Gdy widzę w tv reklamy podpasek, wracam myślami do czasów, kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z okresem. Nie są to miłe wspomnienia.
Wychowała mnie matka, dla której zawsze ważniejszy ode mnie był alkohol, a co się z tym wiąże bez przerwy brakowało pieniędzy. Ile razy musiałam wybierać, czy kupić jedzenie czy podpaski, ile razy nie poszłam do szkoły, ile razy nie wyszłam na podwórko pobawić się z koleżankami, bo na podpaski akurat nie miałam pieniędzy... Jak sobie radziłam? Najlepszym pomysłem jak na ten moment mi się wydawało było cięcie bluzki na paski i wkładanie w majtki. Potem te szmatki prałam, suszyłam i były na kolejny raz. Siedziałam w te dni zazwyczaj w domu z obawą wyjścia gdziekolwiek. Matka jeśli łaskawie kupowała podpaski, to były to najtańsze i na przydział, dosłownie dostawałam 5 sztuk na te kilka dni albo i wcale nie dostawałam. Gdy tylko dostałam raz na ruski rok jakieś pieniądze od ciotki, zazwyczaj niewielkie, bo 10- 20 zł, to pierwszą rzeczą jaką kupowałam były właśnie podpaski.
Jak teraz o tym myślę, to jest mi siebie cholernie żal, ale radziłam sobie jak umiałam. Okres dostałam w wieku 10 lat, więc o zarabianiu pieniędzy nie było mowy. Około 13-14 roku życia w wakacje zaczęłam jeździć na zbiór wiśni i truskawek, więc moja traumatyczna sytuacja się trochę poprawiła. Mogłam już sobie pozwolić nie tylko na podpaski, ale i ubrania czy książki do szkoły. Pamiętam, że za pierwszą wypłatę kupiłam cztery paczki podpasek, żeby mieć na zapas. Dziś zawsze w szafce muszę mieć ze dwie, trzy paczki w zapasie, taki skutek uboczny tamtych lat.
Kiedyś, jeszcze będąc na studiach, poszedłem z kolegą do kiosku kupić papierosy. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że pani z kiosku nie tylko podała nam je i wydała resztę, ale też wydając resztę zwróciła banknot, którym płaciliśmy. Próbowaliśmy jej powiedzieć, że pomyliła się wydając nam resztę i naprawdę chcieliśmy jej oddać nadwyżkę – jednak pani będąc przekonana, że mamy do niej pretensje (a ona zapewne się nigdy nie myli), nie dała nam dojść do słowa.
Cóż, po kilku nieudanych próbach wyjaśnienia sytuacji po prostu machnęliśmy ręką, wzięliśmy papierosy i pieniądze i poszliśmy. Pani była zapewne bardzo z siebie dumna, że nie dała sobie tak łatwo wmówić pomyłki...
Kiedy rodziłam pierwsze dziecko, mój mąż chciał być przykładnym partnerem i cały czas trzymał mnie za rękę.
Wyłamałam mu palec wskazujący, środkowy i mały, a serdeczny złamałam.
Do dzisiaj nabija się, że to na pewno z miłości.
Sobota, wpadam do kumpla na piwo. On żonaty, jego żona w ciąży.
Siedzimy w salonie, w którym był aneks kuchenny, popijamy piwko i gadamy o jakichś tam mało istotnych męskich bzdurach typu motocykle, samochody i komputery.
W międzyczasie żona kumpla wchodzi do kuchni i coś tam szykuje sobie, kroi, sieka, gotuje, po czym bierze to co wyprodukowała, czyli michę i łychę i zaczyna wcinać, aż się jej uszy trzęsą.
Piwko jak to piwko, któreś z rzędu swoje prawa ma, a na widok kogoś pałaszującego również włącza pełne empatii uczucie chęci spałaszowania czegoś.
- Hej, Basia! Co tak wcinasz?
[W tle słychać tylko hrmpf hrmpf om nom nom]
- Kisiel z cebulą [om nom nom].
Kisiel. Z cebulą. Posiekaną. Surową. Cebulą.
Smacznego! :)
Mój tata jest takim „Januszem oszczędności”, że kiedy poszedł do Biedronki, aby kupić karmę dla psa, wrócił z jedzeniem dla kota, mówiąc, że na to była promocja, a pies i tak nie umie czytać.
Jestem lekarzem, moja specjalizacja jest nieistotna. Wiem, że to co napiszę będzie dla niektórych okrutne, ale myślę, że znajdą się też tacy, którzy podzielą moje zdanie.
Mam przyjemność pracować z lekarzami, którzy na swoim koncie mają setki operacji i zabiegów, jeżdżą na zagraniczne szkolenia, a nasze prace naukowe publikowane są na całym świecie. Nieważne, o jaką specjalizację chodzi, zawsze znajdzie się tak zwany „mistrz”, którego wkład w polską medycynę jest większy niż smog w Krakowie.
Zauważyłam pewną smutną rzecz: przychodzą do nas rodzice z dziećmi, które chorują na przeróżne choroby. Oferujemy im najlepsze metody leczenia, poświęcamy swój wolny czas na to, by zbierać się w grupach i szukać jeszcze lepszych rozwiązań. W zeszłym tygodniu od rodziców jednego z pacjentów usłyszałam, że jestem beznadziejnym lekarzem, a moje metody leczenia są jeszcze gorsze. Dlaczego?
Państwo X przyszli na kolejną wizytę, by omówić leczenie syna, stwierdzili, że chcą go wypisać, dlatego że uzbierali dzięki zbiórce online 300 tys. złotych i mają zamiar zabrać swoje dziecko do Stanów, bo przeczytali w internecie o „innowacyjnej metodzie leczenia”.
Dlaczego jestem beznadziejnym lekarzem?
Dlatego, że powiedziałam, że jeden z lekarzy w naszym szpitalu miał okazję przeprowadzać wspólny zabieg z owym lekarzem z Nowego Jorku, a po powrocie wszystkiego nauczył resztę personelu. Od tamtej pory minęło 7 lat i wszyscy przeprowadzamy ten sam zabieg bezproblemowo.
Nie bądźmy głupi, analizujmy zbiórki, większość z nich to tylko wymysł rodziców, którzy myślą, że amerykańskie jest lepsze, a polskie jest be.
Na stronie internetowej chińskiej restauracji z mojego miasta znajdują się dwa numery, pod które dzwoniąc można zamówić jedzenie. Naszła mnie ochota na sajgonki, więc zadzwoniłam pod pierwszy, nikt nie odebrał. Zadzwoniłam pod drugi, odebrał miły pan. Przywitałam się i zaczęłam składać zamówienie, jednak pan mi przerwał. Okazało się, że restauracja przez przypadek umieściła jego numer na swojej stronie i od kilku lat odbiera on telefony od głodnych potencjalnych klientów. Skargi nie przynosiły skutków, a on się przyzwyczaił. Zrobiło mi się strasznie głupio i zaczęłam przepraszać, on za to zaczął się tylko śmiać i opowiedział mi, że kiedy ma naprawdę świetny humor, to przyjmuje te zamówienia (co z tego, że mieszka kilkaset kilometrów od mojego miasta) i dzielnie odgrywa swoją telefoniczną rolę. Przeprasza za dostawców, obiecuje rabaty za długi czas oczekiwania, usprawiedliwia kierowców, którzy nie dowieźli jedzenia.
Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, gdzie to ludzie dzwonią do „telefonicznego trolla”. Trochę szkoda tej knajpki, której renoma spada, ale cóż... mogli zmienić numer ;)
Miałem może z 5 lat, słoneczny dzień, wiosna, tata siedzi przy komputerze, mama w pracy, krzyczę „Tata, czy mogę?!”. Tata bez zbędnego drążenia „Tak, synek, tylko daj mi spokój!”.
Tak oto mama wraca do domu, widzi nowe prześcieradło, które zmieniło kolor z białego na „asfaltowy grafit o poranku”, mnie w podobnych barwach, stojącego wraz z plastikową taczką pełną ziemi i doniczkami, przy czym w jednej siedział (już nie) śnieżnobiały kot, obsypany dookoła, równiuteńko, ziemią z ogrodu. Tata zapytany przez mamę co tu się stało, nawet nie wychodząc z biura, rzucił „No jak to co, dziecko się przecież musi bawić”.
>Mama wynajęła opiekunkę
>Tata dostał taki opieprz, że kot myśląc pewnie, że to jego wina, gdzieś się schował
>Prześcieradła nie dało się uratować, zostało wyrzucone
>Ojciec przez tydzień spał na kanapie
Jako dziecko uwielbiałam rysować. Rysowałam na każdym dostępnym kawałku papieru, od zeszytu poprzez chusteczki po ścinki tapet przy remoncie.
Inspiracją dla mnie były głównie dzieła sakralne ze względu na zainteresowania dziadków, u których spędzałam sporo czasu.
Wszystko było w porządku, dopóki rodzice nie urządzili rodzinnego grilla. Gości miało być sporo, dlatego zawczasu zaopatrzyli się w papierowe jednorazowe talerzyki.
Jakież było ich zdziwienie, gdy już-już mieli podawać na owych talerzykach grillowane kiełbaski, karkówkę i ziemniaczki, i okazało się, że każdy talerzyk, ale naprawdę *każdy* talerzyk, był ozdobiony sceną z życia Jezusa.
Głównie były to sceny pasyjne, przy czym samych ukrzyżowań było z pięć.
Swego czasu bardzo często bywałam u dentysty. Pewnego dnia, gdy siedziałam już na fotelu (leczone były jedynki) po skończonym zabiegu, dentystka kazała wypluć mi całą zgromadzoną wodę i ślinę. Jako iż byłam otępiona z bólu, nie myśląc, tak jak siedziałam wyplułam wszystko przed siebie... Ja cała mokra, fotel również.
Dentystka owszem, kazała mi wszystko wypluć, ale do tego zlewu, który był obok... Nigdy nie zapomnę jej zszokowanej miny.
To była moja ostatnia wizyta u tej pani ;)
Dodaj anonimowe wyznanie