#EW6dP

Sytuacja miała miejsce, gdy chodziłam jeszcze do klasy podstawowej.
Uczęszczałam wtedy regularnie do spowiedzi (teraz już nie, ale nie to jest tematem wyznania ;)). Zawsze miałam problem ze spamiętaniem „listy grzechów” i za każdym razem byłam bardzo zestresowana, czy aby na pewno wszystkie wymienię. W pewnym momencie zauważyłam, że w zasadzie popełniam w kółko te same... i te same wymieniam. Wyuczyłam się zatem tylko kilku wybranych i je wymieniałam w trakcie spowiedzi. Nie spodobało się to księdzu proboszczowi, który pouczył mnie, że powinnam bacznie zwrócić uwagę na fragment o mocnym postanowieniu poprawy. Porozmawiał również ze mną o tym, że powinnam wymieniać wszystkie grzechy jakie pamiętam, a nie tylko ich część.

Co zrobiłam zatem następnym razem? Wzięłam książeczkę do nabożeństwa i wykonałam solidny rachunek sumienia. Wszystkie grzechy wypisałam na kartce A4 i z nią udałam się do konfesjonału.

Jaka była reakcja osób czekających w kolejce – nie mam pojęcia xD
Jaka była reakcja księdza? – żebym nie robiła sobie żartów z sakramentu spowiedzi świętej
Co pamiętam do teraz? Jeden z grzechów wg książeczki, który sobie wypisałam, dotyczył tego, że nie czytam regularnie prasy katolickiej :P

#zAoEc

Gdy byłam w gimnazjum, miałam za zadanie napisać opowiadanie o wymarzonym (bądź nie) świecie. Ponieważ stwierdziłam, że Utopia jest nudna, napisałam o pożarze podziemnego miasta, o tym, że ludzie zabijali się nawzajem uciekając, i o jedynym strażaku walczącym z ogniem do samego końca. Ów strażak uratował kota, ale padł ofiarą tlenku węgla i zmarł sam na zgliszczach miasta. Takie typowe, smutne zakończenie. No właśnie. Zakończenie...

Mój tata, który miał za zadanie wydrukować historyjkę, korzystając z chwili mojej nieuwagi, pozmieniał trochę, a raczej dodał ciąg dalszy końca opowiadania tak, że po jego edycji brzmiało ono: „Trzy dni później Węgielek (bo tak nazywał się kot) w towarzystwie larw i hien rezolutnie nadgryzał lekko przypalone uda strażaka, od czasu do czasu wylizując rozkładający się tłuszcz z podbrzusza i pośladków. Jest dużo lepsze niż whiskas – pomyślał. Potem beknął, miauknął i spierdolił”.

Nie zauważyłam tego i oddałam pracę nauczycielce. Dostałam 5.

#X5rfp

Stan psychiatrii młodzieżowej w Polsce.

Słowem wstępu: od 9 roku życia choruję między innymi na depresję, zaburzenia lękowe itd. Mam za sobą trzy wizyty w różnych szpitalach psychiatrycznych w Polsce. Jak to wygląda od środka?

Podstawowym problemem jest brak miejsc. Mieszkam w Warszawie, a pierwszy mój pobyt odbył się w Bielsku-Białej. Drugi w Lublinie. Dopiero trzeci, najdłuższy, udało się odbyć pod Warszawą. Szpitale są przepełnione, pacjenci śpią na podłodze, na materacach, gdzie się da. Wiadomo jakie jest szpitalne jedzenie, więc nie ma co się rozwodzić. Ogromnym problemem jest personel. Lekarze zmęczeni, nastawieni na szybkie wypisy, zero prób zrozumienia pacjenta. Jedyna pomoc jaka istnieje to inni pacjenci. Zostawieni sami sobie musieliśmy sobie pomagać, bo pomocy w większości przypadków nie dało uzyskać. Nic zresztą dziwnego, patrząc właśnie na personel. Pielęgniarki miały całkowicie wywalone. Ktoś połknął żyletkę? Trzeba się podnieść z kanapy i pomóc – to za dużo. Bójka zakończona rozbitą głową o kant ściany – czemu akurat na mojej zmianie? Sanitariusze podobnie. Zdawało się, że nie wiedzą w jakim miejscu pracują, że potrzeba podchodzić do pacjentów troszkę inaczej. Komentarze na temat blizn, wagi i innych drażliwych rzeczy były na porządku dziennym. Niestety również molestowanie przez sanitariuszy. Zgłaszane, olewane. Część personelu była z zupełnie innych miejsc – pan budowlaniec, kierowca autobusu. Skąd się tam wzięli? Braki w personelu.
Spędziłam również około miesiąca na oddziale dziecięcym w Lublinie – było tam pełno małych chłopców w wieku 7-8 lat. Rozpierała ich energia, więc dostawali silne leki uspokajające i biegali w kaftanach. Nie rozumiem, jak można oczekiwać od takich dzieciaków, żeby siedziały grzecznie, tygodniami zamknięte w pokojach.

Polska psychiatria po prostu nie funkcjonuje. Po 5 miesiącach wyszłam w dużo gorszym stanie, zastraszona. Nikt nas nie słucha, bo jesteśmy chorzy psychicznie. Nikt tego nie nagłaśnia. Nikt nic z tym nie robi.

Plus dla Fundacji Owsiaka, bo od nich dostaliśmy nowe łóżka.

#uuN2m

Pewnej nocy mojej mamie przypomniało się, że ma wyjąć z zamrażarki mięso na obiad na następny dzień, więc zeszła do kuchni, gdzie ja siedzę sobie zacnie z rozłożonym jedzeniem na stole i jadłem smaczne, zrobione przez siebie kanapeczki. Mama mnie zobaczyła i niby spokojnie spytała co robię o tej później godzinie. Odpowiadam, że jem sobie. Na to ona, że spać powinienem, że pogadamy rano i lodówka będzie na noc zamykana. Powiedziała to takim tonem, że jednak zrobiły mi się wyrzuty, że jem. Pomyślałem, że może nawet rano być awantura. Taka jest moja mama...
Włożyła mięso do garnka, zalała wodą, położyła na zlew i poszła dalej spać.
Ja sobie jem dalej, po czym wpadłem na genialny pomysł. Pomyślałem sobie, że fajnie by było, gdyby nakrycie mnie na gorącym uczynku w ogólnie nie miało miejsca. Mama wyglądała na trochę zaspaną... Więc wyciągam to mięso z garnka, wylewam wodę, chowam garnek i mięso i wszystko ogarniam tak jakby nic się nie stało.

Rano mama mnie budzi, pyta gdzie mięso i dlaczego jadłem w nocy. Odpowiadam z poważna miną, że nie wiem o co chodzi... Zrobiła dziwną minę, odwróciła się i mruknęła „może mi się przyśniło”.

Geniusz zła.

#tMHsc

Pracuję w szkole jako pedagog. Sama szkołę średnią skończyłam prawie 10 lat temu, jestem w miarę na bieżąco.
Mamy multum niepełnoletnich uczniów, którzy chodzą do szkoły raz na 3 miesiące, ich frekwencja woła o pomstę do nieba, większość z nich jest zwyczajnie nieklasyfikowana.
Moim obowiązkiem jest dzwonienie do rodziców i motywowanie ich, aby dzieciak zaczął do szkoły uczęszczać, bo dopóki dzieciak nie ma 18 lat, ma zasmarkany obowiązek uczęszczania do szkoły.

Wydzwaniam do rodziców w październiku, grudniu, marcu, kwietniu, że ich pociecha nie realizuje obowiązku szkolnego, uprzedzam, że będą tego konsekwencje w postaci pisma do sądu i ewentualnie kuratora.

Wiecie jakie są odpowiedzi rodziców, których 16-letnie dziecko opuszcza 600 godzin w ciągu roku szkolnego?
- No Michaś nie wstaje rano, nie mam na to wpływu.
- Maciuś powiedział, że nie ma się w co ubrać, więc nie chodzi do szkoły.
- Kacperek obiecał, że będzie już chodził! (a Kacperka nie ma kolejne 3 miesiące)
- No bo on zasypia, wstaje o 11 i już nie opłaca mu się iść na lekcje.
- No bo on gra po nocy, zasypia o 5 rano, nie wysypia się.
- Ja nie mam wpływu.
- Nie wiem co robić.
- On mnie nie słucha.

No mówcie co chcecie, ale w moim życiu, całkiem niedawno, gdybym przez 3 miesiące nie chodziła do szkoły, to matka by mnie rozniosła.

#a1Xw8

Właśnie wróciłam z siłowni i nieprędko tam wrócę. Ale po kolei.

Za rok biorę ślub. Z racji tego postanowiłam zrzucić parę kilogramów. Dokładnie 25. Jestem gruba, ale udało mi się znaleźć faceta, któremu w ogóle to nie przeszkadza. Chcę schudnąć dla siebie. Najbardziej motywuje mnie to, że nie chcę wyglądać jak ziemniak na własnym ślubie. Przeszłam na dietę, zaczęłam biegać, jeździć na rowerze. Schudłam 5 kilogramów i byłam wniebowzięta. Postanowiłam zapisać się na siłownię.
Idę sobie zadowolona, z pozytywnym nastawieniem. I wiecie co? Jeszcze chyba nigdy nie usłyszałam tylu nieprzyjemnych komentarzy. "Chodakowskie" i "Lewandowskie" patrzyły na mnie z pogardą i szeptały miedzy sobą. "Pudziany" również rzucały niepochlebnymi komentarzami. Nie wiem, czy na każdej siłowni tak jest, ale naprawdę zrobiło mi się przykro.

Dobra, wiem, jestem gruba. Z własnej winy. Jednak próbuję coś z tym zrobić. Próbuję zmienić swoje życie i zamiast ze wsparciem, spotykam się z hejtami. Ludzie, trochę wyrozumiałości. Nie od razu Rzym zbudowano.

#wkkyJ

Historia miała miejsce w maju kilka lat temu. Trzecia klasa gimnazjum. Po napisaniu egzaminów wszyscy, nawet nauczyciele, odetchnęli i trochę się wyluzowali. Najbardziej nasz matematyk – mimo że słynął ze swoich niezapowiedzianych kartkówek, wtedy już nam odpuścił (swoją drogą to jeden z najlepszych nauczycieli, jakich w życiu miałam).

Całą klasą już na początku gimnazjum stwierdziliśmy, że pod koniec szkoły zrobimy coś, żeby historia o naszym wyczynie krążyła wśród następnych pokoleń. Obmyśliliśmy plan idealny.

Jak wiadomo, maj to rozpoczęcie sezonu na grillowanie. Zrobiliśmy więc wielką naradę wojenną, na której zarządziliśmy składkę i rozdzieliliśmy zadania. Tego dnia kilka osób, w tym ja, przyszło do szkoły 10 minut po dzwonku. Klasa już dawno weszła do sali, a my wszystko przygotowaliśmy i czekaliśmy na sygnał w postaci SMS-a.

A teraz wyobraźcie sobie minę nauczyciela, kiedy w połowie lekcji drzwi gwałtownie się otwierają i wchodzą uczniowie targający pojemniki z mięsem, papierowe talerzyki, plastikowe widelce i przenośnego grilla, krzycząc „Niezapowiedziana karkówka!” :D

#Hafn5

Poniedziałkowy ranek, wracam do akademika opętańczo obładowana bagażami. W ostatniej chwili wbiegam do autobusu, drzwi się zatrzaskują, autobus z impetem rusza, a ja – tracąc równowagę – przywalam facetowi obok laptopem w łeb, następuję mu drewniakiem na nogę i próbując bronić się przed upadkiem, obrywam pasek jego torby na ramieniu...

Wstyd straszny, spoglądam na nieszczęśnika i mówię:
– Nie szkodzi.
Zbaraniały gość, niewiele myśląc, odpowiada:
– Przepraszam...

#FKt45

Wydarzyło się to kilka lat temu. Na pewnym portalu, oferującym między innymi wejściówki na przeróżne wydarzenia za połowę ceny, wykupiłem grę w kręgle dla czterech osób w galerii na warszawskim Mordorze. Udałem się tam z przyjacielem i dwoma nowo poznanymi koleżankami. Na miejscu dostaliśmy stolik przy torze, zamówiliśmy sobie alkohol oraz coś do jedzenia i bawiliśmy się świetnie. Gdy czas wynajmu toru dobiegł końca, ruszyliśmy w dalszą drogę, by oddawać się szaleństwom sobotniej nocy. Wieczór był bardzo udany.
Rano, przeliczając wydatki z zeszłej nocy, zorientowaliśmy się z przyjacielem, iż nie zapłaciliśmy za alkohol i jedzenie, które do wykupionego wcześniej toru żeśmy zamówili. Szybka decyzja – trzeba wrócić i oddać. W okolicach kolejnego weekendu wszedłem do galerii, udałem się do klubu i podszedłem do barmana, celem uregulowania zaległości. On trochę zdziwiony, podzwonił po kelnerkach, aby ustalić, która z dziewczyn była tego wieczoru odpowiedzialna za naszą część sali. Dostał następnie ode mnie odliczone pieniądze z dodatkowym napiwkiem i rzekł do mnie:
– Pierwszy raz to się zdarza.
– Pierwszy raz ktoś zapomniał zapłacić? – zapytałem go.
– Nie – odpowiedział. – Pierwszy raz ktoś wrócił i oddał.

Zdębiałem, jeszcze raz przeprosiłem i wróciłem do domu pełen zadumy nad ludzką uczciwością...

#zZdqL

Opowiem Wam tutaj perypetie związane z moim  „ojcem”. Mam nadzieję, że się uśmiechniecie.

Cofnijmy się w czasie do lat 90. Gość pojawił się w moim życiu niemal znikąd. W momencie spotkania miałem 14 lat i byłem zbuntowanym gówniarzem, kompletnie niezainteresowanym piłką nożną (co istotne dla dalszej części wyznania). Ojciec nagle zapragnął kontaktu ze mną i próbował nadrobić stracone lata. Od samego początku go nie lubiłem i nigdy niczego od niego nie chciałem. Ale on nie ustępował, pragnął spotkań, dzwonił, narzucał się straszliwie. Któregoś razu zaprosił mnie do siebie do domu. Odwiedziłem go tylko dlatego, że poprosiła mnie o to mama. W jego mieszkaniu zauważyłem wtedy mały ołtarzyk poświęcony jednemu z klubów piłkarskich grających w naszym regionie. Jakiś szalik, proporczyk, zdjęcia piłkarzy i nawet zeszyt z wycinkami z gazet. Zwróciłem uwagę, że ojciec traktuje to z nabożną niemal czcią. Jak wspomniałem wcześniej, piłką nożną nie interesowałem się wtedy wcale. Owszem, kojarzyłem ze względu na napisy na murach, że w mieście są dwa kluby, że jedni grają w koszulkach koloru takiego, a drudzy innego. Wtedy w mojej głowie pojawił się szatański plan. Stwierdziłem, że zrobię staremu zgredowi na złość i skoro on kibicuje klubowi X, to ja zacznę identyfikować się jako fan zespołu Y.

Wiedziałem, że mój dość bliski kumpel chodzi na ich mecze. Któregoś razu w szkole zagadałem, czy mogę wybrać się razem z nim. Oczywiście przystał na moją propozycję.

Nawet nie macie pojęcia, jak się w to wkręciłem. Zarówno w piłkę nożną, jak i w całe życie dookoła klubu. Zacząłem być stałym bywalcem na meczach u siebie, jeździłem na mecze po całej Polsce (dobiłem do 87 wyjazdów i już wystarczy). Aktywnym kibicem byłem ponad 20 lat. Przeżywałem z moim klubem spadki i awanse, sukcesy i porażki. Smaku zwycięstwa nad lokalnym rywalem nie zamieniłbym na nic innego. Na trybunach poznałem kumpli na (mam nadzieję) całe życie. Przeżyłem całą masę niezapomnianych przygód i miałem niesamowicie barwną młodość. Mimo że jestem już niemal 40-letnim facetem, a młyn i szalik zamieniłem na sektor rodzinny, to już jako dorosły facet zrobiłem uprawienia trenerskie do pracy z dziećmi.

Obecnie przychodzę na stadion z żoną i ukochanym synkiem, dorabiam trenując dzieciaki w lokalnym klubie sportowym. A to wszystko dlatego, że postanowiłem zrobić na złość facetowi, który mnie spłodził.

Pewnie jesteście ciekawi, jak zareagował ojciec, kiedy dowiedział się o mojej nowej pasji. Sęk w tym, że spotkanie, które zmieniło moje życie, było naszym ostatnim. Od tamtej pory nie rozmawialiśmy ze sobą ani razu. Podejrzewam, że do tej pory żyje w błogiej nieświadomości ;)  Natomiast jeżeli jakimś cudem to czytasz... Dziękuję ci „tato” za wskazanie mi właściwej drogi ;)
Dodaj anonimowe wyznanie