Jestem osobą wierzącą, prawie 6 lat po ślubie. Niestety nie możemy mieć z mężem dzieci, myślimy o adopcji, ale wciąż mam nadzieję na biologiczne dziecko.
Dostałam dziś podczas spowiedzi długi wywód od księdza, że jak to nie mam dzieci, że muszę się modlić o dziecko itp., itd. Bardzo to przeżywam, bo dziecko jest moim największym marzeniem. Chwilę później do konfesjonału podszedł mój mąż, powiedział, co musiał i tyle. Nie miał żadnych kazań, docinków, nic! Tak jakby to była moja wina, że, do cholery, nie mam dziecka!
Co najlepsze, nie jest to pierwszorazowa taka sytuacja.
Chyba znowu przestanę chodzić do kościoła.
Na I roku studiów pracowałem w Empiku w pewnym dużym mieście. Salon, w którym robiłem, czasem organizował spotkania z różnymi pisarzami, piosenkarzami itp., czasem bardziej sławnymi, czasem mniej. W pewną piękną, słoneczną środę nasz salon miała odwiedzić pewna pisarka z kategorii tych średnio-popularnych, z litości przemilczę jej imię. Książki tej pani stały na naszych półkach, ale podejrzewam, że tak z 98% ludzi nie będzie kojarzyć jej nazwiska. Tak czy siak, spotkanie miało się odbyć bodajże o piątej, pani przybyła troszkę przed drugą. I się zaczęło, bardziej wkurzającego babska chyba nie widziałem. Zamiast „dzień dobry” nasza genialna pisarka zaczęła opierdzielać mnie i koleżankę z pracy, że czemu nie widać żadnych plakatów w galerii handlowej, następnie łaziła po sklepie i co chwilę piszczała, czemu jej książki na dolnych półkach, a nie na wysokości oczu, czemu są tyłem do wejścia i blablabla, blabla, bla. My byliśmy wtedy normalnie w pracy i ciężko było znosić jej humory, szczególnie że ruch był dość duży. Po 15 minutach moją główną rozrywką było wymyślanie przeróżnych tortur, jakie można by na tej kobiecie stosować. O czwartej nasza polska J.K. Rowling przyszła, żebym jej skoczył po obiad, bo ona jest głodna, na moją sugestię, że jestem w pracy, dowiedziałem się, że już tu nie pracuję.
Tak czy siak, nadeszła godzina 17:00, pani się usadowiła przy stoliczku, później przyszła 17:05, a tu nadal nikogo nie było. Dostaliśmy opierdziel, chyba za to, że nie krzyczeliśmy przez megafon, że pani jest pisarką, a nasza genialna pani pisarka poszła na papierosa. Minutę później podeszła do mnie 4-osobowa grupka i zapytała się, czy dzisiaj jest to spotkanie. Już miałem odpowiadać, że tak, że nasza przyszła laureatka Nobla już wraca, kiedy ugryzłem się w język i powiedziałem, że spotkanie jest niestety odwołane. W sumie sam nie wiem czemu, chyba po trzech godzinach użerania się z tą kobitą musiałem jej zrobić na złość. Fani sobie poszli, kobita wróciła, niczego jej nie powiedziałem, do 18 już nikt więcej nie przyszedł, więc nasza „jestem prawie tak popularna jak Grochola” poszła sobie do domu, wcześniej nikogo o tym nie informując.
Niczego nie żałuję.
Jako że od niedawna mam prawo jazdy i własne auto, zdarzyło się mi kilka wpadek.
Pomijając jeżdżenie wkoło po rondzie i konieczność dopytania na stacji paliw co mam tankować do diesla, raczej nic wielkiego ani zabawnego. Jednak ostatnio przebiłam samą siebie. Auto za każdym razem myłam w myjni szczotkowej... ale gdyby tak zostało, nie byłoby tego wpisu....
Korzystając z ładnej pogody, postanowiłam pierwszy raz sama umyć auto na myjni bezdotykowej. Wrzuciłam wszystkie drobne, wybrałam pierwszy program i wzięłam się za mycie... Kurczę, patrzę na inne stanowiska, no myją normalnie... A u mnie ciśnienie jak z konewki... No, ale nic, wrzuciłam, to myję... Niezrażona okrążam auto raz. Potem drugi... Inni kierowcy zerkają na mnie z uśmiechem, myślę sobie – współczują może. Trzeci raz, przy czwartym zaczynają mnie boleć ręce... Przy końcu piątego z sześciu cykli podszedł do mnie rozbawiony chłopak i patrząc na mnie z politowaniem, zapytał, najpewniej retorycznie: „A pani wie, że to trzeba na lancy spust nacisnąć?”. No to nacisnęłam... Wtedy już stało się jasne, skąd to ciśnienie, uśmiechy innych kierowców... Szkoda tylko, że akurat wtedy skierowałam lancę w dół.
Tak oto wróciłam zawstydzona do domu, z mokrymi butami, ale przynajmniej z umytym autem i nową wiedzą...
A mycie i tak cholera trafiła, bo całą noc padało...
Gdy byłam w liceum, odkryłam, że na Skypie istnieje profil z moim imieniem i nazwiskiem, założony na maila z bliźniaczo podobnym adresem do mojego, na którym ktoś pisał jako ja z kilkoma chłopakami z miasta, ale z innych szkół. Wysyłał im nagie zdjęcia znalezione w internecie, twierdząc, że to ja na nich jestem. Pisał paskudne i absurdalne, manipulacyjne brednie. Że jestem chora na raka. Że sypiam ze swoim kuzynem. Każdemu sprzedawał inną historię. Wyszło, dopiero gdy jeden z tych chłopaków opowiedział o tym kolegom, a że miasto, a w którym mieszkałam, jest niewielkie, info rozeszło się momentalnie. Znajomi się ode mnie odwrócili. Nauczyciele zaczęli traktować inaczej. Na korytarzu witały mnie spojrzenia i szepty. Prosiłam rodziców, by poszli ze mną zgłosić sprawę na policję, ale nie zgodzili się. Mówili, że zbyt wiele zachodu. Że na pewno nadepnęłam komuś na ogon i dlatego się mści i że mam nauczkę, by nie robić sobie wrogów. Przez to do końca szkoły nie miałam żadnej koleżanki. Na studniówkę nie poszłam. Zdaną maturę świętowałam sama.
Wczoraj, czyli prawie 15 lat po tamtych wydarzeniach, dowiedziałam się, że autorką tego profilu była dziewczyna z równoległej klasy, z którą w życiu nie zamieniłam słowa. Przyznała się do tego na imprezie. Zapytana, czemu to zrobiła, odpowiedziała, że z nudów.
Moja matka bardzo się nienawidzi z ojcem. Cieszyłam się, że się rozstali, w sumie to bardzo, bo to był mocno patologiczny związek – pijaństwo, bicie, wieczne awantury.
Ale to, co się działo w trakcie rozstawiania, było tak komiczne i żałosne, aż sama nie mogę uwierzyć, że brała w tym udział dwójka dorosłych osób.
Moja mama mnie, wtedy nastolatce, potrafiła opowiedzieć, jak im się układało w sypialni, jakie ojciec miny robił w łóżku, komentowała jego rozmiar... i tak dalej.
Ojciec obwiniał mnie o to, że matka chciała się z nim rozwieść, bo jak byłam bardzo mała, zmęczona ich kłótniami i tym, co się w domu dzieje, powiedziałam, że cieszyłabym się, gdyby oni się rozwiedli.
Niby mówią, że rozwód rodziców jest dla dzieci bardzo bolesny, ale ja się naprawdę cieszyłam, bo liczyłam, że to bagno się skończy.
Jestem z moim chłopakiem już 5 lat, od roku jesteśmy zaręczeni. A ja odkryłam, że jego miłość mnie przytłacza. Widzę, że on mnie bardzo kocha i jest w stanie zrobić dla mnie bardzo wiele, może nawet wszystko. Robi wszystko, o co go poproszę, jest uczynny, troskliwy, pomocny. I nadopiekuńczy. A mnie to męczy. Na każdym kroku chce mnie obejmować, przytulać, przeprowadzać za rączkę przez przejście dla pieszych, zawozić z pracy i do pracy, bo przecież może mi się stać coś złego. No ideał. Na początku to było nawet urocze. Myślałam, że to taki etap zakochania i mu przejdzie. Ale nie, tak jest od pięciu lat, a ja już nie mam siły. Chciałabym, żeby dał mi wolną rękę, nie był nadopiekuńczy, miał własne zdanie, a nie ciągle mi przytakiwał.
Wielokrotnie próbowałam z nim rozmawiać o tym, że się duszę, mam dość jego nadopiekuńczości i potrzebuję więcej swobody. Nic to nie daje, bo on nie widzi problemu. Już nie mam siły i boję się, że dłużej tego nie wytrzymam i go zostawię. Kocham go i widzę, jak bardzo on mnie kocha i wiem, że to złamałoby mu serce. Ale już nie daję rady.
Piszę to, bo czuję się przejedzony. Przejedzony byciem tym porządnym. Tym, na którym można polegać. Tym, który zawsze odpisze. Piszę to w momencie, gdy po dwóch latach wspólnych rozmów, wspierania się i budowania relacji, która wydawała się solidna jak skała, zostałem potraktowany jak spam w skrzynce mailowej. Wystarczył tylko jeden przycisk „Zablokuj”. Koniec.
Zastanawiam się, w którym momencie jako ludzie daliśmy sobie prawo do bycia tak nieludzkimi? Ghosting to nie jest „brak kontaktu”. To jest najwyższa forma emocjonalnego tchórzostwa. To komunikat, który mówi: „Twoje dwa lata życia, twoje emocje i twoja obecność nie są warte nawet najmniejszego ułamka sekundy mojego czasu na napisanie: słuchaj, nie chcę już tej relacji”.
Czuję się upokorzony. Tak, mówię to głośno. Czuję się żałośnie, stojąc przed lustrem i robiąc rachunek sumienia za winy, których nie popełniłem. Analizuję każde słowo, każdy przecinek, zastanawiając się, co zrobiłem źle. A prawda jest brutalna: jedynym moim „błędem” było to, że byłem fair wobec kogoś, kto nie dorósł do posiadania kręgosłupa moralnego.
To nie jest pierwszy raz. I to boli najbardziej. To poczucie, że świat stał się wielkim supermarketem ludzi, gdzie bierzesz kogoś z półki, używasz, a gdy ci się znudzi, to po prostu wyrzucasz do kosza, nie dbając o to, czy ten „produkt” ma serce. Instagram, Messenger, WhatsApp – to narzędzia, które dały nam moc usuwania ludzi z rzeczywistości jednym ruchem kciuka. Ale czy to usuwa też wspomnienia? Czy usuwa poczucie krzywdy?
Mam dość bycia „wytrwałym”. Mam dość zastanawiania się, czy kolejna osoba, której zaufam, zniknie we mgle bez słowa wyjaśnienia. Ten „osad” w głowie zatruwa mi każdy kolejny kontakt. Sprawia, że zamiast cieszyć się nowym spotkaniem, siedzę i czekam na moment, w którym znów zobaczę ikonkę „Użytkownik niedostępny”.
To wyznanie to mój krzyk bezsilności, ale też moment odcięcia grubą kreską.
Specjalne przesłanie ode mnie do każdej dziewczyny, która kiedykolwiek zafundowała komuś ghosting: wiedz jedno, nie uniknęłaś trudnej rozmowy. Pokazałaś tylko, że jesteś emocjonalnym karłem. Ja zostaję ze swoim bólem, ale zostaję też ze swoją klasą. Ty zostajesz ze swoim tchórzostwem.
Chyba lepiej będzie zniknąć z sieci. Bo wolę być sam niż być częścią świata, w którym przyjaźń kończy się algorytmem blokady...
Jak byłem dzieckiem, 20-25 lat temu, słodycze w domu były wręcz jak święto.
Skromnie się żyło, nie było 500 plus, rodzice wydawali nadwyżkę pieniędzy na papierosy i alkohol.
Nigdy nie dostałem żadnego prezentu na urodziny, nie licząc osiemnastki, nie mówiąc o torcie.
Zawsze czekałem na grudzień, wtedy ojciec przynosił z zakładu pracy paczki ze słodyczami. Zawsze wszystko rozkładałem, cieszyłem się, patrząc, ile tego mam.
Kilka razy dziennie przeglądałem słodycze i rozkładałem na dni, aby starczyły jak najdłużej.
Do dziś słodycze są dla mnie czymś wyjątkowym, traktuję je jak luksus.
Wiem, wiem, że to głupio brzmi.
Przez wiele lat przyjaźniłam się z jedną dziewczyną. Byłyśmy nierozłączne, dużo rozmawiałyśmy, wiedziałyśmy o sobie wszystko. Była w gorszej ode mnie sytuacji, więc co jakiś czas pożyczała ode mnie pieniądze. Zawsze jej dawałam, mimo że czasem sama nie miałam i pożyczałam od rodziców. Oczywiście oddawała. Lata mijały, ona znalazła sobie faceta. Często na niego narzekała. Starałam się jej pomagać, wspierać. Nie raz żaliła mi się, że nie daje już z nim rady, że jest straszny, że się go boi. W końcu zauważyłam, że pożycza pieniądze ode mnie, ale na papierosy, nowe sprzęty, jedzenie na mieście jakoś ma. Postanowiłam jej się postawić i kolejnym razem nie pożyczyć pieniędzy. Nagle nasza wieloletnia przyjaźń się ochłodziła. Zaczęła mi się chwalić, że jej facet jest cudowny i nie rozumie, dlaczego ja jestem tym zdziwiona. Relacjonowała mi, jakie to ma spełnione życie, fajną pracę. Narracja zmieniła się o 180 stopni. Obecnie mamy mało kontaktu. Czasem się odzywam, ale rozmowa nie jest podtrzymywana.
Wychodzi na to, że byłam tylko bankomatem, a te wszystkie historie o złym życiu, problemach, wydzwanianie w płaczu były tylko po to, aby wzbudzić we mnie współczucie i otworzyć portfel. Jestem w szoku, że tyle lat żyłam w iluzji.
Mam 13-letnią córkę i… długo nie byłem pewien, czy na pewno jest moja. Na początku w ogóle o tym nie myślałem. Jak była mała, to wiadomo – dziecko to dziecko, trochę podobne, trochę nie, człowiek się nie zastanawia. Ważne, że zdrowa, że się śmieje, że zasypia na rękach. Ale z czasem zaczęły mnie gryźć takie rzeczy, które niby są głupie, ale jednak zostają w głowie.
Ja mam ciemne włosy, ona jasne. Ja ciemne oczy, ona niebieskie. Twarz zupełnie inna, rysy takie, że jak ktoś by zobaczył nas obok siebie, to raczej by nie powiedział „ojciec i córka”. Sylwetka też inna – ja całe życie raczej szczupły, ona od małego miała tendencję do tycia. Ja niski, ona z roku na rok coraz wyższa, jak na swój wiek to wręcz bardzo. Nawet takie drobiazgi – ja leworęczny, ona praworęczna. Do tego charakter i zainteresowania… totalnie inne. Ja spokojny, raczej wycofany, ona głośna, pewna siebie, wszędzie jej pełno. Ja lubię ciszę, ona muzykę na cały pokój. I tak sobie to wszystko zbierałem w głowie przez lata. Najgorsze było to, że czasami widziałem w niej więcej podobieństw do byłego mojej żony niż do mnie. I wiem, jak to brzmi – jak jakaś paranoja. Tym bardziej że oni rozstali się długo przed tym, jak się poznaliśmy. Więc logicznie to się w ogóle nie kleiło. Ale głowa potrafi płatać figle.
Próbowałem sobie to tłumaczyć – że dziecko może być bardziej podobne do matki, że geny się różnie mieszają, że to normalne. Tylko że u nas… nie było praktycznie żadnych podobieństw. Jak bym nie porównał, zawsze wychodziły różnice.
I w końcu nie wytrzymałem. Postanowiłem, że muszę zrobić badania DNA, bo inaczej nie da mi to spokoju. Jak nadarzyła się okazja, to wziąłem butelkę wody, z której ona piła, poszedłem możliwie jak najszybciej do laboratorium i zrobiłem te badania.
Czekanie na wynik było najgorsze. Z jednej strony chciałem wiedzieć, z drugiej bałem się, co wyjdzie. No i przyszły wyniki. Jednoznacznie potwierdzone ojcostwo. Do dziś nie wiem, jakim cudem. Serio. Patrząc na nas, dalej czasami ciężko mi w to uwierzyć. Momentami łatwiej mi pomyśleć, że w laboratorium się pomylili, niż że to naprawdę moje dziecko. Ale z drugiej strony… poczułem ulgę. Ogromną. Jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar, który nosiłem przez lata. Ta niepewność mnie zjadała, nawet jeśli na co dzień starałem się o tym nie myśleć. I w sumie to jest chyba najdziwniejsze, bo nic się nie zmieniło. Ona dalej wygląda tak samo, dalej jest zupełnie inna niż ja. A jednak coś w środku się uspokoiło.
Czasami dalej mam te myśli, nie będę ściemniał. Ale już wiem, że to bardziej moja głowa niż rzeczywistość.
Dodaj anonimowe wyznanie