziei, że ważenie mnie ominie.
- Nie wierzę ci. Stawaj - rzucił i stuknął wskaźnikiem w wagę na środku sali.
Stanęłam na wadze, a ta pokazała 40 kilo.
- No i co? Oszukałaś mnie. Zejdź z wagi i stań tyłem do klasy.
Zrobiłam to, co kazał mi Pan X, a wtedy usłyszałam:
- Będzie tyle, ile przytyłaś, a drugie tyle za kłamstwo - i zanim przetworzyłam to, co zostało powiedziane, poczułam uderzenie na pupie. Pan X zaczął mnie bić wskaźnikiem. Ponieważ miałam na sobie tylko leotart i krótką, wiązaną spódniczkę - uderzenia były bardzo bolesne, a niektóre trafiły na moje gołe uda. Ale ze względu na swoją dumę zagryzłam zęby i tylko bezgłośnie płakałam.
Zapytacie, co na to rodzice? Powiedzieli, że nauczyciele tańca zawsze byli surowi i przynajmniej nabiorę dyscypliny. Ślady po uderzeniach skwitowali „nie przesadzaj”.
Ukończyłam tę szkołę z dyplomem zawodowej tancerki, a o tańcu nie chcę słyszeć.
Dużo rzeczy pamiętam z dzieciństwa. Jednak jedno zdanie było wyjątkowo często powtarzane przez moją mamę, oczywiście w mojej obecności.
Gdy oglądałyśmy telewizję i mama zobaczyła ładną osobę, za każdym razem powtarzała: „Ludzie to mają ładne dzieci”. Czasami też mówiła, że takich dzieci tylko pozazdrościć. Brałam to do siebie. Było mi zwyczajnie przykro.
Jednak raz to swoje ulubione zdanie mama powiedziała w obecności babci, ja również przy tym byłam. Babcia widziała, że jest mi przykro, więc powiedziała, że ja też jestem ładnym dzieckiem.
Mama jednak to przemilczała.
Teraz mam 25 lat, a mama dalej podziwia inne dzieci, tylko nie mnie.
Dodaj anonimowe wyznanie